Lubiewo - ebook
Najgłośniejsza polska powieść po 1989 roku.
Szalony, anarchiczny, samozwańczy queerowy Dekameron.
„The Observer”
Pierwsza polska powieść queer, crossoverowy bestseller.
„The Independent”
Język Witkowskiego lśni jak ciemna podmiejska ulica obmyta deszczem i oświetlona latarniami.
„Frankfurter Allgemeine Zeitung”
Pulsujący życiem, genialny językowo, wywrotowy portret środowiska homoseksualistów schyłku PRL.
„Polityka”
Przezabawna, pikantna, błyskotliwa, cierpka opowieść.
„The Guardian”
Nominacja do Nagrody Literackiej Nike w 2006 roku, Nagroda Literacka Gdynia w kategorii „Proza” za rok 2006, miejsce na shortliście Independent Foreign Fiction Prize 2011.
Książka ukazała się w ponad 30 krajach, . we Francji, w Niemczech, Izraelu, Rosji, Hiszpanii, Szwecji, Holandii, Wielkiej Brytanii.
Wkrótce film w reżyserii Pawła Maślony!
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Proza |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8427-169-8 |
| Rozmiar pliku: | 1,7 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Sylwia Chutnik, _Cwaniary_
Sylwia Chutnik, _Dintojra_
Sylwia Chutnik, _Jolanta_
Sylwia Chutnik, _Tyłem do kierunku jazdy_
Sylwia Chutnik, _W krainie czarów_
Anna Cieplak, _Lata powyżej zera_
Anna Cieplak, _Lekki bagaż_
Jacek Dehnel, _Krivoklat_
Paulina Jóźwik, _Strupki_
Zośka Papużanka, _On_
Zośka Papużanka, _Świat dla ciebie zrobiłem_
Zofia Posmysz, _Wakacje nad Adriatykiem_
Patrycja Pustkowiak, _Maszkaron_
Żanna Słoniowska, _Dom z witrażem_
Żanna Słoniowska, _Wyspa_
Stanisław Syc, _Suplementy siostry Flory_
Magdalena Tulli, _Szum_
Magdalena Tulli, _Włoskie szpilki_
Michał Witkowski, _Drwal_
Michał Witkowski, _Fynf und cfancyś_
Michał Witkowski, _Margot_
Michał Witkowski, _Tango_
Michał Witkowski, _Wymazane_Dzwonię domofonem, słyszę jakieś piski, ochy i achy.
Śmiało wchodzę do brudnej bramy. Na podwórku głośno krzyczą dzieciaki. Pachnie szczyną.
Wjeżdżam rozklekotaną windą na czwarte piętro smutnego gomułkowskiego bloku. Patrzę na guziki poprzypalane papierosami, rozklejone; czytam napisy kibicujące drużynom piłkarskim, ktoś kogoś wysyła do gazu. Dzwonię krótko, od razu otwiera mi Lukrecja, Patrycja w kuchni zaparza herbatę – obie są bardzo podniecone, że przyszedł „pan dziennikarz”. Żyją z renty i ledwo wiążą koniec z końcem. Nie, ich wspomnień nie da się opowiedzieć obcym. Właśnie dlatego opowiedzą je mnie. Tunajt.
Patrycja i Lukrecja są już starymi facetami i w ich życiu wszystko się dawno skończyło. Dokładnie w dziewięćdziesiątym drugim roku. Patrycja: grubawy, zniszczony mężczyzna z wielką łysiną i bardzo ruchliwymi krzaczastymi brwiami. Lukrecja – pięćdziesiąt lat, gładko ogolona twarz, cyniczny, chudy. Brązowe, zżarte grzybicą paznokcie. Ich żarty, ich zblazowane fumy. Ich motta życiowe. „Tyle masz z życia, co wyciśniesz z chuja”. „Z maturą to już nie chłop!” Ich zawody: opiekunka społeczna, salowa, szatniarka. Byleby jakoś żyć i móc zajmować się tym, co najistotniejsze.
Lukrecja była kiedyś germanistą, ale w żadnej szkole nie mogła dłużej zabawić, ciągle przysparzała kłopotów, podrywała uczniów i w końcu zaczęła utrzymywać się tylko z korepetycji, „bo jeszcze na pierwszej stronie »Faktu« wyląduję jak Krolopp”. W latach osiemdziesiątych przeprowadziła się z Bydgoszczy do Wrocławia. Tu poznała Patrycję, w parku dla pedałów, w brudnym szalecie. Pati leżała pijana z głową w szczynach i myślała, że już się nie podniesie. Ale Lukrecja pomogła Patrycji, tej dziwce, podała jej tępą brzytwę, jakoś znalazła się dla niego praca szatniarza w którymś z robotniczych domów kultury. Odtąd zadaniem Patrycji było wydawanie piłeczek do ping-ponga, bo młodzi działacze przychodzili grać do klubowej świetlicy. Praca lekka, z ZUS-em i emeryturą, płatna jak każda inna, cały dzień Patrycja piła kawę w musztardówce i plotkowała z woźną.
Czasami pozostawała na dyżurze do rana w charakterze nocnego ciecia. Wtedy wyobrażała sobie, że jest barokową damą, ma wielką krynolinę, wysoką perukę i jedzie turkoczącą karetą do kochanka. Że nazywa się tak jakoś zupełnie nie do wymówienia i zasłania się przed gapiami na ulicy wielkim wachlarzem. Z dachu kapało do wiadra, za oknem wył wiatr, gnał ulicą gazetę bez ani jednego słowa prawdy, a ona wstawała, robiła sobie grzałką kawę na zmianę z herbatą, dolewała do tego wódki i wracała do swojej karety, do Wersalu, do sukni tak wielkich, że pod ich kloszami można zmieścić kilku kochanków i buteleczkę z czymś zatrutym. Zapalała wiarusa i kręcąc zadkiem, szła na obchód ciemnych korytarzy domu kultury, gdzie na ścianach wisiały rysunki najmłodszych jego gości i ogłoszenia o kursie rzeźbienia w modelinie. Gdy wracała, miała już obmyśloną dalszą akcję. Trzeba było tylko zatkać uszy stoperami, bo noce nie były spokojne, a psy pilnujące terenu polowały na koty. Ranek otrzeźwiał ją, jak chlapnięcie zimną wodą w pysk. Trzeba było podpisać kontrolkę, trzeba było wracać ostatnim nocnym autobusem, który nie miał nic wspólnego z karetą, znowu ktoś coś od niej chciał i znowu była krnąbrna i leniwa.
Ale to dawne czasy, gdy robotnicy Hydralu i Stolbudu po pracy wciąż jeszcze mieli siły zajmować się baletem … Gdy nie istniały wyrazy takie jak „molestowanie”, a gazety zajmowały się swoimi sprawami (wychwalanie dożynek, tyle to a tyle surówki stali, tyle węgla, otwarcie nowej szkoły, sukcesy wsi). W nocnych dyżurkach nie było jeszcze telewizorów, więc wyobraźnia pracowała pełną parą, inaczej zdechłoby się z nudów.
Nagle w rytm przeboju Edyty Górniak _Dotyk_ wkroczyły na scenę lata dziewięćdziesiąte. W domu kultury Patrycji każdy pokój zajęła inna firma, a fasada pełna była tablic informujących, na którym piętrze znajduje się lombard, kantor, klub bilardowy, solarium czy hurtownia zniczy. Tam, gdzie tańczyli niezgrabni robotnicy, mieścił się teraz sklep o romantycznej nazwie Wszystko po 5 Złotych, oferujący jadowicie czerwone sztuczne róże po dziesięć złotych, które tak podobały się Patrycji. Ale ją zwolnili, teraz każdy sam pilnował swego nosa, a ochronę budynku zapewniali napakowani luje ze specjalnej firmy. Świat jest zły, bo w miejsce konkursów recytatorskich, rytmiki dla dziewcząt, baletu i zajęć z gimnastyki korekcyjnej pojawiają się brudne, na poły mafijne speluny, w których handluje się używanymi telefonami komórkowymi o niemodnych kształtach, a jakby tego było mało, w kioskach nie można dostać stoperów – pomyślała Patrycja i bez żalu przeszła na zasłużoną rentę.
Do domu Trzeciej RP nigdy nie wpuściła.Kobiety
Mówią o sobie w rodzaju żeńskim, udają kobiety, do niedawna podrywali facetów w parku, pod operą i na dworcu. Są uzależnieni od seksu. Mają wprawę w wyrywaniu! Nawet teraz, na emeryturze, z tymi brzuszkami, potrafią niejedno. Wystarczało wymachiwanie zwykłymi czarnymi torbami, na które mówili „torebki”. Bo ubierają się w to, co mają – ekstrakt przeciętności rodem z Peerelu. Wystarcza inne trzymanie papierosa, brak wąsów i te wszystkie słowa. W słowach tkwi ich siła. Niczego nie mają, wszystko muszą sobie dokłamać, dozmyślać, dośpiewać.
– Ależ przestań, moja droga! – Teraz Patrycja „przegina się” i podaje herbatę w wyszczerbionej szklance. – Ależ przestań! Już nie te lata, dupka już zwiędła, gdzie te niegdysiejsze śniegi? Boże, wariatka, kobieta szalona, zostaw mnie! Dobrze mówił stary Villon: bierz tylko chłopców! To i brałyśmy.
„Przeginanie się” to udawanie kobiet – jakimi je sobie wyobrażają – wymachiwanie rękami, piszczenie, mówienie „ależ przestań” i „Boże, Bożenka”. Albo podchodzenie do miśka, kładzenie mu ręki pod brodę i mówienie: „Główkę, szczeniaczku, wyżej trzymaj, jak do mnie rozmawiasz”.
Wcale nie chcą być kobietami, chcą być przegiętymi facetami. Tak im dobrze, to był ich sposób na całe życie. Zabawa w babę. Inni walczyli z komuną, a oni po prostu postanowili nigdy nie dorosnąć i bawić się w babę. Bycie prawdziwą kobietą, szczególnie za komuny, to już nie to – zabawa ekscytuje, a spełnienie, jak to spełnienie … Prawdziwe baby wystawały w kolejkach po mięso, rodziły w bólach dzieci, miały okres, odbierały dzieci z przedszkola, szkoły, użerały się. Dla nich baba to była gwiazda, jakaś Alexis czy Violetta Villas. Ale w ich języku spełnienia nie istnieją. Znają tylko wyrazy takie jak „głód”, „niespełnienie”, „zimny wieczór”, „wiatr”, „spierzchnięte usta” i „chodź”. Stale przebywały w wyższych rejonach dna, między dworcem, najnędzniejszą pracą a parkiem, w którym był szalet. Można nawet powiedzieć, że był to jakiś plugawy środek
świata.
Okazuje się, że dno ktoś specjalnie dla nich wymościł trocinami i szmatami. Wcale przytulnie. Zdecydowanie za dużo krzyku o to wylądowanie na dnie. Jak już się wyląduje, to można tam się całkiem miło urządzić i siedzieć latami. I dobrze! Śmierdzące ubrania śmierdzą tylko obcym, do własnego zapaszku każdy łatwo się przyzwyczai.
Człowiek zawsze miał dosyć na tą zupę ze słoika, na kartofle, socjalizm im sprzyjał, głodni ani bezdomni nie byli, czego kurwie trzeba, byle na ten łeb nie ciekło i chuj w ustach był. Obecnie w tym ich parku rządzą się straszne siły kapitalizmu: najpierw zburzyli im kultowy hotel Panorama, a teraz budują wielką Galerię Sklepów, rozkopują im całą przeszłość, więc Patrycja zamierza apelować, ale:
– Cóż, cóż ja, dziadówka, poradzę? Z kijem na Wielki Kapitał? Torebką po głowie? I co im powiem? Że to jest miejsce pamiątkowe? Idź już lepiej, Lukrecja, idź po popielniczkę, bo pan nie ma gdzie strzepać (hi! hi!), strzepać … popioooooołu! Jakbym pisała powieść, jak pan Michał, toby była najbardziej nostalgiczna powieść świata, a tytuł: _Tu była ławka_. __ Tu była ławka, na tym miejscu, gdzie jest teraz dźwig obsługiwany przez kompletnie niedostępnych lujów. I na tej ławce … Ech, co to się działo!
Patrycja nagle odkrywa, że nazwała siebie „dziadówką”, i bardzo się cieszy z tego nowego żartu. W którym gdzieś na dnie jest kropelka poniżenia. Patrycja właśnie zamierza ją wypić, wylizać jak kroplę ajerkoniaku z dna kieliszka. Dziś wieczorem.
– Ja sobie idę elegancko do parku, papierosy najpierw w kiosku kupuję, i tak od lat, jest dobrze, nie szkodzi mi na zdrowie. A spotykam znajomego z młodości, co się wybija w życiu, robi interesy i cały czas tak macha rączkami i nóżkami, żeby na powierzchni tej mętnej wody się utrzymać i na dno nie opaść. A co ja będę machać, jak na dnie można se odpocząć, posiedzieć, zapalić, kawę zrobić i zacisznie, nie wieje! A ten kolega patrzy na mnie jak na ostatnią kurwę, jakbym pod dworzec na Gwarną chodziła. Zresztą – przecież chodzę. Kurwą ci jestem nie lada … I tak słucham, co on mi tam gada, ale jakoś tak mnie to słodko nie dotyczy, bo jakieś raty, proszę ja ciebie. Kredyt ma, a pracę traci. Pralkę wziął, najnowszy model, lodóweczkę, mikrofalówkę, mieszkanie, auto, proszę ja ciebie, namachał się, a tu fala przyszła i pracę traci, i z tymi gratami częściowo tylko spłaconymi do nas, na dno, witamy chlebem i solą!
Myślę sobie, jeszcze mi tylko raty do szczęścia potrzebne! Taka mnie refleksja filozoficzna naszła i Łucja Kąpielowa, której się zwierzyłam, to potwierdziła. Która jako szatniarka, jako wykidajło na Dnie pracuje i nie każdego wpuszcza, choćby był złoty. Hola, chciałoby się na Dno dostać, najpierw Łucji Kąpielowej trzeba dać obciągnąć! Dopiero ona te swoje zardzewiałe klucze wyciągnie jak Święty Piotr. Bo my tu sobie żyjemy w wyższych rejonach Dna jak w raju. Nic nam już nie grozi – Lukrecja przeciąga się leniwie – i ma się ten sens w życiu! – Oblizuje się lubieżnie. – Chyba żebyśmy się do najniższych z czasem przeniosły, co, Patri? Tam to dopiero spokój się ma, bo niżej już upaść się nie da, więc głowa spokojna. Ale to na razie tylko Zdzichę Wężową ten zaszczyt spotkał, siedzi zaszczana z psem w przejściu podziemnym na Świdnickiej i żebrze.
Siedzę przy chwiejącym się stoliku w ich starym mieszkaniu, w kuchni. Nic się tu nie zmieniło od czasów komuny, wszędzie złote tajwańskie zegary z targu, barometry z targu, połyskujące figurki z targu, wszystko od Rosjan. Nawet ich język pełen jest rusycyzmów:
– U niego mało w spodniach …
Bieda aż piszczy, nad blachą suszy się pranie na sznurku. Męskie majtki, ale czarne; najtańsze, cerowane skarpetki, ale czarne; czarne – bo po pierwsze, fikuśne, po drugie, w tym domu panuje żałoba. Od ponad dziesięciu lat.
Lukrecja przybiera pozę starej hrabiny, której wojenne zawieruchy zabrały cały majątek, zakłada nóżkę na nóżkę (pomiędzy skarpetką a brązową nogawką w kant wystaje blada łydka poznaczona tatuażem żylaków), zapala papierosa, chwilę trzyma dym, wreszcie wypuszcza jak dama, daleko przed siebie, w tkliwym zamyśleniu. Puszczają ulubioną Annę German. Kręci się gramofonowa płyta:
_W kawiarence na rogu każdej nocy jest koncert,_
_Zatrzymajcie się w progu, Eurydyki tańczące,_
_Zanim świt pierwszy promień rzuci smugą na ściany_
_Niech was tulą w ramionach Orfeusze pijani …_
Podają przesłodzoną, letnią herbatę. Mieszkanie urządzone jest jak poczekalnia w przychodni – widać, jak mało potrzeba ludziom do życia, gdy „żyją” innymi sprawami, gdy ich mieszkanie to tylko poczekalnia, gdzie trzeba spędzać czas pomiędzy nocnymi łowami, narkomańska speluna. Bo oni są narkomanami. Seksualnymi. Ściany do połowy wymalowane żółtą olejną, od połowy w górę – brudne, na parapecie białe plastikowe doniczki z banalnymi trawkami i drzewkami szczęścia. Czekam, aż obie wreszcie usiądą do papierosów, do herbaty. Aż się przestaną kręcić. Ale gdy jeden już siedzi, drugi odnajduje potrzebę psiknięcia sobie dezodorantem pod pachami i podczesania się przy pękniętym lusterku. Na dodatek na gazie coś się gotuje, a gdy już mamy usiąść, Lukrecja nagle zabiera się do podlewania kwiatków z butelki po mleku, jakby miała jakieś pieprzone ADHD. Skąd one jeszcze wytrzasnęły tą butelkę po mleku? No i cały czas się poprawiają, podczesują. W końcu goście nieczęsto się zdarzają w tym domu żałoby.
– Czy moglibyście najpierw powiedzieć mi trochę o pedalskim życiu ówczesnego Wrocławia? – Stawiam cyfrowy dyktafon na stole, ale od razu przerywa mi ich głośny, piskliwy śmiech. Jedna porywa mikrofon i śpiewa do niego:
– Rozpalę serce twoje czułym pocałunkiem!
– I kto się o to pyta, Patrycja, ratuj! Zabierzcie ode mnie tego kurwiszona! Święta Dziewica nie wie? A panią redaktor to jak nazywali w Orbisówce i pod operą? Nie Śnieżka aby? Śnieżka, bo cała biała od … śniegu, hi, hi! Dobra, to sobie wytniesz, Michaśka, nie musisz przecież wszystkiego przepisywać … No więc dobrze, panie dziennikarzu, park nazywa się pikieta albo szlak. Chodzenie po nim to pikietowanie. Pikieta służy do wyrywania. Podrywania znaczy. Celem obciągu. Drutowania znaczy. Parki były zawsze, od kiedy żyję i ciągnę lachę, czyli od czasów powojennych. Prawdopodobnie były też i w czasach kamienia łupanego, w czasach średniowiecza, renesansu i tak dalej. Kiedyś pikieta ciągnęła się przez całe miasto, zaczynała się na Dworcu Głównym, a na Nadodrzu wcale się jeszcze nie kończyła. I właśnie tak powinna się zaczynać ta twoja powieść o nas.Hrabina wyszła z domu
– Hrabina wyszła z domu o wpół do dziesiątej i poszła do parku, bo akurat dziesiąta w nocy to jest najlepszy czas na małą laseczkę. Pamiętasz, Patrycja, Hrabinę? Zabili ją chyba w osiemdziesiątym ósmym, biedaczkę. Kim ona była z zawodu właściwie?
– Głupia jesteś, w osiemdziesiątym ósmym zabili Korę, bo sobie sprowadzała lujów do domu, to się i doigrała. Luj zabił ją jej własnym kuchennym nożem, dla głupiego radia Narew ją zaciukał, nic tam u niej innego nie było do zabrania. Jajka z lodówki ukradł, ta ciota, co z Korą mieszkała, potem opowiadała. Pół wrocławskiej pikiety maszerowało na pogrzebie, nawet niektórzy, hm … księża (Mo … mogę o tym mówić? Czy to do jakiejś katolickiej gazety?), no więc księża.
– One wierzą w Boga?
– A jak cioty mogą nie wierzyć w Boga? Nawet w wielu bogów. Co chwilę na ulicy zza rogu wychodzi jakiś młody bóg.
– Ale w prawdziwego czy wierzą?
– I w prawdziwego też wierzą, jakbyś się pytała. Po prostu obciąg jest jakby poza wiarą. Może i samego Stwórcę by wydrutowały. Na szczęście nie jest to wcale możliwe przy dzisiejszym stanie rozwoju fizy …
– Zamknij się!
– Ale co to ja chciałam rzec? Aha, a Hrabinę zabili dużo wcześniej, w siedemdziesiątym dziewiątym, i była z zawodu babcią klozetową. Pracowała w przejściu podziemnym, więc zawsze miała blisko. Mieszkała w suterenie, ale za to przy samym parku. Tak, wszystkie cioty mieszkały blisko parku. Specjalnie powynajmowały sobie mieszkania i latami tam chodziły, a teraz żałują, bo im dźwigi pod okna wjechały.Hotel Panorama
Na brzegu parku, czyli Pikiety Artystycznej, stał hotel Panorama, gdzie także Hrabina przez jakiś czas pracowała jako babcia klozetowa i cioty w nocy przychodziły ze szlaku, aby się u niej „poprawić”, przepłukać usta po obciągu, zapalić z nią papierosa, łyknąć wódki, kawki i w nogi, już pierwsza świteź, ale czuję, że jeszcze będę coś miała! Luksusy komuny polegały na tym, że najlepsze, orbisowskie hotele wyglądały jak zwykłe bloki obłożone białym plastikiem i z salą konferencyjną na dole. W Panoramie windziarą była ciota, w toalecie nudziła się Hrabina, a w drink-barze obsługiwała Żyrafa i co bogatsze cioty koło trzeciej w nocy przychodziły do niej zdrożone ze szlaku na Bloody Mary albo małą czarną, torcik węgierski i papieroska. Cała Panorama była w ciotowskich historiach po prostu skąpana, płynęła parkiem niczym wielki statek pijany, ach, Titanic; niestety, już zburzona, Galeria Dominikańska tam teraz powstaje …
Żyrafa tak opowiadała (a miała wadę wymowy):
– Kurwa, jak do mnie przychodziły nad ranem co bogatsze na Blady Mery, na kawę, na wuzetkę, na papieroska, złachane jak bure suki, z jęzorem wywalonym od tego latania za chujem, brudne, z butami w błocie od łażenia po krzakach, z kolanami w błocie od klękania do obciągu … A ja pytałam: „Dużo tam się dzieje tunajt?”. A one: „Nie … nic nie ma, nic nie ma … Puuuchy! Puuuuchy!”. Jak zwykle: „Nic nie ma, puchy, nic nie ma, idę do domu chyba”. To czego nie idziesz jedna z drugą?! Won mi z drink-baru! Lepszych gości z Enerefu płoszysz, co napiwki w dojcze markach zostawiają! Zamówi taka herbatę i siedzi! A jeszcze bym eklerka poprosiła, jeszcze kawkę, jeszcze paczkę marlboro, bo mi się skończyły, a może tu zaraz pijany Niemiec, gość hotelowy, przyjdzie i mnie do Enerefu zabierze! Won, kurwo, mówię, bo ochronę zawołam!
„Mendy jeżdżą?”
„No tak z raz przejechali, też im się już nie chce, ale co, glin raczej nie będę obciągała. Niestrawności bym dostała, bym miała niebieskich obciągać. Ale nie spisywali dzisiaj. Po co, wczoraj już byłam spisana, przedwczoraj, po co im mnie znowu do obyczajówki spisywać, jak oni wiedzą, że w taką pogodę jak dziś to tylko nieuleczalne przypadki przychodzą … Ten z wartburga jeździ”.
„O, to czuczło przywiał wiatr z północy!”
„No … Psa byś nie wygnał, a jego przywiało. To już chyba dziesiąty raz objeżdża pikietę … Ta łysa z malucha też jeździ jak kot z pęcherzem. O Boże, to ją przypiliło, spać nie może chyba! W taką pogodę, Żyrafa, w taką pogodę, szadź, gołoledź, to się zawsze ma. Wydaje się, co tam będzie w taką pogodę, kto psa by z domu wygnał, a się ma. Bo w taką pogodę jak już jakaś ruszyła dupę i przyszła, gorzej niż z psem się ze sobą obeszła, to znaczy, że to ciężki przypadek, że musi mieć, heroina dożylnie, musi, ciężkie uzależnienie od spermy, i te, co dziś przyszły, nie szukają księcia z bajki, tylko działają, w panice i szybko, żeby zdążyć. A w czerwcowe piękne noce co z tego, że w parku pełno i młodych, i w ogóle, kiedy każda wybrzydza, szuka księcia z bajki, w końcu myśli: „A, przejdę się jeszcze, może co lepszego wyłapię”, i gówno ma, świt wcześnie w czerwcu przychodzi …
Żyrafa słuchała tego, narzekała, żeby się pocieszyć, że nie może też wyskoczyć, puszczała Modern Talking, wymieniała popielniczki z napisem ORBIS.
No więc dzisiaj same uzależnione. Kierowniczka uzależnionych, Spermopijka, lata jak kot z pęcherzem, uzależniona od spermy. Niedossana, na kacu i suszy ją, nawet nas się pytała, na kolanach błagała, ale powiedz, z łyżeczkę chociaż spermy będziesz miała, błagam, łyżeczkę do herbaty, powiedz, Żyrafa, jak to się dzieje, że ona jedna w końcu zawsze ma?
„Bo uzależniona”.
„A my nieuzależnione?”
„Widać ona bardziej. I kto jeszcze jest?”
Żyrafa wkładała w kieliszki zwinięte w rulon czerwone serwetki i wstawiała za szybę w barku.
„Kicia, co jej śmierdzi z pyska. Cyganka”.
„Ta od »ja panu coś zaproponuję«?”
„Nie, Cyganka Morderczyni, ta Hawa czy Jawa, ta od Tabazy!”
„O Jezu!”
„Sama Tabaza też jest: gruba, w zielonej kurtce, z czerwoną gębą. Z Jadźką z Krzywym Nosem stręczą chłopców za dwieście tysięcy – przed denominacją – ale żadnego nowego towaru nie mają, ten narkoman jeden nawet fajny. Tabaza się doigra. Radwanicka mignęła, ale poszła z siatką gdzieś za takim studencikiem z plecaczkiem i znikła.
„Oooo! To jakiś studencik z plecaczkiem był?”
„No nawet, nawet, ale kurwa go chyba spłoszyła. Taki fajny nawet. Może jeszcze wróci”.
„A czy to aby nie Sowa z plecaczkiem lata? – pocieszała się Żyrafa. – Bo ona lubi się odmłodzić, za studenta się przebrać, lubi z ciemności skorzystać, z tyłu liceum, z przodu muzeum, czerwoną czapkę bejsbolówkę na czoło stare nasunąć, baczki se kredką do oczu dorysować, adidasy, plecaczek, a że stara jest, to już i drobna, skurczona, z chłopięcą figurą z daleka da się pomylić …”
„To mogła być Sowa” – mówiły, żeby Żyrafie nie było przykro, że na wybiegu nie lata, tylko w Panoramie musi siedzieć. Co prawda napiwki czasem w dojcze markach dostawała i w dolarach …Luje
– Kto to są luje? – Moje pytanie zagłuszają dzikie piski.
– Kto to są luje, kto to są luje. Boże, Bożenka, luje kto to są?! No dobra, powiedzmy, że nie wiesz. Luj to sens naszego życia, luj to byczek, pijany byczek, męska hołotka, żulik, bączek, chłopek, który czasem wraca przez park albo pijany leży w rowie, na ławce na dworcu czy w zupełnie nieoczekiwanym miejscu. Nasi Orfeusze pijani! Bo przecież ciota nie będzie się lesbijczyła z inną ciotą! Potrzebujemy heteryckiego mięsa! Byle był prosty jak dąb, nieuczony, bo z maturą to już nie chłop, tylko jakiś inteligencik. Najlepiej, żeby był bandytą. Żadnych min nie może robić, musi mieć gębę jak udo, po prostu obciągnięty skórą futerał na ryj, nic tam się nie może ukazywać, żadne uczucie! I gdzie znajdziesz takiego w tych dzisiejszych barach dla pedałów? Znane są dziesiątki przykładów na to, że heteroluje idą z ciotami po dobroci, w łóżku zachowują się jak pedały i dopiero potem nagle, jakby się obudzili, dostają ataku agresji i kradną, zabijają, towar upłynniają … Nieraz już są na schodach, już wracają do domu. Zawołasz, zapytasz o coś – wrócą się i jebną w pysk. Jakby na siebie nagle wściekli. Nie powstał, niestety, do dziś podręcznik pod tytułem _Psychologia luja_, a może byś, Michaśka, spisała coś takiego, jakoś by się wydało w samizdacie i na pikiecie sprzedawałybyśmy po zadrożonej cenie? Twój tata ponoć jest psychologiem … Może jako doktorat by ci to na uczelni zaliczyli.
Ale ciota się luja nie przelęknie. To znaczy prawdziwa, taka jak my. Nie te podróby z barów. Każda tylko marzy, żeby takiego pijanego Orfeusza poderwać, co przez cały czas stosunku nie zauważy, że nie ma do czynienia z babą. Żeby w tym pijanym widzie myślał, że z babą. Ale to musi być bardzo pijany
albo … Bo najlepsze luje są hetero i takiego wyrwać to trzeba go albo całkiem schlać, albo …
– Albo?Hrabina
– A tak wracając do Hrabiny – Patrycja nie chce odpowiedzieć na moje pytanie – teraz byłam jakoś tak, proszę ja was, o jedenastej w nocy powspominać, bo akurat Wszystkich Świętych i zaraz dziady. Zabrałam dla duchów w szkiełko jakieś takie ziemniaki piure, co mi się już trochę zepsuły, ale duchy wezmą, duch zje wszystko. Idę, patrzę … luj. Chyba, myślę sobie, pijany luj idzie, nic innego, więc ja za nim, a on myk, znika mi z oczu. Te latarnie, co druga poprzepalana, nie widać, ale stare oczy nawykły przez te lata do ciemności. Więc ja wiem od razu, że on poszedł w ruiny, za górkę. Przecież znam te wszystkie wykroty i zakamarki. Schodzę tam – mignął mi ten luj i znikł znowu, wiem już, że idzie w ten lej od bomby, co tam jest, porośnięty krzakami, wiesz, tam gdzie miałyśmy wtedy tego, no, Wielkochujaszczego …
– Aha, aha! – Lukrecja dokładnie pamięta, o kogo chodzi.
– Więc luj przeszedł przez ogrodzenie z tablicą, że wykopy, wstęp wzbroniony, ja halkę podwinęłam i myk! Znam przecież deskę luźną w płocie. Idę, już sobie sutki skubię pod stanikiem, cała już jestem ustami, idę w dół, w ten lej, i widzę, że – jak myślałam – luj przystanął w tym ciemnym dole od bomby, odwraca się …
– I co? I co?!
– Patrzę, a to Hrabina!
– Duch?
– Straszy, szmata. Poświata od niej biła, z oczu, z gęby, z uszu, jakby w środek świeczkę wsadzić.
– Ektoplazma!
– Ubrana była w tą swoją kurtkę z targu zielonkawą, ale taką jakby w błocie, w pozasychanej ziemi, jakby tam w grobie jej się już wszystko z wodami gruntowymi, z błotem przemieszało. Jam się przeżegnała, a ona do mnie mówi: „Za lujem tu poszłam, za świętą lufą tu szłam, przez te wykroty, jeszcze po śmierci! Dzisiaj obchodzimy dziady, daj trochę spermy, daj, a udzielę ci moralnej nauki, że kto nie był
ni razu …”.
– Bluźni! Z narodowego dzieła, szmata, jeszcze po śmierci się wyśmiewa!
– I jeszcze dalej się wyśmiewa, mówi: „Nazywam się Milijon! Nazywam się Milijon – mówi – bo mnie milijon lujów miało!”.
– Jezu!
– Piorun walnął gdzieś w dali, a ona do mnie nagle ni z gruszki, ni z pietruszki: „Makbecie! Tanie Kawdoru!”.
– Skąd ona nagle taka oczytana? Myślisz, Michaśka, że tam, na górze, jest jakaś biblioteka, jakaś klubokawiarnia, douczanie wieczorowe czy zaoczne, jakiś uniwersytet trzeciego wieku?
– No z tego by wynikało.
– Ja do niej: „A kysz, a kysz! Zgiń-przepadnij, maro nieczysta!”.
Wykładam jej te kartofle ze słoika jako ofiarę, aby sobie wzięła i poszła. A ona, że nie chce jadła ni napoju, że tylko kroplę lujowskiej spermy. I nic, tylko spermy i spermy. Też bym chciała, wiesz?! Ale widzisz tu gdzieś w zasięgu jakąś spermę? Z drzewa ci nie wydoję.
Aha, i jeszcze się z Biblii naśmiewa, że coś tam, wieszczy, jak jakaś nawiedzona Pytia, Kasandra, znaczy, że „będziecie stały, cioty, u bram rozporka luja i nie zostanie wam otworzone”. I wyciąga do mnie tą swoją krzywą rękę, i mówi: „Chodź”. Jakby mnie wzywała już do siebie. No. – Tu Patrycja i Lukrecja patrzą na siebie, wzdychają. – Straszno mi się zrobiło, bo już jej czaszkę widać pod włosami, ale ją poznaję, bo w powietrzu taki się unosi delikatny zapaszek jakby tego szaletu z przejścia podziemnego, co w nim pracowała, i całe życie tą kostką o zapachu sosnowym, co się do kibla załącza, to jechało od niej, tak że wyczuwałam po ciemku zawsze, kiedy Hrabina siedzi w krzakach, a kiedy luj. No i ją poznałam, bo tak samo jak za życia mówiła, z takim wiejskim akcentem. Stałam tam jak zahipnotyzowana. Poczułam, że muszę się napić, że jak się zaraz nie napiję, to nie wytrzymam. W końcu wydłubałam z kieszeni jakiegoś pogniecionego papierosa, a ręce tak mi drżały.
Patrycja ma ręce chude, całe w plamach wątrobowych, z długimi paznokciami. Nosi metalową bransoletkę z wyrytym napisem LOVE, jaką można kupić w nadmorskich kioskach z pamiątkami. Pokazuje teraz tymi rękami, jak jej drżały. Bransoletka trzęsie się i obija o duży, złoty ruski zegarek.
– Jakoś w końcu zapaliłam, chyba nawet ustnikiem nie tak, tolka na abarotno, i staram się przemówić jej do rozsądku, niby to spokojnie (a w środku cała się trzęsę): „Weź się, dziewczyno, lecz, najlepszymi przyjaciółkami byłyśmy za życia, już ci sperma do głowy uderzyła, żeby po śmierci koleżanki nie poznawać, z którą tylu lujów zaliczyłaś, z którą do Rusków pod koszary chodziłaś, tyle spermy przelałaś, że jakby to tak zlać do jakiej wanny, wszystko razem, toby się można było wykąpać, a jakby taka gruba jak ty wlazła, toby się i przelało! Kyrie Elejson, a kysz! Nie widzisz, że ja nie żaden luj, tylko Patrycja, stara Patrycja ze Śródmieścia?”.
Ona tak jakby mętne oczy miała, widać po śmierci dalej tam chlała w zaświatach, jak za życia. Coś jakby zaczęła mnie poznawać i mamrocze zawiedziona: „Patycja?” (a nie mówi „Patrycja”, tylko tak jakoś dziwnie, tak „Patycja”, „tycja”, jakby w gębie kluski miała).
„Oho. Zęby ci już wypadły, język zgnił w twych ustach, a lachę chcesz robić?”
To ona coś tam pomruczała, pomamlała i poszła sobie dalej szukać luja na górkę. Ani dzień dobry, ani do widzenia się, tylko poszła w pizdu, mimo żeśmy się już od tych dobrych parunastu lat nie widziały, a opowiadać to chyba miałaby co. I – tu Patrycja parska śmiechem – taka jedna wywłoka (no wiesz – mruga do Lukrecji – Sowa), jak ją zobaczyła, że wychodzi z ruinek, to za nią zaraz pobiegła z wywieszonym jęzorem na tą górkę. Za Hrabiną, będzie miała niespodziankę. A jeszcze była taka sytuacja, że ja już wcześniej słyszałam, że na tą górkę od strony Odry idzie jakaś gromadka jakby skinów, w każdym razie wrogo nastawiona, skandowali jakieś kibolskie pieśni o WKS Śląsk. Nawet chciałam ją ostrzec, ale myślę sobie: co jej zrobią, jak ona duch? Sama już ze strachu ledwie wytrzymywałam, bo raz, że duch, dwa, że z górki rozlegały się krzyki, jakby kogoś tam zabijali, ale … Ale nie byłam na tyle przestraszona, żeby jeszcze nie … Bo wiesz, ten Zbyszek z Wąsami się pojawił akurat. Ten, co jest zawsze z rowerem.
– To czuczło!
Patrycja wie. Lukrecja wstaje i przyczesuje siwe resztki włosów. Zmienia stronę płyty. Naciąga tani sweter z banalnym wzorkiem na swój wydatny brzuch. Jest brzydka, ma łupież, choć prawie nie ma włosów. W tej chwili jej twarz wykrzywia złośliwy uśmiech. Cedzi z wyższością:
– Bo też Hrabina już za życia przecież miała nakurwione we łbie, a kto wie, jak wpłynął na nią taki wstrząs jak własna śmierć? Pamiętacie, jak chodziłyśmy z nią pod koszary do Ruskich?
_Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej_