Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Liryczny terrorysta - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
24 marca 2026
2400 pkt
punktów Virtualo

Liryczny terrorysta - ebook

Satyryczna powieść o środowisku hip-hopowym, podzielona na trzy akty. Jej bohater, Bapsel, to czterdziestoletni raper z Poznania, który mimo braku sukcesów i upływu lat nie potrafi porzucić swojej pasji. Narracja łączy absurdalny humor z refleksją nad dorastaniem, porażką i potrzebą tworzenia. Opinie: Zaskakujący swą jakością debiut, w którym młodzieńcza fascynacja kulturą hip-hopu ukazana jest jako rytuał przejścia do dorosłości. Rzecz znakomicie napisana, mocno osadzona w realiach, a do tego wyposażona w autoironiczne poczucie humoru. Śmiałem się non stop. Maciej Chmiel Ja też Poznań, też hip-hop i też wychów na przełomie mileniów. Wspomnień czar, bo Kuba umie w pocztówki z czasów, kiedy na ulicy można było wyłapać w mazak za zbyt szerokie spodnie. Ale w sumie dobrze, że mamy to już za sobą – i o tym też jest ta książka. Jacek Sobczyński (newonce)

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Powieść
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788397937512
Rozmiar pliku: 1,8 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Rozdział 2

Płyta reggae

Magazyn JanPak, w którym pracowałem, był średnio hiphopowym miejscem. Pamiętam, jak pierwszy raz wchodziłem do środka z nadzieją, że to tylko na chwilę. Potem się okazało, że to kartonowe bagno wciągnęło mnie po uszy. Cały czas tylko kartony, nożyczki, taśma klejąca, palety i radio, które grało Sacrum Mezo po pięć razy dziennie. Chłopaki często przerabiały ten refren Kasi Wilk w stylu: „Chcę do jedynego miejsca na ziemi, gdzie problemy przestają mieć znaczenie, do paleciaków, które akceptują me słabości, tylko JanPak obiektem mej miłości”. Za pierwszym razem to wydawało się całkiem zabawne, za pięćdziesiątym już mniej.

Kierownikiem był typ, który wrzeszczał nawet wtedy, gdy mówił szeptem. W krzyczeniu naprawdę okazał się mistrzem, ale nie potrafił złożyć jednego zdania bez „kurwa” albo „ja pierdolę”. Co ciekawe, kazał nam zasuwać również, gdy kompletnie nie było co robić. Raz rzucił do mnie: „Weź tu, kurwa, posprzątaj!”, mimo że sala lśniła czystością. Zwróciłem mu uwagę, że nie ma żadnej wolnej miotły, a on tylko odburknął, że chuj go to obchodzi. Co mogłem zrobić? Przez pół godziny udawałem, że zamiatam butami. Na szczęście żadna praca nie hańbi.

Najlepszym ziomkiem był starszy gość z wąsem, który wiecznie palił fajki i nucił pod nosem motyw muzyczny znany z cyrku. Śmiał się jak opętany, kiedy ktoś rozwalił sobie palec zszywaczem. Cała ekipa składała się głównie z ludzi tego typu.

Pewnego dnia podszedł do mnie jeden z nowych współpracowników i spytał, czy mogę mu ogarnąć płytę reggae, bo on nie jest z Poznania i nie ma tutaj żadnych dojść. Nie miałem pojęcia, o czym mówił. Wcześniej nie rozmawiałem z nim zbyt wiele. Nie zachęcał mnie do tego jego tatuaż – wielki ryj Boba Marleya na ręce z podpisem „420”. Poza tym kiedyś podczas układania kartonów puścił na głos Ganja Mafię z telefonu.

– Co? Jakie reggae? Mam tylko rap.

– Stary, nie o muzyce mówię! Slang, kumasz?

– Aha, spoko – powiedziałem, chociaż nie miałem pojęcia, o co mu chodzi.

– Gram marihuany – szepnął mi do ucha.

– Gram marihuany?

Mrugnął do mnie.

– Stary, w Gdyni to ja miałem wszystko. No, ale Poznań to nie Gdynia – poinformował mnie jeszcze.

Mam problem z asertywnością. Jak powiedzieć „nie”, kiedy niemal obcy dla ciebie typ prosi cię o to, żebyś jechał na drugi koniec miasta i przywiózł mu marihuanę, bo spotyka się z kolegami? Naprawdę przydałoby mi się takie szkolenie. Tym bardziej że sam nie palę od lat, więc nie miałem w tym żadnego interesu.

Wróciłem do domu i napisałem do ziomka, czy mógłby mi ogarnąć „grama”. „Późno mówisz” – odpisał. Faktycznie, jak będę następnym razem kołował dla kogoś trawkę narkotyczną, to napiszę o szóstej rano. Mówcie mi Pablo Escobar Bapsel albo główny bohater książki Ślepnąc od świateł na etacie za minimalną. W miejscu, z którego pochodzę, miałem tylko dwie drogi – dilerka albo przerzucanie palet. Dziwne, że serialu Narcos nie kręcili w Poznaniu.

Napisałem do kumpeli, z którą kiedyś miałem dobry kontakt, a która lata temu była amatorką palenia. „Weź od Aligatora, on na pewno ma. Dam ci jego numer, on ci to ogarnie” – odpisała. „Przyjaciele są jak ciche anioły, które podnoszą nas, kiedy nasze skrzydła zapominają, jak latać”, i które przypominają, skąd można wziąć marihuanę.

Nie lubiłem Aligatora. Za każdym razem, kiedy go widziałem, był tak naćpany, że bardzo trudno było go zrozumieć. Podobno przesiedział ponad rok w psychiatryku. To był jeden z gości, którzy uważają, że po grzybach udają się w podróż i widzą więcej, a faktycznie siedzą obślinieni w gaciach przed komputerem i nie umieją umyć naczyń. Żywa reklama narkomanów i lat dziewięćdziesiątych.

Poznałem go na jednej z pierwszych bitew freestyle’owych w plenerze. Miał wtedy koszulkę z napisem „Los Angeles”, która przetrwała do dziś. Już wtedy nie było z nim łatwo – opowiadał historie, jak to wszyscy są konfidentami i chujowymi raperami poza nim. Pił jakiś dziwny syrop tak jak sok i mówił, że to samo zdrowie.

Wszystko ustaliliśmy telefonicznie – powiedział mi, że ma marihuanę i że na luzie, że nie ma najmniejszego problemu, że to pestka, że dla mnie wszystko, że to bułka z masłem, że to będzie czterdzieści złotych i że mam podjechać po towar na drugi koniec miasta.

Pojechałem tam, po czym Aligator do mnie zadzwonił, że teraz to on jest na Ratajach, bo musiał coś załatwić. Wtedy to zrozumiałem – jeżeli chcesz kupić marihuanę, a nie robisz tego regularnie i nie masz znajomości, to musisz wziąć wolny dzień w pracy.

Pół jebanego dnia siedziałem w tramwajach i autobusach. Dopiero późnym wieczorem dotarłem na rondo Rataje, tak jak Odyseusz do swojej Itaki.

Tak czy siak nie mogłem znaleźć Aligatora. Wysyłał mi SMS-y typu: „Już zaraz podbijam”, „Prawie jestem”, „Pięć minutek maks”, a się okazało, że siedział sam pięć metrów dalej za śmietnikiem. Miał dwumiesięczny zarost, kaszkiet, szerokie spodnie i hiphopową bluzę Player One, która najpewniej pamiętała czasy jego liceum, a na pewno pamiętała więcej niż on. Mimo że mówią, że nic nie jest tylko czarne lub tylko białe, moim zdaniem jego zęby były wyłącznie czarne. Z twarzy wyglądał na zmęczonego życiem czterdziestolatka.

– Elo, braciszku – przywitał się ze mną, podając dłoń, w której był woreczek.

Schowałem świętego Graala do kieszeni, podziękowałem i chciałem już iść. Aligator jednak miał ochotę na klasyczny small talk.

– Kurwa, ale piździ – rozpoczął.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij