Ludzie bez skrzydeł - ebook
Niezwykle dobrze napisana książka poświęcona „wielkiej ucieczce” lotników z niemieckiego obozu jenieckiego Stalag Luft III niedaleko miejscowości Żagań na terenie dzisiejszej Polski. W nocy z 24 na 25 marca 1944 roku 76 więźniom, wykopanym w tajemnicy tunelem, udało się wydostać poza druty stalagu. W tym brawurowym i tragicznym w skutkach wyczynie brali udział także polscy lotnicy.
| Kategoria: | Historia |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-11-18910-2 |
| Rozmiar pliku: | 1,4 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Wellington z wielkimi literami „SM-H” na kadłubie dopiero na końcu pasa startowego oderwał się od ziemi. Nic dziwnego – zbiorniki były pełne, a komory bombowe wypełnione maksymalnym ładunkiem – 4500 funtów, tj. 2050 kilogramów bomb. Tej nocy celem miała być fabryka silników lotniczych Daimler-Benz na przedmieściu Stuttgartu – Untertürkheim. Na wyprawę tę 305 Dywizjon Bombowy dał jedenaście załóg – wszystko, czym w owej chwili dysponował. Oprócz nich miało lecieć czterdzieści sześć załóg Royal Air Force.
Załoga „H – jak Helena” wiadomość o czekającym ją locie przyjęła bez entuzjazmu. Był 23 sierpnia 1942 roku, niedziela, każdy miał jakieś plany, tym bardziej że od kilku dni utrzymywał się niż, który, rozciągając się nie tylko tu, nad Wyspami Brytyjskimi, ale i nad prawie całym kontynentem, uniemożliwiał loty. Tymczasem jednak spece od pogody z RAF-u otrzymali zaszyfrowane informacje o rozbudowującym się nad wschodnią Europą układzie wysokiego ciśnienia. Już po południu tego dnia miał on objąć swym wpływem Niemcy, przynosząc rozległe przejaśnienia.
Najbardziej chyba denerwował się drugi pilot, młodziutki plutonowy Wojtyniak. Z mechanikiem Tomkiem Pieczańskim walczył o względy fertycznej, ciemnowłosej angielskiej telefonistki. Właśnie na niedzielne popołudnie był umówiony z nią do kina i liczył, że dzień ten przyniesie mu rozstrzygający sukces w trwającej już od wielu tygodni rywalizacji, którą pasjonowali się wszyscy młodzi podoficerowie bazy.
Sierżanci Stachowiak i Hordyński oraz plutonowy Kurzawa znosili swój los z godnością, traktując go jako „dopust boży”. Klęli tylko z cicha na wyjątkowo wczesną godzinę startu. Jedynie dowódca załogi, „papa” Kiewnarski, zachował swój nieodmiennie dobry humor. Temu niemłodemu, czterdziestotrzyletniemu już mężczyźnie zawsze mało było latania, zwłaszcza że dowódca dywizjonu, Wing Commander¹ Kazimierz Śniegula, chcąc jak najwłaściwiej wykorzystać człowieka o tak bogatych doświadczeniach i zdolnościach pedagogicznych, wyraźnie go oszczędzał, przydzielając mu najczęściej zadania szkoleniowe.
Kiedy startowali, ziemia zasnuta była warstwą niskich, deszczowych chmur. Dopiero na wysokości jedenastu tysięcy stóp, na którą po kilkunastu minutach ciężko wzbił się bombowiec, ukazała się za nimi czerwona kula zachodzącego słońca.
– Żadnych zmian, Tony? – pierwszy pilot sierżant Stachowiak, pochodzący podobnie jak większość kadry tego wielkopolskiego dywizjonu z Poznania, miał niepisany przywilej zwracania się w ten sposób w czasie lotu bojowego do majora Antoniego Kiewnarskiego. Było to przydatne wówczas, gdy wymiana słów między pilotem a dowódcą musiała być ograniczona do minimum. Poza tym łączyła ich stara znajomość i wzajemna sympatia – przez sześć lat służyli w jednym pułku.
– Nie, trzymać ciągle kurs sto piętnaście. Dopiero nad kontynentem dam ci znowu znać.
– To był dobry pomysł z tym przelotem nad Francją. Trochę dalej, ale omijamy wszystkie gniazda os na północy, a przy tym szkopy będą sobie dobrze łamać głowę co do celu naszej wyprawy…
– Będą, nie będą, swoje nad celem i tak oberwiemy.
Znacznie zresztą prędzej, bo już nad wybrzeżem Normandii, zameldowała się ciężka niemiecka artyleria przeciwlotnicza. Jej ogień, jakkolwiek nieźle kierowany, był jednak zbyt rzadki, by poważnie zagrozić ciągowi bombowców. Wkrótce też zamilkł zupełnie. Nad Francją zmienili kurs – raz, potem drugi. Gdzieś koło jedenastej zabłysły nad samolotem gwiazdy. Dobrze wykoncypowali ci z „meteo” – pomyślał z uznaniem major.
Za oknami znów nieprzenikniona ciemność. Koncepcja przelotu nad środkową Francją, słabo stosunkowo obsadzoną przez „Flak²”, daje wyniki. Nic nie zakłóca teraz lotu. Takie chwile to rzadkość podczas wyprawy na nieprzyjaciela. Kiewnarski wraca z wieżyczki astro, gdzie brał kolejny namiar, siada na swym miejscu za pilotem. Monotonnie, usypiająco grają silniki. Antoni przymyka oczy. Zaczyna płynąć przed nim fala wspomnień.
…Dom rodzinny w dalekiej Moskwie… Zima. Szorstkie sukno wojskowego płaszcza ojca, pachnące konwalią szubki matki; spacery ze służącą na Arbat – „Galinuszka” nazywał ją. Wieczorami zabawy żołnierzami w historycznych mundurach. Zrobieni byli z cyny, można ich było skręcać w rulon… Potem znów zabawa w wojsko, ale już mniej dziecinna – w korpusie kadetów. I wreszcie podchorążówka, już w niepodległej Polsce… Młody oficer dostaje niespodziewanie wyróżnienie: mianują go tłumaczem przy francuskiej misji wojskowej. Ale ta „salonowa” służba nie pociąga go – odmeldowuje się do linii. Poznański 57 pułk piechoty, codzienna służba urozmaicona współzawodnictwem w marszach wojskowych z pełnym obciążeniem, w gimnastyce, pływaniu… Ta przyjemna, niewymuszona atmosfera w pułku pogarsza się po przewrocie majowym 1926 roku. Przyspiesza to jego od dawna przemyślaną decyzję. W kilka miesięcy później jest już w Grudziądzu, na aplikacyjnym kursie oficerów-obserwatorów. Lotnictwo staje się odtąd jego prawdziwą życiową pasją. Wraca tym razem do 3 pułku lotniczego w Poznaniu – na Potezach i Breguetach, stanowiących przez wiele lat wyposażenie eskadr rozpoznawczych i bombowych. Zdobywa sobie opinię „żyły złota” – zawsze go to bawiło – dlatego pewnie powierzają mu sprawy szkoleniowe. Zostaje więc dowódcą najpierw eskadry, a tuż przed wojną dywizjonu w Centrum Wyszkolenia Podoficerów Lotnictwa w Krośnie… Tak dziś ma przed oczami łamiące się i walące pod impetem eksplozji hangary, warsztaty, koszary i domki mieszkalne, w których upłynęły najmilsze lata jego życia. Po zniszczeniach 1 września nie było już czego tam szukać. Szkoła zostaje ewakuowana i wraz z innymi jednostkami lotniczymi przechodzi granicę rumuńską… Gorycz klęski, rozczarowanie tym, co przez dwadzieścia lat nazywało się Polską, palące pragnienie odwetu na wrogu… Przy pierwszej okazji przedostaje się do Francji. „Salonowe” tradycje wloką się za nim – generał Sikorski powołuje go na stanowisko swego tłumacza, a potem adiutanta. Druga z kolei oglądana z bliska katastrofa narodowa oznacza jednak – o ironio – pozytywną zmianę w jego życiu…
W kabinie robi się jasno. Jakiś samotny reflektor próbuje wymacać przelatujące górą samoloty, ślizga się po niebie, gubi ślad, gaśnie.
…Tu, w Anglii, zgłasza się do służby w jednostkach lotniczych, zostaje skierowany na trening, potem przydzielony do 305 Dywizjonu… Któryż to jego lot bojowy? Zaraz, siedemnasty był na Kilonię, osiemnasty na Brest, więc ten jest już dziewiętnasty…
No, teraz trzeba się skoncentrować. Dolatują właśnie do dawnej granicy francusko-niemieckiej, gdzie zaczyna się _Luftverteidigungszone_³. Od czasu kiedy runęła Francja, nie jest ona już tak groźna; wiele baterii przeniesiono na wybrzeża kanału La Manche, inne obsadzono szkolącymi się dopiero rekrutami. Niemcy wyraźnie nie mogą się wstrzelać, wybuchy pocisków rozkładają się na dużej przestrzeni. Stachowiak z nawyku raczej niż z potrzeby wykonuje kilka manewrów przeciwartyleryjskich.
Do Stuttgartu jeszcze dwadzieścia minut lotu. Przed celem nie trzeba będzie nawet zmieniać kursu – lecą prosto w łożu wiatru. Nawigator jeszcze raz patrzy na szkic obiektu. Trzeba będzie wycelować w brzeg Nekaru i od tego miejsca przeorać zakłady pełną serią. Wprawdzie ich teren leży „w poprzek”, długim bokiem prostopadle do kursu bojowego, ale tuż za nim rozciągają się rozległe tereny dworca przetokowego. Dobrze, jeśli i im się przy okazji dostanie.
Jeszcze kwadrans… Jeszcze dziesięć minut… I oto wyrasta przed nimi nowa zapora ogniowa. Tym razem błyski wybuchów zaczynają ogarniać samolot, który tańczy teraz i zapada się w potężnych wirach powietrznych. Antoni patrzy w dal, rzuca okiem na mapę i właśnie chce nanieść w swym notesie uwagę „baterie koło Böblingen wyraźnie wzmocnione”, gdy do uszu jego dobiega ogłuszający trzask, zgrzyt dartego i dziurawionego metalu, do kabiny wdziera się lodowata struga powietrza, niosąc charakterystyczny zapach trotylu. Samolot opuszcza nos, jak kamień spada w dół, tonacja silników zmienia się raptownie.
– W porządku, Tony – w intercomie rozlega się podekscytowany, ale radosny głos pierwszego pilota. – To tylko unik! Stery w porządku, silniki…
– Prawy traci obroty! – woła nagle Wojtyniak.
Sytuacja staje się poważna. Pracujący coraz słabiej silnik wymaga od pilota intensywnego wysiłku przy sterowaniu. A pociski rozrywają się w dalszym ciągu w niebezpiecznej odległości, odłamki łomocą po kadłubie i płatach. Na szczęście widać już Stuttgart, oświetlony pierwszymi ogniskami rozprzestrzeniających się szybko pożarów. Kiewnarski łatwo odnajduje połyskującą wstęgę rzeki, stapia się w jedno z przyrządem celowniczym.
Wszystko zależy teraz od tego, czy pilot zdoła utrzymać samolot dokładnie na kursie bojowym, nie zmieniając przy tym prędkości lotu. A to jest właśnie najtrudniejsze, bo prawy silnik pracuje nierówno, kaszle, przerywa. W wizjerze widać nareszcie fabrykę. Antoni zwalnia bomby i przechodzi do tyłu, by zaobserwować skutek. Leżą w celu, choć seria jest trochę krótka. No trudno…
Stachowiak ostrożnie, łagodnym skrętem oddala się od miasta. Każdy gwałtowniejszy manewr z tym stojącym prawie silnikiem oznaczałby ślizg na skrzydło, a potem korkociąg… Taki lecący stałym kursem samolot jest gratką dla artylerzystów, którzy też nie żałują mu pocisków.
– Myśliwiec, lewo góra! – rozległ się nagle głos tylnego strzelca.
Spotkanie uszkodzonego bombowca z samolotem myśliwskim było właściwie grą do jednej bramki, ale załoga podjęła walkę. Rozjazgotały się sprzężone poczwórnie karabiny maszynowe tylnego stanowiska bojowego. Messerschmitt przedarł się jednak bokiem przez tę zaporę i otworzył ogień z najbliższej odległości. Ten sposób prowadzenia walki zdradzał starego wygę. Pierwszy atak nie przyniósł mu wprawdzie sukcesu, powtórzył go jednak w chwilę potem. Świetliste smugi otoczyły maszynę, tu i ówdzie brzęknął przecinany metal. Antoni, który właśnie przechodził do tyłu, by obsadzić drugi boczny karabin maszynowy, poczuł tępe uderzenie w prawe udo i osunął się na podłogę. Stracił przytomność. Odzyskał ją pod wpływem dotkliwego bólu. Ktoś szarpał nim niemiłosiernie.
– Panie majorze, panie majorze! Jeszcze chwileczkę, muszę tylko dopiąć panu spadochron.
– Jak z samolotem? – zapytał słabym głosem Kiewnarski.
– Musimy skakać i to zaraz! Nasze pudło rozlatuje się na kawałki. Niech pan major spróbuje wstać!
– A tamten?
– Odleciał. Może nas zgubił, a może dostał… Niech się pan major podniesie, bo sierżant Stachowiak dał rozkaz do opuszczenia maszyny! Nie może jej już dłużej utrzymać…
Pod sunącym ostrym ślizgiem ku ziemi samolotem wykwitły czasze spadochronów. Silne szarpnięcie na nowo sprawiło Antoniemu przejmujący ból… Jeszcze gorzej było przy lądowaniu – spadochron długo ciągnął go po ziemi. Kiewnarski nie miał siły, by się z niego uwolnić, zdołał tylko wyciągnąć z kombinezonu nóż i przeciąć pasy. Półprzytomny przeszło godzinę leżał na polu. Niewyraźnie słyszał zbliżające się głosy. Niemcy dostrzegli biały spadochron i skierowali się w jego stronę. W kilka minut potem znaleźli rannego lotnika…
W szpitalu Kiewnarski spędził długie tygodnie. Odłamki pocisku z działka, który eksplodował na pulpicie nawigatora, poszarpały mu udo i utkwiły – maleńkie jak igiełki – w biodrze i plecach. Zanieczyszczona na polu rana jątrzyła się, wychodziły z niej co pewien czas kawałki metalu. Dopiero pod koniec 1942 roku wypisano go ze szpitala. Pod strażą podoficera Luftwaffe przewieziono rekonwalescenta na dworzec i wsadzono do osobnego, zarezerwowanego przedziału w pociągu. Nie upłynęło parę minut, a drzwi otworzyły się znów i weszło dwóch jeszcze Niemców, prowadząc młodego, niewysokiego, dobrze zbudowanego kapitana w mundurze lotniczym z naszywkami „Poland”.
– Pan major pozwoli przedstawić się – powiedział przybysz. – Stanisław Król, trzysta szesnasty dywizjon!
Warkliwe „_Maul halten_!” towarzyszącego Antoniemu Gefreitera przerwało wymianę towarzyskich grzeczności. Do rozmowy mogli wrócić dopiero po dłuższym czasie, gdy dowódca eskorty, oberfeldfebel, dał się ułagodzić paczką angielskich papierosów. Antoniego od samego początku raziło coś w wyglądzie towarzysza. Dopiero po dłuższym czasie zdołał zdać sobie sprawę, co to było. Toteż, gdy Niemiec dał im znak, że nie interesują go ich pogawędki, natychmiast przeszedł do tematu:
– Panie kapitanie, przykro mi, że muszę zacząć rozmowę od zwrócenia panu uwagi, ale wydaje mi się, że zwłaszcza tu, wobec wroga, powinniśmy dbać o nienaganny wygląd. Ta buraczkowa… szmatka na szyi naprawdę nie dodaje panu wojskowego wyglądu. Czy jest pan przeziębiony, czy nie ma pan czegoś innego?
Tamten przesunął poszarpany, nadpalony strzęp.
– I mnie przykro, panie majorze, ale po pierwsze to jest odznaka mojego dywizjonu, po drugie podarowała mi to moja sympatia, a po trzecie ten szal uratował mi życie.
– No, w jakiż to sposób?
– To było tak: polecieliśmy całym skrzydłem na wymiatanie w rejon Rouen. Pan wie, w St. Omer jest baza ich pułku myśliwskiego, więc liczyliśmy, że ich stamtąd wywabimy. Major Tura…
Kapitan przerwał, dostrzegłszy groźną minę Kiewnarskiego. Chrząknął i po chwili zaczął mówić dalej:
– Tak… Więc dowódca dywizjonu dostrzegł dwie pary Focke-Wulfów i posłał na nich eskadrę „B”. Dobrze zrobił, że nie całość, bo za chwilę od słońca zwaliło się na nich z dziesięć Hunów. Wtedy my weszliśmy do akcji. Wyrównywałem właśnie maszynę po ostrzelaniu Focke-Wulfa, który umknął przewrotem, gdy zagrzechotało po kadłubie mego Spitfire’a. Przecięli mi przewody glikolu, biały dym wypełnił momentalnie kabinę. Zatkało mnie. Niech pan sobie wyobrazi, że nie mogłem odsunąć osłony. Uchwyt namacałem dopiero wtedy, gdy kabina stała już w ogniu. Wygramoliłem się z niej półprzytomny. Pęd powietrza wyszarpnął mnie, musiałem uderzyć o stery, bo na chwilę dostałem black-out. Wie pan, co mnie uratowało?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki