Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

ŁOWCY - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
17 czerwca 2026
12,99
1299 pkt
punktów Virtualo

ŁOWCY - ebook

Wampir, złodziej i mag zbrojny, od lat przemierzają świat jako łowcy. Gdy padają ofiarą spisku i trafiają do obcej rzeczywistości, ich jedyną szansą na powrót staje się dziewczyna, którą tam spotykają. Razem wyruszają w drogę do domu, nie wiedząc, że stali się pionkami w grze potężniejszych sił. Za wydarzeniami kryje się tajemnica zdolna zachwiać równowagą między światem a śmiercią. Im bliżej są odpowiedzi tym wyraźniej dostrzegają, że ich podróż jest częścią czegoś znacznie większego niż oni sami. Niektóre ścieżki prowadzą do domu. Inne – do wojny bogów. Mroczna opowieść fantasy o przyjaźni, przeznaczeniu, podróży między światami i wojnie, która może odmienić los całej rzeczywistości. Publikacja przeznaczona dla dorosłych odbiorców (18+)

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
Rozmiar pliku: 1,1 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ 1

Poczuł dym. Kombinację nie do końca suchego drewna, pieczonego mięsa i specyficznego potu. Obrócił się w tym kierunku i natężył słuch: cztery głosy, ale nie wszyscy musieli się naraz odzywać, więc założył, że będzie ich około sześciu. Midianci, członkowie eskorty dóbr, kosztowności i pieniędzy pomiędzy miastami. Najemnicy, rasa wojowników i buntowników, ale na tyle rozsądna aby służyć miastom. Silni, o twardej skórze i gadzich oczach. Vort wrócił do swojej pozycji i wziął w dłoń swój kompas karmiczny, który miał zawieszony na szyi. Urządzenie to pokazywało poziom zła danej istoty. Miało dwie strzałki, jedna wskazywała zwykły kierunek północny, a druga, na skali, informowała, jak bardzo dana osoba była zła. Pierwsza cząstka miała narysowane zero, na drugiej była czaszka, później dwie i trzy czaszki, na następnych polach., Wampir obracał się aż na południe czyli tam gdzie powinni być Midianci. Wskaźnik zła przesunął się na pole z trzema czaszkami. Czyli dzisiaj się pożywi. Krew Midiantów była gęsta i ciemna, pełna składników odżywczych. Smak miała jakby wiśniowy z domieszką korzenną i posoki dziczyzny.

Nagle poczuł pragnienie, chwilę walczył z nim, po czym usiadł bezpośrednio na ziemi. Zamyślił się. To już 350 lat minęło od jego narodzin. Długo. Pamiętał pierwszy dzień jak stał się świadomy, i naprawdę zrozumiał kim jest i jakie może być jego dalsze życie. Był wampirem. Cóż to znaczyło w jego czasach? Właściwie liczyli się tylko krwiożercy z rodów arystokratycznych. Inni walczyli o przetrwanie i byli dziesiątkowani przez tropicieli wampirów. Była też trzecia grupa, najbardziej uciążliwa dla ludzi i innych ras mieszkających poza miastami, zdziczałe wampiry, zwane diabelskimi psami. Vort wstał, otrzepał swój strój, sprawdził pistolety i mocowanie dużego sztyletu założonego na plecy. Jeden z pistoletów był stworzony z wydrążonej kości, był to średniej wielkości rewolwer, którego naboje stanowiły zęby diabelskich psów. Taki pocisk jeśli trafił wroga, zarażał go natychmiast, po czym delikwent zaczynał się zmieniać w dzikiego wampira. Sztuczka jednak polegała na tym, że człowiek , wulkańczyk, mert, czart, czy inna rasa człekokształtna, nie byli w stanie przejść takiej metamorfozy. Po prostu wybuchały im serca. Bardzo bolesna śmierć i skuteczna broń. Drugi z rewolwerów był z najwyższej jakości stali. Jego amunicją był naboje ze srebra. Mógł on rozerwać na kawałki wściekłego wilkołaka, a to ze względu na swój potężny kaliber. Oczywiście, można było załadować go dowolną amunicją tego kalibru. Coś, jakaś siła powodowała, że wampiry ewoluowały coraz wyżej, a wilkołaki poddane były degradacji. Z tego względu zwiększało się ich okrucieństwo i agresja. Vort stał przez chwilę. Dzięki swojemu słuchowi był w stanie określić jak daleko znajdował się jego cel. W tym momencie było to około trzech kilometrów od miejsca, w którym stał. Sam środek cierniowego lasu, idealne miejsce na obozowisko. Mieszkańcy miast nie starali się nawet podejść do granic lasu. Było to spowodowane tym, iż grasowały tam różne dzikie stwory, które żywiły się mniejszymi dzikim stworami, ale często polowały na takie smakołyki jak człowiek czy mert, lub dowolny słabo uzbrojony przechodzień. Midianci mięli więc znakomitą ochronę przed bandami złodziei, samotnymi rzezimieszkami, złymi magami czy istotami cienia, które kochały wszelkie wartościowe przedmioty. Midianci myśleli dobrze, ale przeliczą się, niestety. To ich ostatnie godziny. Vort zaczął się szykować. Potrzebował czterdzieści pięć minut na medytację. Podczas niej ładował się energią wampirzą, mocą ciemną jak czerń najgłębszej z podziemnych jaskiń, kosmicznej czarnej dziury, o jakich opowiadali uczeni z miast. Ta siła sama w sobie nie była zła. Można jej było użyć w dowolnym celu, dobrym, neutralnym, bądź niekoniecznie takim. Decydował wampir, który jej używał. A czasem dokonywało wyboru położenie owego wampira, o czym Vort wiedział doskonale. Moc wampirza zasilała jego trzy tatuaże na lewej ręce. Pierwszy z symboli przedstawiał chmurę, za nią był mocno zacieniony do połowy księżyc, w cieniu widać było małą postać. Uruchomienie tatuażu powodowało, to że Vort pokrywał się jakby szatą kamuflażu, praktycznie znikał, ale musiał uważać na falującą szatę, jeśli poruszał się zbyt szybko, bo odbijała ona refleksy świetlne i wróg mógł dostrzec wampira. Symbol ten nazywał się Ahra. Drugi tatuaż obrazował pięknie wymalowany sandał z parą skrzydeł po bokach. Niestety, nie dawał on daru latania, a szybkości. Przez całą minutę wampir zyskiwał niebywałą prędkość, zwrotność i zręczność. Znak ten nosił nazwę Fasir. Trzeci rysunek na skórze pokazywał nie mniej ciekawy wzór, była to jakby tarcza zegara, ale nie było na niej cyfr tylko dziwne, magiczne symbole, w tej tarczy znajdowała się mniejsza, w której centrum była jeszcze jedna miniaturowa tarcza. Na nich wytatuowane były cztery, nie dwie, wskazówki, układające się w kształt krzyża równoramiennego. Oznaczał on możliwość manipulacji czasem, do trzech minut w przód lub tyle samo w tył. Wizerunek ten miał nazwę Trimir. Różne wampiry, miały podobne , takie same lub całkowicie odmienne tatuaże. Ręka wampira pozostawała więc bez okrycia. I taka była jego skórzana kurta, miała tylko prawy długi rękaw. Posiadała cztery kieszenie z przodu i dwie po bokach i można było zauważyć , że widziała lepsze czasy. Lecz to nie wygląd był jej głównym atutem, a właśnie materiał z jakiego ją wykonano, który miał własną historię.

Około 150 lat temu, w mieście Tidor, burmistrz, który lubił wypady w dzicz, ogłosił konkurs na najbardziej twardą zbroję, aby równocześnie była też elastyczna i lekka. Oferował zwycięzcy dom w luksusowej dzielnicy i dożywotnią, hojną wypłatę, od administracji. Płatnerze z miasta, jak i spoza niego, wzięli się więc do pracy. Lecz jeśli zbroja była twarda to siłą rzeczy nie była elastyczna i odwrotnie.

Zaczęto więc poszukiwać takiego cudownego materiału, a że płatnerze nie należeli do obieżyświatów, brali najemników wszelkiej maści. Lyriod, młody twórca zbroi,postąpił nieco inaczej, udał się do czarodziejki imieniem Adria, po poradę.

Ta była zarówno chętna do pomocy, jak i do części nagrody jaką mógł zdobyć chłopak. Usiedli za okrągłym stołem i Adria rozłożyła magiczną mapę świata Ord

Wzięła w dłonie urządzenie przypominające sekstans, ale z dodatkowym elementami po bokach, różnymi szkłami powiększającymi, miarkami i podstawkami. Miało ono też metalowe pudełko na górze, otwierane na kluczyk. Czarodziejka otworzyła jedną z szuflad w szafie i wyciągnęła rolkę jakieś taśmy. Błyszczała ona błękitem, kiedy ją rozwijano. Kobieta ucięła kawałek taśmy i zasiadła przy stole. Wzięła pióro i napisała na taśmie prośbę o znalezienie materiału na taką zbroję, jakiej życzył sobie burmistrz. Następnie kluczykiem otworzyła pudełko na urządzeniu i włożyła tam taśmę. Rozstawiła „sekstans” na środku mapy i nacisnęła guzik z przodu. Przyrząd zaczął melodyjnie ćwierkać, poruszać swoimi soczewkami i innymi elementami. Pracował jakieś dziesięć minut, po czym podłużną strzałką wskazał na północny wschód. Była tam góra pełna jaskiń, które należały do starej rasy wampirów nietoperzy. Lyriod spojrzał na Adrię wyczekująco. Czarodziejka wstała od stołu i podeszła do regału z książkami. Skoncentrowała się na chwilę przyciskając palce do skroni. Nagle jedna z książek zaczęła pulsować zielonym światłem. Kobieta złożyła ręce i książka zniknęła z regału pojawiając się w jej dłoniach. Był tam rozdział o wampirach nietoperzach ich życiu i funkcjonowaniu, a także rysunki i opisy anatomiczne. Znaleźli fragment , gdzie autor rozpisywał się na temat skórzastych skrzydeł tych istot. Służyły im oczywiście do latania, ale także jako osłona gdy spały podwieszone pod sklepienia jaskiń. Równie ważną rolę spełniały w walce służąc jako tarcza, która była praktycznie nie do przebicia. Bingo. A zatem aparacik pokazał im rozwiązanie, musieli zabić jednego z wampirów nietoperzy a jego skórę ze skrzydeł użyć do stworzenia idealnej zbroi.

- Czyli mamy konkretny cel - powiedziała Adria. Trzeba zebrać najemników i wysłać ich z misją zabicia nietoperza.

- Spójrz – powiedział Lyriod. Jest tu napisane, że z wiekiem skórzaste skrzydła stają się twardsze nie tracąc na elastyczności, jeśli wampir regularnie lata.

- Wiesz co mi przyszło do głowy? , że najlepsze skrzydła będzie miał najstarszy wampir, ich wódz , herszt i król.

Jak postanowili, tak też zrobili. Wybrali pięciu weteranów, możliwie jak najdroższych, aby złowili lub zabili władcę nietoperzy. Tamci poinformowani o celu, zebrali się i wyruszyli następnego dnia o świcie. Lyriod i Adria odprowadzali ich wzrokiem,aż zniknęli za pierwszym większym pagórkiem. Kolejny dzień był pierwszym dniem oczekiwania, po czternastym, stracili nadzieję. Kiedy już szukali nowego planu, siedząc w domu czarodziejki, ktoś zapukał mocno do drzwi. Chłopak zerwał się by otworzyć, ale Adria go wyprzedziła, jakimś cudem była już przy wejściu. Zapadała noc, zacinał deszcz, i wiał zimny wiatr. Gdy kobieta wpuściła do domu zziębniętych,pokaleczonych wojaków, była w szoku. W ich twarzach nastąpiła ogromna zmiana, oczy mięli puste jak wyschnięte studnie, mięśnie wykrzywiały im fizis w groteskowy, nienaturalny sposób. Już wcześniej zauważyła zabandażowane rany. Teraz mogła ocenić ich wielkość i ilość i ocena ta wypadła makabrycznie. Jednak dla tych ludzi nie była to pierwszyzna, chociaż z pięciu śmiałków pozostało trzech dokonali tego co im zlecono. Wojownik z tyłu przesunął się bardziej do przodu i bez słowa wyciągnął z plecaka dwie bele skórzastej materii miała dziwny bordowy połysk i zapach nie przypominający żadnego z im znanych.

- Oto wasz łup, wasza skóra- powiedział drugi z najemników. Wywiązaliśmy się ze zlecenia, a teraz oczekujemy godnej zapłaty. Chcemy potrójną stawkę oraz do podziału dolę dwóch naszych zmarłych braci.

- Oczywiście – odparła czarodziejka. Zasłużyliście na więcej, gdybyśmy tylko mięli tyle.

- Nigdy nikomu nie opowiemy co tam się działo i wierzymy że sami będziemy mogli o tym zapomnieć kiedyś. Dziękujemy za zapłatę, ale nie ma mowy abyśmy kiedykolwiek przyjęli od was zlecenie.

Lyriod mając już czego potrzebował, zabrał się do pracy. Materiał był naprawdę niespotykany, bardzo trudno było mu wykroić pożądane wzory, zespolić je ze sobą, ale dopiął wreszcie swego i zbroja była gotowa. Wszystko co zrobili objęte było ścisłą tajemnicą. Z tego powodu kurta, poddana testom przez burmistrza, wywołała ogromny podziw wśród grupy zainteresowanych. Płatnerz stał się bogatym i poważanym młodzieńcem.Pancerz nie był jednak długo w rękach burmistrza. Na jednej z wypraw, która miała być polowaniem na wampiry, myśliwy stał się zwierzyną i tysiącletni krwiopijca wyrwał głowę głowie miasta. Wampir ten nazywał się Azarot i był hrabią. Miał swoją posiadłość w Uruth, mieście wampirów. Choć sam zamożny, Vort nie unikał możliwości wzbogacenia się, a nawet uwielbiał to. Siedząc raz w karczmie Wilczy skowyt podsłuchał rozmowę dwóch podwładnych Azarota na temat zdobytej przez pana zbroi, jak się nią zachwycał i jak był z niej dumny, dawała spore możliwości swojemu posiadaczowi i to przekonało Vorta. Postanowił ją zdobyć. Niestety nie był w stanie zrobić tego sam, lecz miał przyjaciela, który kiedyś był ślusarzem, a teraz najlepszym złodziejem w świecie Ord. Przynajmniej tak sam o sobie mówił. Obecnie był kupcem i zwał się Mistal Panowie zrobili rekonesans, stworzyli plan, i pewnej chmurnej nocy zdobyli zbroję. Od tej pory to Vort nie mógł się nachwalić zdobytej rzeczy, wiele razy uratowała go ona przed koszmarem pełnej regeneracji, która była bardzo bolesna i długotrwała. Nieśmiertelność to jedno, a odtwarzanie się to zupełnie inna bajka. W każdym razie pancerz służy już Vortowi półtora stulecia.Vort zakończył medytację i podszedł do swojego konia o imieniu Sztorm. Była to wampirza rasa, mocny czarny rumak o ognistych oczach. Wierny swemu panu i bardzo bojowy. Niejeden wróg odczuł na sobie siłę jego kopnięć. Wampir wsiadł na swojego wierzchowca i popędzając go ruszył w kierunku ciernistego lasu. Gdy tam dotarł zatrzymał konia i zsiadł z niego po czym ruszył pieszo,przez las, do miejsca skąd słyszał rozmowę i śmiechy. Dotarłszy szybko użył tatuażu Ahra płynnie przechodząc w stan kamuflażu. Po jego prawej stronie wznosił się średniej wielkości mur z poplątanych krzewów i dzikich roślin. W murze tym było wycięte przejście, które prowadziło do okrągłej polany. W wejściu stał na straży jeden z Midiantów, obok niego konie. Vort wysunął szpony i szybko ciął strażnika po gardle, po czym cofnął się czekając aż tamten się przewróci. Eskortant chwycił się za gardło, z którego zaczęła wylewać się już ciemna krew. Nie mógł wrzasnąć bo pazury dosłownie rozerwały mu krtań. Nogi miał jak z waty. Chociaż był zaprawiony w bojach i nie raz otrzymał rany poczuł że mdleje. Przed oczami miał czerwień, w dłoniach posokę. Wampir w ostatniej chwili złapał wartownika i położył go na ziemi. Teraz przyszedł czas na mały zwiad. Poszedł powoli ścieżką, aż ujrzał obozowisko.

- I co ? Nie miałem racji? Mówił pierwszy Midiant, a jego wężowe oczy zwęziły się.

- Miałeś, miałeś, to miejsce jest doskonałe, nic nam tu nie grozi, powiedział drugi. Wypełnimy misję i zgarniemy podwójną dolę, za dowiezienie pełnego skarbu bez uszczerbku.

- Wiecie co? Jesteście idiotami. Czy nie zauważyliście jak trudno było załatwić tę fuchę? Jak mozolnie to wszystko się toczyło? Prawda jest taka, że praktycznie nie wybiera się Midiantów na taką misję, a to za sprawą ucieczek z przewożonym majątkiem. Jesteśmy potrzebni do bitw, walki, niebezpiecznych misji w dziczy, ale nie do konwojowania skarbów. Lecz mi się udało nam to załatwić, więc teraz panowie my zgarniamy bogactwo.

Strażnicy aż zawyli z radości. Nie trwała ona jednak zbyt długo. Vort użył symbolu Fasir przykładając prawą dłoń do znaku na lewej ręce. Poczuł przypływ sił witalnych, a wszystko zatrzymało się wokół niego, przelatujący ptak przestał machać skrzydłami, wisiał tylko w powietrzu prześwietlany nielicznymi promieniami słońca. Gałęzie drzew zamiast szeleścić falować i ogólnie być w ruchu stały jak zamrożone. W rzeczywistości jednak, poruszały się normalnie, tylko w percepcji wampira robiły to tak wolno, iż wydawało się że są unieruchomione. Upiór poruszył się, podszedł do pierwszej osoby wyjął sztylet i kaleczył przez brzuch. Z rany po chwili wypłynęły wnętrzności wyglądające jak gęsta zupa z podrobów. Napastnik obrócił się i rzucił sztyletem tak wprawnie, że trafił on drugiego Midianta prosto między oczy.

Trzeci osobnik o imieniu Seth siedząc przy ognisku widział tylko jak jego kamraci jeden po drugim padają na ziemię, zorientował się, że zapolowało na nich coś bardzo szybkiego i niewidzialnego. Lecz zanim zdążył cokolwiek zrobić, coś ciężkiego i silnego skoczyło mu na plecy raz za razem wbijając mu kły w szyję. Krwiożerca musiał przebić się przez grubą skórę swojej ofiary nim trafił na tętnicę szyjną. Gdy już mu się to udało zaczął pić. Pił i smakował pełną walorów gorącą krew. To było wspaniałe najlepsze co mogło być. Żar gęstego płynu wlewał mu się do ciała. Krążył po nim odświeżając, dodając wigoru, odmładzając, lecząc. Skończył pić wstał, rozejrzał się po pobojowisku i jak zwykle miał te same myśli, dlaczego oni musieli zginąć przeze mnie. Stracili życie, abym mógł się pożywić. Może mięli rodziny, dzieci. I wtedy wziął w dłoń swój kompas karmiczny. Nie, to byli bardzo źli ludzie, zasługujący na śmierć, zabicie ich to dobry uczynek. Z powodu właśnie takich dywagacji kupił ten kompas , który określał czyjś charakter w prosty sposób. I nie mylił się. Stracił zainteresowanie makabryczną sceną dookoła i zwrócił uwagę na wóz stojący przy koniach. Była to wersja opancerzona, zabezpieczona zaklęciami zamknięcia, odstraszenia i zapomnienia. I właściwie zapomniałby, gdyby nie brzęk bransolet,które miał na prawej ręce. Był tak głośny, że przestraszył wierzchowce, a jego szybko wyrwał z letargu. Złota bransoleta służyła do transferu pieniędzy, srebrna do wyceniania rzeczy, a tutaj było cennie bardzo cennie. Wskaźnik na złotej obręczy pokazywał, że właściciel miał około stu piędziesięciu tysięcy Jardów, co było równowartością mieszkania w dobrej dzielnicy miasta. Indykator srebrny po prześwietleniu wozu pokazał trzy kwoty, wartość biżuterii, czystego złota i tak zwanego listu pieniężnego. Vorta interesowała tylko poczta. Podszedł do tylnej części czterokołowca i spojrzał na drzwiczki,solidne grube pokryte dodatkowym pancerzem. Jego absorbowała dziurka od klucza. Sięgnął do pasa i wyjął małą fiolkę, w środku był niebieski owad,który nie ruszał się. Wampir odkorkował flakonik i podstawił pod otwór. Gdy opary oliwy do zamków przedostały się do buteleczki owad nagle „ożył” i szybko jak skolopendra zniknął w dziurce. Nie minęła minuta a drzwi stały otworem. Vort szybko otworzył pudło z metalu i wyjął list, przełamał czerwoną magiczną woskową pieczęć i spojrzał na sumę: trzysta dwadzieścia tysięcy Jardów. Wspaniale, ogromne pieniądze zdobyte tak łatwo. Za zamkowego owada dał, na rynku,250 Jardów i nie miał wielkich nadziei, że zadziała. Przytknął złotą biżuterię do symbolu na grubym papierze listu i kwota pojawiła się na niej. Był teraz całkiem majętny, może nie bogaty, ale nie musiał martwić się o finanse przez dłuższy czas.

Ogień w ognisku dogasał i z jego dymem uleciały dusze czterech mężczyzn. Czy zatriumfowało dobro, a zło zostało pokonane? Nikt tego nie rozsądzi. Ciała pożrą dzikie zwierzęta, a resztki pokryją chwasty.ROZDZIAŁ 2

Siedzieli w karczmie Czarci ogon. Był chłodny, mglisty i późny wieczór w Tidorze mieście ludzi. Uliczne latarnie ledwie oświetlały teren i wyglądały jak jarzące się punkty, jakby duchy zmarłych lewitujące nad wielkim cmentarzyskiem. Na tle mrocznego, zachmurzonego nieba stała monumentalna Cytadela, centralny i główny gmach miasta. Każde z sześciu miast je miało Uruth, Anhel, Mort, Mefi, Archeb i oczywiście Tidor. Siedziby wampirów, aniołów, nekromów, czartów, magów i ludzi. Cytadele dostarczały ciepło, światło, jedzenie i czystą wodę dla swoich metropolii. Były w nich ogromne magazyny pełne zarówno żywności, jak i elementów budowlanych, materiałów włókienniczych czy utrzymania infrastruktury. Wewnątrz nich płonęły kule jakby lawy będące źródłem zasilania w energię. Znajdowały się tam ogromne ilości stanowisk badawczych z różnych dziedzin w tym medycyny. I oczywiście byli tam uczeni. Ich mądrość i wiedza zaskakiwała czasem pozytywnie a czasem zupełnie rozczarowywała. Vort w sumie cieszył się tym, że to nie uczeni rządzili miastami. Na całe szczęście, przynajmniej oficjalnie na całe, robili to Burmistrzowie.

Było ich trzech: Vort, Mistal i Charles, mag zbrojny. Wewnątrz było ciepło, dość ciemno, ale gwarno. Prawie nie było miejsc, szybkie gnomy wędrowały od baru do stolików roznosząc jadło i napitki. Nagle drzwi wejściowe otwarły się i do lokalu wszedł nowy biesiadnik, szczupły wysoki młodzieniec o bladej twarzy. Ciągnął się za nim nieprzyjemny chłód z dworu. Usiadł przy kontuarze i zamówił coś do picia.

Panowie zaczęli cichą rozmowę.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij