Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Łosie atakują samotnie - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
22 kwietnia 2026
12,99
1299 pkt
punktów Virtualo

Łosie atakują samotnie - ebook

PZL.37 Łoś był najnowocześniejszym polskim bombowcem we wrześniu 1939 roku, dorównującym osiągami konstrukcjom światowym. Kilkadziesiąt wyprodukowanych maszyn z dywizjonów wchodzących w skład Brygady Bombowej skutecznie atakowało niemieckie kolumny pancerne. Mimo sukcesów, z powodu małej liczby, braku paliwa i części zamiennych oraz przewagi Luftwaffe, większość maszyn zostało zniszczonych, a część ewakuowano do Rumunii.

Kategoria: Historia
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-11-18707-8
Rozmiar pliku: 1,3 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

WSTĘP

Natar­czywy łomot tłu­cze się o czaszkę. Powieki nie chcą się pod­nieść. Jest cie­pło, dobrze, pach­nie mio­dem i zio­łami. Ale łomot nie ustaje. To do drzwi. Potem w okno, jak wer­bel.

Alarm! Alarm!

Sen musi ustą­pić.

Pobie­lane, biało-błę­kitne ściany, święte obrazy i kolo­rowe palmy wiel­ka­nocne za nimi, nie­znane twa­rze z rodzin­nych foto­gra­fii w ram­kach, w kącie maszyna do szy­cia… W małe, kwa­dra­towe okienka zaglą­dają malwy. No tak. Trzeba opu­ścić gościnną od wczo­raj chatę. Trzeba szybko wsta­wać. Zdą­żyć przy studni ze skrzy­pią­cym żura­wiem zmyć resztki snu i cie­płe leni­stwo, wró­cić jesz­cze na chwilę do wnę­trza; gospo­dyni też już wstała, krząta się przy kuchni, kroi chleb, gotuje mleko – ale cze­kać nie można. Z innych chat wybie­gają już kole­dzy. Dopi­nają mię­dzy opłot­kami skó­rzane kom­bi­ne­zony, bie­gną, jest ich coraz wię­cej. Więc trzeba brać map­nik i heł­mo­fon, pas z kaburą pisto­letu VIS, ręka­wice. Oto i cały mają­tek. Nawet nie ma co spraw­dzać zawar­to­ści map­nika. Od wczo­raj wszystko jest przy­go­to­wane: i mapa w skali 1:500 000, i przy­bory do kre­śle­nia, i gumka „Myszka”, i kąto­mierz…

– Do widze­nia, gospo­dyni. Dzię­ku­jemy za gościnę!

– Ależ pano­wie… Gorące mleko! Jakże tak? Bez śnia­da­nia?

– Wpad­niemy może póź­niej.

Zbie­rają się po dro­dze, bie­gnąc przez zie­loną łąkę, roz­mi­go­tana milio­nami bry­lan­tów rosy. Jesz­cze ktoś spóź­niony goni ich ze wsi. Coraz bli­żej drugi skraj łąki – nie­re­gu­lar­nego, zie­lono-srebr­nego wie­lo­boku – mały lasek z kil­koma brzóz­kami i namiot. Wła­śnie tam zbie­gają się i usta­wiają w dwu­sze­regu.

Majo­rowi, który wycho­dzi z namiotu, wystę­pują naprze­ciw dwaj kapi­ta­no­wie.

– Panie majo­rze, dwie­ście jede­na­sta eska­dra w goto­wo­ści. Mel­duje dowódca eska­dry, kapi­tan Omy­lak.

– Panie majo­rze, dwie­ście dwu­na­sta w goto­wo­ści. Kapi­tan Woł­ko­wiń­ski.

– Dzię­kuję.

Dowódcy eskadr wstę­pują do sze­regu. Zapada chwila mil­cze­nia. Długa chwila. Dowódca dywi­zjonu, major Werakso, stoi przed dwu­sze­re­giem, jakby zbie­rał myśli. Jest coś uro­czy­stego w tym mil­cze­niu i w tym spoj­rze­niu, któ­rym ogar­nia swo­ich pod­wład­nych, każ­dego z osobna. Werakso ni­gdy ich tak nie lustro­wał.

– Pano­wie… Dziś rano odwieczny wróg Pol­ski roz­po­czął dzia­ła­nia zaczepne prze­ciwko naszej ojczyź­nie…

Więc jed­nak nad­szedł ten dzień.

– Pan pre­zy­dent Rze­czy­po­spo­li­tej wydał swoje orę­dzie do narodu, a naczelny wódz – roz­kaz do żoł­nie­rzy. Może w ciągu dnia uda nam się zdo­być te doku­menty, wów­czas prze­każę je panom. Na razie będziemy dzia­łać zgod­nie z instruk­cją. Stwier­dzam, że dzie­siąty dywi­zjon bom­bowy przy­stą­pił do wojny z Niem­cami.

Mil­cze­nie trwa w sze­regu. Wszystko jest aż nazbyt jasne. Załogi bom­bow­ców P-37 Łoś wie­dzą, co do nich należy. Teraz uzbroją swoje samo­loty w bomby – te maszyny, które są chlubą pol­skiego lot­nic­twa, te Łosie, o które ubie­gają się Rumu­nia, Jugo­sła­wia, Tur­cja, Buł­ga­ria, Fin­lan­dia i Dania – samo­loty będące naj­now­szym krzy­kiem tech­niki wojen­nej, o wręcz feno­me­nal­nej spraw­no­ści tech­nicz­nej. Uzbroją je w bomby i z lot­ni­ska Ułęż wystar­tują na bom­bar­do­wa­nie Kró­lewca lub Ber­lina. Eska­drami, po dzie­więć maszyn, w szyku klu­czy pójdą nad wyzna­czone cele. Być może gdzieś na tra­sie spo­tkają kole­gów z pięt­na­stego dywi­zjonu z Pod­lo­dowa. Być może któ­ryś z nich pozo­sta­nie na tra­sie, wyko­nu­jąc bojowe zada­nie, aby „czer­wień­szy był kwa­drat, nasz lot­ni­czy znak”. O czym tu wię­cej mówić?

– Do chwili nawią­za­nia łącz­no­ści z dowódcą bry­gady pra­cu­jemy dziś zgod­nie z tym, co usta­lono na wczo­raj­szej odpra­wie. Przy­po­mi­nam: prze­glądu samo­lo­tów doko­nują załogi. Przede wszyst­kim spraw­dzić zamki bom­bowe i broń pokła­dową oraz spa­do­chrony. Znisz­czyć wszyst­kie doku­menty stwier­dza­jące przy­na­leż­ność do dywi­zjonu, zdjąć z mun­du­rów odznaki pułku. Dziś także koń­czymy kopać rowy prze­ciw­o­dłam­kowe. To wszystko na razie. Dowód­ców eskadr i klu­czy pro­szę na odprawę. Załogi przy­stę­pują do zajęć. Pozo­sta­jemy w sta­nie pogo­to­wia. Dzię­kuję panom.

Jesz­cze wczo­raj dzień wyglą­dał ina­czej. Jak kolejne ćwi­cze­nia. Opusz­czali lot­ni­sko war­szaw­skie na Okę­ciu tak, jakby mieli tam wró­cić. Lądo­wali tu, na tej nie­zbyt roz­le­głej łące, by pójść na wieś, kupić wiej­skiego chleba – bo nie ma nic lep­szego niż świeży chleb z tego­rocz­nej mąki. I miód. Trzy­mie­sięczne pobory wypła­cono któ­rejś nocy dziw­nymi, wojen­nymi pie­niędzmi – jed­no­zło­tówki są papie­rowe. Chłopi z Ułęża patrzą na nie podejrz­li­wie i pew­nie nie przy­ję­liby ich za chleb, mleko i miód, gdyby nie samo­loty – wspa­niałe dwu­sil­ni­kowe bom­bowce – sto­jące na pobli­skim lot­ni­sku, z dala od drew­nia­nego han­garu, i gdyby wszy­scy lot­nicy nie pła­cili wła­śnie takimi pie­niędzmi.

Jest stan pogo­to­wia. Nikomu nie wolno opusz­czać lot­ni­ska. Za chwilę, może za minutę, ogło­szony zosta­nie alarm. Wtedy załogi muszą być w samo­lo­tach. Może za kilka dni, gdy sytu­acja na fron­cie się wykla­ruje, gdy nie­miec­kie ataki zostaną odparte, będzie można znów pójść na wieś?

Wczo­raj jesz­cze nie było wojny. Wczo­raj mogły trwać po kwa­te­rach namiętne roz­mowy o tym, że Anglicy i Fran­cuzi jako sojusz­nicy wesprą – „w razie czego” – dzia­ła­nia pol­skich dywi­zjo­nów, choć nikt nie wie­dział, jak w prak­tyce będzie wyglą­dało to „w razie czego”. Można było dys­ku­to­wać pod­sta­wowy, jak dotąd, doku­ment „Ogólne wytyczne szefa sztabu lot­ni­czego doty­czące zasad uży­cia lot­nic­twa”. Na pamięć wszy­scy wie­dzieli, że w skład lot­nic­twa dys­po­zy­cyj­nego Naczel­nego Wodza wej­dzie lot­nic­two bom­bowe, część lot­nic­twa linio­wego i część lot­nic­twa myśliw­skiego; że z wydzie­lo­nych eskadr powsta­nie Bry­gada Pości­gowa i Bry­gada Bom­bowa; że głów­nym zada­niem lot­nic­twa dys­po­zy­cyj­nego Naczel­nego Wodza jest obrona war­szaw­skiego węzła, roz­po­zna­nie – szcze­gól­nie na skrzy­dłach frontu – oraz dzia­ła­nia bom­bowe jako inter­wen­cje na polu walki i na bli­skich tyłach nie­przy­ja­ciela: prze­ciw jego sile żywej, trans­por­towi i broni pan­cer­nej.

Teraz dowódca dywi­zjonu połą­czy się z dowódcą bry­gady. Odbie­rze roz­kaz bojowy. I nastąpi pierw­szy start Łosi w tej woj­nie.

Naj­pierw lot roz­po­znaw­czy. Cie­kawe, kto poleci i dokąd? A może kilka samo­lo­tów jed­no­cze­śnie, w róż­nych kie­run­kach? Chyba tak. Wyprawy bom­bo­wej na razie nie będzie. Bomby leżą spo­koj­nie w skła­dach – część tu, część w Dębli­nie. Należy się spo­dzie­wać, że te z Dęblina rów­nież zostaną dowie­zione, zanim pierw­sze samo­loty wrócą z roz­po­zna­nia. Dywi­zjon jest prze­cież w dys­po­zy­cji Naczel­nego Wodza; nie będzie żad­nych zanie­dbań.

Cie­kawe tylko, dla­czego tak długo jedzie rzut kołowy z War­szawy? Ach tak – został prze­cież skie­ro­wany do Świd­nika. W ostat­niej chwili załogi Łosi otrzy­mały roz­kaz prze­ba­zo­wa­nia dywi­zjonu do Ułęża. Kiedy roz­kaz ten dotrze do rzutu koło­wego? Zresztą, wszystko jedno. Będzie tro­chę wię­cej pracy, mniej ludzi do zała­dunku bomb. Naj­go­rzej z uszko­dze­niami. Tych nie spo­sób wyklu­czyć. Jest wojna – wyprawy mogą natknąć się na nie­miec­kie myśliwce, może strze­lać arty­le­ria prze­ciw­lot­ni­cza. Szkoda, że nie dotarł jesz­cze do Ułęża rzut kołowy. Z mecha­ni­kami byłoby raź­niej.

Otwarte gon­dole samo­lo­tów, komory bom­bowe – puste. Trzeba spraw­dzić zamki, choć na pewno nie będzie peł­nego zała­dunku. Lot­ni­sko jest krót­kie, za krót­kie na start z peł­nym obcią­że­niem. Cie­kawe, czy będą to bomby stu­ki­lo­gra­mowe, czy cięż­sze. Wszystko zależy od wyni­ków roz­po­zna­nia.

Niech tylko dowódca dywi­zjonu połą­czy się z dowódcą bry­gady. A teraz można skła­dać mel­du­nek o goto­wo­ści samo­lo­tów. Wszyst­kie są sprawne. To dobrze.

– Chodź­cie, chłopcy – mówi pod­po­rucz­nik Dzik do swo­jej załogi. – Chodź­cie, już palą ogni­sko.

Sier­żant pod­cho­rąży Kozak, kapral Gołę­biow­ski i kapral Danie­lak ocią­gają się. Wole­liby zostać przy swoim samo­lo­cie aż do chwili, gdy pad­nie roz­kaz startu. Może wła­śnie oni pierwsi? Ale dowódca każe iść.

Rosa na lot­ni­sku już wysy­cha. Wstał dzień pogodny, sło­neczny, cie­pły – jakby to nie był wrze­sień, lecz sam śro­dek lata.

Idą wolno w kie­runku namiotu dowódcy dywi­zjonu. Nic przy­jem­nego zbli­żać się tak, z każ­dym kro­kiem, do ogni­ska, w któ­rym spłoną doku­menty oso­bi­ste i legi­ty­ma­cje służ­bowe.

– Cho­lera – mru­czy Dzik. – Jasna cho­lera…

– Tak wojna nie powinna się zaczy­nać – sekun­duje kapral Danie­lak.

– Nie ma co maru­dzić. Wojna to wojna i wszystko jedno, jak się zaczyna. Ważne, jak się koń­czy – mówi sier­żant pod­cho­rąży Kozak, pró­bu­jąc brzmieć rze­czowo, choć z rów­nie ścią­gniętą twa­rzą sięga do kie­szeni kom­bi­ne­zonu po swoją legi­ty­ma­cję pilota.

Wkłada ją w ogień i patrzy, jak pło­mie­nie obej­mują okładkę, jak ksią­żeczka skręca się, czer­nieje, wresz­cie roz­pala jasnym pło­mie­niem. To samo robi Dzik – obser­wa­tor – oraz dwaj strzelcy: Gołę­biow­ski i Danie­lak.

– Jak­bym był na wła­snym pogrze­bie – mówi Gołę­biow­ski.

Na twa­rzy Dzika poja­wia się wście­kłość.

– Zamknij gębę, ty cho­lerny mądralo!

Danie­lak wyj­muje chu­s­teczkę i zawija w nią oksy­do­wa­nego orła z napi­sem 1 P.L.

Nie są już Pierw­szym Puł­kiem Lot­ni­czym. Są dzie­sią­tym dywi­zjo­nem Bry­gady Bom­bo­wej, ale odznaki mają stare, z Okę­cia, z czasu pokoju.

– Scho­wam ją – mówi Danie­lak – bo ja tu jesz­cze wrócę. Kie­dyś, po woj­nie, przyjdę tu i zabiorę. Prze­cież nie może być tak, żeby taką odznakę wyrzu­cać jak nie­po­trzebny złom.

– Racja – zga­dza się Dzik. – Ja swoją też scho­wam.

Idą do mostku nad stru­my­kiem, który – dawno nie zasi­lany desz­czem – led­wie prze­są­cza się mię­dzy kamie­niami. Po woj­nie mostek łatwo będzie odna­leźć. To prze­cież nie obiekt stra­te­giczny, który mógłby stać się celem nalo­tów. Cztery odznaki puł­kowe, zawi­nięte w chu­s­teczki, Danie­lak wci­ska w wąską szcze­linę pod belką.

– A teraz za łopaty. Trzeba jed­nak wyko­pać te rowy prze­ciw­o­dłam­kowe. Tak na wszelki wypa­dek. Trudno się łudzić, że Niemcy nie wie­dzą o lot­ni­sku w Ułężu. Mogą, dra­nie, przy­le­cieć.

– Chciał­bym być wtedy w powie­trzu. Gówno by nam zro­bili – mówi Kozak.

Gdzieś od zachodu, jakby burza, prze­to­czył się nad lot­ni­skiem daleki grzmot. Potem drugi, trzeci i nie­koń­cząca się seria.

– Dęblin – mówi pół­gło­sem Dzik. – Dziś Dęblin, a jutro… a jutro może my. Zapa­mię­taj­cie, chłopcy, to są pierw­sze nie­miec­kie bomby prze­ciwko nam. Prze­cież nasze składy amu­ni­cji i paliwa są wła­śnie w Dębli­nie.

Stoją w mil­cze­niu, oparci o trzonki łopat, i słu­chają dale­kiego bom­bar­do­wa­nia. W bez­sil­nej wście­kło­ści widzą sie­bie w kabi­nach wła­snych maszyn nad nie­miecką zie­mią: dolot w rejon celu, wej­ście na kurs bojowy, twa­rze napięte, wpa­trzone w przy­rządy pokła­dowe, w oku­lar celow­nika… Przy­wie­rają do kaemów i piorą tych cho­ler­nych szko­pów całym arse­na­łem swego Łosia. Tak, niech tylko przyj­dzie roz­kaz…

Przed namiot wyszedł dowódca dywi­zjonu i spoj­rzał w tym samym kie­runku co wszy­scy.

Przy­gnę­bia­jącą ciszę prze­rwał pod­po­rucz­nik Dzik:

– Kop­cie dalej, chło­paki, a ja może się cze­goś dowiem.

Po chwili znik­nął w namio­cie wraz z dowódcą dywi­zjonu. Wró­cił po kilku minu­tach. Bez żad­nych wie­ści.

– Nic z tego. Brak połą­cze­nia z bry­gadą.

– Powin­ni­śmy mieć łącz­ność bez­po­śred­nią – radiową – zżyma się Gołę­biow­ski. – A tak? Prze­rwie jakaś bomba drut i po łącz­no­ści. I nic pan się nie dowie­dział? Żad­nych wie­ści?

– Jest tekst orę­dzia pre­zy­denta. Posłu­chaj­cie.

Roz­ło­żył kartkę i czy­tał:

_Oby­wa­tele Rze­czy­po­spo­li­tej!_

_Nocy dzi­siej­szej odwieczny wróg nasz roz­po­czął dzia­ła­nia zaczepne wobec Pań­stwa Pol­skiego, co stwier­dzam wobec Boga i histo­rii. W tej chwili dzie­jo­wej zwra­cam się do wszyst­kich oby­wa­teli Pań­stwa w głę­bo­kim prze­świad­cze­niu, że cały Naród w obro­nie swo­jej wol­no­ści, nie­pod­le­gło­ści i honoru skupi się dokoła Wodza Naczel­nego i Sił Zbroj­nych oraz da godną odpo­wiedź napast­ni­kowi, jak to się już nie­raz działo w histo­rii sto­sun­ków pol­sko-nie­miec­kich…_

Z trza­sków polo­wej radio­sta­cji ofi­cer tak­tyczny dywi­zjonu wyła­py­wał słowa komu­ni­katu Kwa­tery Głów­nej. Gdy skoń­czył, na jego twa­rzy malo­wał się zawód.

– Tak, to już wszystko – powie­dział.

– A czego się pan spo­dzie­wał? – Dowódca dywi­zjonu sta­nął za jego ple­cami. – Że Naczelny Wódz wyzna­czy nam trasy i cele? Pro­szę zebrać dywi­zjon przy namio­cie. Jest wiele spraw do omó­wie­nia.

Spraw było rze­czy­wi­ście wiele. Przede wszyst­kim nale­żało przy­po­mnieć instruk­cję Gene­ral­nego Inspek­tora Sił Zbroj­nych. Póź­niej nie będzie czasu – wejdą prze­cież do walki. Może to zresztą tylko pierw­szy dzień jest taki pechowy, że nie spo­sób nawią­zać łącz­no­ści z dowódcą bry­gady? Swoją drogą źle się zło­żyło, że dowódca bry­gady jest w sto­licy, a dywi­zjony Łosi w Ułężu i w Pod­lo­do­wie. Nie do lot­ni­ków jed­nak należy roz­wią­zy­wa­nie zawi­łych arka­nów sztuki dowo­dze­nia. Zatem do rze­czy…

Instruk­cja stwier­dzała przede wszyst­kim, że zawarte w niej wytyczne zostały uzgod­nione z rzą­dami angiel­skim i fran­cu­skim oraz że ich celem jest nie­do­pusz­cze­nie do dzia­łań sprzecz­nych z zasa­dami prawa mię­dzy­na­ro­do­wego.

– Przy­po­mi­nam – rzekł major Werakso – że jedy­nie wymie­nione poni­żej ści­śle woj­skowe obiekty mogą być bom­bar­do­wane z powie­trza. A więc siły mor­skie, to zna­czy: okręty wojenne oraz pomoc­ni­cze, sta­no­wiące w danym momen­cie część floty wojen­nej, doki mor­skie, składy i urzą­dze­nia nad­zo­ro­wane i pro­wa­dzone przez per­so­nel mary­narki wojen­nej. Także jed­nostki armii, for­ty­fi­ka­cje, urzą­dze­nia obrony nad­brzeż­nej, zabu­do­wa­nia, obozy, kwa­te­runki, trans­porty oddzia­łów woj­sko­wych, drogi, kanały, linie kole­jowe słu­żące do komu­ni­ka­cji o cha­rak­te­rze woj­sko­wym, połą­czone składy mor­skie i lądowe. Chcę zwró­cić uwagę, że nie mamy upo­waż­nie­nia do bom­bar­do­wa­nia fabryk. Dalej: urzą­dze­nia i składy ropy pęd­nej w polu albo w gra­ni­cach zabu­do­wań woj­sko­wych, z tym zastrze­że­niem, że zapasy paliwa o cha­rak­te­rze ogól­nym nie mogą być przed­mio­tem ataku. Jasne?

Mil­cze­nie. Oczy­wi­ście, że jasne. W każ­dym razie jasne teraz, dopóki sie­dzą na polo­wym lot­ni­sku i nie widzieli nie­przy­ja­ciela z bli­ska, dopóki nie spo­glą­dali na żaden z tych skła­dów paliwa, które przed znisz­cze­niem trzeba roz­po­znać, czy mają cha­rak­ter obiektu woj­sko­wego, dopóki pod kadłu­bem samo­lotu nie prze­su­nie się nie­miecki trans­port kole­jowy o nie­zna­nym cha­rak­terze… Wszystko jest jasne, dopóki wojna daje znać o sobie w postaci odle­głych grzmo­tów bom­bar­do­wa­nej Szkoły Orląt, a do wra­żeń słu­cho­wych nie dołą­czyły pełne grozy widoki gore­ją­cej War­szawy i okrut­nie miaż­dżo­nych pobli­skich miast.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij