Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Łodzią na Gotlandię - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
25 lutego 2026
Audiobook
12,99 zł
1104 pkt
punktów Virtualo

Łodzią na Gotlandię - ebook

W sierpniu 1939 roku ppor. Bolesław Kwiatkowski objął dowództwo plutonu konnych zwiadowców 42. pułku piechoty w Białymstoku. Po wybuchu wojny walczył w składzie SGO „Narew”. Po rozbiciu jednostki dostał się do niewoli, z której zbiegł, i wrócił do Białegostoku pod okupacją sowiecką. Po usłyszeniu apelu gen. Sikorskiego postanowił przedostać się do formującej się armii polskiej we Francji. Wybrał nietypową trasę: przez Litwę i Łotwę nad Bałtyk, łodzią na Gotlandię, dalej przez Szwecję i Norwegię do Wielkiej Brytanii i Francji.

Kategoria: Historia
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-11-18733-7
Rozmiar pliku: 1,1 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

NA PÓŁNOCNYM ODCINKU

Gdy ran­kiem 23 sierp­nia 1939 roku otrzy­ma­łem kartę powo­ła­nia do czyn­nej służby woj­sko­wej, wyda­wało mi się, że do wojny mimo wszystko nie doj­dzie. Napię­cie w sto­sun­kach pol­sko-nie­miec­kich rosło wpraw­dzie od wielu mie­sięcy, a po wypo­wie­dze­niu przez Hitlera paktu o nie­agre­sji gwał­tow­nie przy­brało na sile, ale wbrew groź­nym ozna­kom jakaś wątła iskierka nadziei na ura­to­wa­nie pokoju pozo­stała. W tym trud­nym i nie­spo­koj­nym okre­sie łudzono się jesz­cze, że w roz­strzy­ga­niu spo­rów mię­dzy­na­ro­do­wych prze­waży głos roz­sądku i Niemcy, w oba­wie przed dzia­ła­niami na dwóch fron­tach, wschod­nim i zachod­nim, zre­zy­gnują z rosz­czeń tery­to­rial­nych wobec Pol­ski. Bieg wyda­rzeń, nie­stety, nie potwier­dzał tych nadziei.

Jako pod­po­rucz­nik rezerwy 10 pułku uła­nów zosta­łem wyzna­czony na dowódcę plu­tonu kon­nych zwia­dow­ców 42 pułku pie­choty, który sta­cjo­no­wał w Bia­łym­stoku, mie­ście, gdzie od dawna miesz­ka­łem. Razem ze mną przy­było do tej jed­nostki wielu innych młod­szych ofi­ce­rów rezerwy, aby objąć funk­cje w licz­nych pod­od­dzia­łach, już ist­nie­ją­cych bądź dopiero orga­ni­zo­wa­nych. Pułk roz­po­czy­nał wła­śnie mobi­li­za­cję alar­mową i z etatu poko­jo­wego prze­cho­dził na wojenny, powięk­sza­jąc swój stan do ponad 3300 ludzi.

Puł­kowa kom­pa­nia zwia­dow­ców miała skła­dać się z trzech plu­to­nów – kon­nego, kola­rzy i pie­szego. Ponie­waż jed­nak na razie figu­ro­wały one tylko „na papie­rze”, już naza­jutrz po otrzy­ma­niu instruk­cji i tabeli mobi­li­za­cyj­nej razem z porucz­ni­kiem Fran­cisz­kiem Kępą, dowódcą kom­pa­nii, przy­stą­pi­li­śmy do pracy. W kosza­rach wrzało jak w ulu. Od wcze­snych godzin zaczęli poja­wiać się tłum­nie rezer­wi­ści z Bia­łe­go­stoku i oko­licz­nych miej­sco­wo­ści. Obszerny dzie­dzi­niec, zwy­kle pusty i schlud­nie utrzy­many, zaroił się od ludzi, prze­waż­nie chło­pów w skrom­nych ubra­niach, z węzeł­kami żyw­no­ści na kilka dni. Powo­łani sta­wiali się bez zarzutu, podob­nie zresztą jak w innych mobi­li­zo­wa­nych jed­nost­kach, kło­poty wyło­niły się nato­miast przy pobo­rze wozów i koni. Nędzne fur­manki w więk­szo­ści nie nada­wały się nawet do tabo­rów, a wiele koni trzeba było ode­słać do punk­tów roz­dziel­czych, ponie­waż nie odpo­wia­dały sta­wia­nym wyma­ga­niom. W ciągu dwóch dni, bar­dzo wyczer­pu­ją­cych i ner­wo­wych z powodu tych trud­no­ści, zdo­ła­łem osta­tecz­nie skom­ple­to­wać konie dla swego plu­tonu i ode­tchną­łem z ulgą.

Mobi­li­za­cja rezer­wi­stów prze­bie­gała na ogół spraw­nie. Zaraz po kąpieli wydano im z maga­zy­nów nowe sukienne mun­dury, ekwi­pu­nek oso­bi­sty, maski prze­ciw­ga­zowe i broń, a pierw­szy gorący posi­łek, już z kuchni polo­wych, wyraź­nie popra­wił humory żoł­nie­rzy. Poczuli się pew­niej i z więk­szą ochotą wyko­ny­wali wszyst­kie roz­kazy. W całym pułku pano­wał w tych dniach nastrój wiary we wła­sne siły, cho­ciaż każ­dego nur­to­wało pyta­nie, jaka będzie ta wojna i czy rze­czy­wi­ście zdo­łamy wytrwać w walce z Niem­cami, dopóki nie przyjdą nam z pomocą sojusz­nicy, w co wtedy jesz­cze nie wąt­pi­li­śmy. Ofi­ce­ro­wie wyż­szej rangi podej­mo­wali te kwe­stie, zacho­wu­jąc kamienny spo­kój, jakby wszystko toczyło się nor­mal­nie.

Na dwa dni przed opusz­cze­niem koszar, 29 sierp­nia, nasza kom­pa­nia otrzy­mała nową broń, dotych­czas ści­śle tajną – pra­wie dwu­me­tro­wej dłu­go­ści kara­biny prze­ciw­pan­cerne o kali­brze 7,92 mm, po jed­nym na każdy plu­ton. Oglą­da­li­śmy je z ogrom­nym zain­te­re­so­wa­niem, wie­rząc dowódcy kom­pa­nii na słowo, że sku­tecz­nie prze­bi­jają pan­cerz wszyst­kich typów nie­miec­kich wozów bojo­wych. Sęk w tym, że nikt ze zwia­dow­ców nie strze­lał z tej broni, toteż nie od razu nabra­li­śmy do niej zaufa­nia. Nie­wiele zresztą wie­dzie­li­śmy o czoł­gach nie­przy­ja­ciela i chyba tylko dla­tego per­spek­tywa rychłego spo­tka­nia się z nimi w polu nie wzbu­dzała poważ­niej­szego lęku.

Bia­ły­stok w tym cza­sie także spo­so­bił się do wojny. Miesz­kańcy samo­rzut­nie kopali szcze­liny i rowy prze­ciw­lot­ni­cze, gro­ma­dzili zapasy pia­sku do gasze­nia poża­rów, na dro­gach wio­dą­cych do mia­sta sta­wiano zapory prze­ciw­czoł­gowe z kamieni i ścię­tych drzew. Gorącz­kową atmos­ferę wyczu­wało się na każ­dym kroku. Nie bra­ko­wało oczy­wi­ście i takich, któ­rzy swój nie­po­kój sta­rali się uto­pić w kie­liszku. Lokale restau­ra­cyjne aż szu­miały od gło­śnych roz­mów i toa­stów za szyb­kie zwy­cię­stwo, przy zasta­wio­nych sto­li­kach opty­mizm brał górę nad roz­sąd­kiem.

Zajęci wła­snymi obo­wiąz­kami, cią­głą bie­ga­niną i wyko­ny­wa­niem róż­nych zajęć, sypią­cych się jak z rogu obfi­to­ści, ochło­nę­li­śmy wie­czo­rem 31 sierp­nia, gdy padł roz­kaz wymar­szu w pole. Wojna wisiała już na wło­sku, na gra­nicy lada moment mogły ode­zwać się armaty. Mimo póź­nej pory lud­ność gro­mad­nie wyle­gła na ulice, aby poże­gnać 42 pułk pie­choty opusz­cza­jący swoje koszary. Na twa­rzach miesz­kań­ców malo­wała się powaga i sku­pie­nie, wiele kobiet ocie­rało łzy. Nikt nie wzno­sił okrzy­ków, nie rzu­cał kwia­tów. Gęste szpa­lery zamarły w bez­ru­chu. Sły­chać było tylko mia­rowy krok pie­chu­rów, odgłos koń­skich kopyt, szczęk opo­rzą­dze­nia i głu­che dud­nie­nie prze­cią­żo­nych wozów, które dłu­gim sznu­rem cią­gnęły za każ­dym bata­lio­nem. Kolumna pułku powoli zmie­rzała w kie­runku sta­cji kole­jo­wej, oto­czo­nej woj­sko­wymi poste­run­kami.

Składy pocią­gów już cze­kały na nas pod parą. Zała­du­nek prze­bie­gał bez zakłó­ceń i zbęd­nej krzą­ta­niny, zupeł­nie jak na manew­rach. Zdy­scy­pli­no­wa­nie świeżo zmo­bi­li­zo­wa­nych rezer­wi­stów, kilka dni temu ode­rwa­nych od swo­ich rodzin­nych zajęć, zasłu­gi­wało na pełne uzna­nie. Na takich żoł­nier­zach można było pole­gać. Roz­mie­ści­łem swój plu­ton w wyzna­czo­nych wago­nach. Tro­chę kło­potu spra­wiły nam konie, które nie chciały wcho­dzić do obco wyglą­da­ją­cego, ciem­nego wnę­trza, ale wiązki siana zro­biły swoje. Zwia­dowcy uło­żyli się do snu na płasz­czach i tor­ni­strach, słusz­nie prze­wi­du­jąc, że taki luk­sus nie zda­rza się czę­sto na fron­cie. Około pół­nocy pociąg ruszył, a ja długo nie odry­wa­łem wzroku od odda­la­ją­cego się mia­sta, w któ­rym została moja żona z synem. Kiedy zoba­czymy się znowu, czy w ogóle do nich jesz­cze wrócę?

Jecha­li­śmy na zachód, mija­jąc po dro­dze wiele innych trans­por­tów woj­sko­wych i towa­ro­wych. Kolej funk­cjo­no­wała jesz­cze spraw­nie, ale już nastę­po­wały krót­kie prze­rwy w ruchu spo­wo­do­wane więk­szą niż zwy­kle liczbą pocią­gów, które musiały naru­szyć poko­jowy roz­kład jazdy. Sieć połą­czeń w tej czę­ści kraju była rzadka, co też kom­pli­ko­wało nie­ła­twą pracę kole­ja­rzy.

Zbli­żał się świt. Było przej­mu­jąco chłodno, na tle jaśnie­ją­cego nieba gasły gwiazdy i coraz wyraź­niej ryso­wały się smu­kłe korony drzew. Tor pro­wa­dził przez wyso­ko­pienny las i był prze­sy­cony rześ­kim aro­ma­tem zawie­szo­nej na liściach wil­goci. Dołem snuły się pasma mgły. Obra­zek jakże znany z wielu podróży, lecz tej nie dało się porów­nać z żadną. Jecha­li­śmy ku swemu prze­zna­cze­niu, nie­je­den na pewno po raz ostatni.

W Ostro­łęce, spory kawał za dwor­cem, nasz pociąg sta­nął przy ram­pie towa­ro­wej, co miało uła­twić wyła­du­nek wozów i bie­dek. Tra­fi­li­śmy na moment, gdy odcho­dziła stam­tąd wcze­śniej dowie­ziona pie­chota. Nasz pułk też nie przy­był od razu w kom­ple­cie, część trans­por­tów była jesz­cze w dro­dze i dopiero tutaj miało nastą­pić for­mo­wa­nie kolumn do dal­szego mar­szu, już na pozy­cje wyj­ściowe.

Naglący pośpiech wska­zy­wał, że sytu­acja w ciągu nocy stała się poważna. Kom­pa­nia zwia­dow­ców pobiła chyba rekord tempa wyła­dunku. W nie­całą godzinę sta­li­śmy już na zbiórce razem z tabo­rem. Z puł­ko­wych zapa­sów wydano nam ostrą amu­ni­cję i gra­naty, na każ­dego żoł­nie­rza przy­pa­dła pełna jed­nostka ognia zgod­nie z nor­mami regu­la­mi­no­wymi. Zwia­dowcy ocho­czo wpy­chali łódki z nabo­jami do ładow­nic, obie­cu­jąc sobie solen­nie, że przy pierw­szej oka­zji tro­chę tego cię­żaru ubę­dzie. Postawa tych chłop­ców, dobra­nych wyłącz­nie z młod­szych rocz­ni­ków, sil­nych i zręcz­nych, jak tego wyma­gała ich spe­cjal­ność, pozwa­lała wie­rzyć, iż nie zawiodą w naj­trud­niej­szych chwi­lach.

Wkrótce wyru­szy­li­śmy okrężną drogą za mia­sto i na jego pół­noc­nym skraju, w lesie, z dala od zabu­do­wań, kom­pa­nia zatrzy­mała się na biwaku. Przy­stą­pi­li­śmy do poje­nia i obro­ko­wa­nia koni, a kucha­rze ura­czyli nas śnia­da­niem. Kasza ze sło­niną i gorąca kawa sma­ko­wały po cało­dzien­nym poście jak ni­gdy. Wokół cią­gle pano­wała cisza, hała­so­wało tylko leśne ptac­two, zbyt wcze­śnie zbu­dzone i nie­uf­nie przy­glą­da­jące się z wyso­ko­ści drzew licz­nej gro­ma­dzie przy­by­szów w zie­lo­nych mun­du­rach.

Samo­dzielna Grupa Ope­ra­cyjna „Narew”, zło­żona z dwóch dywi­zji pie­choty (18 czyn­nej i 33 rezer­wo­wej) oraz dwóch bry­gad kawa­le­rii (pod­la­skiej i suwal­skiej), miała zabez­pie­czać prawe, wschod­nie skrzy­dło Armii „Modlin” i bro­nić pół­nocno-wschod­nich obsza­rów kraju, opie­ra­jąc się na przy­go­to­wa­nych pozy­cjach wzdłuż Narwi, Bie­brzy i Kanału Augu­stow­skiego. Szczu­płe siły unie­moż­li­wiały obsa­dze­nie pasa obrony o sze­ro­ko­ści 200 kilo­me­trów, toteż dowódca SGO „Narew”, gene­rał bry­gady Cze­sław Młot-Fijał­kow­ski, ześrod­ko­wał swe woj­ska tylko na naj­waż­niej­szych kie­run­kach przy­pusz­czal­nych ude­rzeń nie­przy­ja­ciela, sku­pia­jąc gros sił w rejo­nie Łomży. W pierw­szym rzu­cie bro­niły się tutaj oddziały 18 Dywi­zji pie­choty, zaj­mu­jąc sta­no­wi­ska nad Narwią w pasie Łomża – Nowo­gród – Ostro­łęka o sze­ro­ko­ści 70 kilo­me­trów, co cał­ko­wi­cie odbie­gało od regu­la­mi­no­wych norm kal­ku­la­cyj­nych i w razie natar­cia Niem­ców mogło spo­wo­do­wać poważny kry­zys.

O świ­cie 1 wrze­śnia bez­po­śred­nio na przed­polu Ostro­łęki znaj­do­wał się bata­lion Obrony Naro­do­wej „Ostro­łęka” kapi­tana Kazi­mie­rza Nowic­kiego, wspie­rany plu­to­nem arty­le­rii polo­wej 42 pp pod dowódz­twem kapi­tana Bole­sława Uchmana i jed­nym szwa­dro­nem kawa­le­rii 5 pułku uła­nów porucz­nika Jerzego Rosz­kow­skiego. W dru­gim rzu­cie sta­no­wi­ska zaj­mo­wał III bata­lion 42 pp, wzmoc­niony kom­pa­nią strze­lecką z plu­to­nem cięż­kich kara­bi­nów maszy­no­wych, pod dowódz­twem majora Feliksa Chmie­lew­skiego. Ran­kiem 1 wrze­śnia docho­dzi do nas wia­do­mość, że wybu­chła wojna. Mel­du­nek ten, wpa­da­jąc na nasz biwak na kłu­su­ją­cym koniu, przy­wozi łącz­nik od dowódcy. Natych­miast zarzą­dzam ostre pogo­to­wie, spo­dzie­wa­jąc się pierw­szego roz­kazu bojo­wego. Przy­pusz­czal­nie będziemy patro­lo­wać przed­pole Ostro­łęki, cho­ciaż mogą nas także pchnąć gdzieś dalej, może nad samą gra­nicę.

Od miesz­kań­ców Ostro­łęki dowia­du­jemy się dal­szych szcze­gó­łów o naj­waż­niej­szym wyda­rze­niu dnia. O szó­stej radio nadało komu­ni­kat nad­zwy­czajny Pol­skiej Agen­cji Tele­gra­ficz­nej. Niemcy ude­rzyli o 4.45, otwie­ra­jąc ogień z dział okrę­to­wych do skład­nicy tran­zy­to­wej na Wester­platte. W tym samym cza­sie ich wysu­nięte oddziały prze­kro­czyły zachod­nią i pół­nocną gra­nicę Pol­ski, spo­ty­ka­jąc się wszę­dzie z opo­rem. Samo­loty Luft­waffe zbom­bar­do­wały wiele miast, powietrzny atak na War­szawę został odparty przez pol­skich myśliw­ców, któ­rzy zadali wro­gowi znaczne straty.

Roz­trzą­samy te infor­ma­cje, sta­ra­jąc się uzy­skać bar­dziej dokładny obraz zma­gań i prze­biegu pierw­szych walk. Inte­re­suje nas zwłasz­cza pół­nocna gra­nica, leżąca bli­sko Ostro­łęki. Co tam się dzieje, gdzie Niemcy wtar­gnęli, jakimi siłami? Radiowy komu­ni­kat nie odpo­wiada na te pyta­nia, jest lako­niczny i ogól­ni­kowy. Nie uzu­peł­nia go żaden komen­tarz, jakby wybuch wojny był czymś nor­mal­nym. Tro­chę to jest iry­tu­jące, a może cho­dzi o nie­wy­wo­ły­wa­nie paniki? Zresztą i bez tego w Ostro­łęce zapa­no­wało duże poru­sze­nie. Wysłany patrol potwier­dza oznaki wojen­nej psy­chozy: przy pie­kar­niach i skle­pach spo­żyw­czych tłumy ludzi, na uli­cach wiele wozów kon­nych, jakby już zaczęła się żywio­łowa ewa­ku­acja. Na szczę­ście mia­sto nie było dotąd bom­bar­do­wane, ale wróg w każ­dej chwili może poja­wić się w powie­trzu. Co wtedy, skoro w Ostro­łęce wła­ści­wie nie ma obrony prze­ciw­lot­ni­czej?

Zwia­dowcy nie zdra­dzają cie­nia lęku, są tylko bar­dziej sku­pieni i roz­ma­wiają pół­gło­sem o tym, co może wkrótce nastą­pić. Cią­gle nasłu­chu­jemy, czy nie dotrze na biwak echo arty­le­ryj­skiego ognia, ale wbrew rosną­cej emo­cji sze­lesz­czący w drze­wach wiatr nie przy­nosi odgło­sów wojny. Panuje na­dal piękna pogoda, pra­wie upał jak na wrze­sień. Spę­kana zie­mia dawno nie widziała kro­pli desz­czo­wej wody. Myśla­łem wtedy z gory­czą, że nawet natura sprzyja wro­gowi, który może wysy­łać w głąb Pol­ski swoje samo­loty z bom­bami.

Około połu­dnia mamy pierw­szego zwia­stuna wojny – zwia­dow­czy gór­no­płat z czar­nymi krzy­żami na skrzy­dłach. Intruz wyko­nuje kilka krę­gów na przed­polu Ostro­łęki, potem oddala się w kie­runku zachod­nim. Jeste­śmy wobec niego bez­radni, szkoda mar­no­wać kara­bi­no­wej amu­ni­cji. Ceka­emy są gdzieś na sta­no­wi­skach bata­lionu, znacz­nie dalej od nas, ale i one nie strze­lają. Naszych samo­lo­tów w ogóle nie widać. Nie potra­fię odpo­wie­dzieć żoł­nie­rzom, dla­czego niebo jest puste i gdzie podziały się biało-czer­wone sza­chow­nice. Wszak byli­śmy pewni, że lot­nic­two mamy silne, zdolne nie tylko do obrony, lecz także do zada­nia Niem­com ciosu. Więc taka jest prawda?

Dzień mija spo­koj­nie. Wie­rzyć się nie chce, że jest wojna i gdzieś leje się krew. Biwak coraz bar­dziej przy­po­mina manewry, kiedy wszystko było upo­rząd­ko­wane, zgodne z naka­zami, wtło­czone w ramy woj­sko­wej dys­cy­pliny. Kuch­nia kom­pa­nijna trosz­czy się o nasze żołądki, owsa i siana dla koni mamy w bród. Może więc nie będzie tak źle?

Odpo­wiedź przy­nosi trzeci dzień wrze­śnia. Rano mel­duję się u dowódcy pułku. Po raz pierw­szy widzę mapę z wry­so­waną sytu­acją. Znaj­du­jemy się na kra­wę­dzi lewego skrzy­dła SGO „Narew”, mię­dzy naszą grupą a sąsied­nią Armią „Modlin” jest luka zale­d­wie dozo­ro­wana. Naj­da­lej na pół­nocny zachód wysu­nięty jest bata­lion ON „Ostro­łęka” ze szwa­dro­nem 5 pułku uła­nów. Mieli bro­nić Myszyńca, nad­gra­nicz­nego mia­steczka, ale Niemcy odrzu­cili ich, spy­cha­jąc na połu­dnie. To pierw­sza strata na naszym kie­runku dzia­ła­nia. Wróg ude­rza siłami 1 bry­gady kawa­le­rii puł­kow­nika Feldta, wcho­dzą­cej w skład 3 Armii dowo­dzo­nej przez gene­rała von Küchlera. Na razie nie stwier­dzono w rejo­nie Myszyńca obec­no­ści innych wiel­kich jed­no­stek. Trudno zro­zu­mieć, dla­czego pie­chu­rzy i ułani ustą­pili przed kawa­le­rią, ale tego faktu nic już nie zmieni.

Porucz­nik Feliks Kępa, dowódca kom­pa­nii zwia­dow­ców, prze­ka­zuje mi roz­kaz dowódcy pułku prze­pro­wa­dze­nia roz­po­zna­nia na kie­runku myszy­niec­kim ze zwró­ce­niem uwagi na nie­bez­pieczną lukę. Jeśli Niemcy ją wyma­cają, poło­że­nie sta­nie się groźne. Będą mieli swo­bodę manewru, oskrzy­dla­jąc Armię „Modlin” na pra­wej kra­wę­dzi jej pozy­cji albo wcho­dząc głę­boko na lewy skraj SGO „Narew”. Tak czy ina­czej łącz­ność mię­dzy tymi związ­kami ope­ra­cyj­nymi zosta­nie prze­rwana, unie­moż­li­wia­jąc jaką­kol­wiek współ­pracę. Tward­szym orze­chem będzie dla wroga poło­żony niżej na połu­dniu Różan, gdzie – jak się dowie­dzia­łem – znaj­do­wały się umoc­nie­nia for­ty­fi­ka­cyjne jesz­cze z lat pierw­szej wojny świa­to­wej.

Wypo­częci żoł­nie­rze szybko dosia­dają koni. Dowód­com dru­żyn wyja­śniam zada­nie i jesz­cze raz przy­po­mi­nam o obo­wiąz­kach zwia­dow­ców w polu. Rozu­miemy się dobrze, kło­po­tów nie powinno być żad­nych. Pro­ble­mem pozo­staje tylko wróg. Spo­tka­nie z nim będzie chrztem bojo­wym dla nas wszyst­kich.

Ruszamy w szyku bojo­wym. Od czoła sły­chać głu­chy pomruk dział i serie kara­bi­nów maszy­no­wych. To już był front, skoń­czyło się biwa­ko­wa­nie. Słońce jak wczo­raj praży nie­mi­ło­sier­nie, w nagrza­nym powie­trzu snują się nici babiego lata. Odda­lony hory­zont faluje w jaskra­wym bla­sku. Wyma­rzona pogoda na wycieczkę czy urlop. Uśmie­cham się smutno na samą myśl o tych poko­jo­wych zachcian­kach.

Na skrzy­żo­wa­niu drogi wio­dą­cej do Olszewki zatrzy­mu­jemy dwóch cywi­lów, wyraź­nie prze­stra­szo­nych odgło­sami walki.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij