Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Listy do młodszej mnie - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
6 marca 2026
44,90
4490 pkt
punktów Virtualo

Listy do młodszej mnie - ebook

Ta książka jest inna niż wszystkie. W 45 listach do samej siebie, młodszej o dwadzieścia lat, autorka przygotowuje dwudziestopiecioletnią Emily na trudne wyzwania, z którymi przyjdzie jej się zmierzyć. W niezwykle osobistych słowach porusza wiele ważnych i aktualnych tematów: grzechu i łaski, macierzyństwa i adopcji, modlitwy, cierpienia, mediów społecznościowych, niesprawiedliwości i kryzysu w Kościele. Jej listy są prawdziwym świadectwem mocy Tego, który nas uzdrawia i przemienia. Inspirują do przystanięcia w biegu codzienności i zadania sobie pytania: Co miałbyś do powiedzenia młodszej wersji siebie? Jaką radę dałbyś sobie, aby dobrze przeżyć dane Ci dni?

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Wiara i religia
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-7906-881-4
Rozmiar pliku: 1,0 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

List I.
Jezus nie jest Twoim pupilkiem

4 czerwca 2020 roku
Hawthorne House

Kochana Emily!

Wydaje mi się, że właśnie nadchodzi koniec świata. Oczywiście pewna nie jestem, bo nigdy wcześniej nie przeżyłam apokalipsy, więc mogę się mylić. Możliwe, że nastąpi ona za setki czy tysiące lat. Szczerze mówiąc, spodziewałabym się czegoś bardziej spektakularnego. Ognia, powodzi, albo chociaż szarańczy. Ale to może jeszcze przed nami. Jest też taka opcja, że oto kończy się ten świat, który ja znam od zawsze. Jakkolwiek by było, jest on teraz pełen bólu, chaosu i wrzasku; tak, wrzask jest wszędzie, zwłaszcza w mediach społecznościowych. To zapewne nic Ci nie mówi, bo tkwisz w roku 2000. Ale wyobraź sobie, że na platformie AOL jest mnóstwo pokojów czatowych, a oprócz tego sporo ładnych obrazków i jakiś miliard ludzi, z których każdy obstaje przy swoim, zapominając o dobrym wychowaniu.

Tak czy tak, piszę do Ciebie, bo ostatnio dużo myślę o Tobie, czyli o sobie dwudziestopięcioletniej. Zdążyłaś już tak wiele przejść, a jeszcze tyle dobra, zła i szaleństwa przed Tobą, przy czym niewiele pójdzie zgodnie z planem. To dla Ciebie trudne, rozumiem to doskonale. Obie lubimy planować. Wierz mi jednak, że tak jest lepiej. Nawet sobie nie wyobrażasz, ile piękna przyniesie Ci kolejny rok, a co dopiero następnych dwadzieścia.

A ja jestem właśnie tu, w roku 2020. Kilka miesięcy temu skończyłam czterdzieści pięć lat. Młoda już nie jestem i zaczynam to odczuwać, wiesz? W wieku czterdziestu czterech lat było mi jakoś łatwiej. W ankietach mogłam zaznaczać kratkę dla kobiet między trzydziestym piątym a czterdziestym czwartym rokiem życia. A teraz muszę już zaznaczać tę od czterdziestu pięciu do pięćdziesięciu pięciu lat, więc czuję, jakbym po jednych urodzinach była o dekadę starsza.

Same urodziny szałowe nie były. Na początku marca pandemia sparaliżowała cały świat, a obowiązkowe kwarantanny uniemożliwiały organizację spotkań towarzyskich. Nie można było nawet pójść do restauracji. Zrobiłam więc domowe nachosy. Poszłam na łatwiznę, trudno. Ale jak się jest czterdziestopięcioletnią mamą niespełna dwulatka, ceni się łatwiznę.

A więc tak, będziesz mamą. Tej modlitwy Bóg wysłucha. Ale będziesz musiała chwilę poczekać. Jakieś osiemnaście lat. Zatem rzuć tę pracę w Waszyngtonie i zrób magisterkę z teologii. Masz jeszcze mnóstwo czasu.

To moja pierwsza rada. Ale nie ostatnia. Świat, który znasz, nie jest tym światem, który znam ja. Tak wiele się zmieniło, połamało, potłukło. Jeśli się na to nie przygotujesz, może Cię to złamać. Czeka Cię kilka lekcji od losu. Sporo się dowiesz o grzechu i łasce, o Kościele i o świecie, przyjaciołach i wrogach, modlitwie, cierpieniu, macierzyństwie i mediach społecznościowych. Chcę Ci pomóc. Chcę przekazać Ci to wszystko, czego nie wiedziałam, będąc Tobą, dwadzieścia lat temu, tuż po powrocie do Kościoła katolickiego, u progu dorosłego życia.

To jasne, że są mądrzejsi ode mnie. Ja wciąż się uczę. Proces uzdrowienia cały czas trwa. Po dwudziestu latach można by się spodziewać większej mądrości. Ale też większej siwizny, co akurat w moim przypadku się nie sprawdziło.

O tym, jak sobie radzić z upływem czasu, pogadamy innym razem. Tymczasem zaufaj mi, że choć nie wiem wszystkiego, wiem o czymś, co trzyma mnie przy życiu i zdrowiu psychicznym, mimo że świat na zewnątrz kompletnie zwariował. Powietrze jest tak ciężkie, że trudno oddychać. Ogarnia nas mrok. Ludzie widzą i traktują siebie nawzajem zupełnie inaczej niż przed pandemią. I to mnie przeraża.

Ale choć bardzo przeżywam całe to zło, w naszym domu panuje radość i pokój. Jest życie. Jest Jezus. A On się nie zmienia. I to jest ta najlepsza wiadomość, którą chcę Ci przekazać. On jest taki sam, wczoraj, dziś i na zawsze.

Nie ma lepszej decyzji niż ta o pójściu za Jezusem. Patrz więc na Niego. Rozmawiaj z Nim. Słuchaj Go. Idź za Nim. Potrzebujesz Go bardziej, niż myślisz. Wszyscy Go potrzebujemy. Bo to On podtrzymuje w nas życie. Jest w każdym naszym oddechu. Nie zawsze Go rozumiemy. Rzadko spełnia nasze oczekiwania. „To nie jest oswojony lew”. Pamiętasz? Tak napisał Clive Staples Lewis o Aslanie, mając na myśli Jezusa.

Jezus nie jest Twoim pupilkiem. Nie wezwał Cię do relacji ze sobą, aby spełniać Twoje polecenia. Wezwał Cię, żeby Cię zbawić. Wezwał Cię, żeby Cię przemienić. A to nie będzie miły spacerek po parku.

Chyba się trochę zagalopowałam. Muszę zostawić jakieś rady na kolejne listy. Planuję napisać ich czterdzieści pięć, po jednym na każdy rok – wędrówkę, podczas której wraz z Ziemią okrążyłam Słońce. Obiecuję, że to nie będą długie listy. I już dziękuję, że je przeczytasz. Każde słowo to moja modlitwa za Ciebie. Czytając je, proszę, pomódl się też za mnie. Bóg jest poza czasem, więc wszystkie modlitwy się liczą.

Z błogosławieństwem,

EmilyList II.
Ta wędrówka będzie wyglądała inaczej, niż myślisz

5 czerwca 2020 roku
Hawthorne House

Kochana Emily!

Mam Ci tyle do powiedzenia, że nie wiem, od czego zacząć. Myślę, że łatwiej Ci będzie wszystko zrozumieć, wiedząc, w jakim momencie jestem i jak wygląda moje życie, kiedy nie siedzę przed komputerem i nie piszę do Ciebie.

Oczywiście głównie biegam za Tobym, gotuję, sporo piszę, bo dzięki temu od osiemnastu lat się utrzymuję. Czasem zerkam na media społecznościowe. I czekam. W styczniu zeszłego roku ponownie rozpoczęliśmy proces adopcyjny i od pięciu miesięcy czekamy na maleństwo.

W poprzednim liście wspomniałam, że niewiele spraw pójdzie zgodnie z planem, pamiętasz? Głównie to miałam wtedy na myśli. Późny ślub i zderzenie z bezpłodnością nie jest wymarzonym scenariuszem na życie, ale właśnie taką historię ma dla Ciebie Bóg.

Swojego męża, Chrisa, poznasz tuż po trzydziestce. Jest mądry, troskliwy, oczytany, wysportowany, wierny, ma poczucie humoru i wygląda jak model. Chyba nie muszę mówić, że zakochasz się w nim na zabój. Od pierwszej chwili wiesz, że to on. Że możesz czuć się przy nim zupełnie swobodnie. Jest tylko jeden mały problem. On nie jest pewien swoich uczuć wobec Ciebie. Rany po poprzednich związkach, mylne wyobrażenia o tym, jak ma wyglądać relacja, oraz przewlekła choroba, mają ogromny wpływ na jego emocje i nie pozwalają jasno myśleć. Żyjecie więc latami obok siebie, zastanawiając się, czy to jest przyjaźń, czy to jest kochanie. Dokładnie dziewięć lat, miesiąc i dwadzieścia jeden dni. Tak, wiem, szaleństwo. Niemal dochodzisz do ściany. Ale, koniec końców, padasz na kolana przed Bogiem.

W całym tym oczekiwaniu, wątpliwościach, tęsknocie, bólu i smutku padasz Jezusowi do stóp. A kiedy podnosisz wzrok, widzisz Jego twarz, jakiej nie widziałaś nigdy wcześniej. To twarz z Kalwarii, posiniaczona i skrwawiona. Zmasakrowana przez tych, których przyszedł zbawić. Jego twarz rozświetla miłość do tych, którzy jej nie odwzajemniają. Jest niezwykle piękna. Przemienia Cię. Pomaga przetrwać.

Przez dziewięć lat patrzysz na Jezusa, a On patrzy na Ciebie. Dzięki temu nadal żyjesz. No i dzięki kilku podróżom do Europy. I ładnym sukienkom. I imprezom. Ale głównie dzięki patrzeniu na Niego.

W końcu Chris się reflektuje i całe życie ulega zmianie. Krótko mówiąc, frustrujący i skomplikowany związek przeradza się we wspaniałe, cudownie zwyczajne małżeństwo. Rola żony Chrisa nie wymaga od Ciebie żadnego wysiłku. Miałaś rację: to on.

Od pierwszej randki do dnia ślubu musi jednak minąć jedenaście lat. Na ślubnym kobiercu stajesz w wieku czterdziestu jeden lat. Cieszysz się dobrym zdrowiem, więc masz nadzieję, że wkrótce pojawi się w Waszym życiu dziecko, choć masz świadomość, że nie zostało Wam wiele czasu.

Jako kobieta odpowiedzialna, już przed ślubem robisz, co możesz, aby przygotować swój organizm do ciąży. Biegasz po lekarzach, robisz badania krwi, bierzesz wszelkie naturalne suplementy wspierające płodność. Słyszysz, że wszystko jest w najlepszym porządku i już niebawem pojawi się dzidziuś.

Ale dzidziuś się nie pojawia. Ani po pierwszej, ani po drugiej operacji. Ani po sześciu kuracjach hormonalnych, ani po dwóch latach brania witamin, specjalnych diet, nowenn, modlitw i pielgrzymek. Próbujesz nawet cudownego mleka w proszku z Ziemi Świętej. Wszystko na nic. Jesteś kompletnie załamana, Twój organizm jest wyniszczony, psychika rozbita. Wydaje Ci się, że poniosłaś porażkę jako kobieta, żona i katoliczka. Pragniesz śmierci. Pogrążasz się w mroku. W porównaniu z tym cierpieniem – dziewięć lat czekania na Chrisa to pestka.

Jednak nie umierasz. Ponownie stawiasz sobie przed oczy twarz Jezusa z Kalwarii – posiniaczoną, skrwawioną, zmasakrowaną – i do Niego się zwracasz, Jego szukasz. Wtedy przypominasz sobie, że chcesz, aby działa się Jego wola, nie Twoja. To Jego wola jest doskonała, a nie Twoja. On wie lepiej, choć trwanie w tym przekonaniu wymaga od Ciebie więcej wysiłku. I gdy wreszcie udaje Ci się wypowiedzieć słowa: „Nie moja, lecz Twoja wola niech się dzieje”, On pozwala Ci zrozumieć, czego od Ciebie oczekuje. Będziesz miała dziecko, które urodzi się z Twojego serca, a nie z łona.

Poznajesz je w lipcu 2018 roku. Ma na imię Toby. Jesteś obecna przy jego narodzinach, po czym przez następne dwa lata nie odstępujesz go na krok. Jest Twoją radością i całym światem. Dla niego mogłabyś obejść kulę ziemską dookoła i z powrotem, z krzyżem bezpłodności na ramionach.

A teraz, Ty… ja… my… czekamy na drugie dziecko. Tym razem jest nieco łatwiej, ale to nadal wyzwanie. Prawdę mówiąc, zaczynam się zastanawiać, czy tego właśnie oczekuje od nas Bóg. Może to jest moja wola, a nie Jego. Może próbuję przeforsować coś, co nie powinno się wydarzyć.

Nie wiem, czuję się zagubiona. Ale z drugiej strony jest dobrze. Chciałabym jeszcze raz poczuć na sobie w nocy ten słodki, ciepły ciężar niemowlęcego ciałka. Po tych wszystkich latach chyba w końcu ufam, że Bóg wie najlepiej. A przynajmniej nie jestem już na Niego wściekła za to, że nie spełnił moich pragnień. Odczuwam smutek, ale już nie złość. A jeszcze cztery, czternaście, dwadzieścia cztery lata temu czułam się niewysłuchana i niekochana przez Niego tylko dlatego, że moje modlitwy pozostały bez odpowiedzi.

Kiedy, będąc Tobą, oddałam Jezusowi serce i wróciłam do Kościoła katolickiego, nie pisałam się na takie życie. Planowałam młodo wyjść za mąż, nosić pod sercem i urodzić sześć małych rudzielców. Zanim po raz pierwszy wzięłam na ręce Toby’ego, w głębi serca miałam ogromne pretensje do Boga o to, że nie zgodził się na moje plany. Przecież były dobre! Naprawdę dobre! W końcu nie chciałam tańczyć na rurze w Vegas. Moje plany były zgodne z wiarą katolicką, zakładały tradycyjny model rodziny, pełnej ofiarnej miłości. Kiedy Bóg powiedział „nie”, pomyślałam, że mnie nie kocha, nie dba o mnie i bardziej Mu zależy na innych kobietach. Jakbym nie była na tyle dobra, żeby tym planom sprostać. Jakbym nie zasłużyła na to, aby być mamą.

Od samego początku bardzo się myliłam. Mój powrót do Kościoła nie był jednoznaczny z tym, że Bóg przyklaśnie moim planom. Nie chodziło o to, żeby to On zatwierdził moją wizję owocnego i świętego życia. To ja miałam zgodzić się na Jego plany i oddać Mu stery mojego życia. To On znał kierunek, w jakim powinnam się udać. Wiedział, czego będę potrzebować, aby się do Niego zbliżyć. I nie był to ani ślub w wieku dwudziestu pięciu lat, ani ciąża. Okazało się, że dla mnie przewidział zawarcie małżeństwa w wieku czterdziestu jeden lat z mężczyzną o imieniu Chris i bycie mamą chłopca, którego pod sercem nosiła inna kobieta, ale w ramionach nosić nie mogła.

Emily, z czasem zrozumiesz, że nie tylko Twoje życie tak wygląda. Przychodzimy do Jezusa z naszymi sztywnymi planami w zaciśniętych pięściach, ale gdy powiemy Mu „tak”, On po kolei odgina nasze palce, żebyśmy wypuścili te plany z rąk. W każdym przypadku dzieje się to nieco inaczej, ale zasada jest taka sama: kiedy oddajesz Bogu swoje życie, ta sytuacja jest nieunikniona. Święta Faustyna napisała kiedyś w swoim dzienniczku tak:

Oto są Jego drogi dla nas niezbadane i niepojęte; naszą rzeczą jest poddawać się zawsze Jego świętej woli. Są tajemnice, których rozum ludzki nigdy tu na ziemi nie zgłębi, odsłoni nam to wieczność1.

I właśnie tego możesz oczekiwać. Jeśli chcesz zostać świętą, jeszcze nie raz będziesz zaskoczona czy zdziwiona. Ta wędrówka przez życie będzie wyglądać zupełnie inaczej, niż się spodziewasz. Bóg przewróci Twoje plany do góry nogami. Na drodze napotkasz więcej zakrętów i wzniesień, niż myślisz. Nie będziesz rozumiała tego, co robi Bóg. Nie będziesz wiedziała, co Cię czeka za zakrętem.

Ale nie musisz tego wiedzieć. Najważniejsze, że On to wie. Od zawsze. Zanim powstał świat, Bóg to wszystko przewidział. A teraz, w czasie rzeczywistym, jest tuż przy Tobie i dba, aby każde wydarzenie w życiu przybliżało Cię do Niego coraz bardziej.

Nigdy, przenigdy, nie daj wiary temu, że Bóg kocha Cię mniej tylko dlatego, że życie nie idzie po Twojej myśli. Bóg zawsze kocha Cię miłością najdoskonalszą, nawet jeśli nic na to nie wskazuje. Obiecuję Ci, że z czasem to zobaczysz.

Z błogosławieństwem,

EmilyList III.
Bóg stworzył Cię do rzeczy większych

8 czerwca 2020 roku
Hawthorne House

Kochana Emily!

Jest bardzo wcześnie, tuż po 4.30 rano. Świat spowija ciemność, w domu panuje cisza, a ja siedzę tu i myślę o Tobie. Przede wszystkim cieszę się, że nie jestem Tobą. Nie obraź się. Pewnie, że miło by było mieć znowu Twoją talię. I energię. Zdecydowanie przydałaby mi się ta energia dwudziestopięciolatki, zwłaszcza w przyszłym miesiącu, bo czekają nas wizyty gości, ważne terminy i podróże. Nie mówiąc już o tym, że Toby ma nową ulubioną zabawę, która polega na ciągłych ucieczkach przede mną. Tak więc Twoja energia byłaby super. Ale nie zamieniłabym swojego zmęczenia na Twoją niepewność. Za żadne skarby.

Pamiętam Cię w wieku dwudziestu pięciu lat, Emily. Pracujesz w Waszyngtonie, D.C., a polityka zaczyna Cię męczyć. Dopiero co wróciłaś do Kościoła katolickiego, po pięciu latach przerwy. Bystra, wyjątkowo ambitna i tak doskonale zorganizowana, że mogłabyś stać na czele małego państwa, równocześnie jesteś niepewnym siebie wrakiem człowieka.

Od sześciu lat walczysz z anoreksją i ciągle myślisz, że nie jesteś taka jak trzeba. Uważasz, że brakuje Ci kobiecości, delikatności, poczucia humoru. Cały czas pragniesz być kimś innym.

Nie musisz być kimś innym, Emily. Możesz być kimś lepszym, ale nie innym.

Jesteś cudem, bo stworzył Cię Bóg. Twoja inteligencja, pomysły, pasja, z jaką bronisz tego, w co wierzysz, Twoja siła, gotowość do walki o to, co słuszne –wszystko składa się na to, kim jesteś. Te cechy nie sprawiają, że jesteś mniej kobieca; nie świadczą o tym, że jesteś zła czy nie taka, jak powinnaś. Dzięki nim jesteś Emily – wyjątkową, niepowtarzalną dziewczyną, stworzoną na obraz i podobieństwo Boga. Pozbądź się przekonania, że istnieje tylko jeden wzorzec kobiety. Nieprawda. Jest ich tyle, ile kobiet na świecie.

Pamiętaj, Bóg jest nieskończony. Nie zna granic. Jego inteligencja, mądrość, potęga, piękno, siła, sprawiedliwość, miłosierdzie, dobroć, kreatywność nie mają ani początku, ani końca. Potwierdza to geniusz stworzenia w swojej niepowtarzalności. Wszyscy jesteśmy stworzeni na obraz i podobieństwo Stwórcy. Ale nawet bezgraniczna liczba ludzkich istnień nie jest w stanie wyrazić cudu Boskiej nieskończoności.

Święty Tomasz z Akwinu twierdził, że anioły tak bardzo różnią się między sobą, iż każdego z nich można uznać za osobny gatunek. Z nami jest inaczej: wszyscy, mężczyźni i kobiety, należymy do tego samego gatunku. Jednak każdy z nas jest jedyny w swoim rodzaju, niezastąpiony, niepowtarzalny, niczym gwiazdy na niebie.

Przestań myśleć, że musisz się zmienić, że potrzebujesz innych darów, talentów czy zainteresowań. Jesteś Bożym arcydziełem (por. Ef 2,10). Jesteś takim samym dziełem sztuki jak eksponaty w Luwrze, a Ten, który Cię stworzył, kocha Cię tak, jak mistrzowie kochają swoje malowidła czy rzeźby.

To naturalnie nie oznacza, że nie ma w Tobie miejsca na zmiany na lepsze.

Obie doskonale wiemy, że nie żyjesz zgodnie z Bożym zamysłem. Jesteś Jego arcydziełem, ale dokonałaś kilku niezbyt mądrych decyzji i utaplałaś się w błocie, zacierając Boży obraz w sobie. Do tego stanu rzeczy przyczyniły się również złe wybory innych ludzi. Jesteś zatem arcydziełem umazanym błotem. Tak dalej być nie może.

Bóg złożył w Tobie tyle darów, że musisz się nauczyć lepiej z nich korzystać. Swoją inteligencją masz służyć Jemu, nie sobie. Wyrażając swoje zdanie, powinnaś bardziej myśleć o innych. Popracuj nad tym, żeby Twoja siła była dla nich pomocą, a nie walcem, którym po nich jeździsz. Bóg obiecał, że nie złamie trzciny nadłamanej i tego samego oczekuje od Ciebie.

Słuchaj tego, co mówi Bóg i rób to, o co Cię prosi. Staraj się zauważyć chwile, w których zamiast Jego woli wybierasz swoją, i zacznij podejmować inne decyzje. Musisz zrozumieć, jak bardzo jesteś okaleczona, zobaczyć te wszystkie rany, grzechy, lęki i nieuporządkowane namiętności, a następnie przyjąć łaskę uzdrowienia, którą On chce Cię obdarzyć.

Tak, Emily, jesteś poraniona i to jest w porządku. No, może niezupełnie. Ale nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Wszyscy jesteśmy rozbici. Każdy z nas ma jakieś braki. Taka jest kondycja człowieka. Zapomnij o tym, co słyszałaś na temat grzechu pierworodnego – że to plama czy znamię, którymi jesteśmy naznaczeni. To nie tak. Grzech pierworodny to ubytek. Brak. Pewnego dnia usłyszysz od jednego z nauczycieli, że od chwili narodzin towarzyszy nam deprywacja, a nie deprawacja. Rodzimy się pozbawieni łaski uświęcającej, która jest życiem Bożym w naszych duszach.

Przez tragiczną decyzję naszych pierwszych rodziców nie mamy w sobie życia, które przeznaczył dla nas Bóg. I chociaż chrzest to życie w nas przywraca, skutki grzechu pierworodnego odczuwamy nadal. Kościół nazywa je pożądliwościami, co oznacza, że wszyscy mamy skłonność do grzechu. Całe zło, które nas otacza – przemoc, wściekłość, nienawiść, okrucieństwo, samotność i strata – ma swoje źródło w ludzkiej słabości, która jest udziałem każdego człowieka.

Na szczęście nie musi być tak, że już zawsze będziemy rozbici. Jezus pokazuje nam drogę powrotu do pełni. Pokazuje nam siebie, bo to On jest drogą. On doprowadzi Cię do pełni. Da Ci łaskę, dzięki której staniesz się kobietą, którą jesteś – wewnętrznie zintegrowaną Emily. Tą samą, ale lepszą. Myślę, że tą prawdziwą.

Nie słuchaj tych, którzy Ci wmawiają, że musisz być inna, mniej inteligentna, mniej nieustępliwa, mniej zaangażowana w to, co prawe, prawdziwe i dobre. Słuchaj cichego głosu Boga, który mówi Ci, że stworzył Cię do rzeczy większych.

Do jutra.

Z błogosławieństwem,

Emily
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij