Łowca - ebook
Niektóre potwory nie kryją się w ciemności – one siedzą przy twoim stole.
W podmiejskim lesie zostaje odnalezione ciało czteroletniej dziewczynki. Wkrótce giną kolejne dzieci. Policja rozpoczyna śledztwo, lecz błądzi po omacku – społeczność milczy, media podsycają panikę, a morderca wciąż pozostaje o krok przed wszystkimi.
Jego historia zaczęła się dawno temu – w dzieciństwie, które odcisnęło na nim trwały ślad. Dziś jego psychopatyczne skłonności łączą się z obsesyjną potrzebą kontroli i niemoralnymi żądzami, tworząc bezlitosne monstrum. Ofiary nie są dla niego ludźmi. Są kąskami.
„Łowca” to wstrząsający thriller, który odsłania przerażający portret zabójcy. Realistyczna, miejscami brutalna narracja prowadzi czytelnika przez dramaty zwykłych ludzi, bezradność całych instytucji i umysł mordercy. Aż na jaw wychodzi prawda, która nie pozwala nikomu spać spokojnie.
W podmiejskim lesie zostaje odnalezione ciało czteroletniej dziewczynki. Wkrótce giną kolejne dzieci. Policja rozpoczyna śledztwo, lecz błądzi po omacku – społeczność milczy, media podsycają panikę, a morderca wciąż pozostaje o krok przed wszystkimi.
Jego historia zaczęła się dawno temu – w dzieciństwie, które odcisnęło na nim trwały ślad. Dziś jego psychopatyczne skłonności łączą się z obsesyjną potrzebą kontroli i niemoralnymi żądzami, tworząc bezlitosne monstrum. Ofiary nie są dla niego ludźmi. Są kąskami.
„Łowca” to wstrząsający thriller, który odsłania przerażający portret zabójcy. Realistyczna, miejscami brutalna narracja prowadzi czytelnika przez dramaty zwykłych ludzi, bezradność całych instytucji i umysł mordercy. Aż na jaw wychodzi prawda, która nie pozwala nikomu spać spokojnie.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Horror i thriller |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8423-188-3 |
| Rozmiar pliku: | 1,5 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Rozdział 1
Zwłoki dziecka znaleziono ósmego października w lesie pod miastem. Nastolatkowie, którzy urządzili sobie tamtego dnia wycieczkę turystyczną, chcąc przy okazji bez skrępowania zapalić papierosa, najpierw zwracają uwagę na dziwny przedmiot, którego biel przebija się przez leśną ściółkę. Czy to dłoń? Może lalki? Po odgarnięciu liści i igliwia okazuje się, że przedmiot nie jest dłonią lalki. Chłopcy zastygają w bezruchu.
Patrzą po sobie. Boją się. Nie wiedzą, co robić. W końcu zaczynają rozgrzebywać rozpulchnioną ziemię, czują przykry zapach, coś jakby stare mięso zmieszane z kiszoną kapustą. Krzywią się zniesmaczeni. Smród się wzmaga. Jeszcze kilka grzebnięć… Chłopcy pracują w milczeniu, pocą się, sapią, już niedługo…
I oto pod niezbyt grubą warstwą ziemi oczom ich ukazują się zwłoki.
– O cholera! – piszczy jeden z nich.
Pisk przypomina odgłos przerażonej myszy. Drugi chce uciekać, a w okolicy żołądka czuje zimne ukłucie strachu, jakby ktoś szturchnął go ostrym soplem lodu. Rozgląda się, żeby sprawdzić, czy za pobliskim krzakiem nie kryje się zbrodniarz, który zaraz rzuci się na nich z siekierą albo nożem. Trzeci decyduje, że trzeba zawiadomić policję, z kieszeni spodni wyjmuje telefon komórkowy i wystukuje na klawiaturze sto dwanaście.
– Zwariowałeś?! – sprzeciwia się pierwszy. – Będziemy mieć kłopoty, a jak pomyślą, że to my?
– Nie pomyślą.
– A jak jednak pomyślą, to co? Pójdziesz siedzieć?
Policjanci przyjeżdżają na miejsce przestępstwa w ciągu godziny. Wraz z nimi pojawia się ekipa kryminalistyczna wyposażona w pęsety, pędzelki, proszki, gips chirurgiczny do odlewów. Funkcjonariusze ściągają dyżurnego prokuratora, który zjawia się niezadowolony, bo właśnie przerwano mu pewne sympatyczne spotkanie, które w tajemnicy przed żoną planował od dłuższego czasu. Zadają świadkom odkrycia standardowe pytania, uprzedzają o odpowiedzialności karnej z artykułu dwieście trzydzieści trzy, spisują protokół, po czym przystępują do oględzin miejsca i stwierdzają, że przy zwłokach nie ma dokumentów, które pomogłyby w ich identyfikacji. Jeden z chłopców myśli, że przecież dzieci nie noszą torebek z dowodem tożsamości ani z prawem jazdy, więc nie ma w tym nic dziwnego.
Następnie ciało zostaje przewiezione do sądowego prosektorium, gdzie litościwy patolog kładzie je delikatnie na sekcyjnym stole i w nieprzyjemnym blasku jarzeniówek uważnie mu się przypatruje. Mruczy jednocześnie pod nosem, że świat, cholera jasna, zmierza ku końcowi. Po wielu latach pracy, która polega na krojeniu trupów, nie może się pogodzić z tym, że jego klientami mogą też być dzieci.
– Świat się kończy – zgadza się z anatomopatologiem prokurator, patrząc na rozdęte gazami, zabarwione na zielonkawy kolor zwłoki.
Jemu także trudno jest bez emocji zajmować się sprawami, w których ofiarami są małoletni. A poza tym, kto wymyślił ten cholerny artykuł dwieście dziewięć o obecności prokuratora przy otwarciu zwłok! Szlag by trafił!
Po przeprowadzeniu sekcji zwłok – obejrzeniu skóry, zmierzeniu kończyn, pobraniu próbek krwi i moczu, po obcięciu paznokci, które mogą stanowić materiał dowodowy, po pobraniu wymazu z pochwy, odbytu i ust, po zważeniu narządów i co jeszcze… A więc po tych wszystkich pobraniach, porównaniach, analizach lekarz stwierdza, że ofiarą jest dziewczynka rasy białej, bez widocznych deformacji, lat około czterech, włosy blond, drobnej budowy ciała. Na ciele nie ma śladów, które świadczyłyby o stosowaniu przemocy. W narządach rodnych nie widać śladów penetracji i nie ma nasienia. Jej śmierć nastąpiła około czterdziestu godzin wcześniej w wyniku niewydolności krążenia, a niewydolność krążenia została spowodowana ostrym przebiegiem choroby zakaźnej. Jakiej? Tego patolog jeszcze nie wie. W treści żołądkowej dziecka znaleziono ślady alkoholu, we krwi ślady rozkurczających farmaceutyków. Ubranie pobrudzone jest wymiocinami.
– Trudno sobie wyobrazić, żeby dziecko samo sięgnęło po alkohol – zastanawia się głośno prokurator.
– I żeby samo wzięło aspirynę – dodaje patolog.
Wkrótce udaje się ustalić tożsamość dziecka. To mała Klaudia, córka Hanny Waligóry mieszkającej w ośrodku dla maltretowanych kobiet.
– Moja córka? To nieprawda! To nie może być prawda! Nie rozumiem!
Na wieść o tragedii kobieta najpierw staje jak posąg, nie rusza się, później zgina się wpół jak scyzoryk, z jej ust powoli wycieka strużka śliny. Każde słowo funkcjonariuszy, którzy informują ją o strasznym znalezisku, dźga ją niczym nożem. Dosyć, dosyć! Potem przychodzi kolej na wściekłość. Co to znaczy! Żarty jakieś! A potem następują kolejno: rozpacz, gniew, gniew i rozpacz. Naprzemiennie.
– Nie rozumiem! – powtarza.
Nie rozumie albo nie chce zrozumieć, czego od niej chcą. Jakieś zeznania, jakieś dokumenty, czy to Klaudia!? Przerażona kiwa głową, że tak, tak, tak, że jest winna, bo przecież nie dopilnowała, dopuściła do nieszczęścia. O mój Boże! Później zanosi się szlochem. To jej córka? Biedne dziecko, które leży w kostnicy, w dodatku pokrojone i pozszywane bez jej zgody.
– Klaudia to grzeczna dziewczynka – przekonuje, chociaż nikogo nie trzeba przekonywać. – Posłuszna, nie rozmawia z obcymi i w ogóle…
Co to znaczy „i w ogóle…”? Skurczona do rozmiarów późnojesiennego liścia Hanna Waligóra odpowiada na pytania policjantów. Że przywędrowała do miasta z biednej wioski, że tutaj planowała ułożyć sobie życie, że Klaudunia to jej jedyny cel i że bez niej… Że w dniu określonym jako dzień zgonu pracowała, a córka była pod opieką przedszkolanek. Podobno dziewczynka oddaliła się z placu zabaw, pewnie zabłądziła, przestraszyła się, nikt nie widział…
Funkcjonariusz spisujący zeznania notuje, że temperatura wynosiła wtedy dziewiętnaście stopni, dzień był bezchmurny i bezwietrzny, że w pobliżu miejsca zabaw nie było nikogo… Mężczyzna podkreśla słowa „nie było nikogo”, obok stawia znak zapytania i wykrzyknik. Do sprawdzenia.
Ojciec Klaudii, do którego dociera ekipa kryminalistyczna, niechętnie otwiera drzwi swojej steranej przez czas i brak napraw chałupy, patrzy groźnie, cuchnie przetrawionym alkoholem i tanimi papierosami, nie zaprasza do środka.
– Czego? – pyta.
A na wieść o tragicznej śmierci córki drapie się po skołtunionej głowie, burczy coś pod nosem, czka, wzrusza ramionami, znowu czka. Że co? Jego Klaudia? Nie żyje? Ktoś ją zabił? Na pytanie, gdzie był rzeczonego dnia, mężczyzna charczy, spluwa i mówi, że nie pamięta, kurwa, bo co, czy to ważne? Przecież nie tknął dzieciaka. Ale po chwili pytanie policjanta dociera do jego świadomości, traktuje je jak silny cios prosto w jądra. Czerwienieje. Zaciska pięści. Ma ochotę komuś przywalić. Ma ochotę się napić. W końcu dowiedział się o śmierci córki, więc pragnienie to jest uzasadnione. Ma ochotę się nachlać. I co kogo obchodzi, że ma taką ochotę. Wrzeszczy:
– I co, psie! Podejrzewasz mnie?! Pod tą policyjną czapą coś się kisi?! Ty posterunkowy urzędasie! Nie zabiłem przecież! Własnego dzieciaka bym nie zabił! Byłem w domu!
Jego podniesiony głos wznosi się i opada, dźga powietrze jak nożem. Co jest grane!
– A to tłuste babsko gdzie było?! – Mężczyzna dyszy głośno.
– Jakie babsko?
– No to babsko, co to spieprzyło nie wiadomo dokąd, matka Klaudii, lepiej ją pytajcie! Nawet nie potrafiła dopilnować, kurwa jedna!
Funkcjonariusz pisze. Nie spieszy się. Spod oka obserwuje faceta i zastanawia się, ile dzisiaj wypił. Pół litra? Litr? I nie informuje, że statystyki podają, iż za większość zabójstw dzieci odpowiadają ich rodzice. Taka jest smutna prawda.
*
Kolejną ofiarę też znaleziono w lasku pod miastem, tym razem od zachodniej strony. Natknął się na nią przechodzący obok chłopak.
Przerażony tym, co właśnie zobaczył, zawiadamia odpowiednie służby. A jednocześnie cały czas zastanawia się, czy postępuje właściwie. Co ja robię, myśli, chyba nie powinienem, myśli, a jeśli mnie zamkną, myśli, po co się w to mieszam? Bo czy nie lepiej iść dalej przed siebie jak gdyby nigdy nic? Drogą, prosto. Niczego nie widziałem, niczego nie słyszałem, niczego nie wywnioskowałem, w ogóle mnie tu nie było. Ręce mu się trzęsą.
Po przybyciu na miejsce funkcjonariusze stwierdzają, że zwłoki należą do dziewczynki lat około pięciu, a stopień rozkładu ciała jest na tyle zaawansowany, że mogą być trudności z dokładnym ustaleniem przyczyn zgonu. Do tego dochodzi jeszcze uszkodzenie zwłok przez leśne stworzenia, które nie bacząc na dobro śledztwa, z apetytem i całkiem obficie ucztowały sobie na tkankach miękkich w myśl zasady, że w przyrodzie nic się nie zmarnuje.
– Uduszona?
Patolog układa na wózku z instrumentami nożyczki chirurgiczne, hak sekcyjny, skalpele różnej długości, refraktory… Robi zdjęcia. Do słoików wkłada próbki pobranych z ciała tkanek. Wypełnia formularz protokołu, daje do podpisania prokuratorowi. Prokurator z obrzydzeniem spogląda na sklepową wagę, służącą do ważenia narządów, na piłę do rozcinania czaszki, na miarki i linijki.
– Trudno stwierdzić.
Typowe oznaki uduszenia, takie jak krwawe wybroczyny pod spojówkami i sino fioletowe zabarwienie skóry, jeśli były, to i tak dawno już zniknęły w nieuniknionym procesie przemijania. Prokurator ze zrozumieniem kiwa głową.
– Ale zdaje się, że w zębach znajduje się bawełniane włókno – oznajmia patolog, wyciągając pęsetą skrawek czegoś. – A więc zapewne tak, uduszona.
– Od dawna nie żyje?
Dziecko nie żyje od dwóch do czterech lat, na co wskazuje stan szkieletu. Proces gnilny doprowadził do rozkładu tkanek, niewiele się ich zachowało. Oprócz tych nielicznych są jeszcze widoczne ścięgna i wiązadła.
– Zgwałcona?
Prokurator przypatruje się czaszce, z której spływają jasne, długie włosy. Są pozbawione blasku i przypominają starą watę.
– Nie wiem – odpowiada lekarz. – Nie potrafię stwierdzić. Ciało zbyt długo leżało w ziemi.
– Wielka szkoda.
Prokurator żałuje. Nie wiadomo, czy bardziej tego, że ślady pozostawione przez napastnika są tak nikłe, czy też tego, że jego praca jest tak niewdzięczna i wymaga asystowania przy krojeniu trupów. I to za ile! Kwota, jaką zarabia, jest niewspółmiernie niska w stosunku do ilości traumatycznych działań, jakimi się go obarcza. Po co mu to? Gdyby tak był komornikiem albo adwokatem z prywatną praktyką… Mógłby bronić bogatych biznesmenów, celebrytów, dygnitarzy… Stać by go było na domek w Beskidach, na elektryczny samochód, na zagraniczne podróże, na coś jeszcze…
Po przejrzeniu archiwów i potwierdzeniu badaniem DNA okazuje się, że odnalezione zwłoki należą do Madzi Potrzebnej, córeczki Anity i Michała, która zaginęła trzy i pół roku wcześniej.
– Nasza córka?!
Matka krzyczy na wieść o znalezisku, płacze spazmatycznie, oglądając zwłoki, choć nikt przecież nie zmuszał jej do odwiedzin w prosektorium. Ojciec stoi nieruchomo, wpatrując się w skromny szkielecik, i zaciska pięści.
– K-k-kto to zrobił?! – jąka się. – Kto to z-z-zrobił mojemu dziec-dziec-ku? Dla-dla-dlaczego?
Na to pytanie nikt nie jest w stanie udzielić mu odpowiedzi.
– Wreszcie będziemy mogli ją pogrzebać – szepcze matka.
Stara się uspokoić. Czerwienieje. Blednie. Drżą jej ręce. Przyciska je do piersi. Myśli, że za parę dni złożą szczątki córeczki w białej trumnie, murowany grób przyjmie ciało w czarną czeluść, sowicie opłacony ksiądz pomodli się za niewinną duszę, grabarze wyciągną łapy po napiwek. Tak jak trzeba. A potem kamieniarz wyskrobie na granitowej płycie napis, że taka młoda, że tragicznie, że Bóg tak chciał. I po wszystkim. I dziewczynka będzie w końcu miała swoje miejsce, na którym oni złożą kwiaty i zapalą znicze. Obok grobu postawią ławeczkę, będą na niej siadali, będą się modlili, będą wspominali, wiosną, zimą… Jezus Maria! Matka wyciera twarz, na policzkach pozostają ciemne smugi, wzdycha, mówi, że ich życie się skończyło. Krótkie było.
– Złożyłam zawiadomienie o zaginięciu jeszcze tego samego dnia, kiedy zniknęła, powiedziałam, jak była ubrana, we włosach miała kolorową spinkę, o, proszę spojrzeć, tutaj mam jej zdjęcie.
Kobieta wyjmuje z torebki fotografię Madzi, na której śliczna dziewczynka uśmiecha się do obiektywu.
– W telewizji mówili o Madzi już nazajutrz, a później co godzina pojawiały się komunikaty w TVN i w Polsacie. Rozwieszaliśmy jej zdjęcia na drzewach, na tablicach. I co z tego.
Rodzice informują, że dziecko zaginęło ponad trzy lata temu. Bawiła się na placu zabaw pilnowana przez babcię siedzącą na ławeczce obok, no i raptem… Co?! Gdzie?! W jednej chwili! Ludzie, ludzie! Czy ktoś widział? Nikt nie widział!? Nikt niczego nie widział. Nie ma Madzi!
– Wszystko robiliśmy, wszystko, wszystko – mówi matka.
– Wszy-wszy-stko, wszystko ro-ro-ro-biliśmy – dopowiada ojciec.
Wystąpili w programie telewizyjnym, razem z zastępcą prokuratora. W wydanym oświadczeniu oznajmili, że wierzą w sprawność policji, obiecali nagrodę, zgłosili zaginięcie do Itaki. Wynajęli prywatnego detektywa, skontaktowali się nawet z jasnowidzem. Wszystko na nic.
– Powiedział, że miał wizję – mówi matka Madzi o wróżbicie.
Ton jej głosu nie pozostawia wątpliwości, że ma o nim nienajlepsze zdanie.
– Powiedział, że Madzia żyje, że ktoś ją po prostu przetrzymuje, wkrótce wystąpi o okup. Oszukał nas, dawał nam nadzieję.
– I ty-ty-ty-le nas to kosztowało… – dodaje ojciec Madzi. – Nie mó-mó-wię tyl-tyl-ko o pienią-nią-dzach. O mało się nie rozwiedliśmy, gdyby nie d-d-d-woje starszych dzieci, to…
Milknie. Macha ręką. To machnięcie ma informować, co by z nimi było, gdyby nie dwóch pozostałych przy życiu synów. Ucieka spojrzeniem w bok. Przygryza wargi. Chowa dłonie w kieszeniach marynarki. Pewnie żeby ukryć obgryzione paznokcie. Matka Madzi wyjmuje chusteczkę i głośno wydmuchuje nos. Znowu płacze. Powietrze w pomieszczeniu, w którym toczy się rozmowa, staje się gęste, lepkie, trudno nim oddychać.
– Czy moglibyśmy porozmawiać z babcią? – pyta detektyw prowadzący śledztwo.
Ale Anita Potrzebna tylko kręci głową.
– Nie, niestety.
„Nie, niestety” oznacza, że rozmowa jest niemożliwa, bo babcia dziecka, czyli matka Anity Potrzebnej, już nie żyje.
– Przedawkowała tabletki nasenne. Świadomie. Kilka miesięcy po zaginięciu Madzi. Nie mogła znieść tej tragedii. Miała poczucie winy. Zabiła się.
– No i dobrze – mówi Michał Potrzebny, wyrażając w ten sposób swój stosunek do zmarłej teściowej, którą uważa za odpowiedzialną za to, co się stało. Tym razem się nie jąka. – Bardzo dobrze – powtarza.
*
Na przestrzeni kilkunastu kolejnych miesięcy odnaleziono zwłoki trzech dziewczynek w wieku trzech, pięciu oraz czterech lat.
– Trzy lata dziecko! Co za bydlę!
Śledczy krzywią się z obrzydzeniem, jakby gwałt i morderstwo popełnione na trzylatce były w kategoriach moralnych gorszą zbrodnią niż taki sam czyn popełniony na czterolatce.
Jedno z ciał znajdowało się na brzegu rzeki, zaplątane w szuwary. Odnalazł je wędkarz, który szybko skontaktował się z policją. Drugie leżało wciśnięte między betonowe kloce na terenie zamkniętej fabryki chemikaliów. Znalazły je przypadkowo psy tropiące, które tego dnia szukały zaginionej nastolatki. Ciało najmłodszego dziecka znajdowało się w studzience kanalizacyjnej w miejskim parku. Ono także zostało znalezione przypadkowo przez pracownika systemu kanalizacyjnego, który po dokonaniu strasznego odkrycia przez kilka dni z rzędu upijał się na umór.
Po tych nieszczęsnych znaleziskach anatomopatolodzy z miejskiego prosektorium mają pełne ręce roboty. Zdejmują skalpy, wycinają narządy wewnętrzne, porządkują, ważą, wysyłają na badania toksykologiczne, sprawdzają układ kostny, mierzą długość kończyn i szkieletów.
– Wyspecjalizowany patolog potrafi w zwłokach znaleźć więcej informacji niż wszyscy laboranci kryminalistyczni razem wzięci – stwierdza chełpliwie jeden z pracowników prosektorium.
Zakłada biały fartuch, na to gumowy ochraniacz, na twarz maseczkę, na ręce wciska gumowe rękawiczki i ochoczo zabiera się do krojenia ciała. Nacina klatkę piersiową, mechaniczną piłą otwiera czaszkę, bada kości, wyjmuje mózg, tkanki miękkie układa w ustalonym porządku na blacie, zaraz pobierze z nich wycinki, zważy organy, zrobi zdjęcia.
– No i proszę – mówi.
– Czyli że co? – pyta asystent.
– Włącz dyktafon.
Następnie lekarz opisuje stan, w jakim znajdują się zwłoki dzieci. Jedno z nich nie żyje od pół roku, stwierdza się brak zmian chorobowych, serce w porządku, płuca w porządku, przed śmiercią nastąpił stosunek płciowy, sączek z drobinką spermy pobraną przez laboranta trafi do badania biologicznego w celu oddzielenia DNA. Przyczyną śmierci było uduszenie, na co wskazuje kawałek silikonowej waty w gardle.
Drugie dziecko nie żyje od co najmniej czterech lat, został tylko szkielet, stwierdza się złamanie kości udowej, biedna mała. Śmierć prawdopodobnie także nastąpiła przez uduszenie. Czy doszło do penetracji seksualnej? Nie wiadomo. Po tak długim czasie od zabójstwa trudno jest mówić o śladach aktywności cielesnej.
Kolejne dziecko zmarło półtora roku temu, serce w słabej kondycji, w rejestrach medycznych oznaczono je jako zakwalifikowane do przeszczepu, w narządach rodnych znaleziono nasienie.
– Uduszona?
– Tak.
– Przykro patrzeć – podsumowuje asystent, odwraca wzrok.
Do ust napływa ślina, czuje odór śmierci, który łączy się z rozkładem tkanek. Wie, że będzie musiał długo stać pod prysznicem, żeby spłukać ten smród ze swojego ciała. Czy się uda?
– Taka praca.
Patolog wzrusza ramionami, patrzy z odrobiną pogardy na asystenta. Beznamiętne słowa rozbrzmiewają w chłodnym pomieszczeniu, szczelnie kryjąc ludzkie tragedie. Porwanych, przerażonych, zgwałconych i maltretowanych. Dowodzą, że naruszono wszystko, co można naruszyć, żeby skrzywdzić drugiego człowieka.
– Brak odcisków palców. W genitaliach nasienie u dwóch ofiar.
W laboratorium kryminalistycznym, do którego patolog prześle próbki spermy, okaże się, że należy ona do tego samego osobnika. Popieprzony zbok! Niestety, nie ma go w policyjnej bazie danych.
Po tych przerażających odkryciach w prasie pojawiają się artykuły pełne spekulacji. Dziennikarze zastanawiają się kto, gdzie, w jaki sposób, kiedy. Zadają pytania, dlaczego policja nie ujawnia szczegółów dotyczących zbrodni. I mają nadzieję, że sprawca zostanie wkrótce schwytany i osądzony. Sprawiedliwie!
– Róbcie coś! Niech policja coś robi! Płacimy podatki!
Ludzie domagają się efektów działań policji, dzwonią na komisariat, dzwonią do redakcji gazet, żądają informacji. Niektórzy odwiedzają biura poselskie wybranych przez siebie przedstawicieli władzy, upominając się o sprawiedliwość.
– Co roku ginie u nas bez wieści około dwustu dzieci. Ale większość z nich szczęśliwie się odnajduje.
Rzecznik prasowy wydziału kryminalnego staje w kontrapunkcie, odczytuje przygotowany komunikat, przytacza dane wyrażone w uspokajających statystykach, że wcale nie jest tak źle, a nawet jest całkiem dobrze, a w każdym razie o wiele lepiej niż za poprzedniego rządu, uśmiecha się do kamery, zwilża wargi, żeby lepiej wypaść w obiektywie, z komunikatu wynika, że funkcjonariusze zawsze stają na wysokości zadania, szukają, obserwują, śledzą i sprawdzają. W służbie społeczeństwu. Należy im ufać.
– Sprawdzamy noclegownie, szpitale, schroniska młodzieżowe, parki, dworce.
– Widać mało skutecznie! – wyrywa się jeden z dziennikarzy, którego nie satysfakcjonują wyjaśnienia rzecznika.
– Do poszukiwań angażujemy wszelkie dostępne siły, sprowadzamy specjalnie szkolone psy, kierujące się tylko górnym wiatrem. W przypadku długotrwałych zaginięć powstaje grupa dochodzeniowa, która pracuje tak długo, jak długo napływają nowe sygnały.
– Jakim wiatrem? Jakie zaginięcia?
– Górnym. Trwałe.
– Kpiny jakieś! Do roboty się weźcie! Krawężniki durne! Psy jebane!
– Proszę państwa, pracujemy na pełnych obrotach. – Rzecznik udaje, że nie słyszy inwektyw. – Wiele historii zaginionych osób kończy się szczęśliwie – przekonuje, chrząka, moduluje głos, prostuje plecy. – Angażujemy poligony szukających: policjantów, strażaków, straż leśną, ochotników. Robimy, co tylko jest w naszej mocy.
– Widocznie mało mocarni jesteście.
Ktoś krzyczy. Ktoś się śmieje.
– Darmozjady jedne!
Po wysłuchaniu komunikatu rzecznika ludzie powoli się rozchodzą. Jeden ze znanych w lokalnym środowisku społeczników zachęca do wzięcia udziału w marszu pamięci, który ma się odbyć następnego dnia, zbiórka pod ratuszem, przewidziana trasa do bram Cmentarza Północnego. Uczestnicy marszu proszeni są o przyniesienie zniczy i transparentów oraz o ubranie się na czarno. Ku pamięci.
Lokalna społeczność jest oczywiście zaniepokojona rozwojem sytuacji. Krążą pogłoski, że w mieście grasuje kanibal zwyrodnialec. Dlaczego kanibal? Wystarczy zwyrodnialec. Dzieciom nie wolno samym przebywać poza domem. Wieczorami ulice pustoszeją. W telewizji śniadaniowej prezenterka z przejęciem poucza widzów, jak się zachować w razie spotkania z „przeciwnikiem”. Kim dokładnie jest ten przeciwnik i jak go rozpoznać – tego już nie precyzuje. Mówi natomiast, żeby nie rozmawiać z obcymi, mieć przy sobie gaz pieprzowy, krzyczeć, gryźć, dzwonić na policję. Czy te zalecenia odnoszą się także do małoletnich poniżej szóstego roku życia i jak powinno się je do tego przygotować? Tego prezenterka już nie wyjaśnia. W gazetach natomiast pojawiają się artykuły opatrzone wiele mówiącymi tytułami, takimi jak: _Sama w lesie_.
– Co za bzdury!
W komisariacie mówi się, że to bzdury, które mogą wywołać panikę, a panika w dochodzeniu nie pomoże. Nadkomisarz informuje podwładnych, że mają do czynienia z przestępcą, który nie był dotychczas notowany, dlatego od funkcjonariuszy oczekuje się wyjątkowej ostrożności. Zgromadzona dokumentacja – protokoły, statystyki, notatki służbowe – dostarcza jedynie szczątkowych informacji, które nie pozwalają na opracowanie precyzyjnych działań operacyjnych. A analiza bazy osób podejrzanych o przestępstwa na tle seksualnym ujawnia poważne luki: nie obejmuje bowiem tych, którzy funkcjonują „poza podejrzeniem” – wysoko postawionych urzędników, ważnych biznesmenów, polityków czy duchownych…
Policyjna psycholog, poproszona o stworzenie profilu pedofila, oświadcza, że ilość śladów behawioralnych niezbędnych do wywiązania się z zadania jest zbyt skąpa.
– Mało danych – narzeka. I dodaje, że nie można od niej oczekiwać cudów.
Następnie do znudzenia analizuje dokumentację dotyczącą przestępstw, ogląda zdjęcia zwłok, sposób ułożenia ciał, które mają wskazać stosunek emocjonalny sprawcy do ofiary. Tu na przykład sprawa oznaczona numerem zero osiem. Drobne ciałko owinięte w jakieś szmatki. Albo tutaj. Laboranci twierdzą, że to kocyk koloru niegdyś różowego. Zachowały się na nim wzorki, chyba tygryski albo misie. Tak jakby morderca darzył dziecko uczuciem, to możliwe? Nadkomisarz, z którym psycholożka dzieli się spostrzeżeniami, nie potrafi rozwiać wątpliwości. Nie ma przecież odcisków palców ani odcisków butów, wydzielin, naskórka, włosów…
– Jest nasienie – przypomina nadkomisarz.
Uśmiecha się. Bo nasienie w posiadaniu policyjnego laboratorium to już coś. Wielkie coś. To już połowa sukcesu.
Po otrzymaniu informacji o losie dzieci krewni zamordowanych dziewczynek reagują podobnie. Płaczą, krzyczą, wymiotują, mdleją, chcą się zemścić, pytają, kto to zrobił, pytają, dlaczego właśnie oni, bo gdyby padło na kogoś innego, to byłoby w porządku. Oczywiście wszyscy się obwiniają, że nie dopilnowali. A w następnym etapie przeżywania żalu zaczynają także obwiniać policję, że gnuśna, mało energiczna, powolna i że jej się nie chce.
– Gdyby policja przeanalizowała te wszystkie sygnały… – narzekają, nie precyzując, o jakie sygnały chodzi.
Złoszczą się i pomstują.
– Gdyby policja przeanalizowała te wszystkie sygnały, może udałoby się złapać drania.
Szlochają i wołają o pomstę do nieba. Żeby Bóg sprawiedliwy wziął sprawy w swoje ręce i żeby ukarał. Boleśnie. Bez litości.
A więc gdyby policja wcześniej dostała zgłoszenie o zaginięciu, gdyby zbadała każdy trop, którego nie chciało jej się zbadać, gdyby przesłuchała każdego podejrzanego, którego nie chciało jej się przesłuchać, gdyby była lepiej przeszkolona, lepiej opłacana, bardziej zdyscyplinowana… Gdyby, gdyby… Teraz zostają tylko pretensje, łzy, gniew i poczucie krzywdy.
– Nasza córcia! – lamentuje jedna z matek.
Na ścianach niewielkiego mieszkania wiszą powiększone fotografie córki, każdego dnia matka spędza przed nimi wiele godzin. O, tutaj zaraz po urodzeniu. Tutaj z chrztu. Tutaj z wujkiem i ciocią. A tutaj nad morzem. Śliczna, niewinna, ufna blondyneczka. Przed największym zdjęciem matka codziennie zapala świeczkę. Obok świeczki stawia obrazek z Matką Boską. Obok obrazka z Matką Boską stawia mniejszy, ze świętym Józefem pochylającym się nad kołyską. Czuje się samotna, bezradna i oszukana. Stara i niepotrzebna. Mąż dawno ją opuścił.
– Nasza śliczna.
Inna matka nie chce przyjąć do wiadomości, że jej córka nie żyje. To przecież niemożliwe! Twierdzi, że znalezione zwłoki są zwłokami innego dziecka. Strzępki ciała to nie są te strzępki ciała, kości to nie są te kości, tkanki miękkie to nie są te tkanki miękkie, wysokość szkieletu też jest inna.
– Co żeście mi tu pokazali! Nieuki jesteście! Ja nie wierzę!
I wyświetla w telefonie galerię zdjęć, z których spogląda ładna, wesoła dziewczynka, rzeczywiście niepodobna do szczątków leżących na stole w prosektorium. W jednej rączce trzyma kotka albo zajączka, w drugiej lizak. Uśmiecha się do osoby, która robi jej fotografię. W policzku ukazuje się niewielki dołeczek, kwintesencja wdzięku.
– Ja go znajdę!
Czyjś ojciec z kolei komunikuje, że odnajdzie drania. A jak go odnajdzie, to zabije, będzie łajdak umierał w męczarniach, godzinami. Będzie wył z bólu i skowyczał! Na drugiej półkuli go usłyszą! Czyjś ojciec mówi, że nikt go od tego zamiaru nie odwiedzie, najwyżej dostanie stryczek i co z tego.
– I co z tego?! Moje życie i tak już się skończyło, więc mi nie zależy. To nie człowiek, to potwór. Jak zostaje się takim potworem?
Na pytanie, jak zostaje się takim potworem, stara się odpowiedzieć policyjna pani psycholog, chociaż przychodzi jej to z wielkim trudem. Psychologia behawioralna nie rozwiewa bowiem wszystkich wątpliwości dotyczących genezy zbrodniczych zachowań, aczkolwiek część z nich wydaje się oczywista.
– Wychowanie. Przede wszystkim wychowanie. Złe nawyki i część predyspozycji wynosi się z rodzinnego domu.
Kobieta prezentuje swoje poglądy na spotkaniu z nadkomisarzem i jego podwładnymi. Pokazuje przygotowane wcześniej wykresy i analizy, powołuje się na statystyki. Twierdzi, że kilkunastoletnia praktyka zawodowa pozwala jej wysnuć wniosek, iż istnieje pięćdziesięcioprocentowe prawdopodobieństwo, że dziecko molestowane w dzieciństwie będzie molestować innych, gdy dorośnie. To nazywa się cyklicznością zachowań przenoszonych z pokolenia na pokolenie, której egzemplifikacją jest przysłowiowe jabłko padające niedaleko od jabłoni.
– Jak dotąd nie spotkałam sprawcy, który miałby szczęśliwe dzieciństwo – mówi psycholożka i podkreśla, że za drzwiami domu rodzinnego dzieją się różne rzeczy, o których się nie mówi.
– Dziewięćdziesiąt procent rodzinnych sprawców to ojcowie – dopowiada obecny na spotkaniu nadkomisarz. – Tatuś pedofil, co? To brzmi strasznie.
Funkcjonariusze słuchają psycholożki z zainteresowaniem i patrzą po sobie. Niektórzy z nich w swojej karierze zawodowej mieli już do czynienia z rodzinnym molestowaniem małoletnich, a więc wiedzą, że schemat działań przestępczych jest podobny: dotykanie, zachęcanie do dotykania, całowanie… Czułość, miłość… Niby nic takiego. Później przychodzi kolejny etap…
– Nikt tego nie widzi?
Młoda kobieta z ekipy dochodzeniowej, która niedawno dołączyła do zespołu, spogląda z niedowierzaniem na kolegów. Nie wyobraża sobie, żeby członkowie rodziny nie zdawali sobie sprawy, co dzieje się pod ich wspólnym dachem. Matka? Babka?
– Matka udaje, że nie widzi – wyjaśnia psycholożka. – Babka udaje, że nie widzi. Rodzeństwo udaje, że nie widzi. Genetyczna ślepota dotyka domowników. To wygodne. Taka sytuacja może trwać latami – problem narasta, budząc coraz silniejsze poczucie krzywdy. W końcu zapewne balon pęknie.
– To okropne.
– Rzeczywiście. Dziecko na ogół nikomu się nie skarży. Często myśli, że tak właśnie musi być.
– Ale ktoś przecież musi się domyślić?
– Kompetentny psycholog. On potrafi odczytać symptomy.
– Jakie?
– Smutek, apatia, brak apetytu… Ale wykorzystywane dzieci rzadko trafiają do gabinetu psychologa. I w tym problem.
– No a sprawca?
Policjanci zgromadzeni w sali odpraw wiedzą, że nikt na czole sprawcy nie umieścił znaku ostrzegawczego ze wskazaniem, że to ten jest właśnie. Wszyscy wiedzą, że przestępcy niczym nie różnią się od innych ludzi. Tak samo się ubierają, jeżdżą takimi samymi samochodami, odwiedzają te same galerie handlowe, restauracje… Taki ktoś pracuje w banku albo w szkole, albo na poczcie, albo na stacji benzynowej. Może być nauczycielem, katechetą, trenerem, kelnerem, urzędnikiem…
– Nasz pedofil…
Pani psycholog spekuluje, że poszukiwany przez policję zbrodniarz może wywodzić się ze środowiska, w którym doznał krzywd molestowania. Przypuszcza, że jest facetem o pospolitym wyglądzie, nikt go przecież nie zapamiętał. Przypuszcza, że jest właścicielem lub użytkownikiem nierzucającego się w oczy samochodu, że dotychczas nie wszedł w konflikt z prawem. Jest ostrożny? Spekulacje te podobne są do spłachetka śniegu, który przy wzroście temperatury płynie cienką strużką w nicość.
– To niewiele – mówi ktoś.
„To niewiele” oznacza, że pytania dotyczące wyglądu poszukiwanego, jego cech charakteru, poziomu inteligencji, wykształcenia, cały czas pozostają bez odpowiedzi. Co z tym zrobić? Że niby coś jest, a potem okazuje się, że owo „coś” to jest prawie nic, a właściwie całkiem nic, wielkie zero.
Mimo tak szczątkowych ustaleń nadkomisarz nie zamierza się poddać. Przygląda się zebranym funkcjonariuszom i pociesza się, że jest to zgrany zespół, każdemu można ufać. Pociera ręką wielki nochal, marszczy się – jest to znany wszystkim sygnał, że nastał czas działania. Jego ciało, podobne do wykrzyknika, napręża się jak korek od szampana, zaraz wyskoczy z hukiem, coś się stanie. Co się stanie? Nadkomisarz powołuje dziesięcioosobową grupę specjalną, której nakazuje zapoznać się z pojęciem syndromu adaptacyjnego dziecka wykorzystywanego seksualnie. Zleca przeszukanie baz osób wykorzystujących seksualnie dzieci. Przeszukania mają dotyczyć także wydarzeń sprzed lat, co oznacza grzebanie w archiwach, w kartotekach służb medycznych, poradni psychologicznych, punktów opieki społecznej i w czym jeszcze? Dwóch funkcjonariuszy zostaje oddelegowanych do odwiedzania agencji towarzyskich i sex-shopów. Mają pytać o klientów, którzy kolekcjonują pornografię. Zadaniem informatyka jest przeszukiwanie portali odwiedzanych przez amatorów mocnych wdzięków. Czy to wszystko?
Ludzie pomrukują, że zadanie może być albo bardzo trudne do wykonania, albo wręcz niemożliwe. Narzekają, że w służbie zdrowia i w poradniach psychologiczno-pedagogicznych obowiązuje tajemnica lekarska, nikt nie będzie chciał udzielać informacji o pacjentach. Potrzebny będzie nakaz. Niejeden. Ktoś niezadowolony mruczy, że łatwo jest zlecić robotę, ale trudniej ją wykonać. Ktoś inny gestykuluje niespokojnie, nerwowo pociera twarz, skubie podbródek, ściąga usta. Boi się? I myśli, że najprościej będzie czekać na kolejną ofiarę, bo może tym razem pedofil popełni jakieś błędy. Ale oczywiście nie ma odwagi powiedzieć tego na głos.
A jednak kolejnej ofiary nie ma.
Mijają tygodnie, miesiące, w końcu lata. Żadne nowe ciało nie zostaje odnalezione, nikt nie zgłasza informacji o zaginięciu dziecka, atmosfera powoli się oczyszcza, strach blednie i rozwiewa się niczym dym. Będzie dobrze? Ludzie powoli zapominają o zagrożeniu, pozwalają dzieciom spędzać coraz więcej czasu poza domem. Wieczorami spacerują po bulwarach, wstępują do cukierni, jedzą lody. Spotykają się na grillu u sąsiadów, rozmawiają o bieżących sprawach, o grasującym niedawno wilkołaku albo o wampirze wydają się nie pamiętać. Bo kiedy to było? Wierzą, że przestępca zmarł albo się wyprowadził, albo leży gdzieś obłożnie chory. Koniec strachu.
Zwłoki dziecka znaleziono ósmego października w lesie pod miastem. Nastolatkowie, którzy urządzili sobie tamtego dnia wycieczkę turystyczną, chcąc przy okazji bez skrępowania zapalić papierosa, najpierw zwracają uwagę na dziwny przedmiot, którego biel przebija się przez leśną ściółkę. Czy to dłoń? Może lalki? Po odgarnięciu liści i igliwia okazuje się, że przedmiot nie jest dłonią lalki. Chłopcy zastygają w bezruchu.
Patrzą po sobie. Boją się. Nie wiedzą, co robić. W końcu zaczynają rozgrzebywać rozpulchnioną ziemię, czują przykry zapach, coś jakby stare mięso zmieszane z kiszoną kapustą. Krzywią się zniesmaczeni. Smród się wzmaga. Jeszcze kilka grzebnięć… Chłopcy pracują w milczeniu, pocą się, sapią, już niedługo…
I oto pod niezbyt grubą warstwą ziemi oczom ich ukazują się zwłoki.
– O cholera! – piszczy jeden z nich.
Pisk przypomina odgłos przerażonej myszy. Drugi chce uciekać, a w okolicy żołądka czuje zimne ukłucie strachu, jakby ktoś szturchnął go ostrym soplem lodu. Rozgląda się, żeby sprawdzić, czy za pobliskim krzakiem nie kryje się zbrodniarz, który zaraz rzuci się na nich z siekierą albo nożem. Trzeci decyduje, że trzeba zawiadomić policję, z kieszeni spodni wyjmuje telefon komórkowy i wystukuje na klawiaturze sto dwanaście.
– Zwariowałeś?! – sprzeciwia się pierwszy. – Będziemy mieć kłopoty, a jak pomyślą, że to my?
– Nie pomyślą.
– A jak jednak pomyślą, to co? Pójdziesz siedzieć?
Policjanci przyjeżdżają na miejsce przestępstwa w ciągu godziny. Wraz z nimi pojawia się ekipa kryminalistyczna wyposażona w pęsety, pędzelki, proszki, gips chirurgiczny do odlewów. Funkcjonariusze ściągają dyżurnego prokuratora, który zjawia się niezadowolony, bo właśnie przerwano mu pewne sympatyczne spotkanie, które w tajemnicy przed żoną planował od dłuższego czasu. Zadają świadkom odkrycia standardowe pytania, uprzedzają o odpowiedzialności karnej z artykułu dwieście trzydzieści trzy, spisują protokół, po czym przystępują do oględzin miejsca i stwierdzają, że przy zwłokach nie ma dokumentów, które pomogłyby w ich identyfikacji. Jeden z chłopców myśli, że przecież dzieci nie noszą torebek z dowodem tożsamości ani z prawem jazdy, więc nie ma w tym nic dziwnego.
Następnie ciało zostaje przewiezione do sądowego prosektorium, gdzie litościwy patolog kładzie je delikatnie na sekcyjnym stole i w nieprzyjemnym blasku jarzeniówek uważnie mu się przypatruje. Mruczy jednocześnie pod nosem, że świat, cholera jasna, zmierza ku końcowi. Po wielu latach pracy, która polega na krojeniu trupów, nie może się pogodzić z tym, że jego klientami mogą też być dzieci.
– Świat się kończy – zgadza się z anatomopatologiem prokurator, patrząc na rozdęte gazami, zabarwione na zielonkawy kolor zwłoki.
Jemu także trudno jest bez emocji zajmować się sprawami, w których ofiarami są małoletni. A poza tym, kto wymyślił ten cholerny artykuł dwieście dziewięć o obecności prokuratora przy otwarciu zwłok! Szlag by trafił!
Po przeprowadzeniu sekcji zwłok – obejrzeniu skóry, zmierzeniu kończyn, pobraniu próbek krwi i moczu, po obcięciu paznokci, które mogą stanowić materiał dowodowy, po pobraniu wymazu z pochwy, odbytu i ust, po zważeniu narządów i co jeszcze… A więc po tych wszystkich pobraniach, porównaniach, analizach lekarz stwierdza, że ofiarą jest dziewczynka rasy białej, bez widocznych deformacji, lat około czterech, włosy blond, drobnej budowy ciała. Na ciele nie ma śladów, które świadczyłyby o stosowaniu przemocy. W narządach rodnych nie widać śladów penetracji i nie ma nasienia. Jej śmierć nastąpiła około czterdziestu godzin wcześniej w wyniku niewydolności krążenia, a niewydolność krążenia została spowodowana ostrym przebiegiem choroby zakaźnej. Jakiej? Tego patolog jeszcze nie wie. W treści żołądkowej dziecka znaleziono ślady alkoholu, we krwi ślady rozkurczających farmaceutyków. Ubranie pobrudzone jest wymiocinami.
– Trudno sobie wyobrazić, żeby dziecko samo sięgnęło po alkohol – zastanawia się głośno prokurator.
– I żeby samo wzięło aspirynę – dodaje patolog.
Wkrótce udaje się ustalić tożsamość dziecka. To mała Klaudia, córka Hanny Waligóry mieszkającej w ośrodku dla maltretowanych kobiet.
– Moja córka? To nieprawda! To nie może być prawda! Nie rozumiem!
Na wieść o tragedii kobieta najpierw staje jak posąg, nie rusza się, później zgina się wpół jak scyzoryk, z jej ust powoli wycieka strużka śliny. Każde słowo funkcjonariuszy, którzy informują ją o strasznym znalezisku, dźga ją niczym nożem. Dosyć, dosyć! Potem przychodzi kolej na wściekłość. Co to znaczy! Żarty jakieś! A potem następują kolejno: rozpacz, gniew, gniew i rozpacz. Naprzemiennie.
– Nie rozumiem! – powtarza.
Nie rozumie albo nie chce zrozumieć, czego od niej chcą. Jakieś zeznania, jakieś dokumenty, czy to Klaudia!? Przerażona kiwa głową, że tak, tak, tak, że jest winna, bo przecież nie dopilnowała, dopuściła do nieszczęścia. O mój Boże! Później zanosi się szlochem. To jej córka? Biedne dziecko, które leży w kostnicy, w dodatku pokrojone i pozszywane bez jej zgody.
– Klaudia to grzeczna dziewczynka – przekonuje, chociaż nikogo nie trzeba przekonywać. – Posłuszna, nie rozmawia z obcymi i w ogóle…
Co to znaczy „i w ogóle…”? Skurczona do rozmiarów późnojesiennego liścia Hanna Waligóra odpowiada na pytania policjantów. Że przywędrowała do miasta z biednej wioski, że tutaj planowała ułożyć sobie życie, że Klaudunia to jej jedyny cel i że bez niej… Że w dniu określonym jako dzień zgonu pracowała, a córka była pod opieką przedszkolanek. Podobno dziewczynka oddaliła się z placu zabaw, pewnie zabłądziła, przestraszyła się, nikt nie widział…
Funkcjonariusz spisujący zeznania notuje, że temperatura wynosiła wtedy dziewiętnaście stopni, dzień był bezchmurny i bezwietrzny, że w pobliżu miejsca zabaw nie było nikogo… Mężczyzna podkreśla słowa „nie było nikogo”, obok stawia znak zapytania i wykrzyknik. Do sprawdzenia.
Ojciec Klaudii, do którego dociera ekipa kryminalistyczna, niechętnie otwiera drzwi swojej steranej przez czas i brak napraw chałupy, patrzy groźnie, cuchnie przetrawionym alkoholem i tanimi papierosami, nie zaprasza do środka.
– Czego? – pyta.
A na wieść o tragicznej śmierci córki drapie się po skołtunionej głowie, burczy coś pod nosem, czka, wzrusza ramionami, znowu czka. Że co? Jego Klaudia? Nie żyje? Ktoś ją zabił? Na pytanie, gdzie był rzeczonego dnia, mężczyzna charczy, spluwa i mówi, że nie pamięta, kurwa, bo co, czy to ważne? Przecież nie tknął dzieciaka. Ale po chwili pytanie policjanta dociera do jego świadomości, traktuje je jak silny cios prosto w jądra. Czerwienieje. Zaciska pięści. Ma ochotę komuś przywalić. Ma ochotę się napić. W końcu dowiedział się o śmierci córki, więc pragnienie to jest uzasadnione. Ma ochotę się nachlać. I co kogo obchodzi, że ma taką ochotę. Wrzeszczy:
– I co, psie! Podejrzewasz mnie?! Pod tą policyjną czapą coś się kisi?! Ty posterunkowy urzędasie! Nie zabiłem przecież! Własnego dzieciaka bym nie zabił! Byłem w domu!
Jego podniesiony głos wznosi się i opada, dźga powietrze jak nożem. Co jest grane!
– A to tłuste babsko gdzie było?! – Mężczyzna dyszy głośno.
– Jakie babsko?
– No to babsko, co to spieprzyło nie wiadomo dokąd, matka Klaudii, lepiej ją pytajcie! Nawet nie potrafiła dopilnować, kurwa jedna!
Funkcjonariusz pisze. Nie spieszy się. Spod oka obserwuje faceta i zastanawia się, ile dzisiaj wypił. Pół litra? Litr? I nie informuje, że statystyki podają, iż za większość zabójstw dzieci odpowiadają ich rodzice. Taka jest smutna prawda.
*
Kolejną ofiarę też znaleziono w lasku pod miastem, tym razem od zachodniej strony. Natknął się na nią przechodzący obok chłopak.
Przerażony tym, co właśnie zobaczył, zawiadamia odpowiednie służby. A jednocześnie cały czas zastanawia się, czy postępuje właściwie. Co ja robię, myśli, chyba nie powinienem, myśli, a jeśli mnie zamkną, myśli, po co się w to mieszam? Bo czy nie lepiej iść dalej przed siebie jak gdyby nigdy nic? Drogą, prosto. Niczego nie widziałem, niczego nie słyszałem, niczego nie wywnioskowałem, w ogóle mnie tu nie było. Ręce mu się trzęsą.
Po przybyciu na miejsce funkcjonariusze stwierdzają, że zwłoki należą do dziewczynki lat około pięciu, a stopień rozkładu ciała jest na tyle zaawansowany, że mogą być trudności z dokładnym ustaleniem przyczyn zgonu. Do tego dochodzi jeszcze uszkodzenie zwłok przez leśne stworzenia, które nie bacząc na dobro śledztwa, z apetytem i całkiem obficie ucztowały sobie na tkankach miękkich w myśl zasady, że w przyrodzie nic się nie zmarnuje.
– Uduszona?
Patolog układa na wózku z instrumentami nożyczki chirurgiczne, hak sekcyjny, skalpele różnej długości, refraktory… Robi zdjęcia. Do słoików wkłada próbki pobranych z ciała tkanek. Wypełnia formularz protokołu, daje do podpisania prokuratorowi. Prokurator z obrzydzeniem spogląda na sklepową wagę, służącą do ważenia narządów, na piłę do rozcinania czaszki, na miarki i linijki.
– Trudno stwierdzić.
Typowe oznaki uduszenia, takie jak krwawe wybroczyny pod spojówkami i sino fioletowe zabarwienie skóry, jeśli były, to i tak dawno już zniknęły w nieuniknionym procesie przemijania. Prokurator ze zrozumieniem kiwa głową.
– Ale zdaje się, że w zębach znajduje się bawełniane włókno – oznajmia patolog, wyciągając pęsetą skrawek czegoś. – A więc zapewne tak, uduszona.
– Od dawna nie żyje?
Dziecko nie żyje od dwóch do czterech lat, na co wskazuje stan szkieletu. Proces gnilny doprowadził do rozkładu tkanek, niewiele się ich zachowało. Oprócz tych nielicznych są jeszcze widoczne ścięgna i wiązadła.
– Zgwałcona?
Prokurator przypatruje się czaszce, z której spływają jasne, długie włosy. Są pozbawione blasku i przypominają starą watę.
– Nie wiem – odpowiada lekarz. – Nie potrafię stwierdzić. Ciało zbyt długo leżało w ziemi.
– Wielka szkoda.
Prokurator żałuje. Nie wiadomo, czy bardziej tego, że ślady pozostawione przez napastnika są tak nikłe, czy też tego, że jego praca jest tak niewdzięczna i wymaga asystowania przy krojeniu trupów. I to za ile! Kwota, jaką zarabia, jest niewspółmiernie niska w stosunku do ilości traumatycznych działań, jakimi się go obarcza. Po co mu to? Gdyby tak był komornikiem albo adwokatem z prywatną praktyką… Mógłby bronić bogatych biznesmenów, celebrytów, dygnitarzy… Stać by go było na domek w Beskidach, na elektryczny samochód, na zagraniczne podróże, na coś jeszcze…
Po przejrzeniu archiwów i potwierdzeniu badaniem DNA okazuje się, że odnalezione zwłoki należą do Madzi Potrzebnej, córeczki Anity i Michała, która zaginęła trzy i pół roku wcześniej.
– Nasza córka?!
Matka krzyczy na wieść o znalezisku, płacze spazmatycznie, oglądając zwłoki, choć nikt przecież nie zmuszał jej do odwiedzin w prosektorium. Ojciec stoi nieruchomo, wpatrując się w skromny szkielecik, i zaciska pięści.
– K-k-kto to zrobił?! – jąka się. – Kto to z-z-zrobił mojemu dziec-dziec-ku? Dla-dla-dlaczego?
Na to pytanie nikt nie jest w stanie udzielić mu odpowiedzi.
– Wreszcie będziemy mogli ją pogrzebać – szepcze matka.
Stara się uspokoić. Czerwienieje. Blednie. Drżą jej ręce. Przyciska je do piersi. Myśli, że za parę dni złożą szczątki córeczki w białej trumnie, murowany grób przyjmie ciało w czarną czeluść, sowicie opłacony ksiądz pomodli się za niewinną duszę, grabarze wyciągną łapy po napiwek. Tak jak trzeba. A potem kamieniarz wyskrobie na granitowej płycie napis, że taka młoda, że tragicznie, że Bóg tak chciał. I po wszystkim. I dziewczynka będzie w końcu miała swoje miejsce, na którym oni złożą kwiaty i zapalą znicze. Obok grobu postawią ławeczkę, będą na niej siadali, będą się modlili, będą wspominali, wiosną, zimą… Jezus Maria! Matka wyciera twarz, na policzkach pozostają ciemne smugi, wzdycha, mówi, że ich życie się skończyło. Krótkie było.
– Złożyłam zawiadomienie o zaginięciu jeszcze tego samego dnia, kiedy zniknęła, powiedziałam, jak była ubrana, we włosach miała kolorową spinkę, o, proszę spojrzeć, tutaj mam jej zdjęcie.
Kobieta wyjmuje z torebki fotografię Madzi, na której śliczna dziewczynka uśmiecha się do obiektywu.
– W telewizji mówili o Madzi już nazajutrz, a później co godzina pojawiały się komunikaty w TVN i w Polsacie. Rozwieszaliśmy jej zdjęcia na drzewach, na tablicach. I co z tego.
Rodzice informują, że dziecko zaginęło ponad trzy lata temu. Bawiła się na placu zabaw pilnowana przez babcię siedzącą na ławeczce obok, no i raptem… Co?! Gdzie?! W jednej chwili! Ludzie, ludzie! Czy ktoś widział? Nikt nie widział!? Nikt niczego nie widział. Nie ma Madzi!
– Wszystko robiliśmy, wszystko, wszystko – mówi matka.
– Wszy-wszy-stko, wszystko ro-ro-ro-biliśmy – dopowiada ojciec.
Wystąpili w programie telewizyjnym, razem z zastępcą prokuratora. W wydanym oświadczeniu oznajmili, że wierzą w sprawność policji, obiecali nagrodę, zgłosili zaginięcie do Itaki. Wynajęli prywatnego detektywa, skontaktowali się nawet z jasnowidzem. Wszystko na nic.
– Powiedział, że miał wizję – mówi matka Madzi o wróżbicie.
Ton jej głosu nie pozostawia wątpliwości, że ma o nim nienajlepsze zdanie.
– Powiedział, że Madzia żyje, że ktoś ją po prostu przetrzymuje, wkrótce wystąpi o okup. Oszukał nas, dawał nam nadzieję.
– I ty-ty-ty-le nas to kosztowało… – dodaje ojciec Madzi. – Nie mó-mó-wię tyl-tyl-ko o pienią-nią-dzach. O mało się nie rozwiedliśmy, gdyby nie d-d-d-woje starszych dzieci, to…
Milknie. Macha ręką. To machnięcie ma informować, co by z nimi było, gdyby nie dwóch pozostałych przy życiu synów. Ucieka spojrzeniem w bok. Przygryza wargi. Chowa dłonie w kieszeniach marynarki. Pewnie żeby ukryć obgryzione paznokcie. Matka Madzi wyjmuje chusteczkę i głośno wydmuchuje nos. Znowu płacze. Powietrze w pomieszczeniu, w którym toczy się rozmowa, staje się gęste, lepkie, trudno nim oddychać.
– Czy moglibyśmy porozmawiać z babcią? – pyta detektyw prowadzący śledztwo.
Ale Anita Potrzebna tylko kręci głową.
– Nie, niestety.
„Nie, niestety” oznacza, że rozmowa jest niemożliwa, bo babcia dziecka, czyli matka Anity Potrzebnej, już nie żyje.
– Przedawkowała tabletki nasenne. Świadomie. Kilka miesięcy po zaginięciu Madzi. Nie mogła znieść tej tragedii. Miała poczucie winy. Zabiła się.
– No i dobrze – mówi Michał Potrzebny, wyrażając w ten sposób swój stosunek do zmarłej teściowej, którą uważa za odpowiedzialną za to, co się stało. Tym razem się nie jąka. – Bardzo dobrze – powtarza.
*
Na przestrzeni kilkunastu kolejnych miesięcy odnaleziono zwłoki trzech dziewczynek w wieku trzech, pięciu oraz czterech lat.
– Trzy lata dziecko! Co za bydlę!
Śledczy krzywią się z obrzydzeniem, jakby gwałt i morderstwo popełnione na trzylatce były w kategoriach moralnych gorszą zbrodnią niż taki sam czyn popełniony na czterolatce.
Jedno z ciał znajdowało się na brzegu rzeki, zaplątane w szuwary. Odnalazł je wędkarz, który szybko skontaktował się z policją. Drugie leżało wciśnięte między betonowe kloce na terenie zamkniętej fabryki chemikaliów. Znalazły je przypadkowo psy tropiące, które tego dnia szukały zaginionej nastolatki. Ciało najmłodszego dziecka znajdowało się w studzience kanalizacyjnej w miejskim parku. Ono także zostało znalezione przypadkowo przez pracownika systemu kanalizacyjnego, który po dokonaniu strasznego odkrycia przez kilka dni z rzędu upijał się na umór.
Po tych nieszczęsnych znaleziskach anatomopatolodzy z miejskiego prosektorium mają pełne ręce roboty. Zdejmują skalpy, wycinają narządy wewnętrzne, porządkują, ważą, wysyłają na badania toksykologiczne, sprawdzają układ kostny, mierzą długość kończyn i szkieletów.
– Wyspecjalizowany patolog potrafi w zwłokach znaleźć więcej informacji niż wszyscy laboranci kryminalistyczni razem wzięci – stwierdza chełpliwie jeden z pracowników prosektorium.
Zakłada biały fartuch, na to gumowy ochraniacz, na twarz maseczkę, na ręce wciska gumowe rękawiczki i ochoczo zabiera się do krojenia ciała. Nacina klatkę piersiową, mechaniczną piłą otwiera czaszkę, bada kości, wyjmuje mózg, tkanki miękkie układa w ustalonym porządku na blacie, zaraz pobierze z nich wycinki, zważy organy, zrobi zdjęcia.
– No i proszę – mówi.
– Czyli że co? – pyta asystent.
– Włącz dyktafon.
Następnie lekarz opisuje stan, w jakim znajdują się zwłoki dzieci. Jedno z nich nie żyje od pół roku, stwierdza się brak zmian chorobowych, serce w porządku, płuca w porządku, przed śmiercią nastąpił stosunek płciowy, sączek z drobinką spermy pobraną przez laboranta trafi do badania biologicznego w celu oddzielenia DNA. Przyczyną śmierci było uduszenie, na co wskazuje kawałek silikonowej waty w gardle.
Drugie dziecko nie żyje od co najmniej czterech lat, został tylko szkielet, stwierdza się złamanie kości udowej, biedna mała. Śmierć prawdopodobnie także nastąpiła przez uduszenie. Czy doszło do penetracji seksualnej? Nie wiadomo. Po tak długim czasie od zabójstwa trudno jest mówić o śladach aktywności cielesnej.
Kolejne dziecko zmarło półtora roku temu, serce w słabej kondycji, w rejestrach medycznych oznaczono je jako zakwalifikowane do przeszczepu, w narządach rodnych znaleziono nasienie.
– Uduszona?
– Tak.
– Przykro patrzeć – podsumowuje asystent, odwraca wzrok.
Do ust napływa ślina, czuje odór śmierci, który łączy się z rozkładem tkanek. Wie, że będzie musiał długo stać pod prysznicem, żeby spłukać ten smród ze swojego ciała. Czy się uda?
– Taka praca.
Patolog wzrusza ramionami, patrzy z odrobiną pogardy na asystenta. Beznamiętne słowa rozbrzmiewają w chłodnym pomieszczeniu, szczelnie kryjąc ludzkie tragedie. Porwanych, przerażonych, zgwałconych i maltretowanych. Dowodzą, że naruszono wszystko, co można naruszyć, żeby skrzywdzić drugiego człowieka.
– Brak odcisków palców. W genitaliach nasienie u dwóch ofiar.
W laboratorium kryminalistycznym, do którego patolog prześle próbki spermy, okaże się, że należy ona do tego samego osobnika. Popieprzony zbok! Niestety, nie ma go w policyjnej bazie danych.
Po tych przerażających odkryciach w prasie pojawiają się artykuły pełne spekulacji. Dziennikarze zastanawiają się kto, gdzie, w jaki sposób, kiedy. Zadają pytania, dlaczego policja nie ujawnia szczegółów dotyczących zbrodni. I mają nadzieję, że sprawca zostanie wkrótce schwytany i osądzony. Sprawiedliwie!
– Róbcie coś! Niech policja coś robi! Płacimy podatki!
Ludzie domagają się efektów działań policji, dzwonią na komisariat, dzwonią do redakcji gazet, żądają informacji. Niektórzy odwiedzają biura poselskie wybranych przez siebie przedstawicieli władzy, upominając się o sprawiedliwość.
– Co roku ginie u nas bez wieści około dwustu dzieci. Ale większość z nich szczęśliwie się odnajduje.
Rzecznik prasowy wydziału kryminalnego staje w kontrapunkcie, odczytuje przygotowany komunikat, przytacza dane wyrażone w uspokajających statystykach, że wcale nie jest tak źle, a nawet jest całkiem dobrze, a w każdym razie o wiele lepiej niż za poprzedniego rządu, uśmiecha się do kamery, zwilża wargi, żeby lepiej wypaść w obiektywie, z komunikatu wynika, że funkcjonariusze zawsze stają na wysokości zadania, szukają, obserwują, śledzą i sprawdzają. W służbie społeczeństwu. Należy im ufać.
– Sprawdzamy noclegownie, szpitale, schroniska młodzieżowe, parki, dworce.
– Widać mało skutecznie! – wyrywa się jeden z dziennikarzy, którego nie satysfakcjonują wyjaśnienia rzecznika.
– Do poszukiwań angażujemy wszelkie dostępne siły, sprowadzamy specjalnie szkolone psy, kierujące się tylko górnym wiatrem. W przypadku długotrwałych zaginięć powstaje grupa dochodzeniowa, która pracuje tak długo, jak długo napływają nowe sygnały.
– Jakim wiatrem? Jakie zaginięcia?
– Górnym. Trwałe.
– Kpiny jakieś! Do roboty się weźcie! Krawężniki durne! Psy jebane!
– Proszę państwa, pracujemy na pełnych obrotach. – Rzecznik udaje, że nie słyszy inwektyw. – Wiele historii zaginionych osób kończy się szczęśliwie – przekonuje, chrząka, moduluje głos, prostuje plecy. – Angażujemy poligony szukających: policjantów, strażaków, straż leśną, ochotników. Robimy, co tylko jest w naszej mocy.
– Widocznie mało mocarni jesteście.
Ktoś krzyczy. Ktoś się śmieje.
– Darmozjady jedne!
Po wysłuchaniu komunikatu rzecznika ludzie powoli się rozchodzą. Jeden ze znanych w lokalnym środowisku społeczników zachęca do wzięcia udziału w marszu pamięci, który ma się odbyć następnego dnia, zbiórka pod ratuszem, przewidziana trasa do bram Cmentarza Północnego. Uczestnicy marszu proszeni są o przyniesienie zniczy i transparentów oraz o ubranie się na czarno. Ku pamięci.
Lokalna społeczność jest oczywiście zaniepokojona rozwojem sytuacji. Krążą pogłoski, że w mieście grasuje kanibal zwyrodnialec. Dlaczego kanibal? Wystarczy zwyrodnialec. Dzieciom nie wolno samym przebywać poza domem. Wieczorami ulice pustoszeją. W telewizji śniadaniowej prezenterka z przejęciem poucza widzów, jak się zachować w razie spotkania z „przeciwnikiem”. Kim dokładnie jest ten przeciwnik i jak go rozpoznać – tego już nie precyzuje. Mówi natomiast, żeby nie rozmawiać z obcymi, mieć przy sobie gaz pieprzowy, krzyczeć, gryźć, dzwonić na policję. Czy te zalecenia odnoszą się także do małoletnich poniżej szóstego roku życia i jak powinno się je do tego przygotować? Tego prezenterka już nie wyjaśnia. W gazetach natomiast pojawiają się artykuły opatrzone wiele mówiącymi tytułami, takimi jak: _Sama w lesie_.
– Co za bzdury!
W komisariacie mówi się, że to bzdury, które mogą wywołać panikę, a panika w dochodzeniu nie pomoże. Nadkomisarz informuje podwładnych, że mają do czynienia z przestępcą, który nie był dotychczas notowany, dlatego od funkcjonariuszy oczekuje się wyjątkowej ostrożności. Zgromadzona dokumentacja – protokoły, statystyki, notatki służbowe – dostarcza jedynie szczątkowych informacji, które nie pozwalają na opracowanie precyzyjnych działań operacyjnych. A analiza bazy osób podejrzanych o przestępstwa na tle seksualnym ujawnia poważne luki: nie obejmuje bowiem tych, którzy funkcjonują „poza podejrzeniem” – wysoko postawionych urzędników, ważnych biznesmenów, polityków czy duchownych…
Policyjna psycholog, poproszona o stworzenie profilu pedofila, oświadcza, że ilość śladów behawioralnych niezbędnych do wywiązania się z zadania jest zbyt skąpa.
– Mało danych – narzeka. I dodaje, że nie można od niej oczekiwać cudów.
Następnie do znudzenia analizuje dokumentację dotyczącą przestępstw, ogląda zdjęcia zwłok, sposób ułożenia ciał, które mają wskazać stosunek emocjonalny sprawcy do ofiary. Tu na przykład sprawa oznaczona numerem zero osiem. Drobne ciałko owinięte w jakieś szmatki. Albo tutaj. Laboranci twierdzą, że to kocyk koloru niegdyś różowego. Zachowały się na nim wzorki, chyba tygryski albo misie. Tak jakby morderca darzył dziecko uczuciem, to możliwe? Nadkomisarz, z którym psycholożka dzieli się spostrzeżeniami, nie potrafi rozwiać wątpliwości. Nie ma przecież odcisków palców ani odcisków butów, wydzielin, naskórka, włosów…
– Jest nasienie – przypomina nadkomisarz.
Uśmiecha się. Bo nasienie w posiadaniu policyjnego laboratorium to już coś. Wielkie coś. To już połowa sukcesu.
Po otrzymaniu informacji o losie dzieci krewni zamordowanych dziewczynek reagują podobnie. Płaczą, krzyczą, wymiotują, mdleją, chcą się zemścić, pytają, kto to zrobił, pytają, dlaczego właśnie oni, bo gdyby padło na kogoś innego, to byłoby w porządku. Oczywiście wszyscy się obwiniają, że nie dopilnowali. A w następnym etapie przeżywania żalu zaczynają także obwiniać policję, że gnuśna, mało energiczna, powolna i że jej się nie chce.
– Gdyby policja przeanalizowała te wszystkie sygnały… – narzekają, nie precyzując, o jakie sygnały chodzi.
Złoszczą się i pomstują.
– Gdyby policja przeanalizowała te wszystkie sygnały, może udałoby się złapać drania.
Szlochają i wołają o pomstę do nieba. Żeby Bóg sprawiedliwy wziął sprawy w swoje ręce i żeby ukarał. Boleśnie. Bez litości.
A więc gdyby policja wcześniej dostała zgłoszenie o zaginięciu, gdyby zbadała każdy trop, którego nie chciało jej się zbadać, gdyby przesłuchała każdego podejrzanego, którego nie chciało jej się przesłuchać, gdyby była lepiej przeszkolona, lepiej opłacana, bardziej zdyscyplinowana… Gdyby, gdyby… Teraz zostają tylko pretensje, łzy, gniew i poczucie krzywdy.
– Nasza córcia! – lamentuje jedna z matek.
Na ścianach niewielkiego mieszkania wiszą powiększone fotografie córki, każdego dnia matka spędza przed nimi wiele godzin. O, tutaj zaraz po urodzeniu. Tutaj z chrztu. Tutaj z wujkiem i ciocią. A tutaj nad morzem. Śliczna, niewinna, ufna blondyneczka. Przed największym zdjęciem matka codziennie zapala świeczkę. Obok świeczki stawia obrazek z Matką Boską. Obok obrazka z Matką Boską stawia mniejszy, ze świętym Józefem pochylającym się nad kołyską. Czuje się samotna, bezradna i oszukana. Stara i niepotrzebna. Mąż dawno ją opuścił.
– Nasza śliczna.
Inna matka nie chce przyjąć do wiadomości, że jej córka nie żyje. To przecież niemożliwe! Twierdzi, że znalezione zwłoki są zwłokami innego dziecka. Strzępki ciała to nie są te strzępki ciała, kości to nie są te kości, tkanki miękkie to nie są te tkanki miękkie, wysokość szkieletu też jest inna.
– Co żeście mi tu pokazali! Nieuki jesteście! Ja nie wierzę!
I wyświetla w telefonie galerię zdjęć, z których spogląda ładna, wesoła dziewczynka, rzeczywiście niepodobna do szczątków leżących na stole w prosektorium. W jednej rączce trzyma kotka albo zajączka, w drugiej lizak. Uśmiecha się do osoby, która robi jej fotografię. W policzku ukazuje się niewielki dołeczek, kwintesencja wdzięku.
– Ja go znajdę!
Czyjś ojciec z kolei komunikuje, że odnajdzie drania. A jak go odnajdzie, to zabije, będzie łajdak umierał w męczarniach, godzinami. Będzie wył z bólu i skowyczał! Na drugiej półkuli go usłyszą! Czyjś ojciec mówi, że nikt go od tego zamiaru nie odwiedzie, najwyżej dostanie stryczek i co z tego.
– I co z tego?! Moje życie i tak już się skończyło, więc mi nie zależy. To nie człowiek, to potwór. Jak zostaje się takim potworem?
Na pytanie, jak zostaje się takim potworem, stara się odpowiedzieć policyjna pani psycholog, chociaż przychodzi jej to z wielkim trudem. Psychologia behawioralna nie rozwiewa bowiem wszystkich wątpliwości dotyczących genezy zbrodniczych zachowań, aczkolwiek część z nich wydaje się oczywista.
– Wychowanie. Przede wszystkim wychowanie. Złe nawyki i część predyspozycji wynosi się z rodzinnego domu.
Kobieta prezentuje swoje poglądy na spotkaniu z nadkomisarzem i jego podwładnymi. Pokazuje przygotowane wcześniej wykresy i analizy, powołuje się na statystyki. Twierdzi, że kilkunastoletnia praktyka zawodowa pozwala jej wysnuć wniosek, iż istnieje pięćdziesięcioprocentowe prawdopodobieństwo, że dziecko molestowane w dzieciństwie będzie molestować innych, gdy dorośnie. To nazywa się cyklicznością zachowań przenoszonych z pokolenia na pokolenie, której egzemplifikacją jest przysłowiowe jabłko padające niedaleko od jabłoni.
– Jak dotąd nie spotkałam sprawcy, który miałby szczęśliwe dzieciństwo – mówi psycholożka i podkreśla, że za drzwiami domu rodzinnego dzieją się różne rzeczy, o których się nie mówi.
– Dziewięćdziesiąt procent rodzinnych sprawców to ojcowie – dopowiada obecny na spotkaniu nadkomisarz. – Tatuś pedofil, co? To brzmi strasznie.
Funkcjonariusze słuchają psycholożki z zainteresowaniem i patrzą po sobie. Niektórzy z nich w swojej karierze zawodowej mieli już do czynienia z rodzinnym molestowaniem małoletnich, a więc wiedzą, że schemat działań przestępczych jest podobny: dotykanie, zachęcanie do dotykania, całowanie… Czułość, miłość… Niby nic takiego. Później przychodzi kolejny etap…
– Nikt tego nie widzi?
Młoda kobieta z ekipy dochodzeniowej, która niedawno dołączyła do zespołu, spogląda z niedowierzaniem na kolegów. Nie wyobraża sobie, żeby członkowie rodziny nie zdawali sobie sprawy, co dzieje się pod ich wspólnym dachem. Matka? Babka?
– Matka udaje, że nie widzi – wyjaśnia psycholożka. – Babka udaje, że nie widzi. Rodzeństwo udaje, że nie widzi. Genetyczna ślepota dotyka domowników. To wygodne. Taka sytuacja może trwać latami – problem narasta, budząc coraz silniejsze poczucie krzywdy. W końcu zapewne balon pęknie.
– To okropne.
– Rzeczywiście. Dziecko na ogół nikomu się nie skarży. Często myśli, że tak właśnie musi być.
– Ale ktoś przecież musi się domyślić?
– Kompetentny psycholog. On potrafi odczytać symptomy.
– Jakie?
– Smutek, apatia, brak apetytu… Ale wykorzystywane dzieci rzadko trafiają do gabinetu psychologa. I w tym problem.
– No a sprawca?
Policjanci zgromadzeni w sali odpraw wiedzą, że nikt na czole sprawcy nie umieścił znaku ostrzegawczego ze wskazaniem, że to ten jest właśnie. Wszyscy wiedzą, że przestępcy niczym nie różnią się od innych ludzi. Tak samo się ubierają, jeżdżą takimi samymi samochodami, odwiedzają te same galerie handlowe, restauracje… Taki ktoś pracuje w banku albo w szkole, albo na poczcie, albo na stacji benzynowej. Może być nauczycielem, katechetą, trenerem, kelnerem, urzędnikiem…
– Nasz pedofil…
Pani psycholog spekuluje, że poszukiwany przez policję zbrodniarz może wywodzić się ze środowiska, w którym doznał krzywd molestowania. Przypuszcza, że jest facetem o pospolitym wyglądzie, nikt go przecież nie zapamiętał. Przypuszcza, że jest właścicielem lub użytkownikiem nierzucającego się w oczy samochodu, że dotychczas nie wszedł w konflikt z prawem. Jest ostrożny? Spekulacje te podobne są do spłachetka śniegu, który przy wzroście temperatury płynie cienką strużką w nicość.
– To niewiele – mówi ktoś.
„To niewiele” oznacza, że pytania dotyczące wyglądu poszukiwanego, jego cech charakteru, poziomu inteligencji, wykształcenia, cały czas pozostają bez odpowiedzi. Co z tym zrobić? Że niby coś jest, a potem okazuje się, że owo „coś” to jest prawie nic, a właściwie całkiem nic, wielkie zero.
Mimo tak szczątkowych ustaleń nadkomisarz nie zamierza się poddać. Przygląda się zebranym funkcjonariuszom i pociesza się, że jest to zgrany zespół, każdemu można ufać. Pociera ręką wielki nochal, marszczy się – jest to znany wszystkim sygnał, że nastał czas działania. Jego ciało, podobne do wykrzyknika, napręża się jak korek od szampana, zaraz wyskoczy z hukiem, coś się stanie. Co się stanie? Nadkomisarz powołuje dziesięcioosobową grupę specjalną, której nakazuje zapoznać się z pojęciem syndromu adaptacyjnego dziecka wykorzystywanego seksualnie. Zleca przeszukanie baz osób wykorzystujących seksualnie dzieci. Przeszukania mają dotyczyć także wydarzeń sprzed lat, co oznacza grzebanie w archiwach, w kartotekach służb medycznych, poradni psychologicznych, punktów opieki społecznej i w czym jeszcze? Dwóch funkcjonariuszy zostaje oddelegowanych do odwiedzania agencji towarzyskich i sex-shopów. Mają pytać o klientów, którzy kolekcjonują pornografię. Zadaniem informatyka jest przeszukiwanie portali odwiedzanych przez amatorów mocnych wdzięków. Czy to wszystko?
Ludzie pomrukują, że zadanie może być albo bardzo trudne do wykonania, albo wręcz niemożliwe. Narzekają, że w służbie zdrowia i w poradniach psychologiczno-pedagogicznych obowiązuje tajemnica lekarska, nikt nie będzie chciał udzielać informacji o pacjentach. Potrzebny będzie nakaz. Niejeden. Ktoś niezadowolony mruczy, że łatwo jest zlecić robotę, ale trudniej ją wykonać. Ktoś inny gestykuluje niespokojnie, nerwowo pociera twarz, skubie podbródek, ściąga usta. Boi się? I myśli, że najprościej będzie czekać na kolejną ofiarę, bo może tym razem pedofil popełni jakieś błędy. Ale oczywiście nie ma odwagi powiedzieć tego na głos.
A jednak kolejnej ofiary nie ma.
Mijają tygodnie, miesiące, w końcu lata. Żadne nowe ciało nie zostaje odnalezione, nikt nie zgłasza informacji o zaginięciu dziecka, atmosfera powoli się oczyszcza, strach blednie i rozwiewa się niczym dym. Będzie dobrze? Ludzie powoli zapominają o zagrożeniu, pozwalają dzieciom spędzać coraz więcej czasu poza domem. Wieczorami spacerują po bulwarach, wstępują do cukierni, jedzą lody. Spotykają się na grillu u sąsiadów, rozmawiają o bieżących sprawach, o grasującym niedawno wilkołaku albo o wampirze wydają się nie pamiętać. Bo kiedy to było? Wierzą, że przestępca zmarł albo się wyprowadził, albo leży gdzieś obłożnie chory. Koniec strachu.
więcej..