Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Lodowa pułapka - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
14 stycznia 2026
3790 pkt
punktów Virtualo

Lodowa pułapka - ebook

Mistrzowskie połączenie nauki i przygody – jazda bez trzymanki dla fanów inteligentnej rozrywki!

Stacja Polarna Grendel, wykuta w lodowcu dwukrotnie większym od Stanów Zjednoczonych, została opuszczona ponad siedemdziesiąt lat temu. Tajny ośrodek badawczy, gdzie Sowieci przeprowadzali straszliwe eksperymenty, zaprojektowano tak, by był niewidoczny i praktycznie niedostępny – ani z wody, ani z powietrza. Miał chronić eksperyment, który pozwolił zatrzeć granicę między życiem a śmiercią i miał pójść w zapomnienie.

Jednak na porzuconą stację natknął się przypadkiem amerykański statek badawczy, a jego załoga  dostrzegła podejrzany ruch wewnątrz rzekomo opuszczonego obiektu. Od tego momentu żołnierze, agenci wywiadu i niczego niepodejrzewający cywile zostają wciągnięci w szalony i niebezpieczny wir zdarzeń. Bo zdesperowani Rosjanie gotowi są podjąć najbardziej ekstremalne kroki – łącznie z wysłaniem podwodnego okrętu o napędzie atomowym – by tajemnice tego miejsca nie ujrzały światła dziennego. Ponieważ straszna prawda ukryta w ścianach z lodu i stali może położyć kres życiu na Ziemi.

Jeśli przygody Indiany Jonesa to dla was za mało, koniecznie sięgnijcie po książki Jamesa Rollinsa!
Tess Gerritsen

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Sensacja
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8439-017-7
Rozmiar pliku: 2,8 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG

538 Kilometrów na północ od koła
podbiegunowego północnego

70 metrów pod arktyczną czaszą lodową

6 lutego, godzina 11.58

USS _Polar Sentinel_ sunął przez ciemne wody oceanu. Wykonane z brązu podwójne śruby obracały się bezgłośnie, pchając najnowszy badawczy okręt podwodny marynarki wojennej pod nieprzerwaną pokrywą lodu. W kadłubie okrętu rozbrzmiewały odbijające się długim echem ostrzegawcze dzwonki urządzeń alarmowych, mierzących odległość od lodu.

– Dobry Boże, co za potwór… – mruknął pod nosem pierwszy oficer, komandor podporucznik Roberto Bratt, zgarbiony na swoim stanowisku nad niewielkim monitorem.

Komandor Gregory Perry nie miał powodu spierać się z jego oceną. Stał na podeście stanowiska peryskopowego i przystawiwszy oczy do okularów urządzenia, obserwował ocean, otaczający wykonany z tytanu i stali węglowej podwójny kadłub okrętu. Dopiero co minęło południe, ale w Arktyce w dalszym ciągu panowała zima i od miesięcy nie widziano słońca. Woda była ciemna, a czarna lodowa płaszczyz­na, rozciągająca się jak okiem sięgnąć, przerywana była jedynie zielonogranatowymi plamami cieńszego lodu, przez który przesączał się słaby blask księżyca, rozświetlający świat na powierzchni. Przeciętna grubość lodu wynosiła w tej okolicy nie więcej niż trzy metry, ale spód dachu ich podwodnego świata nie był ani równy, ani gładki. Gdziekolwiek spojrzeć, widać było wyglądające z daleka jak zwisające stalaktyty zapadnięte spody torosów, jak fachowo nazywają się formacje tworzone przez wiatr i prądy z płyt lodowych oraz gromadzącego się między nimi gruzu lodowego. Niektóre z nich sięgały ponad dwieście metrów w głąb wody.

Nic jednak nie mogło się równać z odwróconą szczytem ku dołowi górą lodową, której masyw ginął przed nimi w głębinach oceanu – istnym lodowym Mount Everestem. Okręt powoli okrążał potężny masyw.

– To maleństwo musi sięgać przynajmniej półtora kilometra w głąb – mruknął Roberto Bratt.

– Dokładnie dwa tysiące dwieście pięćdziesiąt metrów – powiedział otoczony instrumentami oficer obserwacyjny. Przeciągał palcem po ekranie monitora sonaru wydającego dźwięk wysokiej częstotliwości. Urządzenie badało kontur lodu.

Gregory Perry patrzył przez peryskop, bardziej bowiem ufał włas­nym oczom niż monitorom. Wcisnął włączniki ksenonowych reflektorów okrętu i w jednej chwili pionowa ściana zapłonęła. Czarny lód rozjarzył się odcieniami kobaltu i akwamaryny. Okręt powoli okrążał skierowany szczytem w dół stożek – tak blisko, że sonar protestował, zgłaszając przekroczenie granicy bezpieczeństwa.

– Czy ktoś mógłby wyłączyć te cholerne dzwonki? – zapytał Gregory.

– Tak jest, komandorze!

Na pokładzie zapadła cisza. Nikt nic nie mówił. Jedynym dźwiękiem był stłumiony pomruk silników i cichy syk generatora tlenu. Jak wszystkie okręty podwodne, także _Polar Sentinel_ poruszał się bardzo cicho. Był dwa razy mniejszy od swoich braci i żartobliwie mówiono o nim, że jest jednostką „klasy kijanka”. Jego zminiaturyzowanie umożliwił postęp techniki, pozwalający na obsługę przez mniej liczną załogę, dzięki czemu można było zredukować powierzchnię kwater mieszkalnych. Poza tym okręt miał być jednostką badawczą, więc miejsce w normalnym przypadku przeznaczone na uzbrojenie zostało wykorzystane na montaż instrumentów pomiarowych i sprzętu służącego naukowcom. Mimo pozbawienia okrętu broni nikt tak naprawdę nie dał się oszukać: _Polar Sentinel_ był laboratorium testowym, mającym pomóc stworzyć w przyszłości nową generację uderzeniowych okrętów podwodnych – mniejszych, szybszych, jeszcze bardziej śmiercio­nośnych.

Okręt, który z technicznego punktu widzenia odbywał właśnie dziewiczą podróż, został przydzielony do Stacji Dryfującej Omega, półstałej amerykańskiej stacji badawczej, zbudowanej na polu lodowym – wspólnego projektu naukowego wielu rządowych agencji naukowych, w tym także National Science Foundation1 oraz National Oceanographic and Atmospheric Administration2.

Załoga spędziła ostatni tydzień na wynurzaniu okrętu w oknach wybitych w krze lodowej albo w pokrytych cienką warstwą lodu jeziorkach zwanych fachowo płoniami. Ich zadanie polegało na instalowaniu na lodzie sprzętu meteorologicznego do prowadzenia obserwacji przez stację badawczą. Na ten odwrócony Mount Everest natknęli się przed godziną.

– Cholernie wielka góra lodowa… – Pierwszy oficer gwizdnął.

– Prawidłowa nazwa brzmi wyspa lodowa – powiedział ktoś.

Gregory spojrzał znad okularu peryskopu.

Przez właz, prowadzący do centrali dowodzenia z dziobowych przedziałów badawczych, wszedł siwy mężczyzna ze starannie przystrzyżoną bródką. Był to doktor Oskar Willig, szwedzki oceanograf. Towarzyszył mu podporucznik marynarki. Starzejący się, ale żylasty i bystrooki Szwed machnął lekceważąco ręką w kierunku monitora i skinął głową dowódcy okrętu.

– Z Cyklopa widok robi znacznie większe wrażenie. Właśnie, doktor Reynolds pyta, czy mógłby pan tam do nas dołączyć. Odkryliśmy coś intrygującego.

Po długiej chwili Gregory złożył rączki peryskopu i przekręcił pokrętło sterowania hydraulicznego, opuszczając zrobiony ze stali nierdzewnej pal z modułem optycznym do znajdującej się na dole obudowy.

– Komandorze Bratt, pan dowodzi – powiedział, po czym zszedł ze stanowiska peryskopowego, by podejść do doktora Williga.

Kiedy przechodzili obok Roberta Bratta, ten uniósł pytająco brew.

– Idzie pan do Cyklopa? Mimo tego lodu wokół? Jest pan odważniejszy ode mnie, komandorze. Ma pan jaja ze stali.

– Nie ze stali. – Gregory postukał kostkami dłoni w ścianę. – Z tytanu.

Jego zastępca parsknął śmiechem.

Oczy szwedzkiego oceanografa błyszczały z podniecenia.

– Jeszcze nigdy w życiu nie widziałem tak niesamowitej lodowej wyspy.

Gregory przejechał dłonią po ostrzyżonych tuż przy skórze rudych włosach, po czym dał doktorowi znak, by szedł pierwszy.

Willig skinął głową i odwrócił się, nie przestawał jednak szybko mówić, kontynuując rozpoczęty wykład, jakby znajdował się w sali Uniwersytetu Sztokholmskiego.

– Takie wyspy są rzadkością. Powstają, gdy gigantyczne góry lodowe odrywają się od lodowców kontynentalnych. Prądy oceaniczne wprowadzają je w czaszę lodową i tam w końcu do czegoś przymarzają. Po latach topnienia lodu i ponownego zamarzania stają się elementem czaszy. – Kiedy przechodzili przez luk, doktor odwrócił się i popatrzył na komandora. – Można by powiedzieć, że są jak migdały w batonie.

Aby przecisnąć przez luk swoje sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu, Gregory musiał się mocno zgarbić.

– Co jest w tym odkryciu tak podniecającego? – spytał. – Dlaczego doktor Reynolds uparła się, żebyśmy krążyli wokół tego migdała?

Willig pokręcił głową i poprowadził Gregory’ego głównym korytarzem części naukowej okrętu.

– Jak już mówiłem, wyspy lodowe są rzadkością, a ponieważ oderwały się od lodowca, składają się z bardzo starego lodu i w wielu z nich tkwią głazy oraz fragmenty stałego lądu.

Gregory szedł tuż za nim, zmuszając go do przyspieszenia.

– Nie wolno nam stracić tej okazji – ciągnął Willig. – Już nigdy możemy czegoś podobnego nie znaleźć. Arktyczna czasza lodowa pokrywa teren dwa razy większy od Stanów Zjednoczonych, a ponieważ jej powierzchnia jest przez zimowe wiatry i letnie topnienie lodu tak zerodowana, że nie sposób znaleźć jakichkolwiek punktów orientacyjnych, nie ma możliwości odkrycia takich wysp z powierzchni. Nie są tego w stanie dokonać nawet satelity NASA. Natknięcie się na tę wys­pę to naukowy dar od Boga.

– Nie znam się na Bogu, ale to intrygujące – odparł Gregory. Powierzono mu dowództwo _Sentinela_ z powodu życiorysu i zainteresowania Arktyką. Jego ojciec służył na USS _Nautilusie_, pierwszym okręcie podwodnym, który w 1958 roku przepłynął Ocean Arktyczny i pod lodem przekroczył biegun północny. Gregory był dumny, mogąc dodawać do dokonań ojca kolejne sukcesy, służąc na pokładzie tego okrętu, najnowszej jednostki badawczej marynarki wojennej.

Doktor Willig wskazał zamknięty szczelnie właz na końcu korytarza.

– Chodźmy. Musi pan to zobaczyć na własne oczy.

Patrząc nad ramieniem naukowca, Gregory skinął mu ręką, by szedł pierwszy. _Polar Sentinela_ podzielono na dwie części. Za centralą dowodzenia, czyli w części rufowej, znajdowały się kwatery załogi i urządzenia inżynieryjne okrętu, przed mostkiem, w kierunku dziobu, laboratoria badawcze. Przed nimi, na samym dziobie, gdzie w normalnym okręcie klasy Wirginia znajdowały się przedziały torpedowe i nadajniki sonaru, zainstalowano najdziwniejszą modyfikację.

– Za panem – powiedział doktor Willig, kiedy doszli do hermetycznej przegrody.

Gregory otworzył właz i wszedł do leżącego za nim pomieszczenia. Przygaszone oświetlenie _Sentinela_ sprawiło, że nie był przygotowany na oślepiająco jaskrawy blask, jaki je wypełniał. Szybko przysłonił oczy.

Sklepienie przedziału, w którym normalnie byłyby torpedy, zastąpiono kopułą z leksanu grubości trzydziestu centymetrów. Przezroczyste poliwęglanowe tworzywo wyginało się łukowato nad ich głowami i z przodu okrętu, ukazując panoramę otaczającego okręt oceanu. Oglądane z zewnątrz, to wielkie okno wyglądało jak gigantyczne szklane oko i właśnie z tego powodu mówiono na nie Cyklop.

Gregory zignorował stojących po bokach pomieszczenia naukowców, pochylonych nad sprzętem i monitorami. Obecni w przedziale marynarze wyprostowali się i powitali dowódcę skinieniami głów. Odpowiedział im tym samym, nie mógł jednak oderwać wzroku od plastikowego sklepienia.

– Robi wrażenie, prawda? – odezwał się ktoś stojący pośrodku oślepiającego blasku.

Gregory zamrugał, żeby odzyskać ostrość widzenia, i pośrodku pomieszczenia dostrzegł szczupłą sylwetkę, oblaną akwamarynowym światłem.

– Doktor Reynolds?

– Nie mogłam się oprzeć chęci popatrzenia stąd.

Choć Gregory nie dostrzegał szczegółów jej twarzy, po ciepłym tonie głosu domyślił się, że młoda kobieta się uśmiecha. Amanda Reynolds była kierowniczką Stacji Dryfującej Omega. Jej ojciec, admirał Kent Reynolds, dowodził pacyficzną flotą okrętów podwodnych. Wychowana jako „marynarski dzieciak”, czuła się na pokładzie okrętu podwodnego tak samo swobodnie jak każdy marynarz noszący odznakę złożoną z dwóch delfinów – symbolu floty.

Gregory podszedł do niej. Poznał Amandę przed dwoma laty, kiedy przyznawano mu belki komandora, na przyjęciu wydanym przez jej ojca. W ciągu jednego wieczoru udało mu się niechcący obrazić jej sałatkę ziemniaczaną, podczas krótkiego tańca niemal złamał jej palec u nogi i upierając się, że Cubs zwyciężą w najbliższym meczu z San Francisco Giants, przegrał zakład o dziesięć dolarów. Ale poza tym było wspaniale.

Odkaszlnął i upewnił się, że Amanda na niego patrzy.

– Co pani sądzi o Cyklopie? – Starał się wyraźnie wymawiać każde słowo, żeby mogła czytać z jego warg. Straciła słuch w wieku trzynastu lat w wyniku wypadku samochodowego.

Amanda Reynolds pochyliła się lekko do przodu i patrzyła w górę, powoli obracając głowę.

– Spełnia wszelkie oczekiwania, wszystkie marzenia ojca.

Stała pod najwyższym punktem kopuły, ze wszystkich stron otoczona oceanem. Wyglądała, jakby unosiła się w wodzie. Opierając się na jednej nodze, zastygła w półobrocie. Długie włosy kolory hebanu związała w koński ogon. Miała na sobie doskonale wyprasowany granatowy mundur roboczy marynarki wojennej.

Gregory podszedł do niej. Jako zawodowy podwodniak doskonale rozumiał, dlaczego załoga nie jest zachwycona konstrukcją tego pomieszczenia. Choć tym, co na każdym okręcie podwodnym wywołuje największy strach, jest ogień, nikt do końca nie wierzył, że warstwa plastiku grubości trzydziestu centymetrów może być alternatywą dla podwójnej powłoki z płyt tytanu i karbonu – zwłaszcza przy tak wielkiej ilości otaczającego okręt lodu.

On także musiał całą siłą woli powstrzymywać chęć ucieczki spod plastikowego sklepienia. Wydawało mu się, że czuje na sobie ciężar wiszącego nad ich głowami oceanu.

– Dlaczego pani mnie wezwała? – spytał, dotknąwszy jej ramienia, żeby na niego spojrzała.

– Z powodu tego… niesamowitego… – Głos Amandy drżał z podniecenia. Wyciągnęła przed siebie rękę. Reflektory okrętu oświetlały ścianę lodu, powoli przesuwającą się przed dziobem okrętu. Kiedy obserwowało się lód, można było odnieść wrażenie, że okręt stoi w miejscu, a lodowa wyspa obraca się niczym olbrzymi bąk. Przy tak małej odległości, na którą podpłynął okręt, cała pionowa ściana jarzyła się, odbijając ksenonowe światło reflektorów. Lód zdawał się ciągnąć w nieskończoność zarówno ku górze, jak i ku dołowi.

Widok był niesamowity i wywoływał pokorę, ale Gregory w dalszym ciągu nie rozumiał, dlaczego zażądano jego obecności.

– Testowaliśmy nowy system sonarowy DeepEye… – zaczęła wyjaśniać Amanda.

Gregory skinął głową. Znał ten projekt badawczy. _Polar Sentinel_ był pierwszym okrętem podwodnym, który wyposażono w eksperymentalny system obrazowania – sonar penetrujący, będący czymś w rodzaju aparatu wykonującego zdjęcia rentgenowskie lodu. Konstrukcja urządzenia opierała się na projekcie doktor Reynolds, która była z wykształcenia inżynierem geotechniki, a specjalizowała się w regionach polarnych.

– Mieliśmy nadzieję przetestować go na tej wyspie i sprawdzić, czy lód zawiera jakieś głazy albo materiał ziemny.

– Znaleźliście coś? – Gregory nie mógł oderwać oczu od powoli przesuwającego się lodowego klifu.

Amanda zrobiła dwa kroki w bok, w kierunku dwóch pochylających się nad sprzętem mężczyzn.

– Pierwsze pomiary nie wykazały niczego, ale to jak obieranie cebuli. Musimy być bardzo ostrożni, bo fale sonaru DeepEye powodują delikatne wibracje lodu i rozgrzewają go. Dlatego coś takiego jak tę wys­pę trzeba skanować cienkimi warstwami. To powolna, benedyktyńska praca. W którymś momencie odkryliśmy…

Gregory stał bez ruchu pod kopułą Cyklopa. Kiedy okręt minął gruby występ lodu, pierwszy ujrzał niebezpieczeństwo. Przed nimi podrygiwały wielkie jak głazy kawały lodu, przesuwając się w górę lodowej ściany niczym odwrócona o sto osiemdziesiąt stopni lawina. Nie było to jednak wszystko – lodowy klif przecinało czarne pęknięcie. Właśnie oderwał się od niego ogromny fragment i przewracał na bok, dokładnie w kierunku powoli przemieszczającego się okrętu. Byli na kursie kolizyjnym.

Gregory westchnął i pochylił się nad mikrofonem interkomu.

– Dowódca do mostka!

– Już działamy, komandorze – odparł napiętym głosem pierwszy oficer. – Pływalność ujemna.

W tym samym momencie Gregory poczuł znajome szarpnięcie: to tysiące litrów wody zatapiały zbiorniki awaryjne.

Okręt opadał pod ostrym kątem.

Gregory wyglądał na zewnątrz, nie mając żadnej pewności, czy unikną kolizji ze spadającą jak topór granatową ścianą lodu. Był to wyścig między pływalnością oderwanego lodu a ciężarem ich balastu awaryjnego. Okręt nurkował dziobem w dół. Łapano się uchwytów. Po pochylonej podłodze sunął czyjś notes.

Rozległo się kilka cichych okrzyków, ale Gregory nie zwracał na nie uwagi. Mógł jedynie patrzeć bezsilnie. Kolizja w takim miejscu byłaby katastrofą. Na wiele kilometrów wokół nie było się gdzie wynurzyć. Choć _Polar Sentinel_ został zbudowany w taki sposób, aby potrafił radzić sobie w arktycznych warunkach, jego możliwości nie były nieograniczone.

Obracająca się ściana lodu wypełniała świat przed okrętem; _Sentinel_ szedł w dół. Nagły wzrost ciśnienia spowodowany zapadaniem się w lodowatą głębię sprawiał, że spawy i złącza trzaskały i jęczały.

Nagle przed sobą mieli już tylko wodę. Opadająca płyta lodu wisiała teraz tuż nad okrętem. _Sentinel_ skoczył do przodu.

Oderwany kawał lodowej wyspy o centymetry minął chroniącą ludzi powłokę. Gregory wykręcał szyję, odprowadzając wzrokiem lodową ścianę mijającą leksanową czaszę. Widział podobne do piktogramów gałązki przywartych do jej powierzchni alg. Wstrzymywał oddech, czekając na zgrzyt metalu, gotów w każdej chwili zareagować na ryk syren alarmowych. Ale słychać było tylko nieprzerwany syk generatorów tlenu.

Po zdających się trwać wieczność trzydziestu sekundach zrobił długi wydech i odwrócił się do interkomu.

– Dowódca do mostka. Dobra robota, panowie.

Odpowiedział mu Roberto Bratt. W jego głosie były ulga i duma.

– Przerywam zalewanie. Szasowanie ujemne. – Okręt zaczął wypoziomowywać. Po chwili pierwszy oficer dodał: – Nie róbmy tego ponownie.

– Dobrze, zatoczmy jednak krąg i sprawdźmy miejsce oderwania się lodu… ale z bezpiecznej odległości. Całkiem możliwe, że to wina sonaru DeepEye. – Gregory popatrzył na Amandę; pamiętał jej słowa o powodowaniu przez nowe urządzenie wibracji i wzrostu temperatury. – Jeśli już badamy to cudo, powinniśmy zrobić kilka zdjęć.

Komandor podporucznik Roberto Bratt wydał załodze na mostku odpowiednie polecenia:

– Sternik, cała w lewo. Mała naprzód. Okrążamy wyspę.

Okręt odsunął się od lodowej wyspy i zaczął powoli zataczać koło. Gregory podszedł do ustawionych w szeregu monitorów.

– Możemy dostać zbliżenie strefy pęknięcia?

Jeden z techników skinął głową.

– Tak jest, komandorze.

– Powinniśmy byli to przewidzieć – powiedziała Amanda. Zgłoski lekko się rozmywały, strach pogarszał dokładność jej wymowy.

Gregory poklepał ją lekko po dłoni.

– Właśnie dlatego takie rejsy nazywają się dziewiczymi. Jeśli nikt z nas w żadnym zakresie nie straci dziewictwa, będzie to oznaczać, że słabo się staraliśmy.

Ta niewyszukana próba rozładowania napięcia wcale jej nie rozweseliła.

Jemu również waliło serce. Przysunął twarz bliżej monitorów i czekał, aż technik wyreguluje kamery i dostaną ostry obraz miejsca pęknięcia. Wkrótce roztrzaskana ściana nabrała konturów.

– A to co? – zdziwiła się Amanda. Wskazała palcem widoczną na ekranie czarną skazę. – Możesz przybliżyć?

Technik kiwnął głową i przekręcił przełącznik. Fragment klifu jakby napęczniał, „skaza” stała się trójwymiarowa i nabrała szczegółów. Nie był to lód ani skała, ale coś bardzo osobliwego. Kiedy _Polar Sentinel_ przesunął się kawałek dalej, dziwne miejsce zostało rozświetlone przez reflektory. Czarny, prostokątny kształt. Dzieło ludzkiej ręki.

Gdy podpłynęli bliżej, Gregory bez trudu zorientował się, co ogląda. Patrzyli na rufę okrętu podwodnego, tkwiącego w klifie jak patyk w lodach. Podszedł do leksanowej kopuły i wyjrzał na zewnątrz. Gołym okiem również można było zobaczyć wystający z lodu okręt. Był bardzo stary, niemal prehistoryczny.

_Polar Sentinel_ przesunął się w bezpiecznej odległości.

– Czy to jest to, co myślę? – spytał doktor Willig słabym głosem.

Gregory skinął głową.

– Okręt podwodny – mruknął. Umiał na pierwszy rzut oka rozpoznać dowolny okręt podwodny. – Powiedziałbym, że z czasów drugiej wojny światowej. Z rosyjskiej serii jeden.

– To potwierdza nasze wcześniejsze odkrycie – oświadczyła Amanda, która już nieco odzyskała kolory. – Powód, dla którego pana wezwaliśmy.

Gregory odwrócił się do niej.

– O czym pani mówi?

Wskazała palcem inny monitor.

– Zobrazowaliśmy to za pomocą DeepEye i nagraliśmy, zanim pan przyszedł.

Na ekranie widać było trójwymiarowy obraz wyspy. Rozdzielczość była doskonała, Gregory nie dostrzegał jednak niczego godnego uwagi.

– Pokaż mu – powiedziała Amanda, kładąc dłoń na ramieniu technika.

Technik wcisnął kilka klawiszy i masywny blok lodu zamienił się w przezroczystego ducha. We wnętrzu wyspy ukazały się przejścia i wyraźnie od siebie oddzielone kondygnacje, wznoszące się warstwa po warstwie ku górze.

– Co to jest? – spytał Gregory.

– Sądzimy, że stacja zbudowana we wnętrzu wyspy, obecnie opuszczona – odpowiedział technik. Wcisnął kilka kolejnych klawiszy, żeby skoncentrować obraz na jednej z kondygnacji, i zobaczył coś, co wyglądało jak korytarze i różne pomieszczenia. Na pewno nie była to naturalna formacja.

– Jeżeli ma pan rację co do okrętu, musi to być rosyjska stacja – dodała Amanda, unosząc brew. – Jednostka jest zacumowana na najniższym poziomie.

Gregory wskazał palcem ciemniejsze plamki, rozrzucone tu i ówdzie na ekranie.

– A to? Co to takiego?

Technik najechał na jedną z plamek kursorem i wcisnął klawisz, by ją powiększyć.

– Ciała, komandorze – wyjaśnił. – Martwe ciała.

Nagle uwagę Gregory’ego zwróciło jakieś mignięcie w rogu ekranu.

– Czy ktoś jeszcze to widział?

Oczy Amandy rozszerzyły się.

– Przewiń taśmę – rzuciła.

Technik zrobił, co mu kazano, i lekko przybliżył skraj ekranu. Doszedł do rozmazanego ruchu. Zwolnił taśmę. Na najniższej kondygnacji coś zadrgało, po czym zniknęło w głębi wyspy, w miejscu, do którego nie sięgał sonar. Choć wszystko trwało jedynie ułamek sekundy, nikt nie miał wątpliwości.

– Tam na dole jest coś żywego… – szepnęła Amanda.

1.

1 Narodowa Fundacja Nauki.

2.

2 Narodowy Urząd Oceanograficzny i Atmosferyczny.1

POKUSA KRWI

Góry Brooksa, Alaska

6 kwietnia, godzina 14.56

Zawsze należy szanować Matkę Naturę… zwłaszcza jeśli waży prawie dwieście kilogramów i chroni swoje dziecko.

Matthew Pike obserwował niedźwiedzicę grizzly z odległości pięćdziesięciu metrów. Potężne zwierzę odwzajemniało jego spojrzenie i poruszało lekko chrapami. Jej roczne małe potrącało nosem krzak jeżyn, choć nie był to jeszcze sezon na owoce. Niedźwiedziątko po prostu się bawiło, nieświadome obecności mającego ponad sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu strażnika Agencji Ochrony Ryb i Zwierząt, pocącego się w popołudniowym słońcu. Pilnowane przez matkę małe nie miało się jednak czego obawiać. Jej potężny korpus, pożółkłe zęby i dziesięciocentymetrowe pazury stanowiły wystarczającą ochronę.

Wilgotna dłoń Matta spoczywała na tkwiącej w kaburze przy pasie puszce gazu pieprzowego. Druga ręka przesuwała się powoli do wiszącego na ramieniu karabinu. Nie atakuj, skarbie… nie rób z tego dnia czegoś jeszcze gorszego. Miał już dziś dość kłopotów ze swoimi psami i musiał je zostawić spętane w obozie.

Niedźwiedzica położyła uszy, lekko odbiła się przednimi łapami w górę i wyprostowała. Była to gra ciałem, przyjmowanie postawy, mającej przestraszyć przeciwnika.

Matt najchętniej rzuciłby się do ucieczki, wiedział jednak, że to sprowokowałoby niedźwiedzicę do pogoni. Zaryzykował krok do tyłu, uważając, by nie nadepnąć na gałązkę. Miał na nogach stare buty ze skóry łosia, uszyte przez byłą żonę, która nauczyła się tej sztuki od swojego ojca, innuickiego myśliwego. Choć byli trzy lata po rozwodzie, Matt pomyślał o niej teraz z wdzięcznością. Miękkie podeszwy pozwalały mu się bezszelestnie poruszać.

Powoli kontynuował odwrót.

Zazwyczaj, kiedy spotyka się niedźwiedzia w dziczy, najlepszą obroną są hałasy: głośne krzyki, gwizdy – wszystko, co zaniepokoi i skłoni do odejścia lubiącego samotność drapieżnika – ale w przypadku niespodziewanego natknięcia się na samicę z małym na szczycie stromego zbocza reakcja _Ursus arctos horribilis_ byłaby z pewnością zupełnie odmienna: każdy gwałtowny ruch albo odgłos mogły spowodować rozpoczęcie szarży przez matkę. Rocznie na Alasce dochodzi do tysięcy spotkań ludzi z niedźwiedziami, a setki z nich kończą się tragicznie. Zaledwie przed dwoma miesiącami Matt musiał razem z kolegą strażnikiem przepłynąć kajakiem dopływ Jukonu w poszukiwaniu dwóch turystów – którzy wybrali się tratwą i nie wrócili na czas do domu – tylko po to, aby odkryć ich na wpół zjedzone ciała.

Znał się na niedźwiedziach i wiedział, po czym można rozpoznać, że w jakimś miejscu był niedawno grizzly: po świeżym nawozie, wyrwanej i odwróconej darni, podrapanych pazurami drzewach. Zawsze miał zawieszony na szyi gwizdek na niedźwiedzie, a w kaburze przy pasie nosił gaz pieprzowy. Nikt z odrobiną oleju w głowie nie wyruszyłby w lasy Alaski bez karabinu, ale dziesięć lat pracy w parkach i na innych terenach tej dzikiej krainy zdążyło nauczyć Matta, że normą jest tu niespodziewane. W tym większym od Teksasu stanie do większości miejsc można było dostać się jedynie samolotem wyposażonym w pływaki, a dzikie tereny stanów znajdujących się bardziej na południe wyglądały przy nim jak Disneyland: były udomowione, zatłoczone, skomercjalizowane. Tutaj niepodzielnie rządziła przyroda w całym swoim surowym i brutalnym majestacie.

Matt miał oczywiście w tej chwili nadzieję, że uda mu się nie doświadczyć tej brutalności. Kontynuował ostrożny odwrót, a niedźwiedzica nie ruszała się z miejsca. W końcu mały grizzly – jeżeli ważącą siedemdziesiąt kilogramów wielką kulę futra i mięśni można nazwać „małym” – zauważył stojącego w pobliżu obcego. Podniósł się na tylne łapy i przyjrzał człowiekowi. Podrygiwał łbem i kręcił nim na boki, ale te mające wyrażać agresję gesty wyglądały komicznie. Potem zrobił właśnie to, czego Matt obawiał się najbardziej: opadł na cztery łapy i ruszył w jego kierunku – raczej dla zabawy i z ciekawości niż z jakimikolwiek agresywnymi zamiarami. Mimo to człowiekowi groziło śmiertelne niebezpieczeństwo.

Matt nie bał się rocznego niedźwiadka – strzał gazem pieprzowym w oczy na pewno by go powstrzymał – lecz reakcja matki była czymś całkiem innym. Jeżeli niedźwiedzica go zaatakuje, pieprz nie będzie dla niej niczym więcej jak tylko przyprawą zmiękczającą mięso. Można też było zapomnieć o strzale w głowę, nawet ze sportowego marlina, którym Matt dysponował – gruba czaszka grizzly odbiłaby pocisk. Strzał prosto w serce też nie był dobrym rozwiązaniem – wprawdzie niedźwiedź w wyniku takiej rany po dziesięciu minutach padłby martwy, ale strzelec zamieniałby się już w tym czasie w niedźwiedzie łajno. Jedynym pewnym sposobem unieszkodliwienia grizzly jest strzał w łapy, a kiedy zwierzę się przewróci, zabicie go kolejnymi strzałami.

Ale choć Matt zdawał sobie sprawę z grożącego mu niebezpieczeństwa, nie miał ochoty tego robić. Niedźwiedzie grizzly były jego osobistym totemem i symbolem tej krainy. Ponieważ ich liczba spadła już poniżej dwudziestu pięciu tysięcy, nie chciał zabić nawet jednego. W wolnym czasie wędrował po Górach Brooksa, pomagając katalogować i mapować DNA żyjącej w parku narodowym populacji budzących się z zimowego snu niedźwiedzi grizzly, wychodzących właśnie spod pokrywy śniegu. Zbierał próbki sierści, zostawione przez zwierzęta w specjalnych pułapkach, rozmieszczonych w najodleglejszych regionach parku, i układał w nich nowe śmierdzące wabiki zapachowe.

Teraz jednak nie miał wyboru: musiał zabić albo zginąć. Małe radośnie podskakiwało, z każdą chwilą zbliżając się do niego. Niedźwiedzica ostrzegawczo zawarczała, choć Matt nie umiałby powiedzieć, czy było to skierowane do niego, czy do jej potomstwa. Zaczął się odsuwać znacznie szybciej, wymacując stopami teren z tyłu. Strząsnął karabin z ramienia i złapał go w dłoń, a drugą ręką sięgnął do kabury przy pasie po puszkę gazu pieprzowego.

Kiedy walczył z zamknięciem, za jego plecami rozległo się dzikie ujadanie. Matt spojrzał przez ramię – ścieżką pędził w jego kierunku ciemny kształt, za którym powiewał gruby ogon.

Oczy Matta rozszerzyły się.

– Bane! Nie!

Pies pędził rozjuszony w górę zbocza, z jego gardzieli wydobywał się nieprzerwany warkot. Musiał zwietrzyć niedźwiedzie – i może wyczuł także strach człowieka.

– Noga! – krzyknął Matt.

Bane zahamował przy swoim panu, zapierając się przednimi łapami o śnieg i zginając tylne. Szczeknął głośno, przysiadł na zadzie i wyszczerzył zęby. Jako krzyżówka z wilkiem miał szeroką klatkę piersiową, krępą budowę i ważył ponad czterdzieści kilo. Z obroży zwisał mu kawałek przegryzionej smyczy. Matt zostawił go wraz z pozostałymi trzema psami w obozie i poszedł uzupełnić przynętę w pobliskiej pułapce do chwytania niedźwiedziej sierści. Od zapachu przynęty – mieszanki krowiej krwi, gnijących rybich wnętrzności i wydzieliny skunksa – psy dostawały szału. Matt dostał rano nauczkę, żeby ich ze sobą nie zabierać, kiedy Gregor wytarzał się w świeżo wyłożonej przynęcie. Trzeba było kilka kąpieli, aby usunąć z sierści psa smród, i Matt, nie chcąc powtórki po południu, zostawił psy w obozie. Ale Bane, przyzwyczajony do nieustannego towarzyszenia swemu panu, przegryzł smycz i podążył jego śladem.

Pies ponownie zaszczekał.

Matt odwrócił się ku niedźwiedziom. Zamarły na widok psa, który nagle pojawił się znikąd. Matka uniosła pysk i węszyła. W tych górach na pewno już nieraz spotykała się z wilkami. Czy Bane mógł odstraszyć niedźwiedzie?

Mały grizzly, stojący nieco bliżej, jakieś piętnaście metrów od Matta i psa, podreptał chwilę w miejscu, po czym odrzucił łeb do tyłu i nie dbając o niebezpieczeństwo, ponownie ruszył w ich stronę. Matka nie miała teraz wyboru. Otworzyła paszczę i ryknęła, opadła na przednie łapy i rzuciła się do przodu.

Matt zadziałał błyskawicznie. Wepchnął pieprzowy spray do kabury przy pasie i z bocznej kieszeni plecaka wyszarpnął słoik po dżemie, wypełniony przynętą. Odchylił się do tyłu, po czym rzucił, wykorzystując całą siłę ramienia i barku. Słoik wielkości pięści mężczyzny pomknął do przodu z szybkością piłki, rzuconej przez miotacza Jankesów, i roztrzaskał się o pień topoli amerykańskiej, rosnącej w odległości jakichś trzydziestu metrów od Matta. Zazwyczaj przynętę odświeżało się dwoma naparstkami preparatu, co wystarczało do ściągnięcia niedźwiedzi nawet z odległości kilku kilometrów. Uwolnienie zawartości całego słoika sprawiło, że skoncentrowany smród niemal rozerwał powietrze.

Mały grizzly zamarł. Uniósł wysoko nos, zaczął węszyć i parskać. Jego łeb obrócił się w kierunku urzekającego zapachu niczym czasza radaru. Niedźwiedzica również zatrzymała się i wbiła wzrok w pomazane przynętą drzewo. Po chwili młody odwrócił się i zaczął biec w stronę zapachu. Dla głodnego misia, dopiero co obudzonego z zimowego snu, ten odór był tysiąc razy ciekawszy od krzewów jeżyn czy pary obcych stworów. Mały niedźwiadek gnał ku swemu szczęściu. Matka nie przestała uważnie obserwować intruzów, a kiedy małe ją minęło, przysiadła na zadzie, by chronić potomstwo.

Matt uznał, że to dobry moment na szybką ewakuację.

– Noga, Bane – szepnął. Nos psa był skierowany w stronę topoli, wciągał zapach przynęty. Matt złapał go za przegryziony koniec smyczy. – Nawet o tym nie myśl!

Schowali się za grań i zaczęli schodzić zboczem. Matt szedł tyłem, jednym okiem obserwując ścieżkę za plecami, a drugim – ot tak, na wypadek gdyby stara niedźwiedzica postanowiła jednak za nimi podążyć – krawędź, za którą zniknęły oba niedźwiedzie. Ale grizzly nie pojawiały się i po czterystu metrach Matt odwrócił się, po czym żwawym krokiem przemaszerował dzielące go od obozu trzy kilometry.

Rozbił obóz obok szerokiego strumienia, na którym z powodu spóźniania się wiosny było jeszcze wiele zamarzniętych miejsc. Pokazały się już jednak kwiaty, zapowiadając szybkie nadejście cieplejszych dni: wielosił błękitny, żółta wierzbówka kiprzyca, purpurowe dzikie róże i granatowe fiołki. Nawet tuż przy samym zamarzniętym strumieniu, przy którym rosły wierzby i olsze czarne, biegł pas rozkwitającego blekotu.

Matt uwielbiał porę, kiedy Brama Arktycznego Parku Narodowego wydobywa się z zimowej hibernacji, ale jest jeszcze za wcześnie na coroczne pielgrzymki turystów i amatorów spływów tratwami. Co prawda nawet wtedy na obszarze obejmującym ponad trzy miliony hektarów, czyli większym niż stany Vermont i Connecticut razem wzięte, nie było zbyt wielu ludzi. W ciągu roku jedynie niecałe trzy tysiące osób odważało się wędrować po tych dzikich terenach, teraz jednak było całkiem inaczej.

Teraz Matt miał całą okolicę dla siebie.

W obozie powitała go zwykła kakofonia skowytów i szczeknięć. Dereszowata klacz Matta – w połowie arab, w połowie American Quar­ter – zarżała na jego widok, rzuciła łbem i kilka razy uderzyła o ziemię kopytem, wyrażając w ten sposób typową kobiecą irytację. Bane szedł przodem i po kolei trącał nosem swoich towarzyszy. Matt odwiązał pozostałe trzy psy – Gregora, Simona i Buttheada. Zaczęły biegać w kółko, węsząc i wywalając jęzory.

Bane spokojnie wrócił do swojego pana, usiadł i obserwował młodsze psy. Jego futro było niemal jednolicie czarne, tylko na szyi miał białą plamkę, a kiedy się poruszał, w ciemnej sierści błyskały srebrne włosy podszerstka.

Matt ze zmarszczonym czołem popatrzył na niego, zastanawiając się, czy go nie zbesztać, w końcu jednak pokręcił tylko głową. Jaki to miałoby sens? Bane był liderem zaprzęgu, szybko reagował na komendy i był bardzo sprawny, ale drań potrafił być uparty i zawsze stawiał na swoim.

– Wiesz, że kosztowało nas to cały słoik przynęty – mruknął Matt. – Do zrobienia następnego Carol użyje naszej krwi.

Carol Jeffries była kierowniczką grupy naukowców prowadzących z ośrodka w Bettles program mapowania DNA niedźwiedzi. Obedrze go ze skóry za stratę słoika. Mając już tylko jeden, mógł obejść zaledwie połowę zaplanowanych pułapek. Będzie musiał wcześniej wrócić, co cofnie badania Carol o cały miesiąc. Bez trudu mógł sobie wyobrazić jej wściekłość. Westchnął, zastanawiając się, czy sytuacja nie byłaby prostsza, gdyby zdecydował się wziąć za bary z dwustukilogramowym grizzly.

Poklepał Bane’a po boku i zmierzwił jego gęstą sierść, na co pies zareagował uderzeniem ogona w śnieg.

– Zajmijmy się kolacją.

Skoro dzień został już zmarnowany, Matt przynajmniej mógł sobie na pociechę zrobić ciepły posiłek. Choć było jeszcze wcześnie, niebo zaczynało się chmurzyć, a na tej szerokości geograficznej arktyczne słońce szybko zachodzi. Przed zapadnięciem nocy mógł jeszcze spaść deszcz albo śnieg.

Jeśli więc chciał rozpalić ognisko, musiał się zaraz zabrać do pracy.

Zrzucił z siebie połataną na rękawach, spłowiałą, starą wojskową długą kurtkę z kapturem i wełnianą podpinką. W wełnianej koszuli i grubych spodniach było mu wystarczająco ciepło, zwłaszcza po długim marszu i niedawnym zastrzyku adrenaliny. Poszedł z wiadrem do strumienia i napełnił je kawałkami lodu, które poodłamywał ze skraju tafli. Mógł po prostu nabrać wody, ale lód był znacznie czystszy. Na ogniu i tak zaraz się roztopi.

Szczęśliwy, że ma las tylko dla siebie, Matt zaczął rutynowe przygotowania. Zbierając suche drewno, pogwizdywał pod nosem. Wokół panowała dziwna cisza – ale potrzebował chwili, żeby to do niego dotarło. Psy ucichły. Przestały nawet ćwierkać buszujące w pobliskich wierzbach siewki złote. Matt przestał pogwizdywać.

Wtedy i on usłyszał.

Warkot samolotu.

Nie było go słychać, dopóki jednosilnikowa Cessna nie minęła grani. Matt wstał. Jeszcze zanim ujrzał samolot, wiedział, że coś jest nie tak, jak trzeba. Silnik nie wydawał jednostajnego wizgu, a jedynie astmatyczne pokasływania.

Samolot wleciał w dolinę pochylony na jedno skrzydło, potem pochylił się na drugie. Matt wyobraził sobie pilota, gorączkowo rozglądającego się w poszukiwaniu miejsca do lądowania. Jak większość maszyn do latania w tym dzikim kraju, także i ta była wyposażona w pływaki, więc do lądowania wystarczyło znaleźć odpowiednio szeroką rzekę. Matt wiedział, że niczego takiego w okolicy nie ma. Wprawdzie przepływający obok jego obozu strumień uchodził do płynącej przez środek parku narodowego szerszej rzeki Alatna, ale było to dobre sto pięćdziesiąt kilometrów dalej.

Obserwował Cessnę, zakreślającą nad doliną pijaną ścieżkę. Z głoś­nym zgrzytem silnika samolot wspiął się na tyle, że z trudem przeleciał nad kolejną granią. Matt jęknął. Byłby gotów przysiąc, że pływaki musnęły szczyt świerku. Po chwili stracił awionetkę z oczu.

W dalszym ciągu wpatrywał się w miejsce, gdzie zniknęła, i wytężał słuch, próbując poznać jej dalszy los. Nie musiał długo czekać. Z sąsiedniej doliny doleciał przypominający daleki grzmot odgłos rozrywającego poszycie samolotu zderzenia.

– Niech to cholera…

Po kolejnej długiej chwili ujrzał charakterystyczne pasmo gęstego dymu, wspinającego się wężowatym ruchem w niebo koloru przybrudzonej bieli.

– A mnie się wydawało, że mam zły dzień. – Odwrócił się w kierunku obozu. – Siodłać konie, chłopaki. Kolacja będzie musiała poczekać.

Podniósł ze śniegu kurtkę i kręcąc głową, podszedł do klaczy. W każdym innym miejscu świata coś takiego byłoby rzadkim wydarzeniem, ale tu, na Alasce, mit nieustraszonego pilota, docierającego awionetką tam, gdzie nie może dotrzeć żaden inny środek komunikacji, miał się świetnie. Sposób, w jaki ludzie wykorzystywali możliwości swoje albo swoich maszyn, narażając się na niepotrzebne ryzyko, kojarzył się z brawurą rozsadzanych testosteronem macho. W ciągu roku w alaskiej dziczy rozbija się około dwustu awionetek. Ekipy poszukiwawcze, wynajmowane do odzyskiwania samolotów, były zabukowane niemal na rok z góry i usługi tego rodzaju szybko się rozwijały. Co roku rozbijało się coraz więcej maszyn.

– Komu potrzebne jest kopanie złota, jeśli pieniądze spadają człowiekowi na głowę z nieba? – powiedział kiedyś Mattowi jeden z członków takiej ekipy.

Matt osiodłał konia. Samoloty to jedna sprawa, ale ludzie to całkiem coś innego. Jeżeli ktoś przeżył, liczyła się każda minuta. Alaska nie była łagodna dla ludzi słabych czy rannych. Aż nazbyt dobrze przypomniało o tym Mattowi wcześniejsze spotkanie z dwustukilogramowym niedźwiedziem grizzly. Tutejszy świat kierował się zasadą: „Zjedz albo zostaniesz zjedzony”.

Ostatnim pociągnięciem rzemienia zabezpieczył uprząż i zarzucił na konia sakwę z zestawem pierwszej pomocy. Nawet nie próbował posłużyć się radiem – wyjechał z zasięgu centrali trzy dni temu.

Wsunął but w strzemię i wskoczył na konia. Psy tańczyły na skraju obozowiska. Wiedziały, że wyruszają.

– Do roboty, chłopcy, czas pobawić się w bohaterów.

Siewieromorski Kompleks Wojskowy

Murmańsk, Rosja

Wiktor Petkow stał na nabrzeżu numer 4, okutany długim brązowym płaszczem, w futrzanej czapie na głowie. Jedynymi oznakami jego rangi były cztery złote gwiazdki na czerwonych epoletach oraz z przodu czapki.

Palił kubańskie cygaro, choć właściwie trzymał je tylko w dłoni. Za jego plecami wznosił się Siewieromorski Kompleks Wojskowy, jego dom i królestwo. W otoczonym drutem kolczastym i betonowymi murami miasteczku mieściły się potężne stocznie, suche doki, urządzenia naprawcze, magazyny broni i budynki operacyjne Rosyjskiej Floty Północnej. Usytuowany na północnym wybrzeżu kompleks wychodził na Ocean Arktyczny, opierając się surowym zimom tej wrogiej dla ludzi okolicy. Wykuwano tu nie tylko potężne oceaniczne okręty, ale także jeszcze twardszych mężczyzn.

Szare jak burza oczy Petkowa ignorowały ocean, koncentrując się na trwającej na nabrzeżu krzątaninie. Okręt podwodny _Drakon_ był gotowy do odciągnięcia od nabrzeża. Odłączono już i zabezpieczono przewody zasilające okręt z brzegu w energię elektryczną.

– Admirale Petkow – powiedział młody kapitan, prężąc się na baczność. – _Drakon_ jest przygotowany do rejsu.

Petkow skinął głową i popatrzył na zegarek.

– Kiedy znajdziemy się na pokładzie, będę potrzebował przed odbiciem bezpiecznej linii lądowej.

– Tak jest, admirale! Proszę za mną.

Idąc nabrzeżem w kierunku trapu, Petkow obserwował maszerującego przed nim kapitana Mikowskiego. _Drakon_ był pierwszym okrętem, na którym młody kapitan pływał jako dowódca. W jego ruchach czuło się przepełniającą go dumę. Mikowski właśnie wrócił z dziewiczej podróży nowej jednostki klasy Akula II i miał teraz zabrać admirała Floty Północnej na akcję, której szczegóły nikomu jeszcze nie były znane. Trzydziestoletni kapitan – dwa razy młodszy od Wiktora Petkowa – maszerował nabrzeżem jak napuszony kogut.

Czy ja też byłem taki głupi? – zastanawiał się Petkow, kiedy dochodzili do trapu. Brakowało mu już tylko roku do emerytury i nie pamiętał, żeby był kiedyś tak młody i tak pewny siebie. W ostatnich dziesięcioleciach świat stał się miejscem, w którym było znacznie mniej oczywistych rzeczy.

Gdy weszli na okręt, Mikowski oznajmił przybycie admirała, po czym odwrócił się do niego.

– Proszę o zgodę na odbicie od brzegu.

Petkow skinął głową i pstryknięciem posłał niedopałek cygara do wody.

Kapitan zaczął wydawać rozkazy, przekazywane przez oficera na mostku za pomocą megafonu pracującym na nabrzeżu ludziom.

– Zluzować trap! Zebrać cumę numer jeden! Zebrać cumę numer dwa!

Dźwig podniósł trap i odsunął go na bok. Między pachołkami i cumami zaczęli śmigać marynarze.

Mikowski poprowadził admirała stalową drabinką w górę kiosku. Kiedy znaleźli się na jego szczycie, wydał ostatnie rozkazy oficerom pokładowym i poprowadził Petkowa do wnętrza okrętu.

Minęły mniej więcej dwa lata, odkąd admirał był po raz ostatni na pokładzie okrętu podwodnego, ale konstrukcję tej jednostki znał co do śrubki. Ponieważ był starym podwodniakiem, przez jego biuro przechodziły niemal wszystkie projekty. Mimo to pozwalał się prowadzić Mikowskiemu przez kipiącą aktywnością centralę dowodzenia do kajuty kapitańskiej, którą miał zająć podczas tego rejsu.

Podążały za nim spojrzenia marynarzy, choć każdy, kogo admirał na tym przyłapał, spuszczał oczy. Petkow wiedział, co sobą reprezentuje. Był jak na podwodniaka wysoki i mimo wieku szczupły i żwawy. Z biegiem lat jego włosy całkowicie posiwiały, a nosił je nietypowo – sięgały do kołnierza. Właśnie te srebrzystobiałe włosy oraz oczy barwy szarego lodu nadały mu przydomek, który niósł teraz po statku cichy szept.

_Biełyj Prizrak_.

Biały Duch.

Dotarli do kabiny.

– Linia komunikacyjna jest aktywna, jak pan sobie życzył, admi­rale – oznajmił Mikowski, zatrzymawszy się przy drzwiach.

– A skrzynki z ośrodka badawczego?

– Stoją w kabinie, jak pan admirał rozkazał. – Kapitan wskazał ręką otwarte drzwi.

Petkow zajrzał do środka.

– Znakomicie. – Ściągnął z głowy futrzaną czapę. – Jest pan wolny, kapitanie. Proszę zająć się okrętem.

– Tak jest, admirale. – Mikowski odwrócił się na pięcie i odszedł.

Petkow zamknął drzwi i przekręcił klucz w zamku. Jego osobiste rzeczy były ułożone przy łóżku w staranny stosik, a pod ścianą w głębi niedużego pomieszczenia piętrzyło się sześć skrzynek z tytanu. Podszedł do nich i wziął do ręki leżącą na wierzchu czerwoną zaplombowaną teczkę. Sprawdził palcem, czy pieczęć nie została naruszona. Nie została. Na okładce teczki napisane było dużymi literami jedno słowo:

Nazwa rodem z legendy.

Grendel.

Spoczywająca na teczce dłoń zacisnęła się w pięść. Kryptonim akcji pochodził ze staroangielskiej sagi pod tytułem _Beowulf_. Grendel był w niej legendarnym potworem, siejącym postrach na północnych wybrzeżach, pokonanym w końcu przez Beowulfa. Ale dla Petkowa imię potwora miało głębsze znaczenie – Grendel był jego osobistym demonem, źródłem bólu, wstydu, poniżenia i żałoby. Uczynił go takim, jakim obecnie był. Pięść admirała zacisnęła się jeszcze mocniej.

Po tak długim czasie… prawie sześćdziesiąt lat… Petkow pamiętał, jak w środku nocy odprowadzano jego ojca pod bronią. Miał wtedy sześć lat.

Wbił wzrok w stertę skrzynek. Potrwało dłuższą chwilę, nim mógł zacząć ponownie oddychać. Odwrócił się. W pomalowanej na zielono kajucie były tylko pojedyncze łóżko, regał na książki, biurko, umywalka oraz centralka komunikacyjna, składająca się z mikrofonu i głośnika do kontaktu z mostkiem, monitora i aparatu telefonicznego.

Podniósł słuchawkę, powiedział coś szybko i czekał, aż rozmowa zostanie przekazana, zakodowana, po czym ponownie przekazana. Mijały sekundy. W końcu usłyszał w słuchawce znajomy głos, zakłócany przez szumy i trzaski.

– Lampart.

– Status?

– Cel zlikwidowany.

– Potwierdzenie?

– W drodze.

– Znasz rozkazy.

Przez chwilę w słuchawce panowała cisza.

– Bez rannych.

Ostatnie słowa nie wymagały potwierdzenia. Admirał Petkow zakończył rozmowę i odłożył słuchawkę na widełki. Przystępowali do akcji.

Góry Brooksa, Alaska

Godzina 17.16

Matt popędzał konia, żeby szybciej się wspinał. Podejście było ciężkie, ponieważ sąsiednia dolina była położona trzysta metrów wyżej. Na ziemi w dalszym ciągu leżała dość gruba warstwa śniegu, w cieniach drzew jeszcze grubsza. Wszystkie cztery psy biegły przed Mattem, węsząc i nastawiając uszy. Zagwizdał, by nie odbiegły zbyt daleko.

Zatrzymał się na grani i spenetrował wzrokiem dolinę. Z miejsca katastrofy wznosił się coraz cieńszy słup dymu, ale widok zmiażdżonego samolotu zasłaniał sosnowo-olszowy las. Matt wytężył słuch, niczego jednak nie usłyszał. Był to zły znak. Zmarszczył czoło i uderzył piętami boki konia.

– No to naprzód, Mariah.

Sprowadził konia na dół, uważając na śnieg i lód. Szli wzdłuż wąskiego strumienia, płynącego przez las. Nad pasmem wody unosiła się mgła. Cisza była coraz bardziej denerwująca. Matta atakowały komary, wystawiając jego nerwy na próbę. Poza bzyczeniem owadów słychać było jedynie stąpnięcia klaczy – tępy chrzęst za każdym razem, kiedy kopyto przebijało się przez pokrywającą śnieg warstewkę lodu.

Nawet psy zmarkotniały, podeszły bliżej swojego pana i nie tak często jak dotychczas unosiły łby, żeby powęszyć.

Bane biegł pięćdziesiąt kroków przed koniem. Trzymał się w cieniu, więc prawie nie było go widać. Jako towarzysz strażnika Agencji Ochrony Ryb i Zwierząt przeszedł szkolenie z zakresu poszukiwania i ratownictwa. Miał doskonały węch i potrafił wyczuć, dokąd jego pan podąża.

Kiedy zeszli na dno doliny, przyspieszyli. Po chwili Matt poczuł swąd płonącego paliwa. Szli najkrótszą możliwą drogą, ale teren pozwolił im dotrzeć na miejsce wypadku dopiero po dwudziestu minutach.

Las otwierał się na polanę. Pilot musiał próbować w nią wcelować i prawie mu się udało. Porośniętą tragankami o żółtych kwiatach leśną łąkę dokładnie przez środek przecinał długi ślad awaryjnego lądowania. Niestety, awionetce zabrakło miejsca.

Cessna 185 Skywagon leżała na boku z lewej strony polany, w kłębowisku małych sosenek. Wpadła między drzewa dziobem; impet uderzenia spowodował zmiażdżenie i oderwanie skrzydeł oraz odgięcie ogona w górę. Ze zgniecionej części przy silniku wydobywał się dym, powietrze wypełniał smród paliwa. Lada chwila mógł wybuchnąć pożar.

Przecinając łąkę, Matt kątem oka widział nisko wiszące ciężkie chmury. Teraz deszcz byłby bardzo pożądany. Jeszcze lepszy byłby jakikolwiek ruch we wnętrzu samolotu.

Kilka metrów przed wrakiem Matt ściągnął cugle i zsiadł na śnieg. Stał przez długą chwilę, patrząc na roztrzaskaną maszynę. Już nieraz widział trupy, nawet bardzo wiele, zwłaszcza podczas sześciu lat służby w Zielonych Beretach w Somalii i na Bliskim Wschodzie, po których odszedł, by skorzystać z rządowego programu ułatwiającego byłym żołnierzom uzyskanie wykształcenia. Teraz nie zatrzymały go słabe nerwy, ale śmierć dotknęła go kiedyś tak blisko, tak osobiście, że musiał się przełamać, by podejść do wraka.

Jeżeli jednak ktoś przeżył…
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij