Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Lucky Shot - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
11 lutego 2026
3275 pkt
punktów Virtualo

Lucky Shot - ebook

Nasze pierwsze spotkanie? Nie przyszedł.

Drugie? Powiedziałam mu dokładnie, co o nim myślę.

Trzecie? Zaczęło się od zakładu (który przegrał) i skończyło się na tym, że utknęliśmy ze sobą na dłużej.

Alexander Hardy to brytyjska gwiazda piłki nożnej, idol tłumów i symbol seksu. Tymczasem ja pochodzę z rzeczywistości, w której liczy się każdy grosz. Założyliśmy się, że pomogę mu odbudować jego wizerunek w mediach, a on w zamian wesprze moją szkółkę piłkarską dla dzieci.

Nie znaczy to jednak, że muszę go lubić – ani jego akcentu, ani uśmiechu, ani spojrzenia, które potrafi wytrącić mnie z równowagi. A tym bardziej sposobu, w jaki dzień po dniu zjawia się na boisku, udając, że robi to z obowiązku, choć w jego oczach widać coś zupełnie innego.

On traktuje ten czas jak pokutę. Ja – jak szansę na uratowanie marzeń moich podopiecznych. Z każdym dniem coraz trudniej jest udawać, że nic nas nie łączy… bo może wcale nie pochodzimy z tak odległych światów, jak nam się wydaje.

Czy miłość, która zaczęła się od zakładu, ma szansę na szczęśliwe zakończenie?

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Erotyka
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68647-53-2
Rozmiar pliku: 1,8 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG

WHITNEY

Boisko jest puste, ale księżyc w pełni świeci jasno, więc pozostaje skąpane w jego blasku. To nie miejsce dla trzynastoletniej dziewczyny, ale jednocześnie jedyne miejsce, w którym pragnę być. Jedyne, które kiedykolwiek dało mi poczucie przynależności.

Przyćmione światło. Całkowita cisza. Chrzęst trawy pod butami, gdy idę. Możliwość tworzenia własnego przeznaczenia.

Wszystko to jest dużo lepsze niż jasne światła, ciągły hałas i nieustanny płacz dzieci w domu Ramseyów. A może Ramselów? Przez lata przewinęłam się przez tyle rodzin, że wszystkie już mi się mieszają.

To miejsce jest najlepszą częścią mieszkania z moją nową rodziną zastępczą, tymi Rams-cośtam. Boisko do piłki nożnej, na które mogę się zakradać przez dziurę w siatce. Trawa jest przyzwoita i boisko wydaje się dość bezpieczne. _Tak jakby._

Czy to ma znaczenie? Czy cokolwiek ma jeszcze znaczenie? Będę tu na tyle długo, żeby się rozgościć, zanim zdadzą sobie sprawę z tego, że wychowanie nastolatki jest trudniejsze, niż sądzili, i dużo droższe niż to, co dostają na mnie miesięcznie. Wtedy zostanę odesłana do następnej rodziny z długiej listy.

Równie dobrze mogę skorzystać z boiska, póki mam taką możliwość.

Ustawiłam piłkę na miejscu do rzutów karnych, żeby oddać jeszcze kilka strzałów w mojej grze przeciwko Reszcie Świata. To głupie zawody – rozgrywam je sama ze sobą i udaję, że jestem gwiazdą w meczu, którego wynik wisi na włosku. W mojej wersji to ja ustalam miejsce strzału i celuję, żeby w nie trafić. Jeśli mi się uda, wygrywam. Jeżeli nie, przechodzę do następnego miejsca.

Głupie i dziecinne – a przecież jestem już nastolatką – ale i tak satysfakcjonujące.

Poza tym pozwala mi być bohaterką mojej opowieści. Kto tego nie lubi?

– Górny prawy narożnik – mówię do siebie, patrząc na bramkę jedenaście metrów przede mną, a potem zamykam oczy, żeby zbudować tę scenę w głowie.

– To dziewięćdziesiąta czwarta minuta meczu – wymyślony przeze mnie komentator relacjonuje w mojej głowie. – Jesteśmy w trakcie przerwy, przy wyniku jeden do jednego, a Whitney Barnes wchodzi w pole karne. Czy zdoła tym rzutem karnym zapewnić swojej drużynie prowadzenie?

Biorę głęboki, pokrzepiający wdech, a potem otwieram oczy, żeby spojrzeć przed siebie i nie zdradzić miejsca oddania strzału mojemu wymyślonemu bramkarzowi.

– Barnes podchodzi do linii. Nabiera powietrza i rozbiega się. Celuje w prawy górny narożnik. _Goooool. Goooool._ Trafia i wygrywa mecz dla drużyny.

Unoszę ręce w geście zwycięstwa, a tłum wokół mnie wiwatuje. Zaczyna skandować moje imię, a członkowie drużyny podnoszą mnie na ramionach, żeby świętować. W tej chwili staję się kimś o wiele ważniejszym niż biedna, mała Whitney z rodziny zastępczej.

Jestem dobra w udawaniu. W zasadzie nawet świetna.

Czy nie w taki sposób przetrwałam dotąd całe swoje życie? Udaję, że kocham rodzinę, w której mnie umieszczono. Upewniam się, że jestem grzeczna i nie sprawiam problemów, żebym nie została ponownie przeniesiona. Udaję, że bycie niechcianą i niekochaną mnie nie porusza, że nie ma na mnie wpływu.

Scenariusz w mojej głowie zanika, a rzeczywistość zaczyna do mnie docierać. _Stoję zupełnie sama na boisku_. Dreszcze przebiegają mi po plecach i mam to odległe przeczucie, że jestem obserwowana.

_Może jednak nie będę tu dzisiaj biwakować._

Otrząsam się z tego uczucia i podbiegam do bramki, żeby zabrać piłkę, nagle nieco wystraszona.

– Szczęśliwy strzał.

– Aaa! – Prawie wyskakuję ze skóry na dźwięk męskiego głosu rozlegającego się za moimi plecami. Serce łomocze mi w piersi i podskakuje do gardła, kiedy odwracam się w stronę, skąd dochodzi głos, starając się ustawić tak, żeby dzielił nas słupek bramki.

_Jakby to mogło pomóc, gdyby był mordercą z toporem._

Unosi dłonie, podchodząc powoli w moją stronę. Jest wysoki, atletycznie zbudowany, ubrany w spodenki piłkarskie i koszulkę treningową. Ma falowane blond włosy i nawet w ciemności można z łatwością stwierdzić, że spędza dużo czasu na słońcu, ale nie potrafię ocenić, ile ma lat. Obserwuję każdy jego krok, rozglądając się jednocześnie za drogą ucieczki.

_Jesteś taka głupia, Whitney. Dlaczego sama stawiasz się w takiej sytuacji?_

Jednak on zatrzymuje się dziesięć metrów ode mnie, zapewne próbując pokazać, że nie zamierza zrobić mi krzywdy.

– W tym strzale nie było nic szczęśliwego – mówię, wysuwając podbródek. – Chciałam trafić właśnie w to miejsce.

– W porządku. – Ściąga usta, kiedy mierzymy się wzrokiem. – Zapaliłbym światła, żeby cię nie przestraszyć, ale są stare i trochę im zajmuje, zanim się rozgrzeją, a poza tym koszt ich włączenia jest naprawdę niedorzeczny. – Rozgląda się, a potem patrzy na mnie z półuśmiechem. – Jestem Patrick. Ta szkoła należy do mnie.

– Szkoła?

– Akademia piłkarska.

– Hmm. – Podpieram się pod boki i rozglądam wkoło. Zapewne wyczytuje coś z mojej twarzy, bo się śmieje.

– Może nie wygląda, ale właśnie tym jest – wyjaśnia.

Spuszczam wzrok i przesuwam stopą po trawie.

– Boisko nie jest takie złe. W siatce nie ma dziur. – Wzruszam ramionami. – Tyle muszę ci oddać.

Śmieje się. To dudniący odgłos, który sprawia, że się uśmiecham i tym razem, kiedy robi krok w moją stronę, nie cofam się.

– Przyjmę tę krytykę – przytakuje i zakłada ręce na piersi. – Nie mamy wiele, ale wystarczająco dla społeczności. Treningi przed lekcjami i po nich. Konsultacje w weekendy. I mecze. Wolę, żeby dzieciaki przychodziły tutaj, niż pakowały się w kłopoty gdzie indziej.

Cholera. _Ile bym dała..._

– Płacą za to? – pytam.

Przytakuje spokojnie, niszcząc moje nadzieje, i przechyla głowę na bok, żeby mi się przyjrzeć.

– Istnieje jakiś powód, dla którego jesteś tutaj zupełnie sama o tej porze, w nocy?

– Po prostu przyszłam pokopać piłkę.

Posyła mi to spojrzenie, które mają wszyscy dorośli, mówiące, że niezależnie od tego, jak dobrze kłamiesz, wiedzą, że to robisz.

– Hmm. Myślę sobie, że ktoś może cię szukać. Możemy zadzwonić do kogoś i poinformować, że wszystko z tobą w porządku?

Parskam.

– Nie. Mnie nigdy nikt nie szuka. – A przynajmniej przez ostatnie dziewięć lat.

Robi jeszcze kilka kroków, a potem zaskakuje mnie, siadając na trawie. _Po turecku_. Wpatruję się w niego, jakby oszalał.

– Wydaje mi się, że jednak szukają. Myślę, że może trochę ściemniasz, a trochę masz rację. A ta torba leżąca w kącie należy do ciebie.

– Tak. No i?

– Wybierasz się dokądś? – Opiera się, wyciągając ręce do tyłu, i patrzy w niebo.

– Co masz na myśli? – Robię krok do przodu. Skoro siedzi, mam przewagę i mogę uciec, jeśli zajdzie taka konieczność.

– Na przykład ucieczkę?

Wzruszam ponownie ramionami i patrzę w niebo jak on.

– Co ci do tego?

– W zasadzie nic, ale to nie wróży dobrze, kiedy trzynasto- albo czternastolatka przychodzi tutaj w środku nocy albo próbuje uciec.

– Kto tak twierdzi? – pytam, ale jestem pod sporym wrażeniem, że udało mu się tak dobrze odgadnąć mój wiek i że uważa mnie za starszą, niż jestem.

– Facet, który sporo wie o kłopotach.

Ziewam nagle i niekontrolowanie, chociaż staram się to powstrzymać najlepiej, jak mogę.

– No i będzie wykład. – Wywracam oczami.

– Co jest nie w porządku z tą rodziną?

– Nie wiem, o czym mówisz. – Patrzę na boisko, na którym siedzi, z zazdrością, bo nagle dopada mnie zmęczenie i też mam ochotę usiąść.

– Adopcyjna? Zastępcza? Która?

Sposób, w jaki odwracam głowę w jego stronę, daje mu wystarczającą odpowiedź. Nawet gdybym skłamała, wiedziałby.

– Zastępcza – przyznaję.

– Ile?

– Ile już miałam rodzin zastępczych? – Siadam jakieś sześć metrów od niego. Zabawne. Boisko wygląda ładnie, ale teraz, kiedy siedzę, dostrzegam chwasty próbujące przebić się przez murawę. Zaczynam je skubać bezmyślnie.

– Nie wiem. Dziewięć? Dziesięć? – _Dwanaście. To już dwunasta._ – Nikt nie chce starszego dzieciaka. Myślą, że nastolatki sprawiają problemy, bo gdyby tak nie było, już zostałyby adoptowane. Rodziny chcą małe dzieci, bo są słodkie. Nie mają za sobą historii, która spieprzyła ich osobowość. – Najeża się, słysząc brzydkie słowo, ale nie dbam o to.

Siada prosto i przesuwa dłonią po trawie, prawie tak, jakby ze swojego miejsca był w stanie wygładzić maleńkie dziury, które robię, wyrywając chwasty.

– A co jest nie tak z obecną rodziną?

– Nic.

– Nic? Mówi dziewczyna, która, jak można zakładać, właśnie ucieka.

Wzdycham i wykrzywiam usta.

– Po prostu... są w porządku i w ogóle, ale to nie moje miejsce. Mam trzynaście lat, a oni mają dwoje swoich dzieci. Nie chcą mnie tam. Jestem tylko następną gębą do wykarmienia i kolejną osobą, którą trzeba dokądś wozić. Oni po prostu chcą dostawać powiązany ze mną czek.

– Widzę, dlaczego tak myślisz, zwłaszcza jeśli to dla ciebie dom dziesiąty, jedenasty czy który tam, ale najwyraźniej chcieli ciebie, bo inaczej by cię nie wzięli.

Prycham. Też tak pomyślałam. Przemyślałam to bardzo dokładnie. Rozważałam wszystko w tej sytuacji i nie jestem w stanie pojąć, jak mogą w ogóle godzić się na zabranie sieroty takiej jak ja, skoro już są wyczerpani opieką nad małym dzieckiem i niemowlakiem, które mają w domu.

– Są dla ciebie okropni? – pyta. – Karmią cię? Są...

– Nie są źli. Bardziej... _obojętni_. – Pociągam nosem, żeby ukryć, że mi zależy. – A to chyba jeszcze gorsze.

Przytakuje.

– Rozumiem. Jak długo jesteś z tą rodziną?

– Dwa miesiące.

– Dwa miesiące?

– Tak właśnie powiedziałam – stwierdzam sarkastycznie.

– I już ich nienawidzisz? – Unosi jedną brew.

– Nienawiść to mocne słowo. Obojętność. Już ci to mówiłam. – Typowy dorosły. W ogóle nie słucha.

– Nie. Powiedziałaś, że to oni są obojętni. Pytam, co ty czujesz.

Może jednak słucha.

– Ja... przypuszczam, że mam tak samo.

– Boisz się zaangażować, bo i tak nie zostaniesz na dłużej?

– Nie. – _Tak_.

Wyraz jego twarzy podpowiada mi, że nie kupuje mojej odpowiedzi. Rozgląda się.

– Ile razy już się tu włamałaś, żeby pokopać piłkę?

– Słuchaj, nigdzie się nie włamuję. Masz tam dziurę w płocie, którą musisz naprawić.

Śmieje się.

– Ponownie słuszna uwaga. Pozwól, że ujmę to inaczej. Ile razy przyszłaś tu, żeby to robić? Trenować? Uciec? Jakkolwiek chcesz to nazwać.

– Zważywszy na to, że znalazłam to miejsce tydzień temu? Jestem tu tak często, jak tylko mogę.

Wskazuje na słupek bramki, przy którym leży mała materiałowa torba. W środku znajduje się wszystko, co jest dla mnie ważne.

– Zabierasz ze sobą spakowaną torbę za każdym razem, kiedy tu przychodzisz, czy akurat dzisiaj wydarzyło się coś, co sprawiło, że zechciałaś uciec?

_Są urodziny mojej mamy._

– Nie.

Nie żeby w ogóle o tym wiedziała. Zapewne jest naćpana tym, co dzisiaj akurat wpadło jej w ręce, i teraz leży w jakimś dziwnym miejscu. Albo nie żyje. _Wszystko jedno._ Skoro nie pamięta, żeby opiekować się własną córką, to z pewnością nie pamięta o swoich urodzinach.

– A więc ogólnie po prostu ciężki dzień? – pyta.

– Coś w tym stylu. – Przełykam łzy, które mogą popłynąć w każdej chwili. Te, których nie chcę wylewać, płacząc za życiem, jakie mają wszystkie dzieciaki w szkole, tylko nie ja. A bardzo tego pragnę. Oddałabym za to wszystko.

– Jesteś atakującą czy środkową ataku? – pyta, odnosząc się do tego, na jakiej pozycji gram w piłkę.

Uśmiecham się po raz pierwszy.

– Potrafię grać na obu pozycjach.

Pomrukuje z aprobatą.

– Pewna siebie.

– W niewielu rzeczach jestem dobra, ale w tym akurat jestem.

– Z pewnością jesteś dobra w wielu rzeczach – mówi cicho, a potem odchrząkuje. – Wykonałaś ten strzał z łatwością. Obserwowałem cię tutaj już kilka razy. Dobra praca stóp. Dobrze czytasz piłkę. Jesteś naprawdę świetna w graniu, nie mam co do tego wątpliwości. Jak masz na imię?

– A co?

– Nic takiego. – Wzrusza delikatnie ramionami. – Ta rodzina, z którą mieszkasz, i dom, w którym jesteś, zapewniają ci bezpieczeństwo? Czy nikt nie robi ci rzeczy, yyy, przez które czujesz się niekomfortowo?

Wpatruję się w niego i jego miłe oczy. Przetwarzam w głowie jego stwierdzenie i zadane pytanie.

– Są w porządku – mamroczę. – Co ci do tego?

– Chcę zawrzeć z tobą układ.

– Nie, mój panie. Nie zamierzam zawierać żadnych układów, żeby dać ci cokolwiek. – Psychol. Akurat kiedy myślałam, że może znalazłam przyjaciela. Wstaję i zaczynam się wycofywać.

– Nie, Boże, nie. Nie miałem na myśli czegoś _takiego_. – Śmieje się nerwowo, ma szeroko otwarte oczy i kręci głową.

Przyglądam mu się ostrożnie.

– Co właściwie masz na myśli, kiedy mówisz o _układzie_?

– Jeśli wrócisz do domu, o ile jest tam bezpiecznie, to dam ci stypendium, żebyś mogła tu grać.

Walczę z ekscytacją, która rozkwita we mnie na samą myśl o tym. Czy on ma świadomość, że jego propozycja jest jak cukierek dla dziecka?

_Nic nigdy nie jest za darmo, Whitney._

Jeśli nauczyłam się czegoś od mojej matki w tym krótkim czasie, jaki z nią spędziłam, to właśnie tego.

– Nie. W porządku. Ale dzięki. – Z całych sił staram się powstrzymać rozczarowanie, żeby nie było słyszalne w moim głosie.

– Nie? Jesteś pewna? – Przechyla głowę na bok, a jego spojrzenie wytrąca mnie z równowagi, dlatego że wyczuwa moje kłamstwo. – Mogłabyś spędzać czas poza domem, robiąc to, co kochasz. Wstęp na boisko, kiedy tylko chcesz. Treningi, na które mogłabyś chodzić. Nie rozumiem, dlaczego odmawiasz czegoś takiego.

– Tak po prostu.

– Dobra, nic na siłę. – Zaczyna się podnosić. – W takim razie będę musiał cię poprosić o opuszczenie terenu. Nie mogę pozwolić, żeby osoby niebędące członkami akademii tutaj grały, ze względu na ubezpieczenie.

Czuję łaskotanie paniki na karku. W takim razie nie mogę tu przychodzić?

– Co ty z tego masz? – wypalam.

Śmieje się, ale jego śmiech powoli cichnie. Nie wiem, czy widzi obawę w moich oczach, czy tylko zakłada, że jestem ostrożna.

– Mój problem polega na tym, że nie mogę zatrzymać asystenta trenera dla maluchów. Pomyślałem, że będziesz trenowała z drużyną akademii, a w zamian pomożesz mi z dzieciakami. Oczywiście po odrobieniu lekcji.

– Mówisz poważnie. – To bardziej stwierdzenie niż pytanie i odzwierciedla poziom mojej dezorientacji. – Nie rozumiem, dlaczego prosisz o to akurat mnie.

– Nie mam żadnych ukrytych celów. Wyraźnie masz talent, a dodatkowy trening tylko wyjdzie ci na dobre. Brakuje mi trenerów dla maluchów i przydałaby mi się pomoc. Prosty układ. Nic więcej.

Prosty układ? Nie do końca, bo będę miała z tego dziesięć razy więcej niż on.

– Rozumiem, ale dlaczego ja? – Ośmielam się mieć nadzieję, że proponuje mi dokładnie to, co mi się wydaje. _Pociechę_.

– Kiedyś byłem na twoim miejscu, _Szczęśliwy Strzale._ I oddałbym wszystko za taką szansę, za miejsce, do którego mógłbym uciec, pograć tam, zapomnieć o wszystkim, co się wydarzyło, zanim wyszedłem na boisko. Mieć coś własnego.

Łzy palą mnie w oczy. Ja nie płaczę. Nigdy. Lata nowych początków i zniszczonych zakończeń właśnie to ze mną zrobiły. Sprawiły, że stałam się odrętwiała. Jednak w tej chwili brzęczy mi w uszach coś, czego nie czułam od wieków – _nadzieja._

– Jeśli się zgodzisz, to znaczy, że to boisko będzie dla ciebie otwarte zawsze, kiedy będziesz tego potrzebować. Rano i w nocy. Nawet jeśli nie będziesz miała ochoty słuchać już płaczu dziecka albo zechcesz zrobić sobie przerwę od chaosu. Jednak w zamian musisz pozostać w tym domu. Żadnych spakowanych toreb i myśli o ucieczce. Musisz chodzić do szkoły i bardzo się starać, żeby wszystko działało.

– Ale dlaczego...

– Stabilizacja jest ważna. Przynależność jeszcze bardziej. Oni mogą dać ci to pierwsze. A to tutaj? – Wskazuje na boisko wokół siebie, wyznaczone białymi liniami. – Da ci to drugie.

Poczucie przynależności. Coś, co będę mogła nazywać swoim.

Język ciąży mi w ustach. Chociaż naprawdę chcę się zgodzić, waham się. Nikt nigdy nie robi dla mnie nic miłego.

– Wiem też, że odmówisz, wmawiając mi, że tego nie potrzebujesz, bo łatwiej jest pozostać samotnikiem. Mniej więzi oznacza, że przeniesienie do kolejnej rodziny pójdzie łatwiej. – Przerywa, a jego milczenie jest wręcz ogłuszająco głośne. – Ale ja nie pozwolę ci odmówić. Nikt nie jest samotny tutaj, w Prestige Soccer Academy.

– Patrick? Proszę pana? – Trudno mi nawet przełknąć ślinę. – Mówisz poważnie?

Uśmiecha się.

– Tak. Ale musisz obiecać mi jedno.

– Co takiego?

– Jeśli coś się zmieni w twoim domu... jeżeli stanie ci się jakaś krzywda albo... zaczniesz się bać, że ktoś może ci zrobić _inne rzeczy_... musisz mi powiedzieć.

– To jest...

– Nie chcę, żebyś tkwiła w kiepskiej sytuacji tylko po to, żeby móc tu przychodzić. – Wskazuje wokół siebie. – A jeśli tak się stanie, musisz mi powiedzieć, żebym mógł ci pomóc, dobrze?

Przytakuję, już przerażona, że coś, czego nawet jeszcze nie mam, zostanie mi odebrane.

– Nie. Muszę to usłyszeć. Musisz mi to obiecać.

Łatwo jest o czymś mówić, ale trudniej potem to zrealizować. Przekonałam się o tym już nieraz, w kolejnych domach, do których byłam przenoszona. Najpierw wszystko miało być wspaniałe, a potem przychodziła codzienność i okazywało się, że wszystko było tylko udawane.

Jednak czemu to szkodzi? Mogę zostać tu do czasu, aż nie będę już mile widziana. Trenować, dopóki propozycja nie wygaśnie.

– Tak. Pewnie. Obiecuję.

– Udowodnię ci, że jest inaczej.

– Co mi udowodnisz? – Ten mężczyzna mówi zagadkami.

– Wszystkie te głosy w twojej głowie, które podpowiadają, że to jest za dobre, żeby mogło być prawdziwe. Udowodnię ci, że jest inaczej.

Stoję z rozchylonymi ustami i zmrużonymi oczami. Albo potrafi czytać w myślach, albo naprawdę był na moim miejscu.

Żadna z możliwości mnie nie pociesza.

– Kiedy mam przyjść? To znaczy na trening.

– Poranny zaczyna się o siódmej trzydzieści. Wiem, że to wcześnie, ale...

– Będę. – Uśmiecham się i przytakuję. – Przyjdę.

– Dobrze.

Ruszam przez boisko do mojej torby, adrenalina buzuje mi w żyłach.

– Hej, Szczęśliwy Strzale – woła za mną.

Odwracam się do niego.

– Tak?

– Masz jakieś imię?

– Whitney. Whitney Barnes. – Uśmiecham się. – Ale możesz nazywać mnie Szczęśliwym Strzałem... jeśli chcesz. – _Ponieważ pragnę czegoś, co jest tylko dla mnie. Nawet jeśli jedynie na jakiś czas._ROZDZIAŁ 1

HARDY

Przeczesuję włosy palcami i wzdycham ciężko, krążąc po pokoju, a potem podchodzę do ogromnego okna, za którym rozciąga się widok na ośrodek treningowy Miami Mayhem Football Club. Zerkam znowu w stronę biurka, gdzie siedzi jeden z właścicieli klubu, Rush Mackenzie, i unoszę brwi.

– Daj spokój. To bzdura. Totalna bzdura, stary.

– Może i tak, ale ta twoja sztuczka nie jest w niczym lepsza. – Odchyla się na krześle i przygląda mi się, podnosi ręce i kładzie je na biurku przed sobą.

Ten wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna jest legendą nie tylko w mojej głowie. Odnosi niezwykłe sukcesy w Premier League, nadal gra, będąc jednocześnie niepełnoetatowym właścicielem nowego klubu tutaj, w Stanach, należącego do ligi Major League Soccer.

Nie mam pojęcia, jak udaje mu się godzić to wszystko, ale powoli się tego dowiaduję.

– Mówiłem już, facet skakał mi do gardła. – Próbuję wyjaśnić.

– Postanowiłeś więc mu przyłożyć i zepsuć aparat, chociaż setka innych ludzi nagrywała wszystko telefonami? Cholernie genialne – rzuca sarkastycznie.

Powinienem czuć się winny. Wiem, że tak, ale nie ma na to najmniejszej pieprzonej szansy.

– Nazwał dziewczynę, z którą byłem na randce, suką i nabijał się z niej.

– A podczas szamotaniny została pchnięta na ziemię.

Biorę głęboki wdech.

– To nie byłem ja. Oślepiły nas te wszystkie flesze i jakimś cudem została złapana w sam środek akcji.

– Skoro cię oślepiło, to równie dobrze mogłeś być ty, prawda? Tak czy inaczej, to bez znaczenia. Liczą się wszystkie te nagrania i posty w mediach społecznościowych, które zostały opublikowane. To, co się stało, może zostać opatrznie zrozumiane na różne sposoby.

– Wszystko ucichnie.

Jego uśmiech sprawił, że w mojej głowie rozbrzmiał alarm.

– Tu nie jest tak jak w domu, Hardy. Powinieneś już o tym wiedzieć po czasie spędzonym tutaj.

– Prasa to prasa. Media społecznościowe to media społecznościowe. Niezależnie od tego, w którym kraju się mieszka, wszędzie jest tak samo.

Śmieje się pod nosem.

– Zapominasz o jednej ważnej rzeczy. Płacimy ci, żebyś był twarzą tego klubu, a MLS dodało pokaźną sumkę, żebyś stał się ambasadorem dyscypliny. To niesie za sobą większą odpowiedzialność niż cokolwiek innego.

– Podchodziłem do swoich obowiązków poważnie w trakcie pięciu miesięcy pobytu tutaj. Dawałem z siebie wszystko podczas meczów, na co wskazują wyniki. Chodziłem na każde wydarzenie, gdy tego ode mnie wymagano, i więcej. Latałem wszędzie, żeby się upewnić, że moja twarz pojawia się tam, gdzie powinna. Wielkie otwarcia, wywiady, mecze inauguracyjne na nowych stadionach i jakieś hollywoodzkie bzdety. Jedna mała wtopa nie przekreśli wszystkiego, co zrobiłem.

– Masz rację. Jesteś człowiekiem pożądanym we wszystkich dziedzinach, ale wyjaśnijmy sobie coś. To nie była tylko jedna mała wtopa. – Mierzy mnie znad swoich splecionych dłoni wzrokiem mówiącym, że nie zamierza wierzyć w moje bzdury bardziej niż ja sam.

– Wszystkie inne dały się wyjaśnić.

– Inne? O którą konkretnie ci chodzi, skoro wydajesz się dostawać amnezji za każdym razem, kiedy o nich wspominam?

Obrzucam go wściekłym spojrzeniem. Naprawdę chce to robić? Włożyłem w to wszystko więcej niż tylko swój czas. Mój roczny transfer do amerykańskiej Major League Soccer z Premier League może i wiąże się z ogromnym kontraktem i dodatkami, ale też z blaskiem świecących jasno reflektorów.

Nawet jaśniej niż te, z którymi mam do czynienia w UK, jeśli to w ogóle możliwe.

W domu jestem jednym z graczy reprezentujących tę grę w hałaśliwej atmosferze lojalności, poparcia ze strony fanów i zamiłowania do gry w niektórych przypadkach sięgającego wiele pokoleń wstecz. W Stanach jestem samotną twarzą wypożyczoną na rok za naprawdę dobre pieniądze, żeby pomóc stworzyć tu chociaż ułamek tamtej pasji.

Co oznacza, że rzeczy, które w domu uszłyby mi na sucho, tutaj trafiają pod pieprzony mikroskop.

Pod którym byłem już oglądany wiele razy.

– A co w kwestii tego incydentu z fanem na początku sezonu? – podpowiada Rush.

– Rzucił butelką w moją głowę, kiedy wykonywałem rzut rożny.

– I wcale tego nie sprowokowałeś? – pyta, a ja tylko wpatruję się w niego. Całkiem możliwe, że coś klepałem jęzorem, podchodząc do narożnika boiska. – A z Gallo? – dopytuje, wspominając naszego bramkarza.

– Mieliśmy niewielką różnicę zdań. – Wzruszam ramionami i walczę z uśmieszkiem, przebiegając dłonią po żuchwie. Gnojek wie, jak wymierzyć cios. To muszę mu oddać.

– Różnica zdań, która została uchwycona na filmiku i opublikowana wszędzie, gdzie tylko możliwe.

– A z pozytywów? Dzięki temu ludzie zwrócili uwagę na drużynę, a my nauczyliśmy się radzić sobie z naszymi niezgodnościami i stawiać drużynę na pierwszym miejscu.

– Bez wątpienia, jeśli wymienię pozostałe wyskoki z listy, będziesz miał cwaniacką odpowiedź na każdy z nich, prawda? Pijacki incydent w Disneylandzie...

– To najszczęśliwsze miejsce na ziemi. Mogę zrobić sobie wolny wieczór.

– Znieważenie kibiców podczas spotkania z fanami.

– Nie widziałem, że tam stali. Naprawdę sądzisz, że bym ich zignorował?

– Przespanie się z dziewczyną Bradforda Hughesa...

– Chryste, Rush. Teraz będziesz kontrolował, kogo pieprzę?

– Był gwiazdą filmu, na którego premierę poszedłeś. I to w pokoju dla aktorów.

Nawet nie próbuję walczyć z uśmiechem, kiedy to słyszę.

– Sama do mnie przyszła. Zamierzasz mnie obwiniać za spontaniczność? – Chryste. Może i laska odhaczała kolejnego na liście, ale chętnie wziąłem w tym udział. Każdy facet zrobiłby to samo na moim miejscu.

Mięsień szczęki Rusha drga.

– Nie chcesz dostrzec szerszego obrazka.

– Czyli?

– Każdy z tych incydentów odbija się źle nie tylko na drużynie, ale też lidze i sporcie, którego rangę miałeś podnosić.

– Słuchaj, wczoraj wieczorem spieprzyłem sprawę. Temperament wziął nade mną górę. Za kilka dni wszystko ucichnie.

– Nie o to chodzi, Hardy.

– Dobrze wiem, o co chodzi. Wiem, że patrzysz na to jako gracz, właściciel i agent, bo bez wątpienia Lennox szepcze ci do ucha o wszystkim, co robię źle – mówię, wspominając o jego żonie i mojej agentce.

– Ma do ciebie słabość – przyznaje.

– Jak wszyscy. – Posyłam mu uśmiech, który wyraźnie go nie przekonuje, zważywszy na jego powątpiewający wyraz twarzy.

– Akurat to nie ucichnie – mówi z napięciem w głosie. – Ludzie, których próbujemy przyciągnąć jako kibiców, nie będą płacić po pięćset dolarów za bilet, żeby oglądać rozpieszczoną primadonnę w ciele faceta uważającego, że jest ważniejszy niż uprawiany przez niego sport, którego oni nadal nie rozumieją w stu procentach.

– Wow. Nie powstrzymuj się, stary.

– Nie będę. Moja inwestycja w tę drużynę nie jest tylko na papierze. Chcę, żeby to zadziałało. To jeden z powodów, dla których przekonałem... yyy, to znaczy wszyscy współwłaściciele pracowali ciężko, żeby ściągnąć cię tu na ten rok, ale... – Podnosi długopis i stuka nim o biurko. Wpatruje się w niego przez chwilę, a następnie podnosi wzrok, żeby na mnie spojrzeć. – Otrzymałem telefon z _ligi_.

_Liga_. Major League Soccer. Ciało nadzorcze naszego sportu tutaj, w Stanach Zjednoczonych.

_Kurwa._

– Co im powiedziałeś? Że następnym razem postaram się zachowywać lepiej, ale jeśli ktoś znowu znieważy dziewczynę, z którą pójdę na randkę, nie mogę zagwarantować, że nie zachowam się tak samo? Nie oszukujmy się. Będę miał tak samo przerąbane, jeśli to zrobię i jeśli nie zrobię. Jeżeli się za nią nie wstawię, wyjdę na dupka, który nie szanuje dziewczyny, a jeśli będę jej bronił, wystąpię przeciwko życzeniom ciała nadzorującego. – Wyrzucam ręce w górę. – Jakbyś zareagował, gdyby chodziło o Lennox?

Furia błyszczy w jego oczach. Sama reakcja wystarczy za odpowiedź.

– Odstraszasz fanów.

Prycham.

– Wcale nie. Po prostu zajmuję się byciem dokładnie tym, za kogo zapłacili – sobą.

Rush podnosi się z krzesła i rusza w stronę okna, przez które wcześniej wyglądałem. Wiem, że widzi bujną zieloną trawę boiska oraz jasnoniebieskie logo Miami Mayhem FC zdobiące ściany stadionu i środek boiska. Stoi tam – człowiek podziwiany przeze mnie bardziej, niż kiedykolwiek przyznam – z rękami na biodrach i przygląda się temu fragmentowi całości, którą próbuje zbudować w trakcie swojej przerwy w grze w Premier League.

– Tak, ale blask twoich występków przyćmiewa korzyści płynące ze sławy.

_Co mam niby odpowiedzieć na coś takiego?_

Obaj się odwracamy, słysząc stukot szpilek na podłodze. Kiedy widzę Ari Winters wchodzącą do biura Rusha w całej swojej glorii tego metra pięćdziesięciu wzrostu, wydaję z siebie donośny jęk.

Rush nie będzie pieprzył głupot przy Królowej Public Relations.

– Panowie. Miło mi widzieć was obu ponownie – mówi Ari tym swoim wiecznie radosnym tonem, przez który czasami mam ochotę włożyć głowę w piasek. – Musimy przestać spotykać się w takich okolicznościach albo zacznę myśleć, że coś do mnie masz. – Odwraca się do Rusha i uśmiecha pod nosem. – Powinnam go spławić delikatnie? – Odwraca się do mnie. – Spławię cię delikatnie. Żona Rusha i ja jesteśmy bardzo szczęśliwe, więc proszę, nie wyciągaj błędnych wniosków, ale jeśli tu jestem, to znaczy, że znowu coś spieprzyłeś.

– Lubię twierdzić, że to raczej nieporozumienie i kiepski kąt kamery, ale...

– Nie ma znaczenia, co ty myślisz, tylko co sądzą masy. Cóż, a także Mayhem i MLS, skoro tu jestem. – Stawia laptop z teatralnym hukiem i odwraca się do mnie z rękami założonymi na piersi i biznesową postawą. – Co mamy z tobą, do cholery, zrobić, Alexandrze Hardy? Hmm?

– Nic. – Posyłam jej uśmiech. – Pozwólcie mi wrócić do treningu, bo to będzie najlepszy sposób na zdobycie serc i umysłów Amerykanów.

Ari kręci głową.

– Gdzie dwa wieczory temu był facet, który najwyraźniej przeszedł szkolenie medialne, kiedy uderzył kamerzystę i najpewniej również swoją dziewczynę?

– Wcale nie...

– Oszczędź sobie. – Unosi ręce. – Jestem pewna, że Rush powiedział ci to samo: nie ma znaczenia, co się naprawdę stało. Problemem jest to, co zobaczyli ludzie.

– A więc to napraw. Nie na tym polega twoja praca? – pytam, bo moja cierpliwość już się wyczerpała.

– Zapewne nie powinieneś tego mówić akurat teraz – stwierdza Rush, zajmując swoje miejsce za biurkiem.

– Zdecydowanie – dodaje Ari. – W twojej umowie z MLS jest zapis o tym, że masz pomagać służyć społeczności.

– I tak robiłem. Ile razy byłem w tym miejscu, jak mu tam? – Pstrykam palcami, umknęła mi nazwa tego schroniska. – Zrobiłem, co do mnie należało. Pokazałem się. Ludzie mogli sobie robić ze mną zdjęcia. Rozdawałem autografy. Mam znowu tam pojechać, kiedy to, kurwa, było...

– W czwartek.

– Tak. W czwartek. Po to mam asystenta, żeby mi przypominał o takich rzeczach – żartuję.

– To powiedz mu, żeby ci odprzypomniał. Już cię tam nie chcą.

_Idealnie._

– A to niby dlaczego?

– Cóż, to schronisko dla skrzywdzonych kobiet, Hardy. Ostatnie, czego im trzeba, to facet, który prawdopodobnie uderzył kobietę, a teraz chce zgrywać bohatera.

– Ale ja jej nie uderzyłem. – Mój głos podnosi się o oktawę.

– Jak już mówiłam, to bez znaczenia, czy to zrobiłeś, czy nie. Liczy się tylko to, co sądzą inni. A oni nie chcą, żebyś tam wracał.

– Co za bzdura.

– Możliwe, ale mamy problem, skoro człowiek, który przyjechał tutaj, żeby zachęcić ludzi do ligi, nie jest nawet lubiany przez dzieciaki.

– Dobra. W porządku. Poczucie winy aktywowane. Hardy to kutas. Hardy spieprzył sprawę. Hardy przeprasza. To nie wystarczy? – pytam, unosząc ręce w górę. – Za każdym razem, kiedy się pojawiasz, Ari, jestem proszony o zrobienie kolejnej rzeczy, której wcale nie chcę robić, więc...

– Więc zmieniliśmy taktykę – ciągnie, jakbym się wcale nie odezwał. – Jest tutaj lokalna akademia piłkarska.

– Z pewnością jest ich wiele. O co chodzi? – _Pokuta? Całowanie ich po tyłkach? Sesja zdjęciowa?_ Każda z tych możliwości sprawia, że aż się wzdrygam.

– To okolica o niskich dochodach, ludzie płacą, ile mogą za tego typu miejsce – ciągnie.

– Co to ma wspólnego ze mną? Potrzebują pieniędzy? W porządku. Powiedz, komu mam wypisać czek, i załatwione.

– Rzucanie im pieniędzy nie naprawi postrzegania społecznego. – Uśmiecha się z napięciem, mierząc mnie od góry do dołu wściekłym spojrzeniem.

Parskam. Cóż za ironia. _Czy nie to zwykle robili mi moja mama i Monty?_

– Pieniądze pomagają na wszystko.

– Jestem całkiem pewna, że w tej konkretnej sytuacji jesteś potrzebny ty, Hardy. To znaczy, twoje pieniądze są w porządku. Możesz ich nimi zarzucić, jeśli chcesz, ale mnie zależy na twojej obecności – mówi.

– Z całą pewnością na to właśnie liczą też klub i MLS. To sposób na rozpropagowanie gry wśród młodzieży – dodaje Rush.

Wskazuję na niego, zwracając się do niej.

– No i to jest człowiek po treningu medialnym.

– Nie, to jest człowiek, który uczy się na własnych błędach – mówi Rush.

– Cóż, zapewniam cię, że stanie tam ze sztucznym uśmiechem na twarzy przed grupką dzieciaków, wypowiadając jakieś nieszczere słowa nikomu w niczym nie pomoże.

– Właśnie, że pomoże, i lepiej, żeby te słowa były bardzo szczere – odpowiada Ari.

Podchodzę do okna i spoglądam na boisko poniżej. Kilku moich kolegów z drużyny tam jest, trenując we własnym tempie, ale nie ja... chociaż powinienem. Wolałbym tam być, a jestem tutaj, traktowany jak dwulatek. Moje westchnienie wypełnia ciszę.

– Słuchaj. Przepraszam. Od tej pory będę się trzymał z dala od prasy. Ostatnie, czego chcę, to sprawić, że organizacja będzie miała zły wizerunek. – Dodaję tę ostatnią kwestię dla świętego spokoju. Przynajmniej brzmię na skruszonego.

– Przeprosiny przyjęte, ale kiedy dzwoni mój telefon i to ktoś z ligi albo jeden ze współwłaścicieli, same przeprosiny już nie wystarczają.

– Zalewanie mediów społecznościowych uśmiechniętymi zdjęciami ciebie z dzieciakami też nic nie daje. Spieprzyłeś i jedyną osobą, która może to naprawić jesteś ty – oznajmia Ari. – A ta akademia piłkarska jest idealnym sposobem.

– Świetnie. Nie mogę się doczekać. – Każde moje słowo ocieka sarkazmem.

– Dopinam właśnie szczegóły, tworzę plan, jak odmienić tę sytuację na naszą korzyść i sprawić, że w oczach opinii publicznej będziesz wyglądał jak pieprzony książę z bajki – mówi Ari.

W odpowiedzi wydaję z siebie jeszcze głośniejsze jęknięcie. Nikt nie będzie mnie nigdy porównywał do księcia. Mogę się o to założyć.

– Idealnie – stwierdza, kiedy nie odpowiadam, podnosi swój laptop i przyciska go do piersi. – Wracam do pracy i odezwę się do ciebie, żeby przekazać plan, jak będziemy działać, ale bądź przygotowany, że to się wydarzy w ciągu jednego lub dwóch dni. – Odwraca się do Rusha i lekko pochyla głowę. – Niedługo pogadamy.

– Dzięki, Ari – mówi, a ja burczę coś podobnego, po czym Ari wymaszerowuje z gabinetu jak bardzo usatysfakcjonowana kobieta. _Albo jak cholerna jędza._

– A więc... – Rush odchyla się i stuka palcami w usta, przyglądając mi się.

– Odnoszę wrażenie, że to coś, co nie podlega negocjacji.

– Świetny piłkarz i pojętny uczeń. – Pogwizduje. – Wiedziałem, że to mi się w tobie podobało.

_Kurwa._

------------------------------------------------------------------------

ZAPRASZAMY DO ZAKUPU PEŁNEJ WERSJI KSIĄŻKI

------------------------------------------------------------------------
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij