Losy dobrego żołnierza Szwejka czasu wojny światowej - ebook
Losy dobrego żołnierza Szwejka czasu wojny światowej - ebook
Kiedy zamordowano arcyksięcia Ferdynanda, zmienił się porządek świata. Jednak nic nie jest w stanie wstrząsnąć Szwejkiem na tyle, by zechciał zmienić porządek, a właściwie bałagan swojego życia. Nie zmienił się. Nie miał na to czasu.
Od wydania kultowej powieści minęło już prawie całe stulecie i rzeczywiście nic się nie zmienia. Popularność niezbyt dobrego żołnierza nie słabnie. Jego absurdalne losy przetłumaczono dotąd na 55 języków, doczekały się licznych ekranizacji i adaptacji.
Na każdego znajdzie się paragraf. Głupota Szwejka wymyka się wszelkim kategoriom. Choć w tej głupocie jest metoda. Przed wami Szwejk. Idiota z urzędu.
| Kategoria: | Proza |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-240-3270-9 |
| Rozmiar pliku: | 1,3 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
„Wraz ze śmiercią autora niknie zainteresowanie czytelników (...). Za dziesięć lat dla nowej generacji treść książki stanie się niejasna i z trudem będzie można znaleźć czytelników tego dzieła”. To fragment opinii rzeczoznawców, wyceniających po śmierci Jaroslava Haška, 3 stycznia 1923 roku, jego masę spadkową, liczących i przerzucających z kąta w kąt niesprzedane egzemplarze powieści, która niebawem podbije miliony serc na całym świecie i wejdzie do kanonu najważniejszych dzieł literatury XX wieku jako jedyna książka czeska. Trudno było przewidzieć, że ta plebejska opowieść, czerpiąca z prastarej ludowej tradycji gawęd o głupim Jasiu i knajpianych pogwarek, łamiąca konwencję języka literackiego, ukazująca się w tanich zeszytach, jak na ówczesne gusty skandalicznie wulgarna, pisana w pośpiechu, nieukończona, zdobędzie taką sławę.
Komisja trafnie uznała, że realia pierwszej wojny światowej i rozpadu monarchii austro-węgierskiej będą z każdym rokiem coraz słabiej czytelne, lecz przyjęła błędne założenie, że znajomość epoki jest niezbędnym warunkiem lektury. Otóż wiedza co innego, miłość co innego, również miłość do książek. Można być wielbicielem _Trzech muszkieterów_, a nie wiedzieć, kim był i czego dokonał kardynał Richelieu. Można przejmować się dramatem Wokulskiego, nie znając topografii ówczesnej Warszawy.
Podobnie ze Szwejkiem. Istnieje wielojęzyczna rzesza wielbicieli tej postaci, czerpiących z niej optymizm, humor, wolę przetrwania, wiarę w niezniszczalność człowieka. Wracają, czasem po wielekroć, do powieści o dobrym żołnierzu, by się rozerwać, pośmiać, wzruszyć, zaczerpnąć świeżego powietrza – a wszystko inne odruchowo pomijają. Ich święte prawo. Jest również sporo czytelników, dla których powieść Jaroslava Haška to nie tylko źródło radości, lecz także wiedzy o tamtych czasach, a niekiedy wyrocznia w wielu sprawach. Wśród nich grono zapaleńców (dawniej mówiono: wariatuńciów), śledzących realia, przerzucających kilogramy starych papierzysk i szczęśliwych, gdy uda im się wyszperać jakiś drobiazg związany z ukochaną epopeją.
Zapewne wszystkim – zwłaszcza tym, którzy dzieła Haška jeszcze nie czytali – przyda się parę podstawowych informacji, jak powstawały _Osudy dobrého vojáka Švejka za světové války_, czyli _Losy dobrego żołnierza Szwejka czasu wojny światowej_, i jak Szwejk wszedł do kultury polskiej_._ Przekład Pawła Hulki-Laskowskiego z początku lat trzydziestych pt. _Przygody dobrego wojaka Szwejka podczas wojny światowej_ miał wiele wznowień i na dobre wrósł w kulturę polską. Może więc warto, po prawie osiemdziesięciu latach od pierwszego polskiego wydania, przeczytać tę powieść jeszcze raz od nowa, świeżym okiem.
_Losy_, nie _przygody._ Można sprawdzić w słowniku, ale i bez tego da się zauważyć, że głód, więzienia, wszy, pożary, cień szubienicy, powszechne zbydlęcenie i masowe rzezie to nie przygody. Dość wyobrazić sobie reakcję na książkę, choćby najlepiej napisaną, pod tytułem _Przygody kresowiaków w syberyjskich łagrach._
_Dobrego żołnierza_, nie _wojaka_. Po czesku _voják_ to zwyczajnie żołnierz, po polsku _wojak_ ma odcień ironiczny, pobłażliwy, a więc niezgodny z ideą powieści. Szwejk jest żołnierzem, wojsko to jego środowisko naturalne. Nie cierpi, nie narzeka, stara się jak najlepiej służyć Najjaśniejszemu Panu – i głównie dlatego jest postacią tak wyrazistą na tle swojej zbrodniczej epoki. Co prawda, zbitka pojęciowa _dobry wojak Szwejk_ zadomowiła się w naszej mowie potocznej i nowy przekład zapewne jej nie wyruguje. Trudno, tytułów fatalnie przetłumaczonych na polski znalazłoby się więcej, choćby _Nędznicy_ Wiktora Hugo. Choć warto przypomnieć starą prawdę, że błąd wielokrotnie powtarzany, a nawet powszechnie zaakceptowany, nie przestaje być błędem.
_Czasu wojny światowej_, nie _na wojnie światowej_ – bo przecież fabuła powieści rozgrywa się na tyłach. Dobry żołnierz, twierdzą badacze twórczości Jaroslava Haška, miał dotrzeć na front, dostać się do rosyjskiej niewoli, przejść przez obóz jeniecki, zaciągnąć się do Legionów Czechosłowackich i zdezerterować do Armii Czerwonej. Jak wynika ze wstępu, Szwejk przeżył i powrócił do Pragi. Ale śmierć Jaroslava Haška przerwała opowieść w połowie czwartego tomu.
Pierwszy szkic, zarys postaci Szwejka, powstał w maju 1911 roku. Dobry żołnierz z przedwojennych humoresek Haška to pocieszne indywiduum, głupol. Wybuchła wojna; Hašek, kpiarz i birbant, został przemocą ubrany w _feldgrau_. Wiele przeżyć Szwejka, jednorocznego ochotnika Marka czy innych bohaterów – to autentyczne przejścia autora. Po służbie w Legionach Czechosłowackich, a potem w Armii Czerwonej, Hašek wrócił do Pragi w grudniu 1920 roku. Wymyślano mu od zdrajców, czerwonych zbirów. Przypomniano, że Legiony Czechosłowackie na Syberii rozesłały za nim list gończy, a gdyby go ujęto, zostałby niechybnie powieszony. Wielu dawnych przyjaciół odwróciło się plecami. Znowu, jak przed wojną, wróciły troski materialne, kłopoty osobiste, choroba alkoholowa. Wówczas zabrał się do pisania wielotomowej powieści o dobrym żołnierzu. Na złość państwowej legionowej cukrowanej legendzie, na złość wszystkim. Gdy żywioły tego dzieła – ludowy humor, horror wojny, własne doświadczenia, aktualność polityczna – połączyły się, tworząc monolit paradoksu, Józef Szwejk stał się bohaterem ponadczasowym i ponadnarodowym, jak Odyseusz, Hamlet, Raskolnikow czy Gargantua.
„Funkcja przekładu polega na budzeniu u czytelników takich samych odczuć, jakie u swych czytelników budzi oryginał” – napisał Theodor Savory, sławny teoretyk. Piękna myśl, choć obawiam się, że mało realna. Trudno wymienić choćby jeden jedyny przykład w dziejach całej literatury światowej spełniający w stu procentach ten postulat.
Tłumacz trudzi się, by nie uronić niczego z oryginału, aby przekład był jak oryginał, z tą jedynie różnicą, że po polsku. Tego celu ani na chwilę nie można tracić z oczu, choć z góry wiadomo, że na dobrą sprawę jest on nieosiągalny. A nieosiągalny, ponieważ kultura czeska co innego, polska co innego, kontekst czeski lat dwudziestych XX wieku nie przystaje do Polski początku XXI wieku. Języki niby podobne, ale tradycje odmienne. Realiów jednej kultury nie da się bez reszty przełożyć na realia innej kultury, zawsze to czy tamto trzeba, z bólem serca, pominąć albo obejść.
_Osudy dobrého vojáka Švejka za světové války_ powstały w pierwszych latach Republiki Czechosłowackiej. Panowała wówczas hurrapatriotyczna euforia, naród upajał się niepodległością, odreagowywał upokorzenia trzech stuleci. Aż tu nagle, niczym diabeł z pudełka, wyskoczył Szwejk. Powieść jest nie tylko zbiorem anegdot i syntezą swojej epoki, ale i aktualną publicystyką polityczną. Przywołajmy choćby wtręty o karierach byłych austriackich łajdaków w młodej republice.
Rozdział _Švejková budějovická anabaze_ (Budziejowicka anabasis Szwejka) odbierany jest dzisiaj jako przygody niefrasobliwego wesołka, uparcie zmierzającego do Budziejowic, choć wszystko mu jedno, gdzie właściwie leżą owe Budziejowice. Wymowa oryginału jest głębsza. Ten rozdział to zjadliwy pamflet na Legion Czechosłowacki, walczący w Rosji po stronie Kołczaka, a później przedzierający się do Władywostoku. Legiony operowały w trzech grupach, rozrzuconych na trasie o długości ośmiu tysięcy kilometrów, kontrolując w pewnym momencie prawie całe Powołże, południowy Ural, szmat Syberii. Kampania ta weszła do kultury czeskiej pod nazwą _anabasis_ (nawiązanie do wyprawy wojsk Cyrusa opisanej przez Ksenofonta). Był to również tytuł nieznanej w Polsce, pięciotomowej powieści Rudolfa Medka, poświęconej legionistom na Syberii, obsypywanej nagrodami państwowymi i wielokrotnie wznawianej.
Legiony Czechosłowackie przeszły inne koleje niż Legiony Polskie Józefa Piłsudskiego. Dwudziestowieczna polszczyzna wywodzi się z innych tradycji niż czeszczyzna.
Inteligencja polska XIX wieku składała się w znacznej części ze szlacheckich synów, którzy z różnych przyczyn, głównie na skutek wojen i represji, potracili majątki, szukali więc chleba w wojsku, służbie cywilnej i wolnych zawodach. Za najważniejsze przymioty inteligenta uważano wykształcenie i wolę służenia narodowi. Polski inteligent miał „schodzić w lud”, „pochylać się nad dolą ludu”, „podnosić lud”, „przewodzić ludowi”. Natomiast inteligenci czescy pierwszej połowy XIX wieku na ogół byli pochodzenia plebejskiego. Nie schodzili w lud, bo się z niego wywodzili. Ich poczucie czeskie i plebejskie na ogół łączyło się w niepodzielną całość. W relacjach służbowych posługiwali się głównie językiem niemieckim, w domu czeską mową potoczną.
Polszczyzna literacka, język demokracji szlacheckiej, formowała się i przekształcała w ciągu stuleci, bez jednego dnia przerwy. Czeszczyzna książkowa od klęski pod Białą Górą (1620) do końca XVIII wieku przeżywała natomiast głęboki upadek, prawie zanikła. W użyciu pozostała głównie _obecná čeština_, mowa gminna, tworzona przez niższe warstwy społeczne.
Na początku XIX wieku grupa tak zwanych budzicieli postanowiła odnowić, a właściwie stworzyć od podstaw nowoczesny język czeski, rugując germanizmy oraz wprowadzając liczne neologizmy i zapożyczenia, głównie z rosyjskiego i polskiego. Dlatego _spisovná čeština_, język literacki, pracowicie pielęgnowany, rozwijany i kodyfikowany przez inteligentów, i _obecná čeština_, język gminny, samorodny, znacznie odbiegały od siebie.
Poprawna zaś polszczyzna mówiona jest zbliżona do pisanej. Pracowały na to kolejne generacje, czytając, pisząc, napominając dzieci: „rękami” nie „ręcami”, „poszedłem” nie „poszłem”, karmię „pieski” nie „piesków”. Żeby, synku, nie śmiali się z ciebie w gimnazjum i na uczelni. I rzeczywiście: gdy Władysław Gomułka oznajmił narodowi, że z „próżnego i Salamon nie naleje”, drwiła cała Polska, choć to przecie była Polska Ludowa już od dwóch pokoleń.
W naszej prozie obowiązywała poprawność, dbałość językowa, od której można było uciec przez jedyną furtkę – stylizację. Dopiero Maciej Słomczyński (przekład _Ulissesa_, 1969), a szczególnie Miron Białoszewski (_Pamiętnik z powstania warszawskiego_, 1970) zrobili wyłom.
Hašek wyraził swój stosunek do wyszukanego stylu w sposób niepozostawiający wątpliwości. Dość przywołać posłowie do pierwszego tomu oraz scenę z drugiego, gdy Szwejk, siedząc ze spuszczonymi portkami w latrynie, czyta strzęp kartki wyrwanej z książki modnej czeskiej powieściopisarki. Szwejk mówi starannie, a nawet hiperpoprawnie jedynie wówczas, gdy dworuje sobie z rozmówcy, kiedy go przedrzeźnia. Językiem literackim, lecz i to nie zawsze, posługuje się narrator oraz niektórzy bohaterowie inteligenci, głównie jednoroczny ochotnik Marek.
Polskie gwary plebejskie mają charakter lokalny, wyraźnie określają pochodzenie mówiącego: ten jest Podhalaninem, tamten Poznaniakiem. _Obecná čeština_ to mowa swojska, ale ponadregionalna. Ten właśnie język, niemający na taką skalę odpowiednika w polszczyźnie pisanej, wprowadził do swej epopei Jaroslav Hašek. W utworze dominuje język różniący się od literackiego fonetyką, fleksją, składnią, słownictwem. Jego niuansów nie da się w pełni oddać po polsku. Jedyne, co pozostaje, to zastąpienie tej czeszczyzny polszczyzną potoczną, dobitną, ekspresyjną, ale literacką – albowiem pozowanie na proletariusza to jeden z najgorszych gatunków kiczu, zresztą wielokrotnie wyśmiewany w polskiej poezji i prozie. Trudno sobie wyobrazić coś dziwaczniejszego niż Szwejk mówiący potoczniej niż potocznie, kolokwialniej niż kolokwialnie. (O to mam główną pretensję do drugiego z kolei przekładu, Józefa Waczkowa). Trzeba więc się starać, by zachować złoty środek – z jednej strony zrezygnować z tradycyjnej konwencji układnego języka książkowego, z drugiej – nie przesadzać w stylizacji.
Zdanie: _Já myslel, že jsou, pane obrlajtnant, spokojenej s tím Švejkem_, w poprawnej czeszczyźnie literackiej brzmiałoby: _Myslel jsem, že jste pane obrlajtnant se Švejkem spokojen._ Polska wersja: _Ja żem myślał, panie oberlejtnant, że jest pan zadowolony z tego Szwejka_ – jeszcze nie oddaje w pełni charakteru oryginału, ale trudno posunąć się dalej.
Dziewiętnastowieczny język czeski rozwijał się na przekór niemieckiemu, lecz zarazem żył z nim w symbiozie. Stąd w powieści tyle słów niemieckich zapisanych ortografią czeską, z czeskimi końcówkami. Tak wtedy wyglądała czeska mowa potoczna. Polszczyzna galicyjska była w mniejszym stopniu zgermanizowana niż _obecná čeština_. Daleką polską analogią _obecnej_ czeszczyzny jest gwara śląska. Może ktoś kiedyś podejmie trud przetłumaczenia Szwejka na górnośląski?
Niemiecki był oficjalnym językiem armii austro-węgierskiej, bez względu na narodowość rozmówców. Rozmowy oficerów, przytaczane przez Haška po czesku, „w rzeczywistości” prowadzone były najczęściej po niemiecku. Dla czytelników z lat dwudziestych i trzydziestych było to oczywiste. Wówczas znajomość języka niemieckiego była wśród Czechów powszechna.
Czeska terminologia wojskowa na początku pierwszej wojny światowej prawie nie istniała, rozwinęła się spontanicznie nieco później, przede wszystkim w Legionach Czechosłowackich na Syberii, a opracowano ją i skodyfikowano w latach dwudziestych, gdy Hašek już nie żył. Zastępowanie jej w przekładzie terminologią polską byłoby błędem. Trzeba więc, jak Hašek, posługiwać się językiem niemiecko-słowiańskim, zwanym w Galicji ironicznie _Armeeslawisch_, uzupełniając objaśnieniami, jako że dziś jest to mowa rozumiana jedynie przez nielicznych.
Niektórym pojęciom czeskim brak odpowiedników polskich. Trzeba sztukować, nie ma rady. _Hostinský_ to nie karczmarz, nie kierownik, szynkarz, oberżysta, barman, knajpiarz – lecz po prostu _hostinský_ (ktoś, kto gości, podejmuje), człowiek instytucja. Kto bywał przed laty w Czechach, pokiwa głową ze zrozumieniem, a kto nie, ten nie, trudno. _Panímáma_ – gaździnka, gosposia, kumosia, sąsiadka (serdecznie, ale z rewerencją, nie protekcjonalnie); _pantáta_, czyli właściciel gospodarstwa rolnego, lecz zarazem człowiek, którego szanujemy i lubimy; po cieszyńsku gazdoszek, po staropolsku kmieć, włodarz, w dziewiętnastowiecznej polszczyźnie gospodarz, choć przecież niezupełnie. Gdy chcemy człowieka wiejskiego poniżyć, mowa polska podsuwa nam mnogość epitetów, lecz gdy chcemy wyrazić szacunek do pracy na roli, nasz język okazuje się dziwnie ubogi... _Erární kalhoty_ to spodnie ani państwowe, ani mundurowe. Raczej _kazionne_, lecz to rusycyzm, zadomowiony w gwarze warszawskiej, więc dla naszych celów bezużyteczny. Takich przykładów znalazłoby się znacznie więcej.
Jaroslav Hašek był mistrzem krótkich form. Nie wszystkie wytrzymały próbę czasu. Swoje humoreski pisał bez poprawek, od razu na czysto, nigdy nie czytał zapisanych stronic. Potrafił tworzyć na poczekaniu, w każdych warunkach; oddawał gotowy rękopis i natychmiast żądał honorarium. Pisząc wielotomową powieść, a w ostatnich miesiącach życia dyktując, bo już pisać nie miał siły, zastosował tę samą technikę, przecież wyjątkową wśród powieściopisarzy. _Osudy dobrého vojáka Švejka za světové války_ to epopeja w formie knajpianej gawędy, czterotomowa miniatura literacka. Plan, konspekt, roboczy spis rozdziałów nigdy nie powstał, dzieło jest jedną wielką improwizacją. Pierwsze wydanie ukazywało się w zeszytach, rękopisy ledwo skończonych rozdziałów od razu szły do drukarni, o redaktorze czy adiustatorze mowy nie było. Światowa sława Szwejka przyszła już po śmierci Haška _via_ Niemcy, groszowe broszurki niespodziewanie stały się pomnikiem kultury europejskiej, tekstem kanonicznym. Tłumacz jest więc obowiązany odnosić się z pietyzmem do wszelkich niekonsekwencji czasowych, geograficznych i innych, niezgodności tytułów rozdziałów z ich treścią, błędów w cytatach węgierskich, polskich, rosyjskich, ukraińskich, nieprawdziwych realiów galicyjskich. Jedynie w nielicznych wypadkach tłumacz pozwolił sobie na poprawki.
Nazwiska i nazwy geograficzne zostały jak w oryginale, z wyjątkiem znanych Polakom (Praga, Wełtawa, Franciszek Józef). Dlatego „Szwejk”, nie „Švejk” – bo pod spolszczonym nazwiskiem dobry żołnierz żyje pośród nas od kilkudziesięciu lat, nie tylko jako bohater powieści. Jeśli któraś nazwa w oryginale zawiera błąd (np. Turowa Wolska), opatruję ją komentarzem.
Pierwszym Polakiem, który poznał się na Szwejku, był Paweł Hulka-Laskowski, ogłaszając w 1927 roku w „Wiadomościach Literackich” szkic o mocnym, prowokacyjnym tytule: _Czeski Rabelais-Cervantes_. Już wtedy pracował nad tłumaczeniem powieści. Kilka renomowanych wydawnictw odrzuciło ją, głównie za „wulgarność”, „prymitywizm” oraz zbyt wielkie jakoby ryzyko handlowe. Docenił ją dopiero Melchior Wańkowicz, wydał w swym „Roju” w 1929 roku i sporo zarobił. W tym samym roku dokonano w Łodzi pierwszej polskiej adaptacji scenicznej Szwejka. Adaptacja ta, oparta na niemieckiej, obiegła potem niemal wszystkie polskie sceny. Szwejka grał Stefan Jaracz, doktora Grünsteina – Leon Wyrwicz. Pisali o Szwejku Władysław Broniewski, Antoni Słonimski, Józef Wittlin. Jednym z pierwszych polskich entuzjastów talentu Haška był Tadeusz Żeleński Boy:
„Wszyscy się bawili mniej więcej dobrze, ale nie wszyscy może jednakowo odczuli realizm tej bufonady. Należałem do tej publiczności, która smakowała go w całej pełni. Spędziłem na wojaczce austriackiej z górą cztery lata – i w moim mundurze lekarza pospolitego ruszenia odgrywałem po trosze rolę dobrego wojaka Szwejka. (...) posłany w jakiejś sprawie do komendy twierdzy, odezwałem się przez roztargnienie po polsku; zwymyślany od ostatnich słów przez porucznika po niemiecku, zostałem za to wykroczenie doprowadzony przed pana majora, który gawędził właśnie ze swym feldfeblem – po czesku... (...) Widziałem (...) »symulantów«, którzy z powodu moczenia pod siebie, pozbawieni siennika, umierali na gołej desce. Czytałem »ściśle poufne« pismo generała, komendanta krakowskiej twierdzy, do lekarzy, że gorączkę niżej 39° ma się uważać za niebyłą. Wiem od naocznego świadka, że gdy generała Collard, francuskiego Niemca, namiestnika Galicji zagadywano w kasynie końskim o program okupacji Królestwa, odpowiadał dobrodusznie: »Wieszať!«. I takich historii każdy, kto zakosztował Austrii, mógłby opowiadać setki. (...) Rzeź na froncie, farsa na tyłach – farsa z licznym też udziałem trupów. Opera za trzy grosze z prawdziwą szubienicą. Z początku zwłaszcza szał wieszania, aresztowania, rozstrzeliwania; biurokracja wypełniająca skrupulatnie papierowe »szimle«, przy czym, bywało, całe wagony rannych lub chorych marzły na śmierć, »zwekslowane« na fałszywy tor i zapomniane na szynach – to wszystko była Austria”.
Szwejk zadomowił się u nas na przełomie lat dwudziestych i trzydziestych. Ówczesne stosunki polsko-czeskie były niechętne, niekiedy wrogie. Kwestie z okresu pierwszej wojny światowej i pierwszych lat niepodległości, w tym spory graniczne, skrajnie przeciwstawny stosunek do Rosji sowieckiej i Węgier utrwaliły przedrozbiorowe antypatie. Lata dwudzieste u nas to czasy mitotwórstwa legionowego, w tym bujnego rozkwitu legionowej literatury. Jeśli pojawi się w niej Czech, zwłaszcza żołnierz, można mieć pewność, że będzie to osobnik dość odrażający: tchórz, obłudnik, człowiek dbający tylko o własną skórę. To wówczas powstała cała masa antyczeskich dowcipów.
Dobrego żołnierza Szwejka powitano w Polsce życzliwie, lecz już na wstępie nie obyło się bez zasadniczego nieporozumienia. Stereotypy antyczeskie i powierzchowne odczytanie kontrowersyjnej powieści nałożyły się na siebie, tworząc dziwną mieszankę. Uznany za ucieleśnienie cwaniactwa, szczególnie wojennego, dekownictwa, niewrażliwości na imponderabilia, Szwejk został potraktowany również jako wzorzec czeskiego charakteru narodowego, cokolwiek by to znaczyło. Jego dowcipy budziły wesołość, ale zarazem umacniały antyczeskie uprzedzenia. Anegdoty z powieści o dobrym żołnierzu spotkał podobny los, co autoironiczne przedwojenne szmoncesy kabaretowe, które wbrew oczywistym intencjom swych twórców krążyły później jako dowcipasy antysemickie.
Negatywne stereotypy żyją znacznie dłużej niż okoliczności, które je stworzyły. Lata komunizmu zakonserwowały dawne obustronne uprzedzenia i dodały nowych. Dwa pokolenia Czechów i Polaków pozostawały w zupełnej niewiedzy o sąsiadach.
I oto, _Serce roście patrząc na te czasy!_ – od 1989 roku Polacy i Czesi wreszcie nie mają spraw spornych. Po raz pierwszy od paru stuleci. Zdążyło wyrosnąć nowe pokolenie, wolne (no, może prawie wolne) od resentymentów. Dobry żołnierz Szwejk Anno Domini 2009 ukazuje się nie tylko w nowym przekładzie, ale w zupełnie innej atmosferze niż ten przed osiemdziesięciu laty. Gdy w 2002 roku Czechy dotknęła klęska powodzi, z pomocą pospieszyli strażacy i wojsko z Wrocławia. „O, polskie orzełki”, nie wytrzymał jakiś staruszek, „ostatni raz widzieliśmy je w sierpniu sześćdziesiątego ósmego”. „Co pan mówi?” – zdziwił się żołnierz. „Wtedy też była taka powódź? Nie wiedziałem, w sześćdziesiątym ósmym nie było mnie jeszcze na świecie”...
Antoni KrohWstęp
Wielkie czasy wymagają wielkich ludzi. Są tacy nieznani bohaterowie, skromni, bez historii i chwały Napoleona. Lecz opis ich charakterów przyćmiłby sławę choćby i Aleksandra Macedońskiego. Dziś na praskich ulicach możecie spotkać obszarpanego człowieka, który sam nawet nie wie, co właściwie znaczy w dziejach nowej, wielkiej epoki. Idzie zwyczajnie swoją drogą, nikomu się nie naprzykrza, również nie molestują go dziennikarze zabiegający o wywiad. Gdybyście spytali, jak się nazywa, odpowiedziałby zwyczajnie i skromnie: „Szwejk jestem”...
A ten cichy, niepozorny, obszarpany mężczyzna to naprawdę ów stary dobry żołnierz Szwejk, bohaterski, dzielny, który ongiś, za Austrii, był na ustach wszystkich obywateli Królestwa Czeskiego, a którego sława nie przeminie również w Republice.
Ogromnie kocham dobrego żołnierza Szwejka, a przedstawiając jego losy czasu wojny światowej, jestem przekonany, że wszyscy poczujecie sympatię do tego skromnego, cichego bohatera. On nie podpalił chramu bogini w Efezie, jak uczynił to ten dureń Herostrates, żeby się dostać do gazet i czytanek szkolnych.
To wystarczy.
Autor1. Dobry żołnierz Szwejk przystępuje do wojny światowej
– No to zabili nam Ferdynanda1' – rzekła gosposia panu Szwejkowi, który, gdy przed laty został definitywnie uznany za idiotę przez wojskową komisję lekarską, opuścił służbę wojskową i utrzymywał się ze sprzedaży psów, okropnych nierasowych paskudztw, fałszując ich rodowody.
Prócz tego zajęcia był dotknięty reumatyzmem i smarował sobie właśnie kolana opodeldokiem2'.
– Którego Ferdynanda, pani Müllerová? – spytał, nie przestając masować kolana – ja znam dwóch Ferdynandów. Jednego, co jest służącym u drogisty Průši3' i wypił mu tam kiedyś przez pomyłkę flaszkę jakiegoś smarowidła do włosów, a poza tym jeszcze znam Ferdynanda Kokoškę4', co zbiera psie gówienka. Obydwu żadna szkoda.
– Ależ panie szanowny, pana arcyksięcia Ferdynanda, tego z Konopišti5', tego tłustego, pobożnego!
– Jezus Maria! – zawołał Szwejk – a to dobre. Gdzie to się przydarzyło panu arcyksięciu?
– Rąbnęli go w Sarajewie, panie szanowny, z rewolweru, wiesz pan. Jechał tam z tą swoją arcyksiężną6' automobilem.
– Patrzaj pani, pani Müllerová, automobilem. No, taki pan może sobie na to pozwolić i nawet nie pomyśli, jak taka jazda automobilem może się nieszczęśliwie skończyć. Do tego w Sarajewie, czyli w Bośni, pani Müllerová. To pewnie Turcy. Jasna sprawa, nie powinniśmy byli zabierać im tej Bośni i Hercegowiny7'. No, pani Müllerová, nasz arcyksiążę pan już na sądzie boskim. Długo się męczył?
– Pan arcyksiążę był zaraz gotów, panie szanowny. Wiesz pan, z rewolwerem nie ma żartów. Niedawno u nas w Nuslach8' jeden taki bawił się rewolwerem, powystrzelał całą rodzinę i stróża, co poszedł sprawdzić, kto tam strzela na trzecim piętrze.
– Czasem rewolwer, pani Müllerová, nie wystrzeli, choćbyś pani kota dostała. Takich patentów jest cała kupa. Ale na pana arcyksięcia pewno sprawili sobie coś lepszego i mogę się założyć, że ten człowiek, co mu to zrobił, pięknie się wyelegantował. Wiadomo, bardzo ciężka robota, strzelać pana arcyksięcia. To co inne, niż kiedy kłusownik strzela do gajowego. Chodzi o to, jak się do niego dopchać, na takiego pana nie możesz pani iść w byle jakich łachach. Trzeba w cylindrze, żeby panią przedtem policjant nie zwinął.
– Podobno ich tam było więcej, panie szanowny.
– Wiadoma sprawa, pani Müllerová – powiedział Szwejk, kończąc masowanie kolan – gdybyś pani chciała zabić arcyksięcia pana albo cesarza pana, na pewno byś się pani kogoś poradziła. Więcej ludzi ma więcej rozumu. Ten poradzi jedno, tamten co innego i dzieło się wydarzy, jak to jest w tym naszym hymnie. Najważniejsze, żeby wyniuchać moment, kiedy taki pan przejeżdża. Jak na ten przykład, pamiętasz pani tego pana Luccheniego, co przebił naszą nieboszczkę Elżbietę9' pilnikiem. Spacerowali sobie. No i wierzaj pani komu: od tego czasu żadna cesarzowa nie chodzi na spacery. A to jeszcze czeka wiele osób. I zobaczysz pani, pani Müllerová, że dobiorą się też do cara i carycy, a może być, nie daj Boże, do cesarza pana, jak już tak zaczęli z jego stryjaszkiem10'. On ma, znaczy się starszy pan, całą masę wrogów. Jeszcze więcej niż ten Ferdynand. Niedawno mówił jeden pan w gospodzie, że przyjdzie czas, że cesarze będą kitować jeden po drugim i że nawet prokuratura im nie pomoże. Potem nie miał czym zapłacić i bufetowy musiał kazać go zwinąć. A on mu dał raz w dziób, policjantowi dwa razy. Więc go odwieźli w koszyczku11', żeby się opamiętał. No, pani Müllerová, dzisiaj wiele się dzieje. Ależ to strata dla Austrii. Kiedy byłem w wojsku, to jeden szeregowiec zastrzelił kapitana. Naładował gwer i poszedł do kancelarii. Tam mu powiedzieli, że nie ma czego szukać, ale on wciąż swoje, że musi rozmawiać z panem kapitanem. No to kapitan wyszedł i natychmiast wlepił mu koszarniaka. Ten chwycił gwer i buch go prosto w serce. Kula wyleciała panu kapitanowi z pleców i jeszcze narobiła szkody w kancelarii. Rozbiła kałamarz, a ten zalał urzędowe akta.
– A co z tym żołnierzem? – spytała pani Müllerová, gdy Szwejk się ubierał.
– Powiesił się na szelkach – odpowiedział, czyszcząc melonik. – A te szelki nawet nie były jego. Pożyczył od profosa, że mu niby spodnie opadają. Miał czekać, aż go zastrzelą? Wiesz pani, pani Müllerová, w takiej sytuacji każdemu w głowie się miesza. Profosa za to zdegradowali i dali mu sześć miesięcy. Ale nie odsiedział. Uciekł do Szwajcarii i robi tam za kaznodzieję w jakimś kościele. Dziś jest mało poczciwych ludzi, pani Müllerová. Ja myślę, że pan arcyksiążę w tym Sarajewie też się pomylił co do tego człowieka, który go zastrzelił. Zobaczył jakiegoś pana i pomyślał: „Porządny człowiek, bo wiwatuje na moją cześć”. A tymczasem ten trach w niego. Posłał mu jedną kulkę czy kilka?
– Gazety piszą, panie szanowny, że pan arcyksiążę był jak sito. Wygarnął do niego wszystkie naboje12'.
– To strasznie szybko idzie, pani Müllerová, raz-dwa i po krzyku. Ja bym na takie coś kupił browning. Wygląda jak zabawka, ale możesz pani w dwie minuty powystrzelać tym ze dwudziestu arcyksiążąt, chudych albo tłustych. Co prawda, mówiąc między nami, pani Müllerová, w grubego arcyksięcia trafisz pani pewniej niż w chudego. Pamiętasz pani, jak wtedy w Portugalii zastrzelili tego swojego króla. Też był przy kości13'. Wiadomo, król nie będzie przecież chudy. Ja teraz idę do gospody U Kalicha14', a gdyby ktoś przyszedł po tego ratlerka, za którego wziąłem zaliczkę, to mu pani powiedz, że mam go w swojej psiarni na wsi, że mu niedawno obciąłem uszy i teraz nie wolno go przewozić, póki mu się nie zagoją, żeby się nie przeziębiły. Zostaw pani klucz u stróżki.
W gospodzie U Kalicha siedział tylko jeden gość. Był to Bretschneider, cywilny funkcjonariusz, służący w policji państwowej. Kierownik15', pan Palivec, mył talerzyki, a Bretschneider daremnie usiłował nawiązać z nim poważny dyskurs.
Palivec był znanym świntuchem, co drugie słowo mówił „tyłek” albo „gówno”. Przy tym był jednak oczytany i każdemu radził, żeby sobie sprawdził, co napisał w tej materii Wiktor Hugo, gdy opiewał ostatnią odpowiedź starej gwardii Napoleona Anglikom w bitwie pod Waterloo16'.
– Ależ mamy piękne lato – nawiązywał Bretschneider swój poważny dyskurs.
– Wszystko to gówno warte – stwierdził Palivec, układając talerzyki w szafce.
– Nieźle narozrabiali w tym Sarajewie – odezwał się Bretschneider, z wolna tracąc nadzieję.
– W którym Sarajewie? – spytał Palivec – w tej nuselskiej winiarni? Tam się tłuką dzień w dzień, pan wiesz, Nusle.
– W bośniackim Sarajewie, szefie. Zastrzelili tam pana arcyksięcia Ferdynanda. Co pan na to?
– Ja się do takich rzeczy nie mieszam, z tym niech mnie każdy pocałuje w dupę – odpowiedział grzecznie pan Palivec, zapalając fajkę. – Dzisiaj mieszać się do tego, to by mogło człowiekowi grzbiet przetrącić. Ja pilnuję interesu, kiedy ktoś przyjdzie i zamówi piwo, to mu nalewam. Ale jakieś Sarajewo, polityka albo nieboszczyk arcyksiążę to nie dla nas, to pachnie tylko Pankrácem17'.
Bretschneider umilkł i rozglądał się zawiedziony po pustej gospodzie.
– Tutaj kiedyś wisiał portret cesarza pana – odezwał się po chwili. – Tam, gdzie teraz lustro.
– No, masz pan rację – mruknął pan Palivec – wisiał tam i srały na niego muchy, więc wyniosłem go na strych. Wiesz pan, jeszcze ktoś pozwoliłby sobie na jakąś uwagę i mogłyby z tego być nieprzyjemności. Czy mi to potrzebne?
– W tym Sarajewie musiało być paskudnie, panie szefie.
Na to zwyczajne, ale podstępne spostrzeżenie pan Palivec rzekł z niezwykłą ostrożnością:
– O tej porze roku w Bośni i Hercegowinie bywa strasznie gorąco. Gdy tam służyłem, to musieli naszemu oberlejtnantowi okładać głowę lodem.
– W którym pułku pan służył, panie szefie?
– Nie pamiętam takiego drobiazgu, ja się nigdy nie zajmowałem tymi pierdołami, nie byłem ich ciekaw – odrzekł pan Palivec. – Nie wtykaj nosa do cudzego prosa.
Cywilny funkcjonariusz Bretschneider definitywnie umilkł, a jego naburmuszona twarz rozjaśniła się dopiero na widok Szwejka, który wszedłszy do gospody, zamówił ciemne piwo, dodając:
– W Wiedniu też mają dzisiaj żałobę.
Bretschneiderowi oczy zabłysły. Powiedział krótko:
– Na Konopišti jest dziesięć czarnych chorągwi.
– Powinno być dwanaście – rzekł Szwejk, gdy się napił.
– Czemu pan uważa, że dwanaście? – spytał Bretschneider.
– Żeby łatwiej było zrachować. Na tuziny lepiej się liczy, wszystko wychodzi taniej – oznajmił Szwejk.
Zaległa cisza. Przerwał ją Szwejk, wzdychając:
– No to już jest na sądzie boskim, daj mu, Panie Boże, wieczną chwałę. Nawet nie doczekał, aż będzie cesarzem. Kiedy służyłem w wojsku, to jeden generał spadł z konia i zabił się na amen. Chcieli mu pomóc wsiąść z powrotem, podnoszą go i dziwią się, że całkiem zabity. A miał awansować na feldmarszałka. To się stało podczas parady. Te parady nigdy do niczego dobrego nie prowadzą. W Sarajewie też była jakaś parada. Raz, pamiętam, że brakowało mi na takiej paradzie dwunastu guzików od munduru i że za to zamknęli mnie na czternaście dni w ajncliku, a dwa dni leżałem jak łazarz, związany w kij18'. Ale dyscyplina w wojsku musi być, inaczej nikt by sobie nic z niczego nie robił. Nasz oberlejtnant Makovec, ten zawsze nam mówił: „Dyscyplina, wy cielaki durne, musi być, inaczej łazilibyście jak małpy po drzewach, ale wojsko wyprowadzi was na ludzi, wy głupie kluchy”. No i co, może nieprawda? Wyobraźcie sobie park, powiedzmy na Karláku19', a na każdym drzewie jeden żołnierz bez dyscypliny. Tego się zawsze najbardziej bałem.
– W tym Sarajewie – ciągnął Bretschneider – to zrobili Serbowie.
– Mylisz się pan – odparł Szwejk – zrobili to Turcy, za Bośnię i Hercegowinę.
I Szwejk wyłożył swój pogląd na międzynarodową politykę Austrii na Bałkanach20'. Turcy przegrali w 1912 roku z Serbią, Bułgarią i Grecją. Chcieli, żeby im Austria pomogła, a gdy to się nie stało, ustrzelili Ferdynanda.
– Lubisz Turków? – zwrócił się Szwejk do Palivca – lubisz tych psów pogańskich, prawda że nie lubisz?
– Gość jak gość – rzekł Palivec – choćby Turek. Nas, ludzi interesu, nie obowiązuje żadna polityka. Zapłać piwo, siedź w gospodzie i gadaj, co chcesz. To moja zasada. Czy to temu naszemu Ferdynandowi zrobił Serb czy Turek, katolik czy mahometanin, anarchista czy młodoczech21', mnie tam wszystko jedno.
– Dobrze, panie szefie – odezwał się Bretschneider, który powoli tracił nadzieję, że ci dwaj dadzą się na czymś przyłapać – ale przyznaj pan, że Austria poniosła wielką stratę.
Na to odpowiedział Szwejk:
– Strata, pewnie, że strata, nie da się zaprzeczyć. Potworna strata. Tego Ferdynanda nie da się zastąpić jakimś cymbałem. On tylko powinien być jeszcze grubszy.
– Co masz pan na myśli? – ożywił się Bretschneider.
– Co mam na myśli? – odparł zadowolony Szwejk – tylko tyle. Gdyby był tłuściejszy, to byłby go z pewnością wcześniej szlag trafił, kiedy gonił te baby na Konopišti, które w jego dobrach zbierały chrust i grzyby22', i nie musiałby umrzeć taką haniebną śmiercią. Kiedy o tym pomyślę, stryj cesarza pana, a oni go zastrzelili. Przecie to wstyd, gazety są tego pełne. U nas przed laty w Budziejowicach zakłuli na jarmarku w takiej zwyczajnej sprzeczce jednego handlarza bydłem, niejakiego Břetislava Ludvíka23'. On miał syna Bohuslava, a gdzie tylko przychodził sprzedawać prosięta, nikt od niego nic nie kupował, każdy mówił: to syn tego zadźganego, z niego też musi być kawał drania. Musiał skoczyć w Krumlovie z mostu do Wełtawy, musieli go wyciągać, wskrzeszać, musieli z niego wypompowywać wodę, a on im musiał skonać w objęciach lekarza, gdy mu dał jakiś zastrzyk.
– Pan masz jakieś dziwne porównania – zauważył Bretschneider znacząco – najpierw mówisz pan o Ferdynandzie, a potem o handlarzu bydłem.
– Ależ nie mam – bronił się Szwejk – skarz mnie Bóg, żebym ja miał kogoś z kimś porównywać. Pan Palivec świadkiem. Ja nikogo z nikim przecież nie porównywałem, no nie? Ja bym tylko nie chciał być w skórze tej wdowy po arcyksięciu24'. Co ma teraz robić? Dzieci zostały sierotkami, majątek w Konopišti bez pana. A wychodzić jeszcze raz za jakiegoś arcyksięcia? No i co? Pojechać z nim znowu do Sarajewa i zostać wdową po raz drugi? Przed laty we Zlivi koło Hlubokiej był jeden gajowy, miał takie brzydkie nazwisko, Pinďour. Zastrzelili go kłusownicy, została po nim wdowa z dwojgiem dzieci. Po roku wyszła znów za gajowego, Pepíka Šavloviców z Mydlovar. I też go jej zastrzelili. Potem wydała się po raz trzeci, też za gajowego, i powiada: „Do trzech razy sztuka. Jeśli teraz się nie uda, to już nie wiem, co zrobię”. Jasne jak słońce, że go zastrzelili, a już miała z tymi gajowymi do kupy szóstkę dzieci. Była aż w kancelarii księcia pana w Hlubokiej i skarżyła się, jakie ma utrapienie z tymi gajowymi. Więc jej poradzili dozorcę stawów Jareša z rybaczówki w Ražicach25'. I co powiecie, utopili go jej podczas spuszczania stawu, a miała z nim dwoje dzieci. Później wyszła za miśkarza z Vodňan, ten pewnej nocy palnął ją siekierą i poszedł się dobrowolnie przyznać. Gdy go potem w Písku wieszali koło sądu wojewódzkiego, ugryzł księdza w nos i powiedział, że niczego nie żałuje, a także powiedział coś bardzo brzydkiego o cesarzu panu.
– Nie wiesz pan, co powiedział? – spytał Bretschneider głosem pełnym nadziei.
– Tego nie wiem, ponieważ nikt nie ważył się tego powtórzyć. Ale to podobno było coś tak potwornego, że jeden radca sądowy, który tam był, zwariował i jeszcze dziś trzymają go w izolatce, żeby to nie wyszło na jaw. To nie była tylko jakaś tam zniewaga cesarza pana, co to się wygaduje po pijaku.
– A jakie zniewagi cesarza pana wygaduje się po pijaku? – dociekał Bretschneider.
– Proszę was, panowie, zmieńcie temat – odezwał się restaurator Palivec – wiecie, że tego nie lubię. Coś się palnie, a potem człowiek w brodę sobie pluje.
– Jakie zniewagi cesarza pana wygaduje się po pijaku? – powtórzył Szwejk – różne. Upij się pan, każ pan sobie zagrać hymn austriacki i zobaczysz pan, co będziesz wygadywać. Wymyślisz pan tyle tego na jego cesarską mość, że gdyby choć połowa była prawdą, miałby wstydu na całe życie. A ten starszy pan doprawdy na to nie zasługuje. Weźcie choćby coś takiego. Syna Rudolfa stracił w młodocianym wieku, w pełnym rozkwicie męskiej siły. Małżonkę Elżbietę mu przekłuli pilnikiem, potem mu zginął Jan Orth; brata, cesarza meksykańskiego, kropnęli mu w jakiejś twierdzy pod jakimś murem26'. Teraz mu znowu zastrzelili stryjaszka na stare lata. To by człowiek musiał mieć żelazne nerwy. A potem jakiś schlany gość wspomni go i zacznie lżyć. Gdyby dziś coś wybuchło, pójdę na ochotnika i będę służył cesarzowi aż do ostatniej kropli krwi.
Łyknął solidnie.
– Myślicie, że cesarz pan pozwoli sobie tak jeździć po nosie? To go mało znacie. Wojna z Turkiem musi być. Zabiliście mi stryjaszka, no to macie w dziób. Wojna jest pewna. Serbia i Rosja pomogą nam w tej wojnie. Będzie rżniątka.
Szwejk w tej proroczej chwili wyglądał przepięknie. Jego prostoduszna twarz, jaśniejąca jak księżyc w pełni, promieniowała natchnieniem. Dla niego wszystko było takie oczywiste.
– Może być – roztaczał wizję przyszłości Austrii – że w przypadku wojny z Turcją napadną na nas Niemcy, bo Niemcy i Turcy trzymają sztamę. To takie potwory, że na całym świecie nie mają sobie równych. Możemy jednak zjednoczyć się z Francją, która od siedemdziesiątego pierwszego roku nie cierpi Niemców. I wio. Będzie wojna, co tu gadać.
Bretschneider wstał i oświadczył uroczyście:
– Więcej pan nic nie musisz mówić, chodź pan ze mną, coś panu powiem.
Szwejk wyszedł za nim na korytarz. Tam spotkała go mała niespodzianka, bo jego kompan od piwa pokazał mu orzełka27' i oznajmił, że go aresztuje i natychmiast zaprowadzi na policję28'. Szwejk usiłował wyjaśnić, że jego rozmówca chyba się myli, że on jest absolutnie niewinny, nie wymówił przecież ani jednego słowa, które by mogło kogokolwiek obrazić.
Na to Bretschneider odparł, że w rzeczywistości dopuścił się kilku czynów karalnych, wśród których szczególną rolę odgrywa zbrodnia zdrady stanu.
Potem wrócili do bufetu, a Szwejk rzekł do pana Palivca:
– Ja miałem pięć piw i jedną parówkę z rogalikiem. Teraz daj mi jeszcze jedną śliwowicę i już muszę iść, bo jestem aresztowany.
Bretschneider pokazał panu Palivcowi orzełka, chwilę mu się przyglądał, po czym zapytał:
– Jesteś pan żonaty?
– Jestem.
– A czy małżonka może prowadzić za pana interes podczas pańskiej nieobecności?
– Może.
– To w porządku, szefie – ucieszył się Bretschneider – zawołaj pan małżonkę, przekaż jej pan wszystko, a wieczorem po pana przyjdziemy.
– Nic sobie z tego nie rób – pocieszał go Szwejk – ja tam idę tylko za zdradę stanu.
– Ale za co ja? – zaskamlał pan Palivec – ja przecie byłem taki ostrożny.
Bretschneider uśmiechnął się i oznajmił dobitnie:
– Za to, żeś pan powiedział, że muchy srały na cesarza pana. Oni już wam wybiją tego cesarza pana z głowy.
I Szwejk w towarzystwie cywilnego funkcjonariusza opuścił gospodę U Kalicha. Gdy wyszli na ulicę, spytał ze swym życzliwym uśmiechem:
– Czy mam zejść z chodnika?
– Jak to?
– Myślałem, że jak jestem aresztowany, to nie mam prawa iść chodnikiem.
Kiedy wchodzili w bramę komendy policji, Szwejk podsumował:
– Pięknie nam zleciało. Często pan bywasz U Kalicha?
A gdy Szwejka prowadzili do kancelarii, pan Palivec przekazywał gospodę U Kalicha swej płaczącej żonie, pocieszając ją, jak umiał:
– Nie płacz, nie rycz, cóż mi mogą zrobić za obesrany portret cesarza pana?
I tak dobry żołnierz Szwejk przystąpił do wojny światowej we właściwy sobie, rozbrajający, serdeczny sposób. Historycy zauważą, że wybiegał daleko w przyszłość. Jeśli wydarzenia potoczyły się inaczej, niż on je wykładał U Kalicha, należy wziąć pod uwagę, że nie studiował podstaw stosunków międzynarodowych.
Strażnika więziennego.
Porucznikowi.
Karcerze.
1' Zamach w Sarajewie na następcę tronu arcyksięcia Franciszka Ferdynanda i jego małżonkę Zofię (28 czerwca 1914 roku) stał się detonatorem pierwszej wojny światowej.
2' Opodeldok to galaretowata masa sporządzona z ługu sodowego, stearyny, gliceryny, spirytusu winnego, kamfory, amoniaku, z dodatkiem olejku lawendowego i różanego. Stosowany od pięciu stuleci w prawie niezmienionej formie, do dziś sprzedawany w czeskich aptekach. Wynalazcą tego specyfiku był Paracelsus (1493–1541), lekarz i filozof, jeden z wybitniejszych umysłów Renesansu. Dokonał przewrotu w naukach medycznych: wprowadzał leki roślinne i mineralne, głosił, że podstawową czynnością organizmu są procesy chemiczne. Zdobył europejską sławę lekarza-cudotwórcy i wielkiego alchemika. Jego osobowość dała asumpt do narodzin legend o doktorze Fauście.
3' W drogerii Průši, Tylovo náměstí, Hašek był krótko praktykantem.
4' Ferdinand Kokoška miał drogerię na Starym Mieście przy ul. Na Perštýně. Hašek tam również był na praktyce. Reminiscencją tego jest opowieść Szwejka o świętym Pelegrinie i cykl humoresek.
5' Konopiště koło Benešova, ok. 40 km na południe od Pragi. Od 1887 roku rezydencja Franciszka Ferdynanda; zamek, park angielski, bogata kolekcja dzieł sztuki i trofeów myśliwskich, dziś muzeum.
6' Żona Ferdynanda nie miała prawa do tytułu arcyksiężnej, ich małżeństwo było morganatyczne.
7' Bośnia i Hercegowina od XV wieku pozostawała pod panowaniem tureckim. W 1875 roku wybuchło tam powstanie, krwawo stłumione. Kongres berliński w 1878 roku przyznał Austro-Węgrom prawo okupacji kraju, ale utrzymał nominalne zwierzchnictwo sułtana. Aneksja Bośni i Hercegowiny przez Austro-Węgry nastąpiła w 1908 roku.
8' Robotnicza dzielnica Pragi.
9' Cesarzowa Elżbieta, żona Franciszka Józefa, padła ofiarą zamachu 10 września 1898 roku w Genewie. Sprawcą był anarchista Luigi Luccheni. Przypuszczenie, że cesarzowa mogła z nim spacerować, to surrealistyczny dowcip.
10' Cesarz był stryjaszkiem Ferdynanda, nie odwrotnie. Dla ówczesnych czytelników była to rzecz oczywista.
11' W oryginale _košatinka_, słowo z praskiej gwary ulicznej. Był to kosz długości około dwóch metrów, z klapą, na dwóch kółkach, do przewożenia pijaków i awanturników.
12' W Sarajewie wystrzelono dwie kule: od jednej zginął Ferdynand, od drugiej jego żona.
13' Z powodu tego fragmentu _Szwejk_ był zabroniony w Portugalii od 1951 do 1971 roku. Zamachu na króla dokonano w 1908 roku, w 1910 proklamowano republikę. Dyktatura wojskowa ściśle cenzurowała wszelkie wzmianki na ten temat.
14' Chodzi o kielich mszalny, symbol kalikstynów (husytów), a nie kielich kojarzący się z gospodą.
15' W oryginale _hostinský_. Człowiek instytucja, artysta w swoim fachu, mocno osadzony w czeskich realiach, nieprzekładalnych na nasze. Dlatego brak mu polskiego odpowiednika. Słowa zastępcze: _kierownik_ i _szef_ mają uwydatnić, że _hostinský_ był człowiekiem o znacznym autorytecie, umiejącym wymuszać posłuch.
16' Generał Pierre Cambronne w 1815 roku dowodził starą gwardią pod Waterloo. Na propozycję poddania miał odpowiedzieć Anglikom: _merde!_ (gówno). Według późniejszych wersji użył zwrotu: _Gwardia umiera, ale się nie poddaje._ Wiersz Władysława Broniewskiego _Bagnet na broń,_ pisany w kwietniu 1939, kończy się słowami: _A gdyby umierać przyszło, przypomnimy, co rzekł Cambronne, i powiemy to samo nad Wisłą._
17' Największe więzienie praskie, zbudowane w końcu XIX wieku.
18' W oryginale _kozelec._ Delikwentowi zakładano okowy na nadgarstek prawej ręki i kostkę lewej nogi, po czym spinano je kłódką.
19' Karlovo náměstí, plac na Nowym Mieście w Pradze.
20' W latach dwudziestych i trzydziestych XX wieku dla każdego czytelnika było oczywiste, że Szwejk wygłasza piramidalne bzdury. Dziś absurdalny humor tych fragmentów nieco zwietrzał, gdyż realia polityczne sprzed stulecia nie są już tak powszechnie znane.
21' Mladočeská strana (Partia Młodoczeska), zwana też Národní strana svobodomyslná (Narodowa Partia Wolnomyślicielska) – czeska burżuazyjna partia liberalna, działająca w latach 1874–1918.
22' Pamiętnikarze świadczą, że Franciszek Ferdynand osobiście ścigał okolicznych mieszkańców, zbierających w jego lasach grzyby i chrust, szczuł ich psami, pakował do kryminału, ściągał kary pieniężne. Miewał procesy o zabór sąsiednich parcel, utrudnianie dojazdu do pól. Niektóre przegrał.
23' Hašek posłużył się nazwiskiem swego znajomego. Břetislav Ludvík w 1946 roku wydał na ten temat broszurkę _Kdo je Jaroslav Hašek_ (Kim jest Jaroslav Hašek).
24' Zofia, żona Franciszka Ferdynanda, również padła ofiarą zamachu w Sarajewie. Była to wówczas rzecz powszechnie wiadoma.
25' Jareš, dozorca stawów rybnych w Ražicach, to dziadek Jaroslava Haška. Jego postać kilkakrotnie pojawia się na kartach powieści.
26' Okoliczności śmierci Rudolfa i jego kochanki Marii von Vetsery w zameczku Mayerling (1889), do dziś niewyjaśnione, stały się tematem niezliczonych plotek, artykułów, książek, filmów. Absolutny rekord ustanowiła książka Ernesta von Planitz _Die volle Wahrheit über den Tod des Kronprinzen Rudolf von Österreich_ (Cała prawda o śmierci Rudolfa, następcy tronu Austrii)_,_ wydana w kilka miesięcy po tragedii; miała sześćdziesiąt wydań. Arcyksiążę Jan Salvator usiłował reformować armię, popadł w niełaskę cesarza, zrezygnował więc ze wszystkich urzędów i tytułów, przyjął nazwisko Jan Orth i popłynął żaglowcem do Ameryki Południowej. Cesarz Meksyku Maksymilian, brat Franciszka Józefa, został rozstrzelany w 1867 roku podczas rewolucji. Listę Szwejka można wydłużyć: drugi brat Franciszka Józefa, Ludwik Wiktor, był trzymany w odosobnieniu z powodu choroby psychicznej, kuzynka spłonęła w pożarze w Paryżu podczas akcji charytatywnej, inna kuzynka porzuciła rodzinę i uciekła z nauczycielem swych dzieci, brat następcy tronu Ferdynanda, „piękny Otto”, zmarł na chorobę weneryczną, trzeci brat, Ferdynand Karol, ożenił się z kobietą niższego stanu, zerwał z rodziną i przyjął nazwisko Burg.
27' Odznakę policyjną z dwugłowym orłem.
28' Siedziba c.k. dyrekcji policji mieściła się przy Ferdinandovej (dziś Národní třída) 15. W 1900 roku budynek poszerzono na sąsiednie ulice: Bartolomějską i Karoliny Světlej.