Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • promocja

Los Angeles w blasku neonów. Popkulturowa podróż przez dekady - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
8 grudnia 2025
5099 pkt
punktów Virtualo

Los Angeles w blasku neonów. Popkulturowa podróż przez dekady - ebook

Los Angeles w blasku neonów.

Popkulturowa podróż przez dekady.

Los Angeles to nie tylko punkt na mapie – to mit, marzenie i zjawisko kulturowe, które urosło do rangi globalnego symbolu. To miasto, które zbudowało swój wizerunek na marzeniach – jednych spełnionych, innych porzuconych po drodze. To tutaj powstały trendy, które rozlały się po całym świecie: od kina Hollywood, seriali symboli Beverly Hills, 90210, Świata według Bundych, Przyjaciół, poprzez modę Melrose Avenue, muzykę Madonny, Red Hot Chili Peppers czy Britney Spears po fitnessową rewolucję, juice bary i popołudnia w stylu zen.

W tym wyjątkowym przewodniku odnajdziesz na mapie Miasta Aniołów miejsca znane z kultowych filmów, seriali i teledysków. Dowiesz się, gdzie powstawały hollywoodzkie produkcje, na których dorastały pokolenia. Sprawdzisz, dokąd gwiazdy chadzają w wolnym czasie i co wyróżnia kalifornijski styl życia w wydaniu LA.

Bradbury Building, zbudowany w 1893 r., stał się ikonicznym miejscem filmowym, szczególnie w latach 80. XX w. Jego industrialne wnętrza były tłem dla futurystycznego Los Angeles w filmie Łowca androidów, gdzie Harrison Ford ścigał replikantów w jednej z najbardziej klimatycznych scen kina science fiction. Z ulicy budynek wygląda niepozornie, ale wystarczy przekroczyć jego próg, by przenieść się do innego wymiaru. Kiedy po raz pierwszy tu weszłam, czułam się, jakbym wkroczyła w dystopijny świat Ridleya Scotta. Światło wpadało przez przeszklony dach, rzucając geometryczne cienie na klatki schodowe. Każdy detal budynku zdawał się mieć swoją historię – misterne, żeliwne balustrady i wijące się schody wyglądały tak, jakby prowadziły do alternatywnego uniwersum.

 

Barbara DeSantis

Polka, Amerykanka, Kalifornijka z wyboru. Autorka instabloga the_sun_tease

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Podróże
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788383176925
Rozmiar pliku: 34 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Witaj w Los Angeles

To miasto nie ma końca! – mruknęłam, wpatrując się w wirtualną mapę, która rozkładała się przed moimi oczyma jak plansza do gry z tysiącem pól.

– Właśnie za to je kocham – odpowiedział Jonathan z uśmiechem. – Nie trzeba jechać za granicę, żeby zmienić klimat, język i kuchnię. Wystarczy zjechać z autostrady.

– Ale jak to wszystko ogarnąć? Przecież tu nie ma centrum, tylko… czysty chaos.

– To nie Nowy Jork. Los Angeles nie rośnie wzwyż. Ono się rozlewa. Jak sztuka współczesna – nie musisz jej rozumieć, żeby cię zachwyciła.

Nie ma jednego śródmieścia, są za to równoległe światy: od eleganckiego Westside, poprzez hipsterskie Central LA po spokojne doliny

Wtedy jeszcze nie rozumiałam, że Los Angeles nie da się włożyć w ramy. To nie tylko Hollywood i palmy przy Venice Beach. To drugie co do wielkości miasto w USA, rozciągające się na ponad 1200 km², z populacją przekraczającą 3,8 miliona mieszkańców, a razem z całym hrabstwem LA to ponad 10 milionów ludzi mówiących w ponad 180 językach. To miasto trudno ogarnąć jednym spojrzeniem. Nie ma jednego śródmieścia, są za to równoległe światy: od eleganckiego Westside, poprzez hipsterskie dzielnice Central LA aż po spokojne doliny, portowe miasta i tętniące życiem dzielnice azjatyckie. Los Angeles powstało z gorączki złota, naftowej hossy, imigracyjnych fal i ambicji Hollywood. To miasto kontrastów, chaosu i kreatywności i właśnie dlatego każdy znajdzie tu dla siebie własny fragment mapy.

– Czekaj… mówi się tu w ponad 180 językach? Jak to możliwe? – zapytałam z niedowierzaniem, patrząc na tłum przechodniów jak na kadr z filmu.

– Nie pytaj. Tu działa wszystko – język ciała, uśmiech, palec wskazujący, a jak trzeba, to i Google Translate. W LA człowiek uczy się mówić bez słów. – Jonathan wzruszył ramionami.

– To chyba jedyne miejsce, gdzie zamawiając kawę, możesz usłyszeć trzy języki w jednym zdaniu…

– …i wszyscy się dogadują. To jest magia Miasta Aniołów. Każdy rozumie po swojemu i każdy się dogada.

Roześmiałam się.

– Nic dziwnego, że nazywają to miejsce La La Land…

– Bo tu wszyscy trochę bujają w obłokach, żyją marzeniami, wierzą, że wszystko może się wydarzyć jak w filmie. I wiesz co? Nie każdy jest sławny, piękny czy bogaty, ale wielu mówi, że wystarczy budzić się przy szumie palm i słońcu wpadającym do kuchni, by poczuć, że życie tu jest naprawdę wspaniałe.Jak zrozumieć Los Angeles?

Zajęło mi dużo czasu, żeby to zrozumieć, że Los Angeles to nie jest jedno miasto. To jakby kilka miast egzystujących obok siebie. Każde w swoim rytmie, ze swoim klimatem, językiem i historią. Gdy przyjechałam tu pierwszy raz, próbowałam to wszystko ogarnąć – szukałam centrum, chciałam zrozumieć LA. A potem zrozumiałam, że… to nie ma sensu. Tu nic nie jest oczywiste. Możesz jechać godzinę z jednej dzielnicy do drugiej i nadal być w Los Angeles, tylko zupełnie innym. W jednym miejscu strzeżone rezydencje z marmurowymi podjazdami i szeptem fontann, w drugim – rzędy niskich domków z lat 50., gdzie czas zatrzymał się przy starym radiu i filiżance kawy. W trzecim – palmy wyginają się nad kolorowymi muralami, a w powietrzu unosi się zapach przypraw, dymu i czegoś, co mogłoby być początkiem letniej fiesty.

Zajęło mi dużo czasu, żeby to zrozumieć, że Los Angeles to nie jest jedno miasto

Jonathan tylko się uśmiechał i mówił: „To właśnie jest LA. Każdy ma tu swoją wersję miasta”. I coś w tym jest, bo Los Angeles to trochę jak kalejdoskop. Za każdym razem widzisz coś innego. Dlatego podzieliłam je na sześć twarzy. Nie jest to podział administracyjny, ale emocjonalny. Subiektywny. Taki, jaki poznałam, chodząc tymi ulicami, słuchając opowieści mojego męża i przesiąkając tym chaosem, który dziwnie… wciąga.Sześć twarzy miasta

1️. Central LA

To tu bije serce miasta. Ale nie spodziewaj się regularnych uderzeń, raczej nieprzewidywalnych impulsów, które raz przyspieszają, raz zwalniają, zależnie od dzielnicy, pory dnia i światła.

W Central LA przeszłość spotyka się z przyszłością

Wśród drapaczy chmur Downtown LA potrafi być onieśmielająco korporacyjnie, ale tylko do momentu, aż skręcisz w boczną ulicę i trafisz do Arts District – dzielnicy pełnej murali, kawiarni w dawnych magazynach i galerii, które powstały w budynkach, gdzie kiedyś nikt nie chciał prowadzić biznesu, a już na pewno nie mieszkać. Albo do Little Tokyo – spokojniejszego, pełnego lampionów i misek ramenu, który koi po zderzeniu z betonem i szkłem.

Tu, w historycznej części, znajdują się moje ukochane kontrasty – Bradbury Building, który wygląda jak scenografia z filmu noir (bo faktycznie grał w wielu filmach), i Walt Disney Concert Hall, który przypomina statek kosmiczny z lustrzanej stali. No i oczywiście Griffith Park – gigantyczny park w środku miasta, gdzie słychać ptaki, a nie klaksony. Z jego obserwatorium można spojrzeć na całe Los Angeles i nadal nie ogarnąć go w całości.

W Central LA przeszłość spotyka się z przyszłością, street art z biurowcami, a klasyczne kina z hipsterskimi kawiarniami, gdzie espresso kosztuje więcej niż obiad. Ale mimo to… i tak chcesz tam wracać.

2️. Westside Cities

Zachodnia strona Los Angeles to Kalifornia z naszych wyobrażeń – ta z filmów, teledysków i tapet na komputerze z lat 90. Santa Monica, Venice, Beverly Hills, Westwood… Każdy z tych adresów brzmi jak osobna opowieść. Tu światło jest inne – miękkie, złote, jakby ktoś nałożył filtr California Dreamin’. Palmy tańczą nad głowami, ludzie biegają po plaży o wschodzie słońca, a tutejsi mieszkańcy naprawdę wyglądają, jakby nigdy się nie spieszyli.

South Bay, Palos Verdes

W Santa Monica można usiąść na molo, gapić się w ocean przez godzinę i nikt nie zwróci na ciebie uwagi. W Venice spotka się artystów, rolkarzy, joginów i dziwaków w najlepszym tego słowa znaczeniu. A Beverly Hills? To jak żywy katalog marzeń: drogie auta, domy za miliony i ludzie w sportowych ubraniach, którzy zdają się należeć do klubu rannych ptaszków, bo już o 5.00 rano zasuwają na siłowni.

Jonathan śmieje się, że tutaj nawet psy wyglądają, jakby miały swoje agentki. I coś w tym jest. Westside naprawdę żyje własnym rytmem: błyszczącym, stylowym, z odrobiną absurdu. To właśnie stąd rozchodzi się styl życia, który zna cały świat. Plaże, surferskie fale, zachody słońca nad Pacyfikiem i luksusowe zakupy na Rodeo Drive to nie scenariusz, a codzienność… Choć niekoniecznie moja. Ale chętnie przyglądam się z boku i chłonę to światło, które przyciąga ludzi z całego świata.

3️. South Bay

Na południu Los Angeles życie ma inny rytm – wolniejszy, bardziej zrelaksowany, jakby ustawiony na fale oceanu. To tutaj znajdziesz San Pedro, miasto portowe z marynarską duszą, w którym kutry rybackie sąsiadują z muzeum statku „USS Iowa”, a krzyk mew potrafi doprowadzić do szewskiej pasji. W Manhattan Beach surferskie deski stoją pod restauracjami ze świeżym ceviche, a ludzie naprawdę zatrzymują się, by podziwiać zachód słońca, jakby to był codzienny rytuał.

W South Bay kalifornijska codzienność spotyka się z autentycznością. W Torrance czy Carson odnajdziesz społeczności japońskie, filipińskie, latynoskie – wielokulturową mozaikę, gdzie obok siebie funkcjonują świątynie buddyjskie, meczety i parafie katolickie. Palos Verdes to zupełnie inna bajka: klify, które wyglądają jak urwane z portugalskiego wybrzeża, rezydencje z widokiem na Pacyfik i konie przechadzające się po pagórkach, jakby nigdy nie widziały autostrady.

South Bay jest spokojne, mądre i słoneczne jak niedzielne popołudnie. To taka kalifornijska dusza bez makijażu. Prawdziwa i piękna

Jonathan mówi, że South Bay to jego bezpieczna przystań, bo nawet gdy wszystko inne w LA wiruje, to tu można złapać oddech. Czasem przystajemy na jednym z klifów Palos Verdes i patrzymy w ocean. „Jakbyś patrzyła w nieskończoność, co?” – mówi. I trudno się z nim nie zgodzić. South Bay jest spokojne, mądre i słoneczne jak niedzielne popołudnie. To taka kalifornijska dusza bez makijażu. Prawdziwa i piękna.

4️. Gateway Cities

Na wschód od świateł Hollywood i palm Venice rozciągają się Gateway Cities, brama do Los Angeles i jego mniej znanego, ale jakże autentycznego oblicza. To tu znajdziesz Long Beach, Downey, Whittier, Norwalk – miasta, które nie pojawiają się na pocztówkach, ale za to są pełne życia, wielokulturowości i wspomnień rodzinnych BBQ w ogrodzie.

Long Beach jest chyba najbardziej znane z tej grupy – nadmorskie miasto z artystycznym klimatem, z portem o strategicznym znaczeniu i dzielnicami, które łączą sztukę uliczną z atmosferą vintage. Whittier cechuje senny klimat małego miasteczka, które wychowało prezydenta Richarda Nixona. W Downey z kolei powstał pierwszy restauracyjny McDonald’s z lat 50., z neonami i szkłem, które wyglądają jak scenografia z filmu retro. Gateway Cities to LA od zaplecza, dosłownie i w przenośni. Meksykańskie panaderos sąsiadują z filipińskimi stoiskami i koreańskimi marketami. Tu styl rodzi się z potrzeby, tradycji i sąsiedzkiego ducha.

Dla mnie to przestrzeń, która przypomina, że Los Angeles nie składa się tylko z marzeń, ale i z ludzi, którzy na nie pracują – często po cichu, poza kadrem. I właśnie dlatego warto się tu zatrzymać.

5️. San Gabriel Valley

Tutaj Los Angeles przybiera smak Azji. W Alhambrze, Monterey Park czy Temple City zamiast burgera na rogu znajdziesz lokal, w którym serwuje się dim sum lepszy niż w Hongkongu, a kolejka przed wejściem ciągnie się jak metro w godzinach szczytu.

Pasadena przyciąga z kolei zupełnie inną energią – historyczną, elegancką, niemal europejską. To tutaj znajdziesz ogrody botaniczne, kolonialne rezydencje, w tym słynną rezydencję Huntingtonów, i parady z różanych snów. A San Marino? Czas się tam zatrzymuje między palmami a marmurowymi fontannami.

Dolina św. Gabriela to mozaika kultur, w której hiszpańskie dziedzictwo spotyka azjatycką precyzję, a codzienność toczy się między buddyjskimi świątyniami, targami nocnymi i… meksykańskimi panaderias. Jonathan zawsze się śmieje, że to jedyne miejsce na świecie, gdzie można zjeść ramen, obejrzeć mecz w parku pełnym papug i zakończyć dzień, medytując w ogrodzie japońskim – wszystko w promieniu 5 mil.

Dla mnie San Gabriel Valley to świat, który zmienia się co skrzyżowanie, ale zawsze pachnie dobrze, brzmi ciekawie i pokazuje, jak wielowarstwowe potrafi być Los Angeles.

6️. San Fernando Valley

Za wzgórzami Hollywood rozciąga się San Fernando Valley, czyli po prostu kraina, gdzie powstawały kultowe sitcomy i filmy dla nastolatków z lat 80. i 90. To tutaj, między palmami a klimatyzowanymi centrami handlowymi, narodziła się cała subkultura Valley Girl, z charakterystycznym like, totally! w każdym zdaniu. W Studio City, Burbank czy North Hollywood kręcono seriale, które potem oglądaliśmy z wypiekami na twarzy na kasetach VHS. Stąd wychodziły scenariusze, kostiumy i scenografie, które trafiały do naszych salonów.

Zachód słońca nad centrum Glendale i górami San Gabriel

To nie jest Los Angeles z pocztówki. To bardziej sypialnia LA, z domkami w rzędach, ogrodami z basenami, szkołami, sklepami, życiem toczącym się w cieniu studiów filmowych. To najmniej turystyczna część miasta, ale jeśli chcesz poczuć się jak bohater starego odcinka Beverly Hills, 90210 albo Słodkie zmartwienia (Clueless), to Valley czeka z otwartym garażem i lemoniadą na tarasie. Tu codzienność wygląda jak scena z serialu – i może dlatego jest tak bliska. Każda z tych części to osobna opowieść. Inny klimat, inne tempo, inne marzenia. Ale razem tworzą mozaikę, której nie da się ani zapomnieć, ani jednoznacznie opisać.

Los Angeles nie układa się w jedną prostą historię. To krajobraz rozsypany jak puzzle, z neonowym kawałkiem tu, palmowym cieniem tam, echem dawnego glamour w jednym rogu i zapachem ulicznych tacos w drugim. Trzeba się w niego zanurzyć kawałek po kawałku, by zrozumieć całość. A może nawet nie tyle zrozumieć, co poczuć.Na początku było… światło… … i napis HOLLYWOOD

Zanim Los Angeles stało się mekką gwiazd, miastem snów, czerwonych dywanów i neonowych drinków, było po prostu miejscem z dobrym światłem. Filmowcy z Nowego Jorku i Chicago przyjeżdżali tu, bo kalifornijskie słońce świeciło niemal przez cały rok. W epoce kina niemego to był absolutny luksus, nie trzeba było męczyć się z oświetleniem. W 1910 roku powstał pierwszy film kręcony w Hollywood, a już kilka lat później dzielnica Los Angeles zaczęła się zamieniać w niekończący się plan zdjęciowy. Tu powstały największe studia: Paramount, Warner Bros., Universal. Tutaj wznoszono zamki, pałace, dżungle i westernowe miasteczka. Wszystko, czego potrzebował filmowy świat, można było wyczarować w promieniu kilkunastu kilometrów.

Od dekad Los Angeles pulsuje w rytmie popkultury

Słynny znak HOLLYWOOD (Hollywood Sign) powstał nie po to, by promować branżę filmową. W 1923 roku firma deweloperska postawiła ten gigantyczny napis jako reklamę nowego osiedla mieszkaniowego Hollywoodland. Tak, miało być luksusowo, nowocześnie i z widokiem na marzenia. Litery miały stać tylko przez półtora roku. Zmieniły się jednak w symbol. Z biegiem lat słowo „land” zniknęło (litery usunięto w latach 40.), ale magia została. Dziś nikt nie wyobraża sobie Los Angeles bez tego białego napisu na wzgórzu. A ileż on widział! Pożary, burze, upadki i wzloty karier, a nawet… przeloty helikopterów z zakochanymi, którzy oświadczali się na jego tle. I choć z bliska litery są obdrapane, technicznie nieciekawe i odgrodzone płotem, to z daleka wyglądają jak brama do innego świata.

– Wiesz, że gdyby nie filmy z lat 80. i 90., chyba nigdy nie marzyłabym o tym miejscu? – powiedziałam, opierając głowę o szybę auta. – Dla mnie Los Angeles długo istniało tylko na ekranie – wśród żarówiastych neonów, slow motion i bohaterów w ray-banach.

Słynny znak Hollywood na południowym zboczu Mount Lee w górach Santa Monica ma 13,7 m wysokości i ponad 100 m długości

Jonathan spojrzał na mnie z uśmiechem.

– No tak, klasyczne pranie mózgu VHS-ami. I dodał z przekąsem: – Zakochałaś się w fikcji.

– A potem okazało się, że fikcja żyje tu naprawdę. I nie chodzi tylko o filmowe dekoracje, ale o sposób, w jaki to miasto wciąż gra główną rolę w czyichś marzeniach.

Od dekad Los Angeles pulsuje w rytmie popkultury. To tutaj rodziły się trendy, marzenia i wyobrażenia o nowoczesnym stylu życia. W latach 80. XX wieku miasto było jak wielki plan filmowy – ekstrawaganckie, pełne buntu i kreatywności. Hollywood weszło wtedy na wyższy poziom: z taśm montażowych schodziły produkcje, które zdefiniowały kino akcji i science fiction na długie lata. Powrót do przyszłości (Back to the Future), Terminator (The Terminator), Szklana pułapka (Die Hard), Łowca androidów (Blade Runner) – te tytuły nie tylko przyciągały tłumy do kin, ale też zmieniały sposób, w jaki patrzyliśmy na przyszłość, bohaterów i miejskie życie. To był czas wielkich blockbusterów i rewolucji w efektach specjalnych.

W latach 90. zrobiło się bardziej surowo, bardziej realnie. Filmy zaczęły pokazywać Los Angeles z innej perspektywy – mniej wyidealizowanej, za to bardziej zbliżonej do rzeczywistości. Speed: Niebezpieczna prędkość (Speed), Gorączka (Heat), Dzień próby (Training Day) to już nie był tylko blichtr i zachód słońca nad palmami, ale miasto pełne kontrastów, zderzeń światów i napięć. W tym czasie rodziły się też nowe twarze popkultury, a LA stawało się sceną nie tylko dla filmów, ale także dla rosnącego zjawiska celebrytyzmu.

Każdy kadr, każda lokalizacja ma tu swoje znaczenie i właśnie w tę podróż teraz ruszamy.

Potem przyszły lata 2000. – epoka reality TV, cyfryzacji i narodzin internetowej sławy. Los Angeles stało się stolicą nowej fali popkultury – z takimi superprodukcjami i filmowymi franczyzami na czele jak Szybcy i wściekli (The Fast and the Furious), Spider-Man. Ulice zapełnili paparazzi, którzy polowali na Paris Hilton, Britney Spears czy młode Kardashianki. Telewizja też przeszła metamorfozę. Życie na fali (The O.C.), Ekipa (Entourage) czy Laguna Beach pokazały nam Kalifornię od strony prywatnych willi, imprez i dramatów, które równie dobrze mogły wydarzyć się obok.

Los Angeles to miasto, które z każdą dekadą przyjmowało nowe role. Jego ulice, wieżowce, pustynne obrzeża i plaże stawały się tłem dla historii, które zapisywały się w pamięci całego świata. Wielu z nas dorastało, oglądając filmy z Hollywood, śledząc losy aktorów, znając sceny na pamięć. Każdy kadr, każda lokalizacja ma tu swoje znaczenie i właśnie w tę podróż teraz ruszamy. Po miejscach, które były sceną dla największych emocji, po LA, które świeciło światłem neonów i błyskało fleszami.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij