-
nowość
Łosie atakują samotnie - ebook
Łosie atakują samotnie - ebook
PZL.37 Łoś był najnowocześniejszym polskim bombowcem we wrześniu 1939 roku, dorównującym osiągami konstrukcjom światowym. Kilkadziesiąt wyprodukowanych maszyn z dywizjonów wchodzących w skład Brygady Bombowej skutecznie atakowało niemieckie kolumny pancerne. Mimo sukcesów, z powodu małej liczby, braku paliwa i części zamiennych oraz przewagi Luftwaffe, większość maszyn zostało zniszczonych, a część ewakuowano do Rumunii.
| Kategoria: | Historia |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-11-18707-8 |
| Rozmiar pliku: | 1,3 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Natarczywy łomot tłucze się o czaszkę. Powieki nie chcą się podnieść. Jest ciepło, dobrze, pachnie miodem i ziołami. Ale łomot nie ustaje. To do drzwi. Potem w okno, jak werbel.
Alarm! Alarm!
Sen musi ustąpić.
Pobielane, biało-błękitne ściany, święte obrazy i kolorowe palmy wielkanocne za nimi, nieznane twarze z rodzinnych fotografii w ramkach, w kącie maszyna do szycia… W małe, kwadratowe okienka zaglądają malwy. No tak. Trzeba opuścić gościnną od wczoraj chatę. Trzeba szybko wstawać. Zdążyć przy studni ze skrzypiącym żurawiem zmyć resztki snu i ciepłe lenistwo, wrócić jeszcze na chwilę do wnętrza; gospodyni też już wstała, krząta się przy kuchni, kroi chleb, gotuje mleko – ale czekać nie można. Z innych chat wybiegają już koledzy. Dopinają między opłotkami skórzane kombinezony, biegną, jest ich coraz więcej. Więc trzeba brać mapnik i hełmofon, pas z kaburą pistoletu VIS, rękawice. Oto i cały majątek. Nawet nie ma co sprawdzać zawartości mapnika. Od wczoraj wszystko jest przygotowane: i mapa w skali 1:500 000, i przybory do kreślenia, i gumka „Myszka”, i kątomierz…
– Do widzenia, gospodyni. Dziękujemy za gościnę!
– Ależ panowie… Gorące mleko! Jakże tak? Bez śniadania?
– Wpadniemy może później.
Zbierają się po drodze, biegnąc przez zieloną łąkę, rozmigotana milionami brylantów rosy. Jeszcze ktoś spóźniony goni ich ze wsi. Coraz bliżej drugi skraj łąki – nieregularnego, zielono-srebrnego wieloboku – mały lasek z kilkoma brzózkami i namiot. Właśnie tam zbiegają się i ustawiają w dwuszeregu.
Majorowi, który wychodzi z namiotu, występują naprzeciw dwaj kapitanowie.
– Panie majorze, dwieście jedenasta eskadra w gotowości. Melduje dowódca eskadry, kapitan Omylak.
– Panie majorze, dwieście dwunasta w gotowości. Kapitan Wołkowiński.
– Dziękuję.
Dowódcy eskadr wstępują do szeregu. Zapada chwila milczenia. Długa chwila. Dowódca dywizjonu, major Werakso, stoi przed dwuszeregiem, jakby zbierał myśli. Jest coś uroczystego w tym milczeniu i w tym spojrzeniu, którym ogarnia swoich podwładnych, każdego z osobna. Werakso nigdy ich tak nie lustrował.
– Panowie… Dziś rano odwieczny wróg Polski rozpoczął działania zaczepne przeciwko naszej ojczyźnie…
Więc jednak nadszedł ten dzień.
– Pan prezydent Rzeczypospolitej wydał swoje orędzie do narodu, a naczelny wódz – rozkaz do żołnierzy. Może w ciągu dnia uda nam się zdobyć te dokumenty, wówczas przekażę je panom. Na razie będziemy działać zgodnie z instrukcją. Stwierdzam, że dziesiąty dywizjon bombowy przystąpił do wojny z Niemcami.
Milczenie trwa w szeregu. Wszystko jest aż nazbyt jasne. Załogi bombowców P-37 Łoś wiedzą, co do nich należy. Teraz uzbroją swoje samoloty w bomby – te maszyny, które są chlubą polskiego lotnictwa, te Łosie, o które ubiegają się Rumunia, Jugosławia, Turcja, Bułgaria, Finlandia i Dania – samoloty będące najnowszym krzykiem techniki wojennej, o wręcz fenomenalnej sprawności technicznej. Uzbroją je w bomby i z lotniska Ułęż wystartują na bombardowanie Królewca lub Berlina. Eskadrami, po dziewięć maszyn, w szyku kluczy pójdą nad wyznaczone cele. Być może gdzieś na trasie spotkają kolegów z piętnastego dywizjonu z Podlodowa. Być może któryś z nich pozostanie na trasie, wykonując bojowe zadanie, aby „czerwieńszy był kwadrat, nasz lotniczy znak”. O czym tu więcej mówić?
– Do chwili nawiązania łączności z dowódcą brygady pracujemy dziś zgodnie z tym, co ustalono na wczorajszej odprawie. Przypominam: przeglądu samolotów dokonują załogi. Przede wszystkim sprawdzić zamki bombowe i broń pokładową oraz spadochrony. Zniszczyć wszystkie dokumenty stwierdzające przynależność do dywizjonu, zdjąć z mundurów odznaki pułku. Dziś także kończymy kopać rowy przeciwodłamkowe. To wszystko na razie. Dowódców eskadr i kluczy proszę na odprawę. Załogi przystępują do zajęć. Pozostajemy w stanie pogotowia. Dziękuję panom.
Jeszcze wczoraj dzień wyglądał inaczej. Jak kolejne ćwiczenia. Opuszczali lotnisko warszawskie na Okęciu tak, jakby mieli tam wrócić. Lądowali tu, na tej niezbyt rozległej łące, by pójść na wieś, kupić wiejskiego chleba – bo nie ma nic lepszego niż świeży chleb z tegorocznej mąki. I miód. Trzymiesięczne pobory wypłacono którejś nocy dziwnymi, wojennymi pieniędzmi – jednozłotówki są papierowe. Chłopi z Ułęża patrzą na nie podejrzliwie i pewnie nie przyjęliby ich za chleb, mleko i miód, gdyby nie samoloty – wspaniałe dwusilnikowe bombowce – stojące na pobliskim lotnisku, z dala od drewnianego hangaru, i gdyby wszyscy lotnicy nie płacili właśnie takimi pieniędzmi.
Jest stan pogotowia. Nikomu nie wolno opuszczać lotniska. Za chwilę, może za minutę, ogłoszony zostanie alarm. Wtedy załogi muszą być w samolotach. Może za kilka dni, gdy sytuacja na froncie się wyklaruje, gdy niemieckie ataki zostaną odparte, będzie można znów pójść na wieś?
Wczoraj jeszcze nie było wojny. Wczoraj mogły trwać po kwaterach namiętne rozmowy o tym, że Anglicy i Francuzi jako sojusznicy wesprą – „w razie czego” – działania polskich dywizjonów, choć nikt nie wiedział, jak w praktyce będzie wyglądało to „w razie czego”. Można było dyskutować podstawowy, jak dotąd, dokument „Ogólne wytyczne szefa sztabu lotniczego dotyczące zasad użycia lotnictwa”. Na pamięć wszyscy wiedzieli, że w skład lotnictwa dyspozycyjnego Naczelnego Wodza wejdzie lotnictwo bombowe, część lotnictwa liniowego i część lotnictwa myśliwskiego; że z wydzielonych eskadr powstanie Brygada Pościgowa i Brygada Bombowa; że głównym zadaniem lotnictwa dyspozycyjnego Naczelnego Wodza jest obrona warszawskiego węzła, rozpoznanie – szczególnie na skrzydłach frontu – oraz działania bombowe jako interwencje na polu walki i na bliskich tyłach nieprzyjaciela: przeciw jego sile żywej, transportowi i broni pancernej.
Teraz dowódca dywizjonu połączy się z dowódcą brygady. Odbierze rozkaz bojowy. I nastąpi pierwszy start Łosi w tej wojnie.
Najpierw lot rozpoznawczy. Ciekawe, kto poleci i dokąd? A może kilka samolotów jednocześnie, w różnych kierunkach? Chyba tak. Wyprawy bombowej na razie nie będzie. Bomby leżą spokojnie w składach – część tu, część w Dęblinie. Należy się spodziewać, że te z Dęblina również zostaną dowiezione, zanim pierwsze samoloty wrócą z rozpoznania. Dywizjon jest przecież w dyspozycji Naczelnego Wodza; nie będzie żadnych zaniedbań.
Ciekawe tylko, dlaczego tak długo jedzie rzut kołowy z Warszawy? Ach tak – został przecież skierowany do Świdnika. W ostatniej chwili załogi Łosi otrzymały rozkaz przebazowania dywizjonu do Ułęża. Kiedy rozkaz ten dotrze do rzutu kołowego? Zresztą, wszystko jedno. Będzie trochę więcej pracy, mniej ludzi do załadunku bomb. Najgorzej z uszkodzeniami. Tych nie sposób wykluczyć. Jest wojna – wyprawy mogą natknąć się na niemieckie myśliwce, może strzelać artyleria przeciwlotnicza. Szkoda, że nie dotarł jeszcze do Ułęża rzut kołowy. Z mechanikami byłoby raźniej.
Otwarte gondole samolotów, komory bombowe – puste. Trzeba sprawdzić zamki, choć na pewno nie będzie pełnego załadunku. Lotnisko jest krótkie, za krótkie na start z pełnym obciążeniem. Ciekawe, czy będą to bomby stukilogramowe, czy cięższe. Wszystko zależy od wyników rozpoznania.
Niech tylko dowódca dywizjonu połączy się z dowódcą brygady. A teraz można składać meldunek o gotowości samolotów. Wszystkie są sprawne. To dobrze.
– Chodźcie, chłopcy – mówi podporucznik Dzik do swojej załogi. – Chodźcie, już palą ognisko.
Sierżant podchorąży Kozak, kapral Gołębiowski i kapral Danielak ociągają się. Woleliby zostać przy swoim samolocie aż do chwili, gdy padnie rozkaz startu. Może właśnie oni pierwsi? Ale dowódca każe iść.
Rosa na lotnisku już wysycha. Wstał dzień pogodny, słoneczny, ciepły – jakby to nie był wrzesień, lecz sam środek lata.
Idą wolno w kierunku namiotu dowódcy dywizjonu. Nic przyjemnego zbliżać się tak, z każdym krokiem, do ogniska, w którym spłoną dokumenty osobiste i legitymacje służbowe.
– Cholera – mruczy Dzik. – Jasna cholera…
– Tak wojna nie powinna się zaczynać – sekunduje kapral Danielak.
– Nie ma co marudzić. Wojna to wojna i wszystko jedno, jak się zaczyna. Ważne, jak się kończy – mówi sierżant podchorąży Kozak, próbując brzmieć rzeczowo, choć z równie ściągniętą twarzą sięga do kieszeni kombinezonu po swoją legitymację pilota.
Wkłada ją w ogień i patrzy, jak płomienie obejmują okładkę, jak książeczka skręca się, czernieje, wreszcie rozpala jasnym płomieniem. To samo robi Dzik – obserwator – oraz dwaj strzelcy: Gołębiowski i Danielak.
– Jakbym był na własnym pogrzebie – mówi Gołębiowski.
Na twarzy Dzika pojawia się wściekłość.
– Zamknij gębę, ty cholerny mądralo!
Danielak wyjmuje chusteczkę i zawija w nią oksydowanego orła z napisem 1 P.L.
Nie są już Pierwszym Pułkiem Lotniczym. Są dziesiątym dywizjonem Brygady Bombowej, ale odznaki mają stare, z Okęcia, z czasu pokoju.
– Schowam ją – mówi Danielak – bo ja tu jeszcze wrócę. Kiedyś, po wojnie, przyjdę tu i zabiorę. Przecież nie może być tak, żeby taką odznakę wyrzucać jak niepotrzebny złom.
– Racja – zgadza się Dzik. – Ja swoją też schowam.
Idą do mostku nad strumykiem, który – dawno nie zasilany deszczem – ledwie przesącza się między kamieniami. Po wojnie mostek łatwo będzie odnaleźć. To przecież nie obiekt strategiczny, który mógłby stać się celem nalotów. Cztery odznaki pułkowe, zawinięte w chusteczki, Danielak wciska w wąską szczelinę pod belką.
– A teraz za łopaty. Trzeba jednak wykopać te rowy przeciwodłamkowe. Tak na wszelki wypadek. Trudno się łudzić, że Niemcy nie wiedzą o lotnisku w Ułężu. Mogą, dranie, przylecieć.
– Chciałbym być wtedy w powietrzu. Gówno by nam zrobili – mówi Kozak.
Gdzieś od zachodu, jakby burza, przetoczył się nad lotniskiem daleki grzmot. Potem drugi, trzeci i niekończąca się seria.
– Dęblin – mówi półgłosem Dzik. – Dziś Dęblin, a jutro… a jutro może my. Zapamiętajcie, chłopcy, to są pierwsze niemieckie bomby przeciwko nam. Przecież nasze składy amunicji i paliwa są właśnie w Dęblinie.
Stoją w milczeniu, oparci o trzonki łopat, i słuchają dalekiego bombardowania. W bezsilnej wściekłości widzą siebie w kabinach własnych maszyn nad niemiecką ziemią: dolot w rejon celu, wejście na kurs bojowy, twarze napięte, wpatrzone w przyrządy pokładowe, w okular celownika… Przywierają do kaemów i piorą tych cholernych szkopów całym arsenałem swego Łosia. Tak, niech tylko przyjdzie rozkaz…
Przed namiot wyszedł dowódca dywizjonu i spojrzał w tym samym kierunku co wszyscy.
Przygnębiającą ciszę przerwał podporucznik Dzik:
– Kopcie dalej, chłopaki, a ja może się czegoś dowiem.
Po chwili zniknął w namiocie wraz z dowódcą dywizjonu. Wrócił po kilku minutach. Bez żadnych wieści.
– Nic z tego. Brak połączenia z brygadą.
– Powinniśmy mieć łączność bezpośrednią – radiową – zżyma się Gołębiowski. – A tak? Przerwie jakaś bomba drut i po łączności. I nic pan się nie dowiedział? Żadnych wieści?
– Jest tekst orędzia prezydenta. Posłuchajcie.
Rozłożył kartkę i czytał:
_Obywatele Rzeczypospolitej!_
_Nocy dzisiejszej odwieczny wróg nasz rozpoczął działania zaczepne wobec Państwa Polskiego, co stwierdzam wobec Boga i historii. W tej chwili dziejowej zwracam się do wszystkich obywateli Państwa w głębokim przeświadczeniu, że cały Naród w obronie swojej wolności, niepodległości i honoru skupi się dokoła Wodza Naczelnego i Sił Zbrojnych oraz da godną odpowiedź napastnikowi, jak to się już nieraz działo w historii stosunków polsko-niemieckich…_
Z trzasków polowej radiostacji oficer taktyczny dywizjonu wyłapywał słowa komunikatu Kwatery Głównej. Gdy skończył, na jego twarzy malował się zawód.
– Tak, to już wszystko – powiedział.
– A czego się pan spodziewał? – Dowódca dywizjonu stanął za jego plecami. – Że Naczelny Wódz wyznaczy nam trasy i cele? Proszę zebrać dywizjon przy namiocie. Jest wiele spraw do omówienia.
Spraw było rzeczywiście wiele. Przede wszystkim należało przypomnieć instrukcję Generalnego Inspektora Sił Zbrojnych. Później nie będzie czasu – wejdą przecież do walki. Może to zresztą tylko pierwszy dzień jest taki pechowy, że nie sposób nawiązać łączności z dowódcą brygady? Swoją drogą źle się złożyło, że dowódca brygady jest w stolicy, a dywizjony Łosi w Ułężu i w Podlodowie. Nie do lotników jednak należy rozwiązywanie zawiłych arkanów sztuki dowodzenia. Zatem do rzeczy…
Instrukcja stwierdzała przede wszystkim, że zawarte w niej wytyczne zostały uzgodnione z rządami angielskim i francuskim oraz że ich celem jest niedopuszczenie do działań sprzecznych z zasadami prawa międzynarodowego.
– Przypominam – rzekł major Werakso – że jedynie wymienione poniżej ściśle wojskowe obiekty mogą być bombardowane z powietrza. A więc siły morskie, to znaczy: okręty wojenne oraz pomocnicze, stanowiące w danym momencie część floty wojennej, doki morskie, składy i urządzenia nadzorowane i prowadzone przez personel marynarki wojennej. Także jednostki armii, fortyfikacje, urządzenia obrony nadbrzeżnej, zabudowania, obozy, kwaterunki, transporty oddziałów wojskowych, drogi, kanały, linie kolejowe służące do komunikacji o charakterze wojskowym, połączone składy morskie i lądowe. Chcę zwrócić uwagę, że nie mamy upoważnienia do bombardowania fabryk. Dalej: urządzenia i składy ropy pędnej w polu albo w granicach zabudowań wojskowych, z tym zastrzeżeniem, że zapasy paliwa o charakterze ogólnym nie mogą być przedmiotem ataku. Jasne?
Milczenie. Oczywiście, że jasne. W każdym razie jasne teraz, dopóki siedzą na polowym lotnisku i nie widzieli nieprzyjaciela z bliska, dopóki nie spoglądali na żaden z tych składów paliwa, które przed zniszczeniem trzeba rozpoznać, czy mają charakter obiektu wojskowego, dopóki pod kadłubem samolotu nie przesunie się niemiecki transport kolejowy o nieznanym charakterze… Wszystko jest jasne, dopóki wojna daje znać o sobie w postaci odległych grzmotów bombardowanej Szkoły Orląt, a do wrażeń słuchowych nie dołączyły pełne grozy widoki gorejącej Warszawy i okrutnie miażdżonych pobliskich miast.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki