Łodzią na Gotlandię - ebook
W sierpniu 1939 roku ppor. Bolesław Kwiatkowski objął dowództwo plutonu konnych zwiadowców 42. pułku piechoty w Białymstoku. Po wybuchu wojny walczył w składzie SGO „Narew”. Po rozbiciu jednostki dostał się do niewoli, z której zbiegł, i wrócił do Białegostoku pod okupacją sowiecką. Po usłyszeniu apelu gen. Sikorskiego postanowił przedostać się do formującej się armii polskiej we Francji. Wybrał nietypową trasę: przez Litwę i Łotwę nad Bałtyk, łodzią na Gotlandię, dalej przez Szwecję i Norwegię do Wielkiej Brytanii i Francji.
| Kategoria: | Historia |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-11-18733-7 |
| Rozmiar pliku: | 1,1 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Gdy rankiem 23 sierpnia 1939 roku otrzymałem kartę powołania do czynnej służby wojskowej, wydawało mi się, że do wojny mimo wszystko nie dojdzie. Napięcie w stosunkach polsko-niemieckich rosło wprawdzie od wielu miesięcy, a po wypowiedzeniu przez Hitlera paktu o nieagresji gwałtownie przybrało na sile, ale wbrew groźnym oznakom jakaś wątła iskierka nadziei na uratowanie pokoju pozostała. W tym trudnym i niespokojnym okresie łudzono się jeszcze, że w rozstrzyganiu sporów międzynarodowych przeważy głos rozsądku i Niemcy, w obawie przed działaniami na dwóch frontach, wschodnim i zachodnim, zrezygnują z roszczeń terytorialnych wobec Polski. Bieg wydarzeń, niestety, nie potwierdzał tych nadziei.
Jako podporucznik rezerwy 10 pułku ułanów zostałem wyznaczony na dowódcę plutonu konnych zwiadowców 42 pułku piechoty, który stacjonował w Białymstoku, mieście, gdzie od dawna mieszkałem. Razem ze mną przybyło do tej jednostki wielu innych młodszych oficerów rezerwy, aby objąć funkcje w licznych pododdziałach, już istniejących bądź dopiero organizowanych. Pułk rozpoczynał właśnie mobilizację alarmową i z etatu pokojowego przechodził na wojenny, powiększając swój stan do ponad 3300 ludzi.
Pułkowa kompania zwiadowców miała składać się z trzech plutonów – konnego, kolarzy i pieszego. Ponieważ jednak na razie figurowały one tylko „na papierze”, już nazajutrz po otrzymaniu instrukcji i tabeli mobilizacyjnej razem z porucznikiem Franciszkiem Kępą, dowódcą kompanii, przystąpiliśmy do pracy. W koszarach wrzało jak w ulu. Od wczesnych godzin zaczęli pojawiać się tłumnie rezerwiści z Białegostoku i okolicznych miejscowości. Obszerny dziedziniec, zwykle pusty i schludnie utrzymany, zaroił się od ludzi, przeważnie chłopów w skromnych ubraniach, z węzełkami żywności na kilka dni. Powołani stawiali się bez zarzutu, podobnie zresztą jak w innych mobilizowanych jednostkach, kłopoty wyłoniły się natomiast przy poborze wozów i koni. Nędzne furmanki w większości nie nadawały się nawet do taborów, a wiele koni trzeba było odesłać do punktów rozdzielczych, ponieważ nie odpowiadały stawianym wymaganiom. W ciągu dwóch dni, bardzo wyczerpujących i nerwowych z powodu tych trudności, zdołałem ostatecznie skompletować konie dla swego plutonu i odetchnąłem z ulgą.
Mobilizacja rezerwistów przebiegała na ogół sprawnie. Zaraz po kąpieli wydano im z magazynów nowe sukienne mundury, ekwipunek osobisty, maski przeciwgazowe i broń, a pierwszy gorący posiłek, już z kuchni polowych, wyraźnie poprawił humory żołnierzy. Poczuli się pewniej i z większą ochotą wykonywali wszystkie rozkazy. W całym pułku panował w tych dniach nastrój wiary we własne siły, chociaż każdego nurtowało pytanie, jaka będzie ta wojna i czy rzeczywiście zdołamy wytrwać w walce z Niemcami, dopóki nie przyjdą nam z pomocą sojusznicy, w co wtedy jeszcze nie wątpiliśmy. Oficerowie wyższej rangi podejmowali te kwestie, zachowując kamienny spokój, jakby wszystko toczyło się normalnie.
Na dwa dni przed opuszczeniem koszar, 29 sierpnia, nasza kompania otrzymała nową broń, dotychczas ściśle tajną – prawie dwumetrowej długości karabiny przeciwpancerne o kalibrze 7,92 mm, po jednym na każdy pluton. Oglądaliśmy je z ogromnym zainteresowaniem, wierząc dowódcy kompanii na słowo, że skutecznie przebijają pancerz wszystkich typów niemieckich wozów bojowych. Sęk w tym, że nikt ze zwiadowców nie strzelał z tej broni, toteż nie od razu nabraliśmy do niej zaufania. Niewiele zresztą wiedzieliśmy o czołgach nieprzyjaciela i chyba tylko dlatego perspektywa rychłego spotkania się z nimi w polu nie wzbudzała poważniejszego lęku.
Białystok w tym czasie także sposobił się do wojny. Mieszkańcy samorzutnie kopali szczeliny i rowy przeciwlotnicze, gromadzili zapasy piasku do gaszenia pożarów, na drogach wiodących do miasta stawiano zapory przeciwczołgowe z kamieni i ściętych drzew. Gorączkową atmosferę wyczuwało się na każdym kroku. Nie brakowało oczywiście i takich, którzy swój niepokój starali się utopić w kieliszku. Lokale restauracyjne aż szumiały od głośnych rozmów i toastów za szybkie zwycięstwo, przy zastawionych stolikach optymizm brał górę nad rozsądkiem.
Zajęci własnymi obowiązkami, ciągłą bieganiną i wykonywaniem różnych zajęć, sypiących się jak z rogu obfitości, ochłonęliśmy wieczorem 31 sierpnia, gdy padł rozkaz wymarszu w pole. Wojna wisiała już na włosku, na granicy lada moment mogły odezwać się armaty. Mimo późnej pory ludność gromadnie wyległa na ulice, aby pożegnać 42 pułk piechoty opuszczający swoje koszary. Na twarzach mieszkańców malowała się powaga i skupienie, wiele kobiet ocierało łzy. Nikt nie wznosił okrzyków, nie rzucał kwiatów. Gęste szpalery zamarły w bezruchu. Słychać było tylko miarowy krok piechurów, odgłos końskich kopyt, szczęk oporządzenia i głuche dudnienie przeciążonych wozów, które długim sznurem ciągnęły za każdym batalionem. Kolumna pułku powoli zmierzała w kierunku stacji kolejowej, otoczonej wojskowymi posterunkami.
Składy pociągów już czekały na nas pod parą. Załadunek przebiegał bez zakłóceń i zbędnej krzątaniny, zupełnie jak na manewrach. Zdyscyplinowanie świeżo zmobilizowanych rezerwistów, kilka dni temu oderwanych od swoich rodzinnych zajęć, zasługiwało na pełne uznanie. Na takich żołnierzach można było polegać. Rozmieściłem swój pluton w wyznaczonych wagonach. Trochę kłopotu sprawiły nam konie, które nie chciały wchodzić do obco wyglądającego, ciemnego wnętrza, ale wiązki siana zrobiły swoje. Zwiadowcy ułożyli się do snu na płaszczach i tornistrach, słusznie przewidując, że taki luksus nie zdarza się często na froncie. Około północy pociąg ruszył, a ja długo nie odrywałem wzroku od oddalającego się miasta, w którym została moja żona z synem. Kiedy zobaczymy się znowu, czy w ogóle do nich jeszcze wrócę?
Jechaliśmy na zachód, mijając po drodze wiele innych transportów wojskowych i towarowych. Kolej funkcjonowała jeszcze sprawnie, ale już następowały krótkie przerwy w ruchu spowodowane większą niż zwykle liczbą pociągów, które musiały naruszyć pokojowy rozkład jazdy. Sieć połączeń w tej części kraju była rzadka, co też komplikowało niełatwą pracę kolejarzy.
Zbliżał się świt. Było przejmująco chłodno, na tle jaśniejącego nieba gasły gwiazdy i coraz wyraźniej rysowały się smukłe korony drzew. Tor prowadził przez wysokopienny las i był przesycony rześkim aromatem zawieszonej na liściach wilgoci. Dołem snuły się pasma mgły. Obrazek jakże znany z wielu podróży, lecz tej nie dało się porównać z żadną. Jechaliśmy ku swemu przeznaczeniu, niejeden na pewno po raz ostatni.
W Ostrołęce, spory kawał za dworcem, nasz pociąg stanął przy rampie towarowej, co miało ułatwić wyładunek wozów i biedek. Trafiliśmy na moment, gdy odchodziła stamtąd wcześniej dowieziona piechota. Nasz pułk też nie przybył od razu w komplecie, część transportów była jeszcze w drodze i dopiero tutaj miało nastąpić formowanie kolumn do dalszego marszu, już na pozycje wyjściowe.
Naglący pośpiech wskazywał, że sytuacja w ciągu nocy stała się poważna. Kompania zwiadowców pobiła chyba rekord tempa wyładunku. W niecałą godzinę staliśmy już na zbiórce razem z taborem. Z pułkowych zapasów wydano nam ostrą amunicję i granaty, na każdego żołnierza przypadła pełna jednostka ognia zgodnie z normami regulaminowymi. Zwiadowcy ochoczo wpychali łódki z nabojami do ładownic, obiecując sobie solennie, że przy pierwszej okazji trochę tego ciężaru ubędzie. Postawa tych chłopców, dobranych wyłącznie z młodszych roczników, silnych i zręcznych, jak tego wymagała ich specjalność, pozwalała wierzyć, iż nie zawiodą w najtrudniejszych chwilach.
Wkrótce wyruszyliśmy okrężną drogą za miasto i na jego północnym skraju, w lesie, z dala od zabudowań, kompania zatrzymała się na biwaku. Przystąpiliśmy do pojenia i obrokowania koni, a kucharze uraczyli nas śniadaniem. Kasza ze słoniną i gorąca kawa smakowały po całodziennym poście jak nigdy. Wokół ciągle panowała cisza, hałasowało tylko leśne ptactwo, zbyt wcześnie zbudzone i nieufnie przyglądające się z wysokości drzew licznej gromadzie przybyszów w zielonych mundurach.
Samodzielna Grupa Operacyjna „Narew”, złożona z dwóch dywizji piechoty (18 czynnej i 33 rezerwowej) oraz dwóch brygad kawalerii (podlaskiej i suwalskiej), miała zabezpieczać prawe, wschodnie skrzydło Armii „Modlin” i bronić północno-wschodnich obszarów kraju, opierając się na przygotowanych pozycjach wzdłuż Narwi, Biebrzy i Kanału Augustowskiego. Szczupłe siły uniemożliwiały obsadzenie pasa obrony o szerokości 200 kilometrów, toteż dowódca SGO „Narew”, generał brygady Czesław Młot-Fijałkowski, ześrodkował swe wojska tylko na najważniejszych kierunkach przypuszczalnych uderzeń nieprzyjaciela, skupiając gros sił w rejonie Łomży. W pierwszym rzucie broniły się tutaj oddziały 18 Dywizji piechoty, zajmując stanowiska nad Narwią w pasie Łomża – Nowogród – Ostrołęka o szerokości 70 kilometrów, co całkowicie odbiegało od regulaminowych norm kalkulacyjnych i w razie natarcia Niemców mogło spowodować poważny kryzys.
O świcie 1 września bezpośrednio na przedpolu Ostrołęki znajdował się batalion Obrony Narodowej „Ostrołęka” kapitana Kazimierza Nowickiego, wspierany plutonem artylerii polowej 42 pp pod dowództwem kapitana Bolesława Uchmana i jednym szwadronem kawalerii 5 pułku ułanów porucznika Jerzego Roszkowskiego. W drugim rzucie stanowiska zajmował III batalion 42 pp, wzmocniony kompanią strzelecką z plutonem ciężkich karabinów maszynowych, pod dowództwem majora Feliksa Chmielewskiego. Rankiem 1 września dochodzi do nas wiadomość, że wybuchła wojna. Meldunek ten, wpadając na nasz biwak na kłusującym koniu, przywozi łącznik od dowódcy. Natychmiast zarządzam ostre pogotowie, spodziewając się pierwszego rozkazu bojowego. Przypuszczalnie będziemy patrolować przedpole Ostrołęki, chociaż mogą nas także pchnąć gdzieś dalej, może nad samą granicę.
Od mieszkańców Ostrołęki dowiadujemy się dalszych szczegółów o najważniejszym wydarzeniu dnia. O szóstej radio nadało komunikat nadzwyczajny Polskiej Agencji Telegraficznej. Niemcy uderzyli o 4.45, otwierając ogień z dział okrętowych do składnicy tranzytowej na Westerplatte. W tym samym czasie ich wysunięte oddziały przekroczyły zachodnią i północną granicę Polski, spotykając się wszędzie z oporem. Samoloty Luftwaffe zbombardowały wiele miast, powietrzny atak na Warszawę został odparty przez polskich myśliwców, którzy zadali wrogowi znaczne straty.
Roztrząsamy te informacje, starając się uzyskać bardziej dokładny obraz zmagań i przebiegu pierwszych walk. Interesuje nas zwłaszcza północna granica, leżąca blisko Ostrołęki. Co tam się dzieje, gdzie Niemcy wtargnęli, jakimi siłami? Radiowy komunikat nie odpowiada na te pytania, jest lakoniczny i ogólnikowy. Nie uzupełnia go żaden komentarz, jakby wybuch wojny był czymś normalnym. Trochę to jest irytujące, a może chodzi o niewywoływanie paniki? Zresztą i bez tego w Ostrołęce zapanowało duże poruszenie. Wysłany patrol potwierdza oznaki wojennej psychozy: przy piekarniach i sklepach spożywczych tłumy ludzi, na ulicach wiele wozów konnych, jakby już zaczęła się żywiołowa ewakuacja. Na szczęście miasto nie było dotąd bombardowane, ale wróg w każdej chwili może pojawić się w powietrzu. Co wtedy, skoro w Ostrołęce właściwie nie ma obrony przeciwlotniczej?
Zwiadowcy nie zdradzają cienia lęku, są tylko bardziej skupieni i rozmawiają półgłosem o tym, co może wkrótce nastąpić. Ciągle nasłuchujemy, czy nie dotrze na biwak echo artyleryjskiego ognia, ale wbrew rosnącej emocji szeleszczący w drzewach wiatr nie przynosi odgłosów wojny. Panuje nadal piękna pogoda, prawie upał jak na wrzesień. Spękana ziemia dawno nie widziała kropli deszczowej wody. Myślałem wtedy z goryczą, że nawet natura sprzyja wrogowi, który może wysyłać w głąb Polski swoje samoloty z bombami.
Około południa mamy pierwszego zwiastuna wojny – zwiadowczy górnopłat z czarnymi krzyżami na skrzydłach. Intruz wykonuje kilka kręgów na przedpolu Ostrołęki, potem oddala się w kierunku zachodnim. Jesteśmy wobec niego bezradni, szkoda marnować karabinowej amunicji. Cekaemy są gdzieś na stanowiskach batalionu, znacznie dalej od nas, ale i one nie strzelają. Naszych samolotów w ogóle nie widać. Nie potrafię odpowiedzieć żołnierzom, dlaczego niebo jest puste i gdzie podziały się biało-czerwone szachownice. Wszak byliśmy pewni, że lotnictwo mamy silne, zdolne nie tylko do obrony, lecz także do zadania Niemcom ciosu. Więc taka jest prawda?
Dzień mija spokojnie. Wierzyć się nie chce, że jest wojna i gdzieś leje się krew. Biwak coraz bardziej przypomina manewry, kiedy wszystko było uporządkowane, zgodne z nakazami, wtłoczone w ramy wojskowej dyscypliny. Kuchnia kompanijna troszczy się o nasze żołądki, owsa i siana dla koni mamy w bród. Może więc nie będzie tak źle?
Odpowiedź przynosi trzeci dzień września. Rano melduję się u dowódcy pułku. Po raz pierwszy widzę mapę z wrysowaną sytuacją. Znajdujemy się na krawędzi lewego skrzydła SGO „Narew”, między naszą grupą a sąsiednią Armią „Modlin” jest luka zaledwie dozorowana. Najdalej na północny zachód wysunięty jest batalion ON „Ostrołęka” ze szwadronem 5 pułku ułanów. Mieli bronić Myszyńca, nadgranicznego miasteczka, ale Niemcy odrzucili ich, spychając na południe. To pierwsza strata na naszym kierunku działania. Wróg uderza siłami 1 brygady kawalerii pułkownika Feldta, wchodzącej w skład 3 Armii dowodzonej przez generała von Küchlera. Na razie nie stwierdzono w rejonie Myszyńca obecności innych wielkich jednostek. Trudno zrozumieć, dlaczego piechurzy i ułani ustąpili przed kawalerią, ale tego faktu nic już nie zmieni.
Porucznik Feliks Kępa, dowódca kompanii zwiadowców, przekazuje mi rozkaz dowódcy pułku przeprowadzenia rozpoznania na kierunku myszynieckim ze zwróceniem uwagi na niebezpieczną lukę. Jeśli Niemcy ją wymacają, położenie stanie się groźne. Będą mieli swobodę manewru, oskrzydlając Armię „Modlin” na prawej krawędzi jej pozycji albo wchodząc głęboko na lewy skraj SGO „Narew”. Tak czy inaczej łączność między tymi związkami operacyjnymi zostanie przerwana, uniemożliwiając jakąkolwiek współpracę. Twardszym orzechem będzie dla wroga położony niżej na południu Różan, gdzie – jak się dowiedziałem – znajdowały się umocnienia fortyfikacyjne jeszcze z lat pierwszej wojny światowej.
Wypoczęci żołnierze szybko dosiadają koni. Dowódcom drużyn wyjaśniam zadanie i jeszcze raz przypominam o obowiązkach zwiadowców w polu. Rozumiemy się dobrze, kłopotów nie powinno być żadnych. Problemem pozostaje tylko wróg. Spotkanie z nim będzie chrztem bojowym dla nas wszystkich.
Ruszamy w szyku bojowym. Od czoła słychać głuchy pomruk dział i serie karabinów maszynowych. To już był front, skończyło się biwakowanie. Słońce jak wczoraj praży niemiłosiernie, w nagrzanym powietrzu snują się nici babiego lata. Oddalony horyzont faluje w jaskrawym blasku. Wymarzona pogoda na wycieczkę czy urlop. Uśmiecham się smutno na samą myśl o tych pokojowych zachciankach.
Na skrzyżowaniu drogi wiodącej do Olszewki zatrzymujemy dwóch cywilów, wyraźnie przestraszonych odgłosami walki.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki