Łowcy Tajemnic. Złodziej czasu - ebook
Na Dolnym Śląsku w każdym domu jest ukryty skarb. Mówią tak wszyscy, którzy tam mieszkają. Szkoda tylko, że stary poniemiecki dom wujostwa, w którym Dorota i Daniel muszą spędzić wakacje, wygląda, jakby skrywał jedynie kłęby kurzu.
Gdy w środku nocy dochodzi do włamania, Dorota rozpoczyna własne śledztwo. Szybko wpada na trop tajemnicy sprzed lat i razem z bratem odkrywają, że nawet ten nudny dom kryje w swoich murach niejedną zagadkę.
Czy Dorota i Daniel dowiedzą się, po co ktoś włamał się do domu, skoro niczego nie ukradł? Kto tak naprawdę jest złodziejem czasu? I czy legendy o skarbach są prawdziwe?
Michał Kuźmińskito krakowski pisarz, dziennikarz i podcaster. Wspólnie z Małgorzatą Fugiel-Kuźmińską tworzy powieści kryminalne, w których na jaw wychodzą najgłębiej skrywane sekrety. Na podstawie jednej z nich – „Ślebody” – powstał serial. „Złodziej czasu” to jego pierwsza powieść dla dzieci.
| Kategoria: | Dzieci 6-12 |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8427-446-0 |
| Rozmiar pliku: | 6,2 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Obudził ją dziwny dźwięk.
Dobiegał zza okna. Przeciągły, ptasi, gulgoczący. Brzmiał jak alarm.
Dorota otworzyła powieki. Z początku wszystko – światło, ściana, zapach pościeli – wydawało się zwyczajne. Zaspana jedenastolatka jeszcze nie do końca rozumiała, co jest nie tak. Zamrugała, rozejrzała się powoli. Okno było gdzie indziej niż zwykle. Ściana przed nią nie była beżowa, tylko biała i jakby trochę krzywa. Wysoko pod sufitem biegła wtopiona w nią drewniana belka – prawie czarna i chropowata ze starości. Światło też padało jakoś inaczej. Pod oknem stała staroświecka komoda, a na niej – kilka nudnych na pierwszy rzut oka książek o białych grzbietach. Okno też było inne: dzieliło się na sześć kwadratowych kwater i zamiast rolety w kwiatki wisiała w nim koronkowa firanka. Delikatnie powiewała pod wpływem powietrza wpadającego przez uchyloną szybę. A to powietrze też pachniało zupełnie inaczej. Czymś wilgotnym i zielonym, jak po koszeniu trawy.
Dziewczynka nadstawiła ucha. Nie było słychać samochodów z dwupasmówki ani kosiarek, a zza drzwi nie dobiegały dźwięki telewizora włączonego na kanale informacyjnym, który przed wyjściem do pracy oglądał tata. Było po prostu bardzo cicho.
Coś nieprzyjemnie ukłuło ją w żołądku, serce zabiło jej mocniej.
Była w nowym miejscu.
I wtedy zza okna znów dobiegł ten przenikliwy dźwięk, który dziewczynka znała z bajek i filmików na YouTubie, ale którego jeszcze nigdy nie słyszała na żywo. Uniosła się na łokciach i zmarszczyła brwi. Przecież tak pieje kogut!
Co to za dom? – pomyślała ze ściśniętym gardłem.
– Daniel? – zawołała i odwróciła się tam, gdzie spodziewała się zobaczyć młodszego brata. Ale jego łóżko było puste, pościel leżała rozkopana. – Mamo…?
Wszystko zaczęło jej się powoli układać w głowie. No tak, przecież mama i tata wczoraj wieczorem wyjechali. A ją i Daniela zostawili w tym obcym domu na końcu świata. Dorota schowała się po czubek nosa pod kołdrą i zaczęła rozmyślać o tym, skąd się tu wzięła.1
Najgorsze wakacje świata
To było jakoś z miesiąc temu. Po niedzielnym obiedzie mama poprosiła, żeby przez chwilę zostali przy stole. Miała poważną minę, więc zostali.
– Musimy porozmawiać o wakacjach – ogłosiła.
Dorota aż pisnęła. Nie mogła się doczekać, dokąd pojadą tym razem. Byli już w Grecji, na Teneryfie, o Bałtyku nie mówiąc.
– Pamiętacie ciocię Jadzię i wujka Franka z Maciejowca? – zapytała mama.
Dorota pokręciła przecząco głową.
– Oj, przecież byliśmy u nich parę lat temu. W takim wspaniałym, starym domu.
– Zabytkowym, przedwojennym, poniemieckim! – wtrącił tata, który nigdy nie przegapiał okazji do podkreślenia, że się na czymś zna. Choć te słowa niewiele Dorocie mówiły.
– Dookoła są góry, lasy i rzeka, można tam biegać i się bawić… – Mama brzmiała jak agentka biura podróży.
Dorocie coś się zaczęło przypominać, chociaż musiała być wtedy jeszcze mała. Wielka chłodna sień, ciężkie drzwi, kurza kupa, w którą wdepnęła sandałkiem.
– No więc wczoraj rozmawiałam z ciocią Jadzią i oboje z wujkiem bardzo się ucieszyli z pomysłu… – Mama wzięła oddech dla efektu i uśmiechnęła się tak przekonująco, jak wtedy, gdy obiecywała, że u dentysty nic nie będzie bolało. – …żebyście spędzili u nich wakacje!
Zastygła, jakby spodziewała się braw.
Dorota szybko przemyślała usłyszane słowa.
– Jak to: „żebyście”? A wy? – zapytała dziewczynka.
Mama spojrzała dziwnie na tatę. Ten odchrząknął.
– Wy już jesteście tacy duzi! – powiedział. – Może to już czas na trochę samodzielności? Bez, ha, ha, starych, co was bez przerwy pilnują? Wiecie – dodał poważniej – dzięki temu mama i ja moglibyśmy pojechać na nasz drugi miesiąc miodowy. Od dawna tęskniliśmy za trekkingiem z namiotami. Słońce czy deszcz, wędrówka w dziczy! – Tata nakręcał się coraz bardziej. – Ani żywej duszy, tylko my dwoje. Jak w studenckich czasach, gdy was jeszcze nie było na świecie.
– Arek! – syknęła mama i spiorunowała go wzrokiem.
Zamilkł gwałtownie, jakby ugryzł się w język. Za późno. Dorocie to wystarczyło. Nie chciało jej się wierzyć w to, co właśnie usłyszała. Siedziała przy stole z otwartymi ustami i coraz większymi oczami.
A więc oni tęsknią za czasami, gdy jej i Daniela jeszcze nie było? Chcą ich gdzieś zostawić, sami będą się świetnie bawić, a ona ma siedzieć w jakimś obcym domu z obcymi starymi ludźmi i nieznośnym młodszym bratem – a to wszystko na końcu świata, wśród kurzych kup, z dala od miasta? Przecież to brzmi jak przepis na najokropniejsze wakacje życia!
Wczorajsza podróż była straszna. Wszystko przez nawigację. Pokazywała, że z Krakowa mają niewiele ponad cztery godziny drogi, więc się nie spieszyli i wyjechali dopiero w południe. Potem zatrzymali się w Maku na jedzenie, Daniel wypił całą półlitrową colę i musieli przez to jeszcze dwa razy pilnie stawać na siku. Przed Wrocławiem na autostradzie zrobił się straszny korek. Utknęli na amen. Jeszcze gdy stali w tym korku, Dorota trochę się łudziła, że tata zaraz gdzieś nagle skręci, oboje z mamą krzykną: „Niespodzianka!” i zajadą w jakieś magiczne miejsce, do parku rozrywki, super hotelu z basenem albo na lotnisko, skąd polecą do Afryki albo Nowego Jorku. I że jednak spędzą te wakacje wspólnie, a cała historia z ciotką, wujkiem i zostawaniem samemu była tylko ściemą. Okaże się, że ich wkręcili, a tak naprawdę wymyślili coś genialnego.
Ale mama cały czas dużo mówiła i była podejrzanie wesoła. Dorota sięgnęła po telefon, który dostała na jedenaste urodziny wraz z zestawem bezwzględnych reguł: żadnych social mediów, przed ekranem najwyżej dwie godziny dziennie. Odpaliła YouTube’a i demonstracyjnie zaczęła oglądać pierwsze z brzegu głupie filmiki.
– Co tam masz ciekawego? – zaszczebiotała mama, zamiast się zwyczajnie zdenerwować.
Oczywiście Daniel od razu zaczął wyrywać siostrze telefon.
– Tato, powiedz mu coś! – krzyknęła Dorota desperacko.
Tata też był zaskakująco rozluźniony.
– Ustąp młodszemu bratu! – zażądał równie zaskoczony siedmiolatek, wygłaszając kwestię, którą powinien był wygłosić tata.
– Dan, zostaw Dodę. – Tata próbował opanować trudną sztukę patrzenia równocześnie na drogę, na nich i na żonę. – Ania, daj mu mój telefon – powiedział do mamy.
To był ostateczny dowód. Przecież tata nigdy nie dawał Danielowi swojego telefonu do zabawy. Teraz Dorota była już pewna, że wszystko to oznaczało tylko jedno: rodzicom jest wobec nich głupio, ale udają, że nic się nie dzieje. Czyli nie będzie żadnego super hotelu, żadnego Nowego Jorku, żadnej niespodzianki. Rodzice naprawdę jadą na wakacje bez nich. Bez niej.
Gdy wydostali się już wreszcie z tego okropnego korka na autostradzie, tłukli się jeszcze wiele kilometrów przez kręte drogi i ciemne wsie. Dotarli na miejsce dopiero grubo po zmierzchu. Dorota była ledwie przytomna, bolała ją głowa, a od zakrętów zrobiło się jej niedobrze. Niewiele zapamiętała z przyjazdu. Mrok, wąska droga, stare drzewa. Światło reflektorów ich auta liżące ścianę z ciemnej cegły podzieloną krzyżującymi się belkami. Morelowe światło żarówki nad drzwiami rozmywające się we mgle. Wypakowywane przez tatę z bagażnika kolejne walizki, torby i plecaki z ich ubraniami, jej maskotkami, autkami i bajkami Daniela. Mama, która próbowała zarządzać wszystkim naraz, nosić bagaże i witać się ze swoją ciocią, która stanęła w drzwiach. Trochę nerwów. Senność.
Ciocia i wujek mamy czekali z kolacją, ale Dorota zdołała zjeść tylko kromkę z miodem i wypić odrobinę herbaty. Bolał ją brzuch i trudno było powiedzieć, czy to od choroby lokomocyjnej, czy z żalu. Chciała iść spać. Wujek miał zatroskaną minę, ale z dumą zaprezentował jej niewielki pokój na piętrze, który naszykowali z ciocią dla nich obojga.
Pościel była szorstka, chłodna i pachniała praniem. Daniel zasnął pierwszy. Mama długo siedziała na podłodze między ich łóżkami.
– Naprawdę nie zostaniecie z nami nawet na jedną noc? – wyszeptała Dorota.
Mama nachyliła się do niej i pogłaskała ją miękko po włosach.
– Musimy jechać, jutro wylatujemy, Dociu – powiedziała. – Zobaczysz, będzie ci tu fajnie. Gdy byłam w twoim wieku, uwielbiałam tu przyjeżdżać. Maciejowiec to kraina mojego dzieciństwa.
Dorota lubiła, gdy mama opowiadała, jak to było, gdy sama była w jej wieku. Wyobraziła ją sobie jako dziewczynkę z warkoczykami bawiącą się z ciocią i wujkiem, którzy pewnie mieli wtedy tyle lat, ile mama miała teraz.
– Wiesz, córeczko, my z tatą bardzo potrzebujemy tego wyjazdu – szeptała mama. – Czasem między dorosłymi różne rzeczy się trochę psują i żeby je naprawić, trzeba pobyć ze sobą blisko, znaleźć znowu czas na rozmowę, na siebie. Jesteś już duża, rozumiesz, prawda?
Dorota popatrzyła mamie w oczy i skinęła głową na znak, że rozumie. Chociaż w tamtej chwili wcale nie czuła się duża. Ani nie była pewna, czy rozumie.
– Mamo?
– Tak?
– A kiedy byłaś mała i tu przyjeżdżałaś – wyszeptała dziewczynka spod kołdry – też nie chciałaś zostawać sama?
Mama nie odpowiedziała od razu.
– Troszeczkę – przyznała wreszcie i się uśmiechnęła. – Ale potem się okazywało, że nigdy tak naprawdę nie byłam tu sama.
Dorota nie pamiętała, jak udało jej się zasnąć. A teraz, gdy się obudziła, dotarło do niej, że rodzice dawno już pojechali. Uniosła się na łóżku i podparła łokciami. Miała do siebie straszny żal. Nie powinna była zasypiać tak łatwo, powinna była im pomachać, gdy odjeżdżali. Jeszcze raz się do nich przytulić. Nie mogła sobie tego wybaczyć. Może by ich jednak przekonała, żeby wzięli ją ze sobą.
Przez uchylone okno płynęło chłodne powietrze, a Dorocie zadrżał podbródek i zaszkliły się oczy.
Szybko pociągnęła nosem, zacisnęła wargi, usiadła na łóżku. Pociągnęła nosem drugi raz. I raptem poczuła słodki zapach. Dobiegał zza niedomkniętych drzwi. Naleśniki!
_Dalsza część w wersji pełnej_