-
nowość
-
promocja
Livia w Rzymie - ebook
Livia w Rzymie - ebook
Zanurz się w słonecznym Rzymie, gdzie lato smakuje pierwszą miłością i odkrywaniem siebie.
Szesnastoletnia Livia spędza wakacje w Rzymie. Pomaga w barze swojej babci i próbuje odnaleźć się między dwiema tożsamościami – pół-Szkotki i pół-Włoszki. Czuje się jak przybysz, dopóki nie poznaje Giulia – pewnego siebie chłopaka, który od pierwszego spotkania działa jej na nerwy. Ich relacja zaczyna się od spięć, uszczypliwości i nieporozumień, ale z czasem ta pełna iskier niechęć przeradza się w coś znacznie głębszego. Wśród gwaru rzymskich ulic, zapachu jedzenia i letnich wieczorów Livia zaczyna odkrywać nie tylko miasto, ale też samą siebie.
To klimatyczna, pełna emocji opowieść o dorastaniu, relacjach i pierwszych uczuciach, wzbogacona o uwielbiany motyw enemies to lovers, osadzona w malowniczej scenerii Rzymu. Idealna na lato – wciągająca i pełna uroku historia, która zostaje z czytelnikiem na dłużej.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Young Adult |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8449-313-7 |
| Rozmiar pliku: | 6,2 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Gdyby istniało prawo zabraniające traktowania własnej córki jak obcokrajowczyni, moja mama zostałaby aresztowana w chwili, gdy wylądowałyśmy w Rzymie. Najpierw przeprosiła funkcjonariusza kontroli granicznej za mój brytyjski paszport, jakbym była pizzą z ananasem, którą przemyciła do Włoch. Następnie, gdy opuszczałyśmy lotnisko, zmieniła godzinną podróż do szpitala w jedną wielką wycieczkę z przewodnikiem – włączyła w to wykład z historii w autobusie i maraton ciekawostek w metrze – a teraz, gdy pokonujemy ostatni odcinek drogi, nadal nie przestaje.
– Spójrz tylko, Livio! – Zatrzymuje się chyba po raz tysięczny, szerokim gestem wskazując ogromną połać trawy usianą kamieniami i gruzem. – Il Circo Massimo! Wyścigi rydwanów, walki gladiatorów, parady religijne… to wszystko działo się właśnie tutaj! – Jej spojrzenie staje się rozmarzone i nostalgiczne, jakby była naoczną świadkinią tych wydarzeń.
– Wow, Ma! Wiem, że jesteś stara, ale nie sądziłam, że aż tak! – żartuję.
Szczypie mnie w bok, sprawiając, że aż podskakuję.
– Nie bądź bezczelna, _signorina_!
Śmieję się i odpycham jej rękę.
– Daj spokój! Chodźmy. I przestań traktować mnie jak jakąś głupią turystkę!
Od szpitala, który na małej wyspie pośrodku rzeki Tyber stoi od ponad czterech wieków – to również powiedziała mi Ma – dzieli nas już tylko krótki spacer.
Chwytam walizkę na kółkach i wchodzę na wyblakłe przejście dla pieszych, ale cofam się, gdy w moich uszach rozbrzmiewa dźwięk klaksonu, a gorące, gęste od smogu powietrze owiewa mi twarz. Drżąc, odgarniam kosmyki włosów ze spoconego czoła – i nagle widzę, jak mój klapek ląduje na drugim pasie, a mężczyzna na Vespie krzyczy do mnie „_turista!_”, całkiem jakby to było jakieś straszne przekleństwo, najgorsza obelga.
Ma chwyta mnie za łokieć i przeprowadza przez ulicę, jak gdybym miała sześć lat, a nie szesnaście.
– Może przestanę traktować cię jak turystkę, gdy nie będziesz się tak zachowywać. To nie jest Szkocja, Livio! Ruch uliczny wygląda tu inaczej. Nie możesz po prostu zakładać, że ludzie się zatrzymają i cię przepuszczą. Najpierw musisz nawiązać kontakt wzrokowy…
Na chodniku po drugiej stronie ulicy czeka na nas elegancko ubrany mężczyzna z idealnie przystrzyżoną bródką, który przed chwilą ryzykował życiem, aby uratować mój klapek. Podskakując na jednej nodze i kuśtykając, zbliżam się do nieznajomego, a on podaje mi go czubkami palców. Na środku klapka widnieje ślad po bieżniku opony.
– Twój… but… zgubiłaś – tłumaczy z silnym akcentem, najwyraźniej uznając mnie za _straniera_ – obcokrajowczynię, a nie jedną z eleganckich miejscowych dziewcząt, z których żadna, jak sobie teraz uświadamiam, prawdopodobnie nigdy nie założyłaby takiego obuwia, nawet w samym środku lipca. Przyjmuję klapek, płonąc ze wstydu.
Ma mu dziękuje, a gdy tylko nieznajomy odchodzi, jej miły uśmiech zmienia się w frywolny.
– _Molto carino_¹, prawda? Może ma syna, który jest równie słodki? – Wyciąga szyję, by nie stracić go z oczu. – Chcesz, żebym go zapytała?
– _Ommioddio_². Mamo! Przestań, dobrze?
Ma potrafi być taka niepoprawna! Pewnie dlatego, że rzadko miewa kontakt z kimś poza mną i tatą. Czasami myślę, że założyła Caterina’s Cat Casa, ponieważ nawet ona wie, że lepiej dogaduje się ze zwierzętami niż z ludźmi.
Tata, którego nazywam Pa, był zbyt zajęty sesjami ślubnymi, żeby przylecieć razem z nami, co prawdopodobnie jest szczęśliwym zrządzeniem losu. Można by pomyśleć, że skoro moi rodzice są starsi od rodziców większości moich przyjaciół, będą też sztywni i staromodni, ale wygląda na to, że próbują to nadrobić, posuwając się zbyt daleko w drugą stronę. Z d e c y d o w a n i e zbyt daleko. Odkąd Ma i ja zarezerwowałyśmy loty, ona i Pa droczyli się ze mną, bezustannie wspominając o wszystkich tych _bellissimi_³ włoskich chłopcach, których spotkam tego lata, i twierdząc, że z pewnością się zakocham i nie będę chciała wracać do domu – tak jak wszystkie inne o b c e dziewczyny. Bo tak mnie właśnie postrzegają. Mnie! Ich własne dziecko! Jako obcokrajowczynię.
Cóż, oto moja szansa, żeby udowodnić im, że się mylą. W obu przypadkach.
Ostatni raz byłam w Rzymie jako mała dziewczynka, ale mam to miasto we krwi. Zakodowane w genach. Znam je tak dobrze, jak ptaki trasy migracji, a łososie drogi powrotne do strumieni, w których przyszły na świat (no dobra – trochę dzięki Google Maps). Ale przede wszystkim znam je, ponieważ nasz dom w Edynburgu jest właściwie małym kawałkiem Włoch: jedzenie, muzyka, kanały telewizyjne, bidet w łazience i, od czasu do czasu, płachty domowego spaghetti suszące się na suszarce do ubrań (tylko moja najlepsza przyjaciółka Isla może wtedy przychodzić).
Sygnał w moim telefonie stabilizuje się po niedawnej podróży przez piekło, czyli rzymskie metro latem, i na ekranie pojawia się wiadomość od Isli. Wysłała mi selfie z puszystym kotem rasy maine coon z podpisem „ja i twoja mama”. Tłumię chichot – podobieństwo jest uderzające. Ma jest na etapie „akceptacji swojej siwizny”, a jej włosy, ufarbowane na czarno tanią farbą z drogerii, blaknące do rudości i przetykane srebrnymi odrostami, sprawiają, że wygląda dokładnie jak szylkretowa kotka ze zdjęcia.
Pod naszą nieobecność Isla opiekuje się zwierzakami z luksusowego hotelu dla kotów. Ale nawet mimo że ona jest tam, a ja tutaj, równie dobrze mogłaby być tu ze mną: oczyma duszy widzę ją, zachwycającą się tutejszymi chłopcami, których na pewno by polubiła, i wzdychającą do lukrowanych tart w witrynach _pasticcerii_⁴. Znam ją tak dobrze, że mam w sobie wewnętrzną Islę, którą wszędzie ze sobą zabieram.
Kolejny sygnał wiadomości. „Byłaś już w szpitalu?”
Czuję przypływ sympatii do mojej przyjaciółki. W przeciwieństwie do moich żenujących rodziców ona rozumie, dlaczego ta podróż jest dla mnie tak ważna. Nie widziałam mojej _nonny_⁵ Adeliny – w skrócie Niny – odkąd skończyłam sześć lat, a Isla wie, że jej nieobecność pozostawiła w moim życiu lukę – pustą przestrzeń, bezustannie ziejącą w jego tle.
Nic dziwnego, że nie czuję się, jakby Szkocja była moim prawdziwym domem. Nie ma żadnego miejsca, w którym czułabym się u s i e b i e. Jestem po prostu uwięziona na wyspie Ma i Pa, w towarzystwie kilku atencyjnych kotów.
Ale Rzym… Wciągam powietrze głęboko w płuca, wdychając ziemisty zapach rzeki Tyber, mieszankę spalin i gorącego asfaltu, podszytą kuszącym aromatem jedzenia i kawy. Rzym… będzie i n n y.
Nina jest tutaj, tuż za wygiętym w łuk kamiennym mostem majaczącym przed nami. I choć żałuję, że sprowadziła nas tu śliska podłoga i liczne złamania, to jednak cieszę się, że tak się stało. Nagły wypadek w rodzinie to właściwie jedyna rzecz, która mogła oderwać Ma od jej ukochanego kociego hotelu w sezonie letnim. A teraz mam szansę stać się częścią czegoś większego – częścią życia Niny i firmy, która należy do naszej rodziny od pokoleń.2
Wciąż słyszę okrzyk niedowierzania Isli, kiedy powiedziałam jej, że latem będę pracować w barze Niny.
– Ale przecież masz dopiero szesnaście lat! – zawołała, gdy już odzyskała głos. – Czy to w ogóle legalne?
Musiałam jej wyjaśnić, że włoskie bary to w zasadzie kawiarnie – miejsca, w których miejscowi emeryci spotykają się, aby uciąć sobie pogawędkę przy kawie i ciastku. Innymi słowy, zdecydowanie n i e są to modne lokale, które bez wątpienia sobie wyobrażała. Mimo to nie mogę się doczekać, aby stanąć za ladą i zaimponować Ma, odtwarzając na piance latte wzór, który zapisałam sobie na TikToku.
Ma dorastała w mieszkaniu nad barem Niny, gdzie również pracowała jako nastolatka, więc jakaś mała cząstka mnie – no dobrze, d u ż a część mnie – ma nadzieję, że Ma spojrzy na mnie inaczej, gdy zobaczy, jak robię to, co robiła ona, w mieście, które nazywa swoim domem.
Chcę też pokazać Ninie, że dbam o swoje korzenie i dziedzictwo. To nie moja wina, że firmy Ma i Pa mają totalne obłożenie w okresie świątecznym lub że moi rodzice są zbyt nudni, żeby pozwolić mi opuszczać lekcje w innych porach roku.
Chłodny podmuch klimatyzacji sprawia, że drżę z zimna, gdy wchodzimy do szpitala. Odklejam koszulkę od pleców i szperam w torbie w poszukiwaniu supergrubej gumki do włosów, jedynej, która wytrzyma ciężar moich gęstych pukli. Nie potrzebuję lustra, żeby wiedzieć, że w tym upale są one dwa razy bardziej napuszone niż zwykle.
Ma zatrzymuje się w recepcji, żeby zapytać o drogę na oddział, a potem wnosimy nasze bagaże do małej staromodnej windy i wysiadamy na piętrze, na którym nad drzwiami widnieje napis „Geriatria”. Ma prycha.
– Nina z pewnością jest zachwycona.
Pamiętam, jak tata mi mówił, że chociaż to ja wymyśliłam imię „Nina” – _nonna_ Adelina było zbyt długie dla dwulatki – to ona zadbała o to, żeby się przyjęło, nie mając ochoty być nazywana „babcią”.
Jej prywatna sala znajduje się w połowie korytarza i mogłabym przysiąc, że dostrzegam, jak Ma żegna się znakiem krzyża, otwierając drzwi – nigdy wcześniej nie widziałam u niej czegoś takiego – ale zanim zdążę się nad tym mocniej zastanowić, widzę ją.
Ninę.
Czy może raczej jej palce u stóp. Są pomalowane czerwonym lakierem do paznokci i wystają z solidnej szyny przymocowanej do systemu bloczków. Moje spojrzenie wędruje w górę i pada na elegancką, perfekcyjnie umalowaną twarz i nos, który jest równie „ważny” jak mój i Ma. Jej skóra jest pokryta plamami słonecznymi i starczymi, ale dzięki wypełniaczom i zastrzykom, o których mama zakazała mi wspominać (jakby coś takiego mogło mi w ogóle przyjść do głowy), jest jędrna i pozbawiona zmarszczek.
Wycieram spocone dłonie o dżinsowe szorty, boleśnie świadoma tego, jak brudna i wymięta jestem po podróży, i podchodzę do jej łóżka. Im jestem bliżej, tym bardziej mój uśmiech blaknie. Dlaczego go nie odwzajemnia? Dlaczego nie wyciąga rąk, żeby mnie przytulić? Dlaczego nic nie mówi? Chcę się zatrzymać, ale moje nogi poruszają się dalej, jakbym szła na autopilocie. Pochylam się, aby pocałować ją w policzek, ale Nina lekko się przesuwa i moje usta dotykają poduszki. Mam wrażenie, że moja twarz staje w płomieniach. A przynajmniej tak się czuję.
– Czy ona mówi w naszym języku? – pyta Nina po włosku, zwracając się do Ma, nie do mnie.
Wciąż nie mogę się otrząsnąć po tym niezręcznym powitaniu, więc to jak podwójny cios. Czy ona nawet nie zamierza ze mną rozmawiać?
Pa często zdarza się coś takiego: ludzie rozmawiają o n i m, zamiast mówić d o n i e g o, co doprowadza mnie do szału. To tak, jakby uważali, że jego włoski akcent czyni go głupim, jakby umiejętność posługiwania się innym językiem się nie liczyła, jeśli to nie angielski. Akcent Ma jest jeszcze silniejszy, ale dopóki koty dostają na czas swoje wykwintne jogurty z kurczakiem, mogłaby mówić nawet jak Minionek.
– _Capisci perfettamente, vero_⁶, Livia? – pyta ostrożnie Ma.
Kiwam głową, kierując ten gest tyleż do niej, co do Niny, bo rozumiem doskonale. Jak miałabym nie rozumieć? Nawet hałas w tle w naszym domu jest włoski – z Ma i jej głośnymi debatami politycznymi oraz Pa edytującym zdjęcia ślubne przy włoskiej muzyce rockowej z czasów jego młodości – zespołów o dziwacznych nazwach, takich jak I Pooh i Dik Dik. Rozumiem włoski całkiem nieźle. Czasami nawet lepiej, niżbym chciała.
Ale mówienie w tym języku jest… trudniejsze.
Nie mam problemów z codziennymi sprawami dotyczącymi życia rodzinnego – co chcę zjeść na kolację, ile makijażu to „za dużo”, wyjaśnianiem Ma fabuły filmów – ale wszystko, co bardziej skomplikowane, to mieszanka, trzeci język, który jest oryginalnym narzeczem mojej rodziny. Nawet to, jak zwracam się do rodziców, jest owocem kompromisu – _mamma_ i _papà_ są po prostu zbyt włoskie.
Nina świdruje mnie swoimi oczami w kolorze espresso, które niczym promienie rentgenowskie prześwietlają mnie na wylot w poszukiwaniu śladów oszustwa.
– _Eh sì_⁷ – mówi cicho. – Tak jak podejrzewałam.
Przez chwilę zastanawiam się, czy wyartykułowałam swoje myśli na głos. Ale nie, nie powiedziałam ani słowa, co nie jest zbyt dobrym rozwiązaniem, gdy próbujesz przekonać swoją babcię, że jesteś godna swojego włoskiego dziedzictwa.
Nina cmoka z dezaprobatą i mierzy Ma surowym wzrokiem.
– Zbyt długo trzymałaś ją z dala, Caterino.
– Też się cieszę, że cię widzę, _mamma_ – oznajmia Ma beznamiętnie, ściskając pocieszająco moje ramię, po czym siada z pełnym rezygnacji westchnieniem.
Zdaję sobie sprawę, że to nie tylko koci hotel i troska o moją edukację nie pozwalały jej tu wrócić przez cały ten czas.
Powinnam coś powiedzieć, żeby rozładować napięcie, pokazać Ninie, że nie jestem jakąś tępą niemotą, która nie potrafi wyartykułować ani słowa po włosku. To język, w którym rozmawiam z Ma i Pa. I nie muszę przecież wygłaszać wykładu z astrofizyki! Ale w obecności Niny czuję się, jakby ktoś zalepił mi usta taśmą klejącą. Skrępowana, podchodzę do okna, czując się nieskończenie głupio. Wbijam wzrok w mętną zieloną wodę rzeki Tyber, płynącej z obu stron budynku.
– Jesteśmy tu, żeby ci pomóc – wyjaśnia Ma krótko.
Obserwuję ich odbicia w szybie. Nina krzyżuje ręce na piersi.
– Pomóc? Pff! Daj spokój, Caterino. Przyszłaś, żeby mnie uświadomić, że jestem za stara, żeby prowadzić bar.
Ma wskazuje na jej unieruchomioną nogę.
– Cóż… chyba nie zaprzeczysz, że to dla ciebie zbyt duże obciążenie. W przyszłym miesiącu skończysz siedemdziesiąt pięć lat…
– Co oznacza, że nadal mam siedemdziesiąt cztery – przerywa jej chłodno Nina, przygładzając swoje platynowoblond włosy.
Czy tylko mi się zdawało, czy Nina naprawdę spojrzała na trójbarwnego boba mamy i lekko się wzdrygnęła? Na szczęście Ma tego nie zauważyła – jest zbyt zajęta wymachiwaniem rękami.
– U starszych osób złamania goją się dłużej…
– Ach! _Bene!_⁸ – wykrzykuje Nina. – A więc teraz bawisz się w lekarkę? Powinnaś była mnie poinformować, że zmieniłaś zawód, Caterino!
Ma wznosi ręce nad głowę.
– _Dio_⁹ , nigdy się nie zmienisz, prawda, _mamma_?
Ups! Jesteśmy tu dopiero od dwudziestu minut, a one już zdążyły się ze sobą pożreć.
Nagle mam ochotę stąd wyjść. Monety, które Pa wcisnął mi do ręki, gdy żegnaliśmy się na lotnisku – resztki euro z irlandzkiej sesji ślubnej – to doskonały pretekst, żeby to zrobić.
– Hmm… – zwracam się do Niny, powtarzając w głowie włoskie słowo oznaczające „automat”, zanim wypowiem je na głos, po czym zastygam w bezruchu.
Nina uśmiecha się do mnie – n a p r a w d ę się uśmiecha – ustami, oczami i całą sobą. Serce zaczyna mi szybciej bić, gdy rozkoszuję się ciepłem tego uśmiechu, ale chwilę później mina mi rzednie, jakby ktoś wylał mi na głowę kubeł zimnej wody.
Bo ten uśmiech nie jest skierowany do mnie, tylko do kogoś innego. Nina patrzy na kogoś za moimi plecami – nie na mnie.
Podążam wzrokiem za jej spojrzeniem, do drzwi, w których stoi nieznajomy w ciemnych okularach i kasku motocyklowym. Po chwili wchodzi do pokoju ze stosem plastikowych pojemników na jedzenie, uśmiechając się promiennie.3
Nie widzę zbyt dobrze twarzy dostawcy, ale w szkole spędzam wystarczająco dużo czasu z nastoletnimi chłopcami, żeby rozpoznać ten chwiejny, szczenięcy chód. Wraz z nim do pokoju wkraczają bogaty, orzechowy aromat i kojąca woń gotowanego makaronu. Mam nadzieję, że Nina zamówiła jedzenie również dla mnie i Ma – od ostatniego posiłku dzieli nas siedem godzin i niemal dwa i pół tysiąca kilometrów…
Nina siada i sięga po pojemniki… Nie, chwilę… ona sięga po…
Co takiego?! Szczęka praktycznie wypada mi z zawiasów, kiedy moja babcia przyciąga do siebie dostawcę jedzenia, chwyta go oburącz za kask i całuje go w oba policzki z głośnym cmoknięciem.
Wiem, że we Włoszech całowanie jest czymś totalnie normalnym, czasami nawet podczas pierwszego spotkania, ale… Serio? Koleś z Uber Eats dostaje buziaka, a ja nie?!
Nina uśmiecha się pobłażliwie, a jej szyna delikatnie skrzypi, gdy zmienia pozycję, aby zrobić miejsce obok siebie na łóżku. Poklepuje pościel swoją szczupłą brązową dłonią pokrytą plamami wątrobowymi.
