-
nowość
Łowca. Oczy Królowej. Część 3 - ebook ePUB - ebook
Łowca. Oczy Królowej. Część 3 - ebook ePUB - ebook
Trzecia część trzymającej w napięciu sagi o futurystycznym świecie „Oczu Królowej”. Poznajemy nowe miejsce, Wątrobę, miasto otoczone ogromnymi lasami, w których ukrywają się chrześcijańscy zbiedzy. Gunter jest jednym z wysokiej klasy obywateli Wątroby. Należy do elitarnej jednostki żołnierzy, zwanych łowcami. Działa na specjalne zlecenie Olegga. Jego zadaniem jest tropienie chrześcijan, wyłapywanie ich i dostarczanie do miasta w zamian za punkty. Pewny siebie, zimny i bezwzględny, z łatwością odnajduje kryjówki uciekinierów. Nigdy jeszcze w jego karierze łowcy nie zdarzyło się, aby któryś ze „szczurów”, jak pogardliwie nazywa chrześcijan, go przechytrzył. Ale pewnego dnia zdarza się coś niespodziewanego. „Łowca” to wciągająca historia obfitująca w brawurowe sceny akcji, przeplatana z wewnętrznymi przeżyciami głównego bohatera, który niespodziewanie musi zmierzyć się nie tylko z walczącymi z nimi ludźmi, ale i z własnymi demonami.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Science Fiction |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788397680463 |
| Rozmiar pliku: | 841 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Kroczył przez ciemny las, ostrożnie stawiając swoje stopy obute w ciężkie, wojskowe buty. Cicho stąpał po miękkim mchu i uważał, by nie nadepnąć jakiejś suchej gałązki. Przez lata nauczył się skradać bezszelestnie. Nawet ptaków już nie płoszył.
Szedł z nieco pochyloną głową. Broń trzymał w pogotowiu. Co jakiś czas stawał i nasłuchiwał. Wszystkie zmysły miał wyostrzone. Po czole spływały mu krople potu. Otarł je niedbałym ruchem ręki. Palcami przejechał po krótkich, równo przystrzyżonych, czarnych włosach. Odsłonił na chwilę czarną chustkę z twarzy i wziął głębszy oddech. Upał dawał mu się we znaki.
Wiedział, że gdzieś tu są, widział wczoraj ich ślady. Musieli uciec w nocy. Byli szybcy, ale nie tak szybcy, jak on. A już na pewno nie tak sprytni. W gruncie rzeczy, nie uważał ich za zbyt inteligentnych.
„Głupi chrześcijanie” – pomyślał. „Głupi i naiwni.”
Przemierzał las, a ptaki świergotały w wysokich gałęziach, nieświadome niczego, tak samo naiwne jak ludzie, na których polował. Gunter uważał, że sami byli sobie winni. Mogli słuchać się Wielkich Rządzących i uznać ich bóstwo, a żyliby sobie w dostatku i bezpieczeństwie. Ale oni wybrali nieposłuszeństwo i wymyślili sobie swojego Boga, którego uważali za największego ze wszystkich. Mieszkali w jakichś leśnych zakamarkach, których w Wątrobie nie brakowało. Widział ich kolonie także w samym mieście, w dzielnicy slumsów. Mnożyli się jak robactwo. Nie sterylizowali się, ani nie nosili identyfikatorów. Zachowywali się jak zwierzęta. Gunter nie miał dla nich litości, ani szacunku. Imponowała mu władza i siła, a nie słabość i naiwność.
Ostatnio stali się jednak zbyt zuchwali. Kiedy nowa władczyni zasiadła na tronie Oczu Królowej, a potem jej ludzie spektakularnie zniszczyli kopalnię kryształów w Sercu, wielu chrześcijan zaczęło tłumnie do niej uciekać, szukając schronienia na jej ziemi. A ci z chrześcijan, którzy pozostali w Wątrobie, zaczęli jawnie pokazywać się na mieście i wygłaszać swoje nauki, sprzeciwiając się Wielkim Rządzącym. Strażnicy od razu wszystkich takich wyłapywali. Umieszczali ich w więzieniach lub robili z nich niewolników albo, jeśli byli starzy i chorzy, od razu posyłali na utylizację. Ale Gunter miał inne zadanie. On łapał chrześcijan do innych celów. Działał na specjalne zlecenie Olegga.
Po ucieczce z Górskiej Twierdzy, Olegg jakiś czas krążył pomiędzy różnymi miastami, przekazując Wielkim Rządzącym informacje dotyczące królowej, jej armii, wszystkich jej słabych punktów i ludzi, których miała wokół siebie. Przekonał wszystkich, Guntera również, że stwór, którego widzieli podczas transmisji na żywo z areny w Górskiej Twierdzy, był tylko hologramem, a królowa Serena została zamordowana przez jednego ze wspólników Eleny, który zepchnął ją z balkonu. Te informacje okazały się znamienne, bo dla wielu mieszkańców Wątroby było niezrozumiałym to, co wydarzyło się na arenie. Niektórzy bali się, że to anioł Kronosa przyszedł osądzić ziemię, ale Olegg wszystkich uspokajał mówiąc, że to tylko sztuczki tej oszustki. Gunter też w to uwierzył.
Jedno jednak było dla niego niejasne, mianowicie to, co robił Olegg zanim dostał się do Górskiej Twierdzy. Gunter był przekonany, że widział go w towarzystwie królowej Sereny podczas uroczystości w Języku, ale nigdzie nie potrafił zdobyć tych nagrań. Wszyscy wokół twierdzili, że coś mu się przywidziało. Mówili, że przecież Olegg cały czas podróżował samotnie i w ukryciu do Górskiej Twierdzy, żeby ratować królową Serenę przed spiskiem tej oszustki. Gunter cenił Olegga za to, że był doskonałym dowódcą, silnym i bezwzględnym, a po tym jak został Wielkim Rządzącym, okazał się być wyjątkowo skuteczny w wyłapywaniu i likwidowaniu chrześcijańskiej zarazy. To jednak wciąż nie dawało mu spokoju.
Zatrzymał się, nasłuchując. W górze wciąż ćwierkały ptaki, a liście szumiały, poruszane delikatnym powiewem wiatru. Obrócił się za siebie i przylgnął plecami do pnia drzewa. Zastygł w bezruchu. Ubrany w ciemną wojskową kurtkę, czarne spodnie i wysokie buty, niemal wtapiał się w otoczenie. Nigdy nie zakładał białego kombinezonu strażnika. Taki strój za bardzo rzucał się w oczy, a on przecież miał pozostać niewykrywalny i anonimowy, dlatego zwykle zasłaniał twarz czarną chustką lub osłoną, spod której widać było tylko jego ciemne, głębokie oczy.
Takich jak on, samotnych łowców, było niewielu. Gunter znał kilku innych, ale rzadko ich widywał. Nawet nie znał ich imion, ani twarzy, bo zawsze chodzili zamaskowani, tak jak i on. Nie pojawiali się też nigdzie w relacjach na publicznych ekranach, aby nikt ich nie skojarzył. Ukrywali się zawsze w cieniu, a jednak szanowało ich całe wojsko. Gunter za swoją działalność był bardzo doceniany. Dostawał najlepsze przydziały jedzenia i najwyższe noty. Wiedział, że stał się ważny i potrzebny, ale nie zależało mu na popularności. Dla niego liczyło się to, że pod koniec dnia, kiedy wracał do swojego apartamentu na skraju lasu, punkty na jego identyfikatorze się zgadzały, a on mógł rozłożyć się wygodnie na swoim posłaniu i otoczony najbardziej rozkosznymi rozrywkami, na jakie go było stać, używać życia i mieć wszystko gdzieś.
Trzasnęła jakaś gałązka w oddali. Gunter błyskawicznie złapał za karabin i zerknął przez lunetę, którą miał przytwierdzoną do kolby. Zobaczył jakiś ruch. Uśmiechnął się do siebie.
„To się robi zbyt łatwe…”
Odczekał kilka chwil i naraz, z leśnej gęstwiny, wypadł jakiś przerażony mężczyzna. Napotkał na wprost siebie spojrzenie zamaskowanego, ubranego na czarno strażnika, który mierzył do niego z karabinu. Mężczyzna wrzasnął i obrócił się w drugą stronę, ale było już za późno. Gunter strzelił, trafiając go w lewe ramię, a mężczyzna z krzykiem rzucił się do ucieczki. Gunter opuścił karabin.
„No, tyle wystarczy” – stwierdził, chowając karabin za plecami.
Słyszał jak w oddali mężczyzna mu ucieka, ale nie kwapił się, żeby go gonić. To, czym w niego strzelił, nie było zwykłym nabojem, ale pociskiem szpiegującym. Z doświadczenia wiedział, że chrześcijanie rzadko działali samotnie i jak większość zwierząt, zazwyczaj żyli w stadach. I to była ich największa słabość. Pierwszym, co robiło jakiekolwiek ranne zwierzę, było schowaniem się do swojej nory.
Gunter wyciągnął przymocowane do paska spodni niewielkie urządzenie szpiegujące i otworzył hologram. Zobaczył na mapce przed sobą czerwoną, pulsującą kropkę, która przemieszczała się na okręgu. Odczekał chwilę. Czerwona kropka skręciła nagle w lewo, potem postąpiła znów kilkaset metrów dalej. Gunter czekał. Po kilkunastu minutach kropka zatrzymała się. Patrzył uważnie na hologram, ale kropka już się nie poruszyła. Schował więc urządzenie i przeciągnął się z rozleniwieniem.
– Pora na łowy.
Ruszył w tamtą stronę, gdzie zniknął mężczyzna, dobywając drugi karabin, który miał przytwierdzony na plecach, lżejszy i mniejszy. Trzymając go w jednej ręce, szedł przed siebie, nie spiesząc się. Po jakimś czasie dotarł do polany. Sprawdził na swojej mapce. Tak, to było tu. Rozejrzał się, stawiając powoli kroki. Jego wojskowe buty obite były od spodu miękkim, tłumiącym wszelkie odgłosy materiałem, nie obawiał się więc, że go usłyszą.
Wtem jego but natrafił na jakąś płaską powierzchnię. Uklęknął i odgarnął mech. Zobaczył zbite deski. Wymacał uchwyt i szarpnął nim z całej siły. Właz otworzył się na całą szerokość i z hukiem uderzył o ziemię.
„Ci kretyni nawet nie pomyśleli, żeby zamontować jakąś kłódkę…”
Gunter wrzucił do środka małą kulkę, którą miał w woreczku przy pasie, a ta wpadła do otworu. Minęła sekunda i kulka wybuchła. Za chwilę kłęby gryzącego dymu zaczęły ulatniać się z otworu. Gunter czekał z karabinem w dłoni. Usłyszał krzyki, nawoływania, odgłosy kasłania, a po chwili w otworze pojawił się jakiś mężczyzna. Wydostał się pierwszy, podając rękę drugiej osobie. Gunter stał za jego plecami i mężczyzna jeszcze go nie zauważył. Poczekał, aż wyjdzie do końca na powierzchnię, po czym strzelił mu w plecy. Niebieski strumień światła ugodził go między łopatki i mężczyzna padł na wznak w konwulsjach i zaraz znieruchomiał. Druga osoba, która wyszła przez otwór w ziemi, zgarbiony starzec, spojrzał na leżącego i obrócił się w stronę Guntera. Zobaczył jego rozszerzone ze strachu oczy otoczone zmarszczkami i pomarszczone usta otwierające się do krzyku. Gunter strzelił. Starzec runął na plecy, nieprzytomny.
Z dziury w ziemi, z której nadal wydostawał się duszący dym, wybiegali następni, mężczyźni i kobiety, młodzi i starzy. Gunter tylko czekał i strzelał, przymierzał i znów strzelał, unieruchamiając wszystkich. Było ich około dwudziestu. Żaden nie zdołał się wymknąć.
Po niedługim czasie wszystko się uspokoiło, a ludzie przestali wychodzić z podziemi. Gunter nasunął chustkę bardziej na nos i zajrzał do środka przez klapę. Przestało dymić, ale nadal śmierdziało chemikaliami, które pozostawiła po sobie toksyczna kulka. Wskoczył do środka i zaczął przetrząsać bunkier w poszukiwaniu innych. Kryjówkę stanowiło kilka niskich izb, połączonych ze sobą wąskim korytarzem. Walały się tam jakieś łachy, starożytne książki i ich przedmioty religijne. Dźgnął kolbą w jakieś prześcieradło leżące na podłodze i znalazł tam jednego nieprzytomnego człowieka. Wokół niego leżało jeszcze paru innych zaczadzonych. Żyli jeszcze, ale chyba już do niczego się nie nadawali. Być może wrócą do siebie w więzieniu.
Gunter, nie chcąc zmarnować nawet i lichego towaru, brał ich na plecy pojedynczo i wyciągał z bunkra, kładąc z pozostałymi. Policzył ich wszystkich. Dwadzieścia pięć osób. Nieźle. Za każdego otrzyma przynajmniej sto dwadzieścia punktów. Uśmiechnął się do siebie. To był dobry połów.
Za pomocą swojego identyfikatora skontaktował się z robotem obsługującym jego autolot i po paru minutach maszyna nadleciała, lądując na polanie.
– Czym mogę ci służyć? – spytał uprzejmie robot, podjeżdżając do niego.
– Zapakuj ich do środka – rozkazał, samemu siadając na miejscu pilota.
Rozsiadł się w fotelu i wyciągnął nogi opierając je o ster, czekając aż robot zaniesie chrześcijan do ładowni. Kolejny dzień, kolejny łup, kolejne punkty. I tak to się kręciło. Nie mógł narzekać. Miał nosa do tych chrześcijan i umiał ich wyłapywać. Przypisywał to swojemu niezawodnemu instynktowi. W końcu nie na darmo szkolił się tyle lat u zawodowców.
Sprawdził na swojej dłoni stawki za schwytanych i zastanawiał się, jak wydać zarobione punkty. Pomyślał chwilę i stwierdził, że potrzebowałby teraz nowy karabin, krótszy, z tłumikiem, bo ten duży, który nosił przy sobie, robił trochę za dużo hałasu. Dyskretny strzał byłby o wiele lepszy. Tak, musiał o tym pomyśleć.
Zerknął we wsteczne lusterko. Widział, jak robot uwijał się z nieprzytomnymi ludźmi, wkładając ich jak worki do ładowni. Westchnął. Zrobił się głodny.
– Pospiesz się! – zawołał na niego.
– Tak, mój panie, już kończę – odparł z całą swoją uprzejmością robot.
To był jego osobisty asystent. Gunter nazwał go Al. Kupił go sobie, kiedy dostał awans rok temu na swoje trzydzieste urodziny. To był najnowszy model, który unosił się nad ziemią i miał lepsze oprogramowanie. W ramionach miał wbudowane karabiny, których Gunter mógł używać opcjonalnie, kiedy jego własne nie miały już naboi, ale nie lubił brać go na polowania. Robot za bardzo buczał i zwierzęta źle na niego reagowały. A jeśli zwierzęta go wyczuwały, to też i ludzie. Poza tym wolał działać sam. Dlatego trzymał go z daleka, aby Al czekał na niego w bazie i tylko podlatywał, żeby pakować jego towar.
W końcu robot skończył ładowanie i zasiadł na miejscu pasażera.
– Dwadzieścia pięć sztuk ludzkich zostało umieszczonych w ładowni – oznajmił uprzejmie.
– Świetnie.
Gunter usiadł prosto i załączył silniki.
– To lecimy pochwalić się szefowi – mruknął, uśmiechając się do siebie cwanie.
– Jestem pewien, że twój przełożony będzie z ciebie bardzo zadowolony – odparł robot.
– Oczywiście – stwierdził pewnie Gunter, wznosząc maszynę nad lasem i przyspieszając. – Nie ma innego wyjścia.
Leciał na pamięć, pokonując hektary lasów, bagien i prerii, które ciągnęły się aż po horyzont. Wątroba była dość rzadko zaludniona, choć miasto samo w sobie było duże. Sporo uciekinierów mieszkało na tych odludziach. Strażnicy nie mogli tak po prostu natrzeć na nich z całym wojskiem, bo inaczej tamci szybko by się ostrzegli i w porę uciekli. Dlatego tu wkraczali łowcy, tacy jak on. Ich zadanie polegało na tym, aby po kryjomu rozpracowywać ich siatkę i konsekwentnie wyłapywać ich z kryjówek.
Obniżył lot, gdy zaczęły się pojawiać przed nim pierwsze wieżowce Wątroby. Wleciał na najszybszy powietrzny tor, przeznaczony jedynie dla strażników i najwyższych rangą dowódców. Automatyczne skanery sprawdziły jego pojazd, gdy przelatywał przez bramki, więc nawet nie musiał się zatrzymywać.
„Witaj, Gunter” – pojawił się napis na wielkim ekranie, witając go przed wjazdem do centrum.
Gunter skierował się do najwyższego wieżowca, siedziby Wielkich Rządzących. Wzleciał najpierw na poziom trzeci, tam gdzie były magazyny. Zaparkował przy ładowni. Kręciło się tam sporo robotów. Poganiały chrześcijańskich więźniów, których dostarczyli tu inni łowcy, by weszli do małych wagoników pociągu, który jechał bezpośrednio z Wątroby do Płuc.
Gunter wyszedł ze swojego autolotu i podszedł do głównego robota.
– Nowa dostawa – powiedział, uśmiechając się nonszalancko.
Robot zeskanował go oczami.
– Witaj, Gunterze, czy pomóc ci wyładować twój towar? – zapytał uprzejmie.
– Tak, bierzcie się do roboty – powiedział. – Al, przekaż raport o towarze prosto do Olegga.
– Oczywiście, mój panie – odparł jego robot.
– A potem zaparkuj mój autolot na poziomie dwudziestym czwartym w sektorze ósmym, tam, gdzie stacjonują dowódcy strażników.
– Oczywiście, mój panie – powtórzył robot tym samym tonem.
Gunter tymczasem ruszył do środka budynku pewnym krokiem. Szklane drzwi otworzyły się przed nim i uprzejmy żeński robot przywitał go kulturalnie.
– Witaj, Gunterze – powiedział i błysnął oczami, skanując jego dłoń. – Olegg już czeka na ciebie w swoim gabinecie.
Gunter wyminął robota bez słowa i poszedł do windy. Nacisnął przycisk i wjechał na siódme piętro.
Budynek Wielkich Rządzących był tak ogromny, że posiadał kilkanaście poziomów do lądowania, a na każdym z nich po kilka wind, które poruszały się wyłącznie w obrębie danego poziomu. Żeby dalej pojechać, trzeba był przenieść się na inny poziom lub mieć złotą przepustkę, która otwierała każde drzwi, ale taka przeznaczona była tylko dla władców tego świata i ich najbardziej zaufanych ludzi. Gunter, mimo że był strażnikiem do zadań specjalnych, musiał się podporządkowywać panującym tu zasadom.
Wysiadł z windy i skierował się w stronę znanego mu gabinetu. Zapukał, a gdy usłyszał uprzejme „proszę”, wszedł do środka.
Olegg siedział za biurkiem i przeglądał jakieś hologramy.
– No, no, no – zaczął rezolutnie na jego widok, gasząc hologramy. – Widzę, że znów się spisałeś.
Gunter stanął przed nim i z dumą wypiął pierś.
– Jak zawsze, mój panie – odparł.
Olegg pokiwał głową.
– Twój robot właśnie przesłał mi raport – stwierdził, przyglądając mu się uważnie swoimi jasnoniebieskimi, przenikliwymi oczami. – Dwadzieścia pięć sztuk, wspaniale. I większość młodych i sprawnych.
– Tak jest, panie.
– Dobra robota – powiedział Olegg. – Tacy, jak oni, najbardziej przydadzą się do naszej farmy. Potrzebujemy nowych ludzi do pracy, nowych ciał, tak…
Gunter pokiwał głową.
Wiedział, co to jest farma. Co prawda nigdy tam nie był, ale słyszał o niej wystarczająco, aby mieć pojęcie o tym, co tam się działo. Było to coś jak więzienie, z tym że przyprowadzeni tam chrześcijanie musieli niewolniczo pracować przy jakichś uprawach zbóż, czy czegoś tam… Nie do końca wiedział czego, ale podobno to ciężka i wyniszczająca praca. Jednego był pewien – z farmy nikt nigdy nie wracał.
– Wyciągnij swoją rękę, zasłużyłeś na nagrodę – powiedział Olegg, unosząc swoją dłoń.
Gunter uśmiechnął się cwanie. To była ta najlepsza część jego pracy.
Podszedł do biurka i podał mu swoją dłoń. Zobaczył, jak dokonuje się transakcja. Ale zamiast przepisowych trzech tysięcy punktów, czyli po sto dwadzieścia na osobę, otrzymał… pięć tysięcy. Wybałuszył oczy.
– A to za co? – zapytał zdziwiony.
Olegg oparł się o zagłówek fotela i uśmiechnął się.
– Stwierdziłem, że za swoje wspaniałe wyniki zasługujesz na premię – powiedział.
Gunter spojrzał jeszcze raz na swoją dłoń, a potem na przełożonego.
– Dziękuję, panie – powiedział, schylając nisko głowę.
Olegg machnął lekceważąco dłonią.
– Ach, nie dziękuj mi, muszę w końcu dbać o swoich najlepszych – stwierdził. – Czy masz jeszcze jakieś życzenie? Może chciałbyś otrzymać jakiś prezent? Czegoś ci brakuje? Chcesz niewolników? Kobiety? Mam dzisiaj dobry humor i chcę sprawić przyjemność także moim podwładnym, więc mów, co byś chciał.
Gunter oblizał wargi, myśląc intensywnie.
– W sumie to chciałbym nowy karabin laserowy z przekładnią na paralizator, mniejszy, z tłumikiem i lunetą – powiedział.
Olegg pokiwał głową.
– Doskonale, będziesz miał to na jutro – powiedział. – Mój robot dostarczy ci to do twojej willi. Swoją drogą, ciekawy wybór. Myślałem, że chcesz sobie wybrać jakąś kobietę. Nie myślałeś na przykład o założeniu rodziny? – zapytał go prowokacyjnie.
Gunter parsknął śmiechem.
– Chyba rzeczywiście jesteś dziś w dobrym nastroju, panie – powiedział. – Skoro trzymają się ciebie takie żarty.
Olegg nalał sobie trochę odurzającego napoju z małego dystrybutora, który miał na biurku.
– Ach, powiedzmy, że mam dziś dobry humor – odparł tajemniczo.
– To tak, jak ja – powiedział Gunter. – Już dawno nie trafiło mi się naraz tylu chrześcijan. A tobie, panie? Co się dziś tobie trafiło?
Olegg upił łyczek zielonkawego płynu i uśmiechnął się do swoich myśli.
– Powiedzmy, że pewna sprawa powiodła się po mojej myśli i wkrótce będę widział tego owoce – powiedział.
Gunter pokiwał głową, nie ośmielając się wypytywać go o szczegóły.
– Jeśli wszystko dobrze pójdzie, dni królowej chrześcijan będą policzone – dodał, upijając kolejny łyk napoju.
– Oo, naprawdę? – ucieszył się Gunter. – Planujecie atak na Górską Twierdzę?
Olegg pokiwał głową.
– Tak, niebawem przeprowadzimy szturm na ich złoża orionu – odparł. – Przygotowujemy właśnie naszą armię.
– Czy potrzebujecie dodatkowych żołnierzy? – zapytał szybko Gunter. – Dowódców? Szpiegów? Łowców…?
Palił się do walki. Olegg uśmiechnął się.
– Wiem, co masz na myśli i cieszy mnie twój entuzjazm, ale wolałbym, abyś pozostał tu, na miejscu – powiedział. – Wielu tych robaków, gdy tylko dowie się o ataku na ich królową, będzie próbowało uciec z Wątroby i przedrzeć się przez las w kierunku północy, do Górskiej Twierdzy, żeby ruszyć swojej władczyni na ratunek. A my nie możemy do tego dopuścić.
– Panie, a nie lepiej byłoby od razu wyłapać te szczury, zamiast czekać, aż same wyjdą?
Olegg westchnął ostentacyjnie.
– Szczury mają to do siebie, że wślizgną się w każdą szczelinę i trudno je wychwycić – powiedział. – Dlatego wtedy wkraczasz ty, doskonały łapacz szczurów.
Gunter tylko się uśmiechnął.
– Poza tym, oni dobrze potrafią się zamaskować – mówił dalej Olegg. – Są wszędzie: w pracy, na ulicy, w urzędach, biurach, sklepach. Wyglądają jak zwykli ludzie, ale pod powierzchnią są zdrajcami, robactwem, które tylko roznosi choroby. Dlatego trzeba ich wytępić!
– Tak, panie – przytaknął gorliwie Gunter.
Olegg wyglądał na zadowolonego ze swojego podwładnego.
– Wiesz, tak sobie myślałem, może chciałbyś nieco zmienić branżę?
– Ja? – zdziwił się Gunter.
– No wiesz, może któryś z Wielkich Rządzących chciałby mieć nowego asystenta… – zaczął z ociąganiem.
Gunterowi zabłysły oczy.
„Awans?” – pomyślał z nadzieją.
Chrząknął, udając niezbyt zainteresowanego.
– Wiesz panie, tak szczerze mówiąc, to podoba mi się ta praca, którą teraz mam. Cisza, spokój, dużo ruchu na świeżym powietrzu. W zasadzie to nie mam na co narzekać… – powiedział zdawkowo. – Nie wiem, czy widziałbym się w roli urzędnika, siedzącego całe dnie za biurkiem…
– Ale gdybyś zmienił zdanie… – podchwycił Olegg, patrząc na niego czujnie. – Mógłbym załatwić ci stanowisko asystenta zarządcy farmy w Płucach. Pracowałbyś razem z moim dobrym znajomym, Lordem Erykiem. To nie byłaby nudna praca za biurkiem, uwierz mi. A i sama farma znajduje się w sercu lasu, więc na pewno zażywałbyś również dużo ruchu na świeżym powietrzu!
To powiedziawszy, zaśmiał się gardłowo. Gunter poczuł, jak serce mu przyspiesza. Wiedział, kto to Lord Eryk, jaki ma status i ile punktów. Praca przy kimś takim szybko wywindowałaby jego status do poziomu górnego B. A może nawet do A… Brzmiało kusząco.
– Jaką miałbym stawkę? – zapytał wprost, niemal bezczelnie.
– Powiedzmy, że na początek… Podwójną.
– Podwójną?
Tym razem nie udało mu się ukryć ekscytacji w głosie. Olegg tylko go obserwował, miał wrażenie, że z lekkim rozbawieniem.
– Co mam zrobić? – spytał Gunter. – Żeby zostać tym asystentem?
Olegg splótł dłonie ze sobą i oparł je o blat biurka.
– Powiedzmy, że jeśli znów pojawisz się z takim luksusowym towarem i w takiej ilości jak dziś, od razu przekażę Lordowi Erykowi twoje dane i zaanonsuję cię, jako jego nowego asystenta – powiedział. – Więc? Co ty na to?
Gunter tylko się uśmiechnął.
– Co ja na to? Panie, wyruszam od razu w las!
Olegg znów się roześmiał, ochryple.
– Wspaniale, wiedziałem, że można na ciebie liczyć – powiedział. – A i Lord Eryk będzie na pewno z ciebie zadowolony. Ostatnio miał tam jakieś problemy z niewolnikami, ktoś mu uciekł, czy sam go wyrzucił, już nie pamiętam. W każdym razie przyda mu się ktoś dodatkowy do pomocy. Ktoś, kto zna się na rzeczy.
– Czyli ja – odparł Gunter zuchwale, a Olegg pokiwał głową.
– Tak jest, właśnie ty… – mruknął. – A zatem to wszystko, co miałem ci do powiedzenia. Możesz odejść.
– Dziękuję ci, panie, za danie mi tej szansy – powiedział oficjalnie.
W duchu już gratulował sobie swojego awansu.
– Zjawię się od razu, gdy tylko odkryję kolejną chrześcijańską dziuplę – powiedział, kłaniając się przed nim.
– Liczę na to – odparł Olegg.
Gunter wyszedł z jego gabinetu, bardzo zadowolony z siebie. Zjechał windą do przestronnego, jasnego holu i opuścił budynek Wielkich Rządzących.
Był teraz na poziomie dwudziestym czwartym, skąd rozpościerał się wspaniały widok na panoramę miasta. Gunter przeszedł się raźnym krokiem po półokrągłym parkingu, na którym stały rządowe pojazdy. Zobaczył z oddali swój autolot i stojącego przy nim robota. Przyjrzał się ukradkiem innym maszynom, porównując swój autolot do innych. Wypadał całkiem nieźle na ich tle. Miał jeden z nowszych modeli, duży i szybki, z dodatkowym działkiem laserowym z przodu i wyrzutniami rakiet po obu stronach kadłuba. Strząsnął jakiś paproch z maski pojazdu i uśmiechnął się sam do siebie. Za taki awans mógłby kupić sobie jeszcze lepszy autolot, większy, z dodatkowymi ulepszeniami. W głowie już szukał idealnego modelu, gdy nagle jego rozmyślanie przerwał uprzejmy głos robota:
– Towar został przekazany do magazynów twojego przełożonego – powiedział Al, wychylając się z autolotu.
– Świetnie – odparł Gunter, otwierając drzwi. – Siadaj, jedziemy na miasto wydać parę punktów!
– Widzę, że jesteś w bardzo dobrym humorze – zakomunikował robot, siadając na miejscu pasażera. – Wychwytuję w twoim krwioobiegu znaczny wzrost endorfin.
Gunter roześmiał się.
– A żebyś wiedział – powiedział, załączając silniki. – To jest wyjątkowo udany dzień i nie możemy go zmarnować!
Przyjrzał się sobie we wstecznym lusterku. Zobaczył tam młodego, przystojnego mężczyznę z ciemnym zarostem i szalonym błyskiem w czarnych oczach.
– Bardzo udany dzień…
– Dokąd zatem lecisz, panie? – zapytał grzecznie robot.
Gunter wystrzelił autolotem w powietrze i skierował się korytarzem nadziemnym do jednej z najbogatszych dzielnic Wątroby.
– Najpierw nakupimy sobie najlepszego jedzenia – powiedział. – Najbardziej ekologicznego, jakie tylko można dostać, a potem najemy się tak, że brzuchy będą nam pękać!
– Mój panie, informuję cię, iż ja nie potrzebuję jedzenia – stwierdził spokojnie robot.
– No wiem, draniu – mruknął Gunter, uśmiechając się do robota. – Wiem o tym, żartuję tylko.
– Nie rozumiem żartów, mój panie – zauważył robot. – Nie mam wbudowanego oprogramowania rozrywkowego.
– Wiem, ty kretynie – zaśmiał się Gunter. – Właśnie, rozrywkę też trzeba będzie sobie jakąś zapewnić…
– Czy mam zamówić dla ciebie niewolnicę? – spytał robot.
Gunter skrzywił się.
– Niee… – mruknął, kierując się prosto do ruchliwego centrum. – Nie chcę żadnych niewolnic. Niewolnice są za łatwe – stwierdził. – Wolę poznać kogoś… normalnego.
Robot wyświetlił przed nim hologram zawierający wiele kobiecych twarzy.
– W obrębie dwóch kilometrów znajduje się trzydzieści osiem wolnych kobiet ze statusu od niskiego C do wysokiego B, odpowiednie dla ciebie, panie – poinformował robot.
Gunter zerknął na hologramy.
– Pokaż te z niskiego C – zażądał.
Zawsze wolał, aby kobiety miały niższy status, niż on. Wtedy mógł im bardziej imponować.
Hologramy przetasowały się i pozostało kilkanaście twarzy.
– Dwanaście z niskiego C – powiedział robot.
Gunter popatrzył na kobiety, jednocześnie prowadząc autolot ruchliwą trasą powietrzną.
– Ta – powiedział, pokazując na młodą dziewczynę o długich, jasnobrązowych włosach.
Zdjęcie powiększyło się i reszta hologramów zniknęła.
– Gdzie ona jest? – zapytał robota.
Robot błysnął oczami, przetwarzając dane.
– Znajduje się w kawiarni „Eko-Kawa” na rogu ulicy Krzyżowej i Skośnej, numer osiemdziesiąt pięć – oznajmił robot.
– No to lecimy na kawę – powiedział, uśmiechając się do siebie.
***
Stał na tarasie oparty o filar, patrząc na wschód słońca. Ubrany był tylko w luźne spodnie. Powoli pił eko-kawę, przyglądając się jak niebo różowi się na horyzoncie. Mgła nad lasem zaczynała się podnosić. Miał stąd wspaniały widok. Nigdy nie miał go dosyć. Las pociągał go od dziecka.
Chociaż na dworze był jeszcze chłodny poranek, nie odczuwał zimna. Myślami był już na kolejnych łowach i opracowywał plan zasadzki na chrześcijan. Eko-kawa powoli stygła, tak jak ostygły już wszystkie jego namiętności. Teraz pozostał po nich tylko gorzki niesmak, który szybko zapijał równie gorzkim napojem.
Usłyszał ciche skrzypnięcie drzwi i po chwili poczuł jak czyjeś delikatne dłonie oplatają go w pasie.
– Tak wcześnie na nogach? – spytała go sennie.
On spojrzał na nią bez cienia zainteresowania.
– Już wstałaś? To dobrze – stwierdził. – Ubieraj się, robot odwiezie cię do centrum.
Oplatające go dłonie cofnęły się i dziewczyna bez słowa weszła z powrotem do mieszkania.
Popatrzył przed siebie. Słońce wychyliło się zza drzew. Pierwsze promienie padły na jego twarz, na moment oślepiając go. Zmrużył oczy. Po chwili zobaczył, jak sprzed jego willi wylatuje autolot. Popatrzył za nim, śledząc jego lot. Autolot błysnął, odbijając od siebie promienie słońca, a potem zniknął.
Dopił do końca kawę i poszedł się ubrać.
***
Leżał na brzuchu, przyczajony w wysokiej trawie. Karabin położył na ziemi i patrzył przez lunetę pomiędzy zaroślami. Tkwił w tej jednej pozycji już od godziny, ale nie ośmielił się poruszyć. To był zbyt dobry punkt obserwacyjny, aby się zdemaskować. Znajdował się na niewysokiej górce, z jednej strony otoczony drzewami, a z drugiej z doskonałym widokiem na dolinę przed nim. W dole płynęła rzeka, więc jeśli ktokolwiek chciałby przemieszczać się w lesie, musiałby w pewnym momencie zbliżyć się do tego miejsca. Stąd, gdzie leżał, widział niebieskawą wstęgę wody, odbijającą czyste niebo.
Upał zaczynał mu doskwierać. Jego czarne ubranie szybko się nagrzało, a słońce parzyło go w kark. Chciał przeczołgać się do cienia, bliżej drzew, ale wtedy zasłaniałoby mu to widok na rzekę. Został więc tam, gdzie był.
Trochę był zły na siebie, bo już od dłuższego czasu nic mu się nie trafiło. Już ponad tydzień minął od ich rozmowy z Oleggiem, a on przez ten czas chodził na łowy dzień w dzień. I nic. Coraz bardziej go to frustrowało.
„Co jest?” – myślał sobie. „Nagle wszystkie te szczury postanowiły się schować i nie wychodzić ze swoich nor?”
Nie chciał zmarnować wizji awansu, jaką roztoczył przed nim Olegg, dlatego, mimo niepowodzeń, postanowił dziś zbadać obszar, gdzie jeszcze nigdy się nie zapuszczał, obszar znacznie oddalony od jego dotychczasowych tras.
Z minuty na minutę tracił cierpliwość. Chciało mu się pić, zaschło mu zupełnie w gardle, a wypił już całą wodę ze swojej manierki. Rzeka w dole wyglądała zachęcająco, ale gdy tylko poruszył się odrobinę, miał wrażenie, że tam, w dole, ktoś się czai. Czuł, że nie jest tu sam. Zazwyczaj przeczucie go nie myliło, więc i tym razem postanowił zaufać swojemu instynktowi. Odczekał w bezruchu jeszcze pół godziny. W końcu zaczęły mu cierpnąć ramiona i lufa karabinu zaczęła mu drżeć. Nie mógł już dłużej czekać. Poruszył się ostrożnie, aby zmienić pozycję i wtedy zobaczył ją.
Dziewczyna wychyliła się spomiędzy drzew i rozejrzała się. Gunter zastygł w bezruchu, mierząc do niej z karabinu. Spojrzał przez lunetę. Zobaczył zaskakująco ładną młodą kobietę w wieku dwudziestu kilku lat, o smukłej budowie ciała. Długi warkocz ciemnobrązowych włosów sięgał jej do połowy pleców. Ubrana była w ciemne spodnie i coś w rodzaju ciemnozielonej tuniki sięgającej kolan, rozciętej po obu stronach ud, aby lepiej jej się przedzierało przez zarośla. Miała na plecach szmaciany tobołek i bez przerwy oglądała się za siebie. Jej twarz ukryta w cieniu drzew, wydawała się napięta i czujna.
„No, wyjdź wreszcie z tych krzaków i miejmy już to za sobą” – pomyślał, czekając aż ona wysunie się spomiędzy drzew i wejdzie na polanę.
Ale dziewczyna jeszcze jakąś chwilę stała w miejscu, obserwując rzekę. Gunter czekał w napięciu. Pot lał mu się po czole i skroniach. Jedna kropla spłynęła mu do oka, jak słona łza. Zamrugał. I wtedy ona wychyliła się spomiędzy drzew. Ustawił szybko celownik, nakierowując go na jej udo, ale potem zmienił zdanie i stwierdził, że wyceluje w jej ramię. Taka drobna osoba ze strzałem w udzie daleko nie pobiegnie, a ona miała go przecież zaprowadzić prosto do ich nory, dlatego postanowił, że lepiej będzie strzelić w rękę.
Namierzył i zobaczył przez lunetę, że ona trzyma w dłoni jakąś manierkę. Ostrożnie zbliżyła się do rzeki i uklękła przy brzegu. Obejrzała się za siebie i zanurzyła manierkę w wodzie. Była jak płochliwa sarna, która nawet, kiedy pije wodę ze strumienia, bez przerwy nasłuchuje, gotowa w każdej chwili rzucić się do ucieczki.
Gunter zaczął przypatrywać jej się z ciekawością. Miał jeszcze czas na strzał, a chciał wybrać odpowiedni moment, pozwolił sobie więc na jeszcze kilka chwil obserwacji. Z tej wysokości widział ją doskonale, jak i teren wokół niej. Nie miała dokąd uciec. Przy samej rzece rosło niewiele drzew, więc nic mu jej nie zasłaniało. Miał ją jak na widelcu.
Nakierował lunetę na jej twarz, a potem spojrzał niżej, w stronę piersi ukrytych pod luźną tuniką, potem jeszcze niżej, w stronę jej nóg. A potem znów przypatrzył się jej twarzy. Dziewczyna była naprawdę ładna. Piękna.
Zrobił zbliżenie na samą jej twarz. Zobaczył, jak bierze wodę w garść i pije ją duszkiem. Gunter odruchowo oblizał spieczone usta. Dziewczyna w niczym nie przypominała kobiet z miasta. Miała jasną cerę i wyraziste rysy twarzy. Szare oczy ukryte były pod ciemnobrązowymi, gęstymi brwiami. Dostrzegł drobne piegi na wydatnym nosie. Na oko nie miała żadnych mutacji, ani tatuaży, ani ulepszeń. Gunter widział już wiele kobiet w swoim życiu, ale nigdy takiej. Nie przypominała mu też innych chrześcijanek, zahukanych, przestraszonych, chodzących wszędzie ze spuszczonymi głowami. Ona wyglądała na pewną siebie, czujną i napiętą.
Zrobił jeszcze większe zbliżenie na jej twarz. Widział jej oczy i to jak przeciera twarz dłońmi, schładzając ją wodą. Miała piękne, głębokie oczy o jasnym spojrzeniu, tak czyste, jakich nigdy w życiu nie widział. Mógłby się zatopić w tych oczach. Zapatrzył się w nie, zastanawiając się, co taka dziewczyna robi w lesie z tymi szczurami. Może ona wcale nie była chrześcijanką?
Przyłapał się na tym, że chce do niej podejść i zapytać ją jak ma na imię, skąd ona w ogóle pochodzi, ale zaraz otrząsnął się, bo ona już wstawała i wracała z powrotem. Przegapił idealny moment na strzał i za późno nacisnął spust. Pocisk utkwił w jej ramieniu, ale na samym krańcu, nie głęboko. Ona krzyknęła krótko i złapała się za bolące miejsce. Zobaczył, jak smużka krwi spływa jej między palcami. Obejrzała szybko ranę, po czym rozejrzała się uważnie i uciekła w stronę lasu. Patrzył, jak biegnie zgrabnie, a poły tuniki powiewają za nią jak skrzydła i zniknęła. Odetchnął głęboko i otarł mokre od potu czoło.
Udało się.
Odczekał jeszcze chwilę i wreszcie podniósł się z ziemi. Zakręciło mu się w głowie, gdy wstał. Stanął w cieniu i wyciągnął urządzenie szpiegujące.
– No dobrze, co my tu mamy – mruknął, sprawdzając na hologramowej mapce.
Czerwona kropka przesuwała się po okręgu, potem zatrzymała się na jakiś czas w jednym miejscu. Gunter już chciał tam iść, ale kropka znów się przemieściła, robiąc dziwne zygzaki. Uśmiechnął się do siebie.
„No tak, chce mnie zmylić…” – pomyślał pobłażliwie, ale jednak z pewnym uznaniem. Przynajmniej dziewczyna miała choć odrobinę oleju w głowie.
Spojrzał w dół, w stronę doliny, a potem znów na mapkę, kalkulując sobie trasę. Kropka w końcu zatrzymała się i długo tkwiła w tym samym punkcie. Już się nie ruszała.
Rozejrzał się i zrobił kilka kroków w dół doliny. Ociągał się, niezdecydowany. W pewnej chwili zatrzymał się, nasłuchując. Nie wiedział, co mu jest. Wmawiał sobie, że to od tego upału, bo głowa tak go rozbolała, że nie mógł zebrać myśli.
– No dobra, w drogę – powiedział sam do siebie, przywołując się do porządku.
Schował urządzenie szpiegujące i zaczął powoli schodzić ze skarpy. Najpierw podszedł do rzeki i ugasił wreszcie pragnienie. Schłodził twarz, skronie i kark, i zmoczył swoją chustkę, którą miał na szyi. Potem sam sobie nabrał wody do manierki i ruszył za dziewczyną.
Szedł powoli. Ciemny las przyniósł mu nieco ochłody, ale nadal czuł się trochę skołowany, jakiś dziwnie poruszony. Myślał, co zrobi, kiedy stanie przed nią twarzą w twarz z karabinem w ręce. Czy będzie płakała? Może będzie błagała go o litość, zanim wystrzeli w nią paralizatorem? Gdyby go tak błagała, to może by się nad nią zlitował? I może zamiast odesłać ją do Olegga, wziąłby ją do siebie… Dla siebie.
„Czemu nie?” – przemknęło mu przez głowę.
Wystarczyło, aby raz jeden wyobraził ją sobie w swoim apartamencie, aby ta myśl nie dała mu już spokoju. Zdeterminowany, przyspieszył kroku, chcąc jak najszybciej odnaleźć dziewczynę.
W końcu zatrzymał się w punkcie wskazanym na mapie. Zaczął krążyć dookoła, z karabinem w pogotowiu, ostrożnie stąpając po mchu, ale niczego nie wyczuwał. Wyciągnął znów urządzenie szpiegujące i sprawdził. Kropka była tuż obok. Uklęknął na ziemi i zaczął ją dotykać dłonią, odgarniając suche liście i wilgotny mech. Nic. Potem zaczął dźgać ziemię kolbą karabinu. Nadal nic.
„Dziwne, jestem tuż nad nią” – stwierdził, spoglądając znów na mapę.
Ponownie zbadał teren i wreszcie zauważył jakąś małą norkę, zbyt małą, aby mógł się w niej zmieścić człowiek. Wolał jednak sprawdzić.
Wsunął tam lufę karabinu i nagle wyskoczył z niej zając. Zwierzę podskoczyło ze strachu na widok człowieka i popędziło przed siebie zygzakiem, mijając go. Zdążył tylko zauważy
, że było ranne w przednią łapkę. Spojrzał na ekran urządzenia szpiegującego. Jego czerwona kropka przesunęła się w tym samym kierunku. Obejrzał się na zająca.
– Ona…? – szepnął, powoli rozumiejąc.
Pierwszy raz zdarzyła mu się taka sytuacja. To było zupełnie nowe i dość… interesujące.
„Dziewczyna nie jest taka głupia” – pomyślał z uznaniem.
W tej samej chwili usłyszał jakiś nieznany szelest. Zdążył się obrócić, myśląc, że to ptak i nagle poczuł przeszywający ból w prawym ramieniu. Coś go ugodziło, coś długiego i cienkiego. Runął na wznak, a to coś wbiło go w ziemię. Obejrzał się. To była strzała wykonana z jakiegoś zabójczo twardego metalu. Chciał się podnieść, gwałtownie łapiąc za karabin lewą ręką, ale ta strzała mocno tkwiła w ziemi. Spojrzał w górę, skąd nadleciała i zobaczył… ją.
Dziewczyna siedziała okrakiem na konarze wysokiego drzewa z jakąś nowoczesną kuszą wymierzoną wprost w niego. Czegoś takiego nigdy by się nie spodziewał.
Chciał strzelić, ale ona była szybsza. Zabójczo szybsza. Kolejna strzała utkwiła teraz w jego lewej ręce. Gunter syknął z bólu i karabin wypadł mu z dłoni. Teraz drugie ramię miał przytwierdzone do podłoża. Nie mógł uwierzyć, że to dzieje się naprawdę.
Zarył nogami w ziemi, próbując się podnieść i z ogromnym bólem uwolnił prawą rękę. Wyrwał strzałę z ziemi i złapał za karabin, ale dziewczyna znów go ubiegła i kolejna strzała tym razem wbiła się w jego dłoń. Gunter wrzasnął. Z bólem zaczął uwalniać lewą rękę, ale ona już nie czekała, aż ją wydostanie i kolejna strzała przebiła jego dłoń, przygwożdżając ją znów do ziemi. Ból był oszałamiający. Wierzgnął nogami, czując się zupełnie bezbronny i wtem kolejna strzała przeszyła jego prawą łydkę. Zacisnął zęby, żeby nie krzyknąć. Łzy popłynęły mu po twarzy.
Kolejna strzała ugodziła go tym razem w lewą łydkę. Wydał z siebie jęk bólu. Teraz już zupełnie nie mógł się poruszyć. Był unieruchomiony, zupełnie bezbronny. Mógł tylko czekać, aż ona w końcu strzeli mu prosto w serce i zakończy jego mękę. Ale dziewczyna tego nie zrobiła.
Zeskoczyła z drzewa i podeszła do niego, niosąc przed sobą kuszę. Stanęła obok niego, przy jego prawym ramieniu, ale w bezpiecznej odległości, na wypadek, gdyby nagle zdołał się uwolnić i chciał podciąć jej nogi. Spojrzała na niego z góry. Niesamowicie piękna i straszna zarazem. On wił się jak robak u jej stóp. Już chyba wolałby, żeby od razu go zastrzeliła, niż tak się nim bawiła. Wtem ona uniosła wysoko kuszę.
„Teraz mnie zabije” – pomyślał, patrząc jej w oczy.
Ale ona zamiast strzelić, zamachnęła się i uderzyła go kuszą prosto w skroń.