Limit - ebook
Połączył ich ryzykowny układ. Zaufanie może ich uleczyć… albo zniszczyć.
Lisa i Ralph poznają się na zlocie fanów motoryzacji. Nie wiedzą jeszcze, że wkrótce spotkają się ponownie – już nie z przypadku, lecz z konieczności. Zawierają układ: Ralph pomoże Lisie odzyskać współudziały w jej agencji detektywistycznej, a ona odnajdzie człowieka, który zniszczył mu życie.
To, co miało być czystą biznesową umową, z dnia na dzień przeradza się w autentyczną emocjonalną więź. Jednak czy w obliczu śmiertelnego niebezpieczeństwa zdołają ją utrzymać, skoro każde z nich wciąż walczy z własnymi demonami i nie potrafi nikomu zaufać?
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Romans |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8423-572-0 |
| Rozmiar pliku: | 1,7 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Lisa
Biały znak z pięcioma czarnymi paskami poinformował mnie, że mogę legalnie pozwolić sobie na odrobinę szaleństwa i adrenaliny, które tak uwielbiam. Mimo wczesnej pory niemiecka autostrada nie świeciła pustkami, ale warunki do takiej jazdy były znacznie lepsze niż o zmroku czy w południe. Dość często wstawałam o świcie i po przebraniu się chwytałam za kluczyki, żeby wyjechać w trasę. Zazwyczaj w miejscach bez ograniczeń prędkości. Zwykle za każdym wciśnięciem pedału gazu stała chęć hobbystycznej rozrywki, jednak dzisiaj było inaczej.
Chciałam uciec od problemu, który z dnia na dzień przygniótł moje barki ogromnym ciężarem. Zaledwie wczoraj o tej samej porze w tym samym samochodzie cieszyłam się i śmiałam, a dzisiaj z trudem powstrzymywałam łzy, aby te nie rozmazywały mi obrazu przed oczami. Potrzebowałam zapomnieć. Niski ryk silnika, coraz to większe liczby na liczniku i moje ciało wciskające się w fotel zdecydowanie mi w tym pomagały. Piosenka płynąca z głośników stała się bardziej dynamiczna, a ja, zmieniwszy pas ruchu, zrobiłam to, co lubię najbardziej. Nic bowiem nie sprawiało mi tak wielkiej przyjemności, jak szybka jazda o wschodzie słońca.
Dodałam gazu. Dużo gazu.
146 km/h
Moja głowa wbiła się w zagłówek.
178km/h
Otoczenie za szybą zmieniało się coraz szybciej.
204 km/h
Mocniej zacisnęłam palce na kierownicy.
223 km/h
Wolność.
Wolność i tak dogłębna cisza w duchu, że na tę ulotną chwilę poczułam się jak mała dziewczynka, dla której jedynym problemem było zachodzące słońce podczas wspólnej zabawy z przyjaciółmi na podwórku. Miałam wrażenie, jakby ktoś do mnie podszedł, powiedział, że wszystko będzie dobrze, i zdjął mi z barków niewyobrażalny ciężar. Poczułam ulgę.
A potem szybki cios w plecy, zadany niezauważalnie i w najmniej oczekiwanym momencie. Syknęłam ze strachu, kiedy między samochodem ciężarowym a moim przemknął pojazd z prędkością tak ogromną, że nie zdołałam dostrzec nawet jego marki. Jechałam prawie dwieście trzydzieści kilometrów na godzinę, przez co usłyszałam jedynie ciche echo oddalonego już dźwięku klaksonu ciężarówki.
Zwolniłam nerwowo do setki i kiedy uniosłam dłoń nad kierownicę, dostrzegłam, jak bardzo się trzęsła. To pierwsza sytuacja na drodze, która realnie mnie wystraszyła.
Ogarnij się, masz ponad pięćset koni pod maską. Myśl trochę, do cholery.
Wdech i wydech. Musiałam powrócić myślami do właściwego miejsca. Byłam przecież na autostradzie, tutaj chwila nieuwagi mogła kosztować życie nie tylko mnie, ale także innych kierowców. Rytmiczna, wręcz agresywna muzyka, która na nowo dotarła do moich uszu, zrzuciła na mnie iskrę adrenaliny, co mnie oprzytomniło. Zdołałam się rozluźnić, poczuć pewniej i zacząć myśleć racjonalnie.
Gdy negatywne emocje odpuściły, oczami wyobraźni odnalazłam wspomnienie niskiego, zielonego samochodu daleko przede mną, którego kierujący chwilę wcześniej zatańczył tango ze śmiercią i wyszedł z tego cało.ROZDZIAŁ PIERWSZY
Lisa
Dochodziła szósta rano i zaczęło padać, a ja siedziałam na schodach przy tylnym wyjściu z mojej agencji detektywistycznej. Mojej i kuzyna, Lorisa, który wszczepił we mnie zamiłowanie do motoryzacji. Jako nastolatkowie poprzysięgliśmy sobie, że kiedy będziemy dorośli, zrobimy wszystko, żeby być jak ludzie, których samochody oglądaliśmy z balkonu mieszkania cioci i wujka. Pamiętam, jak mężczyźni w garniturach i kobiety w pięknych sukienkach wchodzili do wnętrza swoich luksusowych maszyn. Wydawać by się mogło, że mieli wszystko, a my marzyliśmy o tym, żeby choć na chwilę usiąść w jednym z podobnych pojazdów.
Teraz, już jako dorosła kobieta, będąc na tych cholernych, mokrych od deszczu schodach, zrozumiałam coś bardzo ważnego. Patrzyłam na moje spełnione największe marzenie, na żółte BMW M4 Competition G82, dla którego płakałam, zarywałam noce i robiłam wszystko, żeby tylko je mieć. Nie czułam się jednak jak ci wszyscy ludzie w bajecznie drogich strojach. Nigdy, nawet przez marny ułamek sekundy.
Bo każdy ma dwie strony siebie. Jedną, pokazywaną publicznie, i tę drugą, którą znamy tylko my sami. Nikt nie jest w stanie nawet przypuszczać, ile poświęciliśmy dla osiągnięcia sukcesu i własnych celów. Nikt nie wie, ile przeszkód musieliśmy pokonać, by do czegoś dojść. Każdy widzi tylko piękny uśmiech i nie ośmieli się pomyśleć, że może on być wyłącznie częścią maski zakrywającej problemy, ból i smutek.
Zaśmiałam się bez wyrazu pod nosem i pokręciłam głową. To niedorzeczne. Jak w ciągu jednego dnia tak dużo może się zmienić? Tak bardzo zepsuć?
– Lisa? – Znajomy, męski głos wyrwał mnie z natłoku myśli.
Nie odwróciłam ku niemu głowy, ale po krótkiej chwili zorientowałam się, że Loris usiadł obok mnie na mokrym, zimnym stopniu.
– I co chcesz teraz zrobić? – zapytałam i obdarzyłam go spojrzeniem.
Kuzyn wpatrywał się z zamyśleniem w mój samochód, jakby szukał w nim inspiracji do odpowiedzi i właściwego dobrania słów.
– Posłuchaj, ja naprawdę chciałem, żeby to wyszło inaczej.
– Wiesz, jak się poczułam, kiedy na urlopie zadzwonił do mnie Stephen i powiedział, że sprzedałeś większość udziałów? Jakby to, co zrobiliśmy tu razem, nie miało dla ciebie znaczenia. Nie napisałeś mi nawet głupiego SMS-a.
Stephen jest sekretarzem naszej firmy. Koordynuje całokształt pracy biura i jego profesjonalizm tutaj jest naprawdę potrzebny. To on zajmuje się dokumentacją, to on bierze udział w podejmowaniu ważnych decyzji. Dlatego też wiedział o wszystkim wcześniej, ponieważ rozmawiał z inwestorem, któremu Loris powierzył prawie całość tego, nad czym tyle pracowaliśmy.
– Przepraszam, że ci nie powiedziałem, powinnaś była dowiedzieć się ode mnie. – Splótł przed sobą dłonie i zawiesił na nich wzrok.
– Skąd ta decyzja, Loris? Dlaczego sprzedałeś te udziały?
– Chcę otworzyć biznes w Hamburgu. Wyprowadzę się – oznajmił i spojrzał mi prosto w oczy.
– Co? – Przez zaskoczenie zdołałam wydusić z siebie tylko tyle. On i wyprowadzka? Nawet po trzydziestce dalej powtarzał to, co mówił za dzieciaka. Opowiadał, jak pięknym i ciekawym miastem jest Frankfurt i jak wiele ma do zaoferowania turystom i mieszkańcom.
– Chcę zacząć coś nowego. Otworzę studio detailingowe. Wynająłem już takie fajne, na razie na parę miesięcy, żeby zobaczyć, czy interes będzie się kręcił.
Patrzyłam na niego, słuchałam słów opuszczających jego usta i odnosiłam wrażenie, że miałam przed sobą zupełnie obcego człowieka. Tak duża zmiana w tak krótkim czasie? Nic mi nie powiedział, a my, odkąd pamiętam, rozmawialiśmy o wszystkim.
– A co z naszą firmą? Pierwsze, co powinieneś zrobić, to dać mi znać. Cieszę się, że będziesz robić to, co lubisz, i na tym zarabiać. Przecież wiesz, że nigdy bym cię nie oceniała za twoją decyzję.
Naprawdę nigdy. Spędziliśmy ze sobą całe życie i bycie nieszczęśliwym to ostatnie, czego dla niego chcę. Doskonale zdaję sobie sprawę, że dla mnie kryminalistyka i praca jako detektyw to pasja, a dla niego jedynie sposób na zarobek.
– I co byś zrobiła? Czy jakbym ci powiedział, to cokolwiek by to zmieniło? Przecież wiesz, ile masz tutaj pracy. Wzięcie na siebie mojej roboty za bardzo by cię obciążyło.
Dostrzegłam troskę w jego oczach. Nie chciał dla mnie źle. On po prostu w momencie, kiedy otworzył sobie wrota do lepszego życia, takiego, o którym marzył, chciał przekroczyć ich próg i uczynić je dla siebie jeszcze piękniejszym. Po prostu robić to, co kocha.
– Gdybym wiedziała wcześniej, poszukałabym dobrego człowieka na to stanowisko. On teraz te udziały może sprzedać każdemu… – Spuściłam wzrok.
Wizja współpracy z człowiekiem, który nie ma doświadczenia, napawała mnie strachem. Nie mogę sobie pozwolić, żeby firma straciła szacunek. Nawet najmniejsze niedociągnięcia w papierach mogły poważnie mu zagrozić. W tej branży, gdzie klienci muszą nam ufać, ich opinia jest najważniejsza.
– Wszystko będzie dobrze, Lisa. Przecież tyle już przeszłaś, tyle błędów naprawiłaś, w tym moich. Niczym się nie martw. Powiedziałem temu inwestorowi, żeby zadzwonił do Stephena jak wszystko załatwi. – Loris przejechał dłonią po szyi.
Uniosłam głowę. Właśnie, może lepiej będzie rozwiązać ten problem w inny sposób? U samego źródła, próbując zatrzymać nadchodzącą lawinę problemów? Z całą pewnością.
– Daj mi numer do tego faceta.
***
Tego samego dnia byłam po dwóch spotkaniach z klientami – jednym udanym, drugim znacznie mniej. Jednak żadne z nich nie zdołało rozwiać natrętnych myśli. Podczas niedługiej przerwy od obowiązków, które niespodziewanie na mnie spadły po odejściu Lorisa, siedziałam w biurze z zamkniętymi oczami i głową opartą o zagłówek skórzanego, obrotowego fotela, gdy rozległ się dźwięk pukania do drzwi. Rozchyliłam powieki, a zmęczone oczy zaatakował blask światła dziennego.
Z westchnieniem i lekko zachrypniętym głosem odpowiedziałam:
– Proszę.
Do pomieszczenia nieśmiało zajrzał Stephen, a po upewnieniu się, że nie przeszkodził mi w pracy, wszedł do środka i zamknął za sobą drzwi.
– Jak się czujesz? – zapytał, siadając w fotelu, po drugiej stronie masywnego biurka.
Usłyszałam troskę w jego głosie. On jak nikt inny w agencji wiedział, ile moich nerwów pochłonęła informacja o decyzji Lorisa. Dzisiaj dodatkowo zostały zszargane, bo jakieś półtorej godziny temu kuzyn wpakował swoje rzeczy do samochodu i odjechał. Zostawił firmę daleko za sobą, a najgorsze, że o ile rano okazał mi współczucie, to teraz wydawało mi się, że był na to odejście obojętny.
– Jak zbity pies. Na domiar złego zdenerwował mnie ten klient, co był przed chwilą. – Zacisnęłam usta w wąską linię.
– A co z nim? Mówiłaś, że przyszedł do ciebie tylko z jakąś pierdołą. – Steve oparł się o podłokietniki.
– No tak, chce, żebym sprawdziła, czy żona go zdradza, ale on nic nie współpracuje. – Pokręciłam głową.
– I? Przecież nie takich ogarniałaś.
Miał rację. Ale problem w tym, że na niczym nie mogę się skupić, bo w myślach mam jedynie poranną rozmowę z Lorisem i to, jak pakuje do kartonów wszystko, co przypominało o jego obecności. Nie mogę wyrzucić tego koszmarnego widoku z głowy.
Stephen, widząc moje wahanie, zaczął mówić:
– Jeżeli zaraz powiesz, że nie dasz sobie bez niego rady, to nie wiem, co ci zrobię. Ile razy robiłaś coś za niego? Ile razy załatwiałaś papiery i mu pomagałaś? Zapomniałaś o tym? Gdyby nie ty, nie doszedłby do tego wszystkiego.
Widziałam, że się tym przejął, bo zaczął gestykulować. Zawsze to robił, gdy przepełniały go emocje.
– Ale jego to nie ruszyło. Przyszedł tu, jakby miał wszystkich gdzieś. A rano jeszcze był taki wyrozumiały… – Mój głos stał się odrobinę słabszy.
– Lisa, ja wiem, jak się z tym czujesz, ale musisz mu odpuścić. To wszystko jest teraz w twoich rękach, nie możesz tego stracić. Obawa, że teraz dużo może zmienić się na gorsze, to zupełnie naturalna rzecz. Ale w życiu warto udowadniać sobie, jak wiele jest się w stanie zdziałać samemu. Mnie się udało. Przypomnij sobie, jak jako dziecko marzyłaś o tym, co masz teraz – dodał.
Spojrzałam na niego i poczułam piekące łzy pod powiekami. Tak ciężkie, że z trudem potrafiłam je utrzymać.
– Powiedz, że sobie poradzisz – nakazał.
Przełknęłam nieznośną gulę w gardle i spojrzałam na przyjaciela. Łagodność, z jaką na mnie patrzył, dodała mi odwagi.
– Dam sobie radę. Będę prowadzić agencję nawet bez niego. – Kącik moich ust nieśmiało, niemal niezauważalnie wspiął się w górę, a jedna słona łza wymknęła się spod kontroli i powędrowała w dół policzka.
Zza szklistych oczu zobaczyłam, jak Stephen przekręcił głowę minimalnie w bok, wyciągnął z kieszeni bluzy paczkę chusteczek i podał mi ją.
– Zobaczysz, on w tym Hamburgu jeszcze nie raz o tobie usłyszy – zaśmiał się cicho, a ja chwyciłam opakowanie, które trzymał w swoich smukłych palcach.
– Dziękuję. – Wyjęłam jedną chusteczkę i wytarłam nią mokre ślady, jednocześnie prawie niesłyszalnie podzielając śmiech Stephena.
Potrafił paroma z pozoru nic nieznaczącymi słowami poprawić nawet mój najgorszy humor, wspierał mnie i był zawsze, kiedy go potrzebowałam. Czasem nie musiał nic mówić, a ja już czułam się pewniej. Każdy powinien mieć takiego przyjaciela.
Mężczyzna podniósł się z fotela, uśmiechnął się, ukazując szereg białych zębów, i powiedział:
– Pokaż mu.
Odwzajemniłam szczerze uśmiech i śledziłam Stephena wzrokiem. Gdy chwycił za klamkę, przypomniałam szybko:
– Twoje chusteczki. – Podniosłam się nieco z fotela, zanim mnie uprzedził.
– Weź je. Ja wracam do pracy. – Machnął ręką i zamknął za sobą drzwi.
Ta chwila słabości była mi potrzebna. Każdemu czasem jest i absolutnie nie należy się jej bać. Ważne, żeby się po niej podnieść i iść dalej.
***
Dochodziła godzina osiemnasta, kiedy wyszłam z łazienki ze świeżo zrobionym lekkim makijażem. Spieszyłam się na zlot motoryzacyjny, ale jeszcze musiałam podgrzać w mikrofali mleko do płatków. Na przygotowanie czegokolwiek innego brakowało mi czasu. Byłam po prostu głodna i chciałam jak najszybciej coś zjeść i wyjechać.
Ten dzień, jak do tej pory, był wykańczający w każdym tego słowa znaczeniu. Armagedon, jaki się zaczął w pracy po tym, jak reszta pracowników dowiedziała się, że Loris wyjeżdża do Hamburga, daje mocno w kość. Wszyscy w agencji są wybici z rytmu i z trudem przychodzi im skupienie się na obowiązkach, odkąd kuzyn wpadł niczym burza do gabinetu i zaczął pakować swoje rzeczy. Dla każdego z nas był wsparciem. Motywował zespół i zamieniał pracę w przyjemność, to w głównej mierze dzięki niemu panowała wśród nas tak ciepła atmosfera.
Ale już nie będziemy się codziennie widywać. To należy teraz do przeszłości, a ja nie mogę tego zmienić. Bo mimo tego, że dzisiaj wszystkich zranił, zrobiłabym mu cholerną krzywdę, odbierając największe marzenie. Odetchnęłam głęboko. Wszystko stało się tak bardzo skomplikowane.
_Wszystko będzie dobrze, Lisa._ Słowa Lorisa wypowiedziane podczas naszej rozmowy na schodach powróciły do moich myśli. Nie wiedziałam, czy powinnam w nie wierzyć.
I wtedy przypomniałam sobie, co powiedział Stephen, wychodząc z mojego biura. _Pokaż mu._
Te dwie wypowiedzi tak bardzo ze sobą kontrastowały. Były jak dwie strony medalu. A ja zdecydowałam się zaufać tej drugiej. Zamierzałam pokazać, na jak wiele mnie stać.
Krótką chwilę później moją uwagę przyciągnął nagle rozświetlony ekran telefonu. I wtedy przypomniałam sobie o pewnym panu inwestorze, który miał udziały mojego wspólnika w swoich rękach. Westchnęłam.
Piętnaście po. Może odbierze.
Lista kontaktów zatrzymała się na literze „I”. Kliknęłam w odpowiedni i mój palec zawisł tuż nad symbolem słuchawki. No nie, czy ja właśnie przed czymś się wahałam? Ani trochę. Odpędziłam wszelkie wątpliwości i przyłożyłam urządzenie do ucha.
Mężczyzna odebrał po pierwszym sygnale.ROZDZIAŁ DRUGI
Ralph
Zjechałem z głównej ulicy Frankfurtu, kierując się w stronę mojego domu. Na dwudziestą zaplanowano zlot fanów motoryzacji, wśród nich będę i ja, aby podzielić się swoją pasją do adrenaliny. Całe szczęście przestało padać, a chmury na niebie nieco się przerzedziły, więc zapowiadał się całkiem udany wieczór.
Miałem dzisiaj parę spotkań z klientami, dlatego musiałem wpaść na chwilę do domu i przebrać się z garnituru w coś luźniejszego. Czekało mnie jeszcze jakieś dziesięć minut drogi, więc dobrze by było, żebym się pospieszył. Tym bardziej że planowałem pojechać innym samochodem i o ile dobrze pamiętam, to powinienem go zatankować. Wcisnąłem pedał gazu, a moja głowa uderzyła o zagłówek.
W tym samym momencie muzyka wydobywająca się z głośników ucichła, zamiast tego rozbrzmiał dźwięk przychodzącego połączenia. Spojrzałem na ekran – numer okazał się nieznany.
Z westchnieniem zwolniłem i odebrałem.
– Słucham.
– Lisa Hartmann, agencja detektywistyczna Lisa Hartmann, Loris Heinz. Czy dodzwoniłam się do pana Ralpha Dankwortha? – Kobiecy głos wypełnił wnętrze auta.
– Tak, przy telefonie. W czym mogę pomóc? – odpowiedziałem zaciekawiony.
Tak się składa, że wczoraj kupiłem od tego gościa udziały w tej właśnie firmie i zrobiłem na nich poważnie dobry interes. Byłem doprawdy zaintrygowany, z jaką sprawą zwróciła się do mnie teraz już jedyna właścicielka.
– Dowiedziałam się, że to pan jest inwestorem, który kupił od mojego wspólnika udziały. Chciałam o nich porozmawiać.
Sprawiała wrażenie pewnej siebie i takiej, która wie, czego chce. W świecie biznesu to niezbędna cecha, gdyż istnieli ludzie, którzy żerowali na tych wstydliwych, zdezorientowanych czy zagubionych. Tacy nierzadko byli też zbyt łatwowierni i sami dobrowolnie wchodzili w paszczę lwa.
– Proponuję spotkanie w mojej firmie w poniedziałek o piętnastej. Omówimy osobiście wszystkie nurtujące panią kwestie. Czy termin jest odpowiedni?
Załatwianie takich spraw telefonicznie nigdy nie było dla mnie dobrym rozwiązaniem. Zazwyczaj niosło za sobą o wiele więcej komplikacji niż rozmowa w cztery oczy.
– Tak, jak najbardziej – potwierdziła.
– Domyślam się, że zna pani adres?
– Tak, dziękuję. Do zobaczenia.
– Do zobaczenia. – Po moich słowach połączenie zostało zakończone, a ciszę na nowo wypełniła muzyka.
Poniedziałek zapowiadał się wyjątkowo interesująco.
Przerzuciłem piosenkę na następną, a z głośników wydobyły się pierwsze dźwięki rytmicznego kawałka. Phonk jest moim ulubionym gatunkiem muzyki, bo daje mi satysfakcję z życia, motywuje, a za każdym razem, gdy go słucham, czuję się jak cholerny główny bohater w jakimś filmie. Wiem, że to tylko marne złudzenie, ale mimo wszystko już nie wyobrażam sobie słuchać czegoś innego. Przy takim akompaniamencie muzycznym stopa sama wędrowała w kierunku pedału gazu. Po chwili piosenka oczywiście zmieszała się z rykiem silnika.
Niemal automatycznie zacząłem bujać głową do rytmu i w dobrym nastroju wróciłem do domu szybciej niż zwykle. Wjechałem do garażu, wysłałem SMS do asystentki, żeby ta zapisała w moim grafiku nowe spotkanie, i wysiadłem z auta. Nie mogłem się nie obrócić i nie rzucić spojrzenia na samochód, zawsze tak robiłem. BMW M8 Competition w pięknym matowym, czarnym kolorze prezentowało się niesamowicie, a kiedy była ku temu okazja, włączałem mu czerwone reflektory, które dodawały jeszcze bardziej agresywnego wyglądu.
Rzuciłem okiem na pozostałe maszyny i wszedłem w głąb korytarza, a następnie do kuchni, po drodze pozbywając się lśniących, eleganckich butów i odwieszając klucze do specjalnego schowka. Umyłem ręce, wyjąłem z lodówki zimny napój i wypiłem z gwinta kilka łyków. Gazowany płyn przyjemnie przetoczył się przez przełyk. Drugą dłonią poluzowałem krawat. Ruszyłem w kierunku sypialni, gdzie zrzuciłem z siebie garnitur, a zamiast niego założyłem wygodne spodnie dresowe w kolorze butelkowej zieleni, czarną podkoszulkę i bluzę w tym samym kolorze. Całość dopełniły białe buty.
Chwyciłem telefon, który chwilę wcześniej odłożyłem na łóżko, i moim oczom ukazała się wiadomość od Alexa.
ALEX:
My już jesteśmy, kiedy będziesz?
Wychodząc z pomieszczenia, wystukałem odpowiedź.
JA:
Za jakieś pół godziny, bo jeszcze stacja
Odpisał od razu jednym słowem.
ALEX:
Dobra
Wsunąłem urządzenie do kieszeni dresów, zszedłem szybko po schodach i zabrałem eleganckie kluczyki do Koenigsegga Jesko Attack. W garażu moje spojrzenie od razu padło na odpowiedni samochód, a po chwili znalazłem się w jego wnętrzu. Odpaliłem silnik i położyłem wytatuowane palce na przyjemnej w dotyku kierownicy. Wyjechałem na ulicę, wcześniej upewniając się, że wszystko za sobą zamknąłem.
Czekała mnie miła trasa. Droga do lokalizacji zlotu była całkiem przyjemna. Odnowione autostrady sprawiały, że samochód wręcz sunął gładko po asfalcie. Jazda wymarzonym autem przy rytmach ulubionej muzyki – do iluzji szczęścia nie potrzebowałem niczego więcej.
***
Wjechałem na ogromny parking, zarezerwowany na czas wydarzenia dla wszystkich, którzy zamierzali spędzić wieczór pełen wrażeń. Zdołałem już zauważyć kilka znajomych samochodów i stojących przed nimi Alexa i Paula. Obaj pochłonięci rozmową, stali odwróceni do mnie tyłem, dlatego chcąc zwrócić na siebie ich uwagę, wcisnąłem pedał gazu – silnik Koenigsegga Jesko agresywnie zawarczał. Mężczyźni równocześnie skierowali głowy ku mnie. Jeden z nich machnął do mnie ręką, a drugi uśmiechnął się z zadowoleniem. Zatrzymałem samochód tuż przy nich i opuściłem szybę.
Nim zdążyłem się przywitać, Alex powiedział jako pierwszy:
– Siema, Ralph! Młodzi już wyciągają telefony, zobacz. – Szeroko uśmiechnięty, skinął brodą w stronę trzech nastolatków.
Jeden z chłopaków kucnął przed moim samochodem i z bananem na twarzy zrobił parę fotek. Pozostali, nagrywając, stali z boku. Przyzwyczaiłem się do tego, że każdy wyjazd gdziekolwiek tym autem równa się niemałemu poruszeniu. Rozumiem to. Gdybym zamiast w garażu widział tę bestię tylko w internecie, zareagowałbym tak samo. Ta furka jest wyjątkowa, ma w sobie coś, co nie pozwala od niej oderwać wzroku.
– A pokazać ci moją galerię? – Powróciłem wzrokiem do kumpla i zaśmiałem się.
– No, ja już cię widziałem, jak na myjni klęczysz i zdjęcia robisz – wypomniał mi Paul i poruszył brwiami w rozbawieniu.
Tak. Co racja, to racja. Przyłapał mnie raz, kiedy chciałem uchwycić trochę ładnych kadrów. Koenigsegg w odcieniu ciemnej szarości ze złotymi i czarnymi akcentami, błyszczący się w świetle porannego słońca prezentował się obłędnie. Nie mogłem tego nie uwiecznić.
– Ty masz profil w necie o swoim aucie, jakbyś zapomniał. – Wskazałem na niego palcem w zabawnym geście.
Alex parsknął na to śmiechem, a po chwili dołączył do niego Paul. Ja też pokręciłem wesoło głową. Tacy właśnie byli moi przyjaciele – wyluzowani, a na dodatek zawsze potrafili rozluźnić nawet najgorszą atmosferę.
– Dobra, panowie. Ja jadę pod strefę driftu, bo zaraz będą otwierać, a nie chcę stać w kolejkach nie wiadomo ile – oznajmiłem, kładąc dłonie na kierownicy.
– No, my też się zbieramy. To widzimy się potem.
Machnąłem im dłonią na krótkie pożegnanie i odjechałem, zostawiając ich w swoim towarzystwie.
Jadąc powoli w stronę odizolowanej od reszty części parkingu, widziałem w bocznych lusterkach parę biegnących za mną dzieciaków. To miłe, świadomość, że maszyna, która stała w twoim garażu, robi tak dobre wrażenie.
W oddali dostrzegłem kilka samochodów stojących już po drugiej stronie barierek, które odgradzały miejsce oznaczone tablicą „Drift Zone” od reszty ogromnego placu. Opuściłem odrobinę szybę, aby lepiej słyszeć to, co działo się na zewnątrz.
W momencie gdy podjechałem pod prowizoryczną bramę wjazdową, do moich uszu dotarł głos organizatora, który mówił do mikrofonu:
– Za piętnaście minut strefa driftu zostanie otwarta. Prosimy o ustawienie się w kolejce na prawym pasie. Ze względu na dużą liczbę chętnych każdy kierowca ma pięć minut na pokazanie swoich umiejętności. Prosimy o rozwagę i zachowanie bezpieczeństwa.
Przede mną, łącznie z tymi, którzy już czekali po drugiej stronie, było sześć aut. Wyglądało więc na to, że najbliższe pół godziny miałem spędzić w kolejce, słuchając ryków silników i oglądając latające bokiem maszyny.
***
Kiedy jeden z wolontariuszy rozsunął przede mną bramki, wjechałem na plac poczerniały od śladów gorących opon. Tłum widzów stał oparty o barierki, większość z nich miała wyciągnięty w moją stronę telefon, zapewne aby uchwycić chwilę, kiedy tak rzadki na drogach samochód będzie zdzierał bieżnik z opon. Zamrugałem długimi światłami i poświęciłem ludziom niedługie spojrzenie, które jednak wystarczyło, bym dostrzegł Alexa, Paula, a po drugiej stronie także grupkę dziewczyn w nazbyt obcisłych spodniach i skórzanych kurtkach narzuconych na bluzki ze zbyt widocznym dekoltem.
Obok nich stała dziewczyna, która oglądała moje auto z uśmiechem na twarzy. Nie pasowała do towarzyszek obok. A może była sama? Długie blond włosy opadały na jej ramiona, a z ich kolorem kontrastował niebieski sweter. Wyglądała tak niewinnie. Kompletnie nie pasowała do innych, którzy krzyczeli i wypuszczali z ust dym papierosowy.
Wykorzystując czas przeznaczony na mój pokaz, zerwałem Koenigsegga z miejsca, silnik wydał głośny ryk. Kręciłem kierownicą, a po chwili do moich uszu dotarł pisk. Obraz za szybami zmieniał się coraz szybciej, w bocznych lusterkach można było zobaczyć dym. Ten samochód ma bardzo dużą moc. Wystarczały zaledwie dwie sekundy i poniżej pięćdziesiąt setnych do setki kilometrów na godzinę. Od cholernego zera. W takich warunkach jak tutaj należało wykazać się naprawdę dużą ostrożnością i rozsądkiem w jeździe.
Adrenalina wsiąknęła do mojego krwiobiegu, to uczucie było satysfakcjonujące. Takie momenty sprawiały, że czułem, że żyję. Żyję tym motoryzacyjnym życiem, które sobie wymarzyłem.
Zwolniłem manewr, by bezpiecznie podjechać do bramek, opuściłem szybę do samego dołu i mój wzrok znów odnalazł tę dziewczynę. Wątpiłem, że kiedykolwiek będzie mi dane zobaczyć ją ponownie. Naprawdę marne szanse, w końcu mogła nawet nie być z Frankfurtu.
Dlatego w myślach powiedziałem sobie, że to będzie dla nas całkiem miłe wspomnienie, i wyciągnąłem do niej dłoń z uśmiechem. Popatrzyła na mnie pytająco, z szokiem wymalowanym na pogodnej twarzy. Ledwie dostrzegalnie skinąłem na nią podbródkiem. Chwyciła moją rękę tak delikatnie i niepewnie, że mimowolnie uśmiechnąłem się jeszcze szerzej. Wcisnąłem pedał gazu, przez co auto dało się dosadnie usłyszeć wszystkim na całym terenie wydarzenia, i z wyczuciem zacząłem puszczać sprzęgło. Koła samochodu zaczęły trzeć o asfalt z charakterystycznym dźwiękiem, zapachem i dużą ilością dymu.
To było szalone, właśnie paliłem gumę przed tłumem ludzi, trzymając za dłoń kobietę, którą widzę pierwszy raz na oczy. Wzrok nie miał w sobie niczego więcej prócz czystej radości. Widziałem, że poczuła się wyjątkowa, a te dziewczyny obok stanęły w jej niezwykle gęstym cieniu.
Nie traktowałem świata i ludzi na nim zbyt łaskawie, bo rzucili mi pod nogi za dużo kłód, ale czasem potrzebowałem chwil takich jak ta. Były dla mnie wartościowe i pozwalały zachowywać pewnego rodzaju równowagę. Świadomość, że być może udało mi się znacznie umilić komuś wieczór, okazała się czymś przyjemnym.
Po raz ostatni spojrzałem w oczy nieznajomej, rozłączyłem nasze dłonie i gwałtownie ruszyłem samochodem do przodu, po chwili wprowadzając go w efektowny poślizg. Uśmiech ponownie wkradł się na moje oblicze, kiedy usłyszałem krzyki ekscytacji i oklaski oglądających moje poczynania ludzi.
Tak, to zdecydowanie będzie miłym wspomnieniem.