– _Siediti qui, caro_¹⁰.
_Caro_? „Kochanie”? Czuję dziwny ucisk w żołądku. A więc to nie jest jakiś pierwszy lepszy dostawca jedzenia. I to nie perspektywa spałaszowania lunchu sprawia, że Nina rozpromienia się jak supernowa. To ten… chłopak. Chłopak, który zdejmuje właśnie kask i okulary przeciwsłoneczne, jakby planował się tu rozgościć. Chłopak, którego wita tak ciepło, chociaż przecież to na m ó j widok powinna się cieszyć!
Spodziewam się, że Ma będzie równie skonsternowana co ja, ale ona wstaje – poprawka, wspina się na palce – i… _ommioddio_… też go całuje!
– _Ma non è possibile!_¹¹ – Mama cofa się, żeby mu się przyjrzeć. – To nie możesz być ty… ale wyglądasz dokładnie tak jak twoja mama, z tymi twoimi wielkimi krowimi oczami!
„Krowie oczy”? Serio? I skąd ona może wiedzieć, jak on wygląda, skoro miętoli jego twarz w dłoniach, jakby był jednym z jej kocich klientów? Używa nawet swojego „kociego głosu” – mówi szybko, piskliwie i dziecinnie.
Mimowolnie się wzdrygam. Kiedy Ma może swobodnie mówić w swoim ojczystym włoskim, a nie łamaną angielszczyzną, jest tak żenująca, że aż zęby bolą.
– Pamiętasz Giulia, prawda, Livio? – Ma cofa się nieco, jakby oczekiwała, że pójdę w jej ślady i też go pocałuję. Trwam uparcie w bezruchu, ignorując sugestywny chichot mojej wewnętrznej Isli i jej przewrotne „chętnie cię wyręczę, jeśli nie masz ochoty!”. Czy nie wystarczy, że przed tym całym Giuliem płaszczą się dwa pokolenia mojej rodziny? A jemu się to najwyraźniej podoba!
Ma zwraca się do mnie łagodnym, kojącym głosem, jakby próbowała wywabić z ukrycia nerwowego kota:
– Mama Giulia i ja byłyśmy w dzieciństwie najlepszymi przyjaciółkami. Przyprowadzała go do baru za każdym razem, gdy tam wpadałyśmy. Żartowałyśmy nawet, że kiedyś się pobierzecie. Był taki _adorabile_¹²! Ale teraz… jest _figo_¹³! Czy tak mówią obecnie młodzi ludzie? Jak to angielskie słowo, którego zawsze używa Isla… Ciacho? Czyż nie?
Chowam twarz w dłoniach; ta chwila będzie mnie prześladować do końca życia.
Nina cmoka z dezaprobatą.
– Giulio nie jest zainteresowany nauką angielskiego. A poza tym jak mogą to pamiętać? To było dziesięć lat temu, Caterino! Sama ledwo pamiętam.
W głosie Niny słychać surowe nuty, które trafiają w punkt, sądząc po tym, jak Ma opada na krzesło ze zwieszonymi ramionami, krzyżując nogi. Po chwili jednak uśmiecha się słodko do swojej matki.
– Być może twoja pamięć nie jest już taka jak kiedyś, _mamma_.
Ding-dong! Runda druga!
Giulio odchrząkuje i z wprawą kogoś, kto robił to już milion razy, wyjmuje sztućce i papierowe talerzyki z szafki przy łóżku Niny, i zaczyna nakładać makaron. W powietrzu roznosi się smakowity zapach roztopionego sera _pecorino romano_ i świeżo zmielonego czarnego pieprzu. Jęczę w duchu – _cacio e pepe_, jedno z moich dziesięciu ulubionych dań! Mój zdradziecki żołądek burczy.
Nina unosi znacząco brwi.
– Czym ty ją karmisz, Caterino? Bo na pewno nie włoskim jedzeniem. Spójrz tylko, jaka ona chuda… i blada!
Z trudem powstrzymuję parsknięcie frustracji. I tak źle, i tak niedobrze. Tutaj jestem zbyt blada, ale w Szkocji, kiedy Isla i ja idziemy na zakupy do drogerii, ona bez trudu dopasowuje do swojej cery pierwszy tani podkład, który bierze do ręki, podczas gdy ja muszę wydawać wszystkie pieniądze na produkty drogich marek mające w swojej ofercie ciemniejsze, oliwkowe odcienie. A dziewczyny na zajęciach WF-u patrzą na mnie krzywo, gdy próbuję upiąć moje gęste, falowane włosy w kucyk. Wiem, co sobie myślą: że powinnam je wyprostować. Do tego dochodzi jeszcze mój nos… Cóż, powiedzmy, że próbowałam konturowania, ale nadal jest to pierwsza rzecz, na którą ludzie zwracają uwagę, kiedy ze mną rozmawiają, zanim zadadzą mi to straszne pytanie: „Skąd pochodzisz?”. Pytanie, na które po prostu nie wiem, jak odpowiedzieć, a przynajmniej nie z takim samym przekonaniem, jak robią to Ma i Pa: „Włochy”. Albo Isla – „Szkocja”. Ale ja? Wciąż nie znam jednoznacznej odpowiedzi.
Pod naciskami Niny Giulio podaje mi podwójną porcję _bucatini_, a nasze spojrzenia spotykają się nad wyładowanym po brzegi papierowym talerzem. Niechętnie przyznaję, że mama ma rację. Krowie oczy. Zdecydowanie krowie – duże, ciemne i błyszczące, okolone rzęsami prostymi jak druty. Zupełnie inaczej niż jego włosy, które są kędzierzawe jak sierść u kota rasy devon rex, w kolorze delikatnego brązu, prawdopodobnie zimą przybierającego ciemniejszy odcień.
„Nie gap się!” – wyrywa mnie z zamyślenia głos mojej wewnętrznej Isli i zamykam oczy. Nie zamierzam być tą omdlewającą _stranierą_, za jaką uważają mnie Ma i Pa. Nie w obecności Niny. Nie ma mowy.
Cóż, w końcu pewnie i tak go już nigdy nie zobaczę. Nina ma teraz mnie. Od tej pory to ja mogę przynosić jej lunch, kolację i wszystko, czego potrzebuje. I może wtedy polubi mnie tak jak jego…
– Och, prawie bym zapomniał! – Giulio wyjmuje z małej plastikowej torebki łyżkę i mi ją podaje. – Proszę.
Odruchowo zaciskam palce i prawie ją od niego biorę – tylko po to, żeby rzucić mu nią w głowę. Nauczyłam się nawijać makaron na widelec wcześniej, niż poprawnie trzymać ołówek. On tak serio?
Wbijam widelec w kremowe danie. Twarz Giulia jest pozbawiona wyrazu, ale patrzę śmiało w te jego „krowie oczy”, podnosząc do ust porcję idealnie nawiniętego makaronu. To znaczy, była idealna, dopóki Nina nie wybrała akurat tego momentu, aby poinformować Ma, że w przyszłym tygodniu zaczynam lekcje włoskiego.
Kiedy przestaję kaszleć i charczeć, wypowiadam swoje pierwsze pełne zdanie po włosku, wlepiając wzrok w nitki makaronu udrapowane malowniczo na moich kolanach:
– Eeee… k t o ma brać lekcje włoskiego?
Nina się krzywi, ale nie wiem, czy to z powodu mojego akcentu, czy niezdarności.
– Lekcje odbywają się popołudniami, więc będziesz miała dość czasu, żeby się najpierw zaaklimatyzować – mówi. – Giulio znalazł szkołę językową w pobliżu, więc nie będziesz miała daleko.
Giulio, hę? Bo co, jestem jakąś pierwszą lepszą _turista_, która zgubi się tuż za rogiem?
Jej Złoty Chłopiec, mający uczynność najwyraźniej we krwi, podaje mi plik papierowych serwetek, żebym mogła wytrzeć stygnącą serowo-makaronową breję z kolan. I – niespodzianka! – dodaje do nich łyżkę. Co jest z tym kolesiem nie tak?
Zbieram się na odwagę i próbuję wypowiedzieć kolejne zdanie po włosku:
– Ale przecież mam pracować w barze i…
– Giulio się tym zajmie – wchodzi mi w słowo Nina, przyglądając mu się zmrużonymi oczami. Jej czułość jest tak silna, że przezwycięża nawet botoksowe napięcie skóry. – W lecie nie ma szkoły, a on pomaga od czerwca. Prawda, _caro_?
Nie! Tylko nie to! Proszę, tylko nie bar! Czy Giulio nie ma własnej rodziny, która mogłaby go rozpieszczać? Nie chcę chodzić na lekcje włoskiego – nie po całym tym szaleństwie związanym z przygotowaniami do egzaminów w ciągu ostatnich kilku miesięcy – i przed jeszcze większym koszmarem dwóch ostatnich lat szkoły.
Rzucam Ma desperackie spojrzenie, które mówi „zrób coś!”. Na jego widok odkłada widelec.
– Naprawdę powinnaś była ustalić to z nami wcześniej, _mamma_.
Nina przeżuwa, połyka i robi przerwę, aby upić trochę wody.
– Jeśli Livia chce odrzucić mój dar języka sztuki i historii… Języka Michała Anioła i da Vinciego… Jeśli nie chce się uczyć… ani doskonalić – oznajmia, podnosząc głos, aby zagłuszyć protesty Ma próbującej argumentować, że przecież mówię po włosku całkiem nieźle – to niech będzie i tak. – Kładzie dłoń na przedramieniu Giulia. – Czy możesz poinformować szkołę, że rezygnujemy, _caro_? Pewnie nie zwrócą pieniędzy, ale może zaoferują miejsce komuś innemu, kto to doceni…
Uhhh. Nina jest subtelna jak czołg. Ale nawet jeśli wiem, co robi, to ta świadomość nie jest w stanie powstrzymać zimnego uczucia paniki narastającego w mojej piersi. Nie chcę, żeby źle o mnie myślała, żeby uważała mnie za niewdzięczną…
Na beznamiętnej twarzy Giulia pojawia się coś w rodzaju rozbawienia. A niech mnie – to go śmieszy! I wiem z całą pewnością, że chociaż nie chcę, żeby Nina źle o mnie myślała, to ten podlizujący się cudzym babciom drań życzy mi jak najgorzej.
Biorę głęboki oddech i próbuję się uśmiechnąć.
– To nie tak, że nie chcę się uczyć… To znaczy… Oczywiście, że chcę! Rzecz w tym, że… – Nina wpatruje się we mnie, a ja rozpaczliwie szukam odpowiednich słów, desperacko nie chcąc utwierdzić jej w mylnym przekonaniu. – Myślę, że… skoro to tylko popołudnia… – kończę żałośnie.
– _Dio_, _mamma!_ Nie pozwolę ci manipulować moją córką! Twoje próby…
W tym samym momencie, w którym Ma z gniewem zrywa się z krzesła, do pokoju wchodzi pielęgniarz w liliowym fartuchu. Mama zastyga w połowie ruchu. Na jej twarzy maluje się poczucie winy, a tymczasem Nina przyciska dłoń do czoła i wydaje z siebie zduszony jęk.
– Myślę, że pani De Angelis powinna teraz odpocząć. – Pielęgniarz otwiera drzwi, a jego głos jest równie chłodny co podmuch powietrza z klimatyzacji. – Może zaczekaliby państwo na zewnątrz?
Wstaję, zawstydzona spektakularną klapą, jaką okazało się spotkanie po latach z Niną. Moje skrępowanie pogłębia się jeszcze na widok niesfornych nitek _bucatini_, które przeoczyłam podczas pośpiesznej próby uprzątnięcia makaronowego bałaganu z moich kolan i które opadają z nich teraz żałośnie na podłogę.
Giulio marszczy nos na widok nieestetycznej plamy na moich spodenkach.
– Chyba i tak powinnaś się… odświeżyć.
Kiedy kieruję się w stronę drzwi, odprowadzana wonią zasychającego sosu z owczego sera, dostrzegam, jak Nina podnosi rękę, aby go do siebie przywołać. Pochyla się w jego stronę, wypowiadając szeptem słowa, których nie słyszę. Cokolwiek jednak mówi, sprawia, że Giulio zwraca czujne, przenikliwe spojrzenie na Ma.
– Livio? – Jej głos wyrywa mnie z zamyślenia.
W pośpiechu wychodzę za nią na korytarz, próbując otrząsnąć się z zakłopotania wywołanego komentarzem Giulia i niepokoju spowodowanego tym, jak blisko jest z Niną.