Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Ludzie bez skrzydeł - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
29 czerwca 2026
938 pkt
punktów Virtualo

Ludzie bez skrzydeł - ebook

Niezwykle dobrze napisana książka poświęcona „wielkiej ucieczce” lotników z niemieckiego obozu jenieckiego Stalag Luft III niedaleko miejscowości Żagań na terenie dzisiejszej Polski. W nocy z 24 na 25 marca 1944 roku 76 więźniom, wykopanym w tajemnicy tunelem, udało się wydostać poza druty stalagu. W tym brawurowym i tragicznym w skutkach wyczynie brali udział także polscy lotnicy.

Kategoria: Historia
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-11-18910-2
Rozmiar pliku: 1,4 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

W NIEWOLI

Wel­ling­ton z wiel­kimi lite­rami „SM-H” na kadłu­bie dopiero na końcu pasa star­to­wego ode­rwał się od ziemi. Nic dziw­nego – zbior­niki były pełne, a komory bom­bowe wypeł­nione mak­sy­mal­nym ładun­kiem – 4500 fun­tów, tj. 2050 kilo­gra­mów bomb. Tej nocy celem miała być fabryka sil­ni­ków lot­ni­czych Daim­ler-Benz na przed­mie­ściu Stut­t­gartu – Untertürkheim. Na wyprawę tę 305 Dywi­zjon Bom­bowy dał jede­na­ście załóg – wszystko, czym w owej chwili dys­po­no­wał. Oprócz nich miało lecieć czter­dzie­ści sześć załóg Royal Air Force.

Załoga „H – jak Helena” wia­do­mość o cze­ka­ją­cym ją locie przy­jęła bez entu­zja­zmu. Był 23 sierp­nia 1942 roku, nie­dziela, każdy miał jakieś plany, tym bar­dziej że od kilku dni utrzy­my­wał się niż, który, roz­cią­ga­jąc się nie tylko tu, nad Wyspami Bry­tyj­skimi, ale i nad pra­wie całym kon­ty­nen­tem, unie­moż­li­wiał loty. Tym­cza­sem jed­nak spece od pogody z RAF-u otrzy­mali zaszy­fro­wane infor­ma­cje o roz­bu­do­wu­ją­cym się nad wschod­nią Europą ukła­dzie wyso­kiego ciśnie­nia. Już po połu­dniu tego dnia miał on objąć swym wpły­wem Niemcy, przy­no­sząc roz­le­głe prze­ja­śnie­nia.

Naj­bar­dziej chyba dener­wo­wał się drugi pilot, mło­dziutki plu­to­nowy Woj­ty­niak. Z mecha­ni­kiem Tom­kiem Pie­czań­skim wal­czył o względy fer­tycz­nej, ciem­no­wło­sej angiel­skiej tele­fo­nistki. Wła­śnie na nie­dzielne popo­łu­dnie był umó­wiony z nią do kina i liczył, że dzień ten przy­nie­sie mu roz­strzy­ga­jący suk­ces w trwa­ją­cej już od wielu tygo­dni rywa­li­za­cji, którą pasjo­no­wali się wszy­scy mło­dzi pod­ofi­ce­ro­wie bazy.

Sier­żanci Sta­cho­wiak i Hor­dyń­ski oraz plu­to­nowy Kurzawa zno­sili swój los z god­no­ścią, trak­tu­jąc go jako „dopust boży”. Klęli tylko z cicha na wyjąt­kowo wcze­sną godzinę startu. Jedy­nie dowódca załogi, „papa” Kiew­nar­ski, zacho­wał swój nie­odmien­nie dobry humor. Temu nie­mło­demu, czter­dzie­sto­trzy­let­niemu już męż­czyź­nie zawsze mało było lata­nia, zwłasz­cza że dowódca dywi­zjonu, Wing Com­man­der¹ Kazi­mierz Śnie­gula, chcąc jak naj­wła­ści­wiej wyko­rzy­stać czło­wieka o tak boga­tych doświad­cze­niach i zdol­no­ściach peda­go­gicz­nych, wyraź­nie go oszczę­dzał, przy­dzie­la­jąc mu naj­czę­ściej zada­nia szko­le­niowe.

Kiedy star­to­wali, zie­mia zasnuta była war­stwą niskich, desz­czo­wych chmur. Dopiero na wyso­ko­ści jede­na­stu tysięcy stóp, na którą po kil­ku­na­stu minu­tach ciężko wzbił się bom­bo­wiec, uka­zała się za nimi czer­wona kula zacho­dzą­cego słońca.

– Żad­nych zmian, Tony? – pierw­szy pilot sier­żant Sta­cho­wiak, pocho­dzący podob­nie jak więk­szość kadry tego wiel­ko­pol­skiego dywi­zjonu z Pozna­nia, miał nie­pi­sany przy­wi­lej zwra­ca­nia się w ten spo­sób w cza­sie lotu bojo­wego do majora Anto­niego Kiew­nar­skiego. Było to przy­datne wów­czas, gdy wymiana słów mię­dzy pilo­tem a dowódcą musiała być ogra­ni­czona do mini­mum. Poza tym łączyła ich stara zna­jo­mość i wza­jemna sym­pa­tia – przez sześć lat słu­żyli w jed­nym pułku.

– Nie, trzy­mać cią­gle kurs sto pięt­na­ście. Dopiero nad kon­ty­nen­tem dam ci znowu znać.

– To był dobry pomysł z tym prze­lo­tem nad Fran­cją. Tro­chę dalej, ale omi­jamy wszyst­kie gniazda os na pół­nocy, a przy tym szkopy będą sobie dobrze łamać głowę co do celu naszej wyprawy…

– Będą, nie będą, swoje nad celem i tak obe­rwiemy.

Znacz­nie zresztą prę­dzej, bo już nad wybrze­żem Nor­man­dii, zamel­do­wała się ciężka nie­miecka arty­le­ria prze­ciw­lot­ni­cza. Jej ogień, jak­kol­wiek nie­źle kie­ro­wany, był jed­nak zbyt rzadki, by poważ­nie zagro­zić cią­gowi bom­bow­ców. Wkrótce też zamilkł zupeł­nie. Nad Fran­cją zmie­nili kurs – raz, potem drugi. Gdzieś koło jede­na­stej zabły­sły nad samo­lo­tem gwiazdy. Dobrze wykon­cy­po­wali ci z „meteo” – pomy­ślał z uzna­niem major.

Za oknami znów nie­prze­nik­niona ciem­ność. Kon­cep­cja prze­lotu nad środ­kową Fran­cją, słabo sto­sun­kowo obsa­dzoną przez „Flak²”, daje wyniki. Nic nie zakłóca teraz lotu. Takie chwile to rzad­kość pod­czas wyprawy na nie­przy­ja­ciela. Kiew­nar­ski wraca z wie­życzki astro, gdzie brał kolejny namiar, siada na swym miej­scu za pilo­tem. Mono­ton­nie, usy­pia­jąco grają sil­niki. Antoni przy­myka oczy. Zaczyna pły­nąć przed nim fala wspo­mnień.

…Dom rodzinny w dale­kiej Moskwie… Zima. Szorst­kie sukno woj­sko­wego płasz­cza ojca, pach­nące kon­wa­lią szubki matki; spa­cery ze słu­żącą na Arbat – „Gali­nuszka” nazy­wał ją. Wie­czo­rami zabawy żoł­nie­rzami w histo­rycz­nych mun­du­rach. Zro­bieni byli z cyny, można ich było skrę­cać w rulon… Potem znów zabawa w woj­sko, ale już mniej dzie­cinna – w kor­pu­sie kade­tów. I wresz­cie pod­cho­rą­żówka, już w nie­pod­le­głej Pol­sce… Młody ofi­cer dostaje nie­spo­dzie­wa­nie wyróż­nie­nie: mia­nują go tłu­ma­czem przy fran­cu­skiej misji woj­skowej. Ale ta „salo­nowa” służba nie pociąga go – odmel­do­wuje się do linii. Poznań­ski 57 pułk pie­choty, codzienna służba uroz­ma­icona współ­za­wod­nic­twem w mar­szach woj­skowych z peł­nym obcią­że­niem, w gim­na­styce, pły­wa­niu… Ta przy­jemna, nie­wy­mu­szona atmos­fera w pułku pogar­sza się po prze­wro­cie majo­wym 1926 roku. Przy­spie­sza to jego od dawna prze­my­ślaną decy­zję. W kilka mie­sięcy póź­niej jest już w Gru­dzią­dzu, na apli­ka­cyj­nym kur­sie ofi­cerów-obser­wa­to­rów. Lot­nic­two staje się odtąd jego praw­dziwą życiową pasją. Wraca tym razem do 3 pułku lot­ni­czego w Pozna­niu – na Pote­zach i Bre­gu­etach, sta­no­wią­cych przez wiele lat wypo­sa­że­nie eskadr roz­po­znaw­czych i bom­bo­wych. Zdo­bywa sobie opi­nię „żyły złota” – zawsze go to bawiło – dla­tego pew­nie powie­rzają mu sprawy szko­le­niowe. Zostaje więc dowódcą naj­pierw eska­dry, a tuż przed wojną dywi­zjonu w Cen­trum Wyszko­le­nia Podofi­cerów Lot­nic­twa w Kro­śnie… Tak dziś ma przed oczami łamiące się i walące pod impe­tem eks­plo­zji han­gary, warsz­taty, koszary i domki miesz­kalne, w któ­rych upły­nęły naj­mil­sze lata jego życia. Po znisz­cze­niach 1 wrze­śnia nie było już czego tam szu­kać. Szkoła zostaje ewa­ku­owana i wraz z innymi jed­nost­kami lot­ni­czymi prze­cho­dzi gra­nicę rumuń­ską… Gorycz klę­ski, roz­cza­ro­wa­nie tym, co przez dwa­dzie­ścia lat nazy­wało się Pol­ską, palące pra­gnie­nie odwetu na wrogu… Przy pierw­szej oka­zji prze­do­staje się do Fran­cji. „Salo­nowe” tra­dy­cje wloką się za nim – gene­rał Sikor­ski powo­łuje go na sta­no­wi­sko swego tłu­ma­cza, a potem adiu­tanta. Druga z kolei oglą­dana z bli­ska kata­strofa naro­dowa ozna­cza jed­nak – o iro­nio – pozy­tywną zmianę w jego życiu…

W kabi­nie robi się jasno. Jakiś samotny reflek­tor pró­buje wyma­cać prze­la­tu­jące górą samo­loty, śli­zga się po nie­bie, gubi ślad, gaśnie.

…Tu, w Anglii, zgła­sza się do służby w jed­nost­kach lot­ni­czych, zostaje skie­ro­wany na tre­ning, potem przy­dzie­lony do 305 Dywi­zjonu… Któ­ryż to jego lot bojowy? Zaraz, sie­dem­na­sty był na Kilo­nię, osiem­na­sty na Brest, więc ten jest już dzie­więt­na­sty…

No, teraz trzeba się skon­cen­tro­wać. Dola­tują wła­śnie do daw­nej gra­nicy fran­cu­sko-nie­miec­kiej, gdzie zaczyna się _Luftver­te­idi­gung­szone_³. Od czasu kiedy runęła Fran­cja, nie jest ona już tak groźna; wiele bate­rii prze­nie­siono na wybrzeża kanału La Man­che, inne obsa­dzono szko­lą­cymi się dopiero rekru­tami. Niemcy wyraź­nie nie mogą się wstrze­lać, wybu­chy poci­sków roz­kła­dają się na dużej prze­strzeni. Sta­cho­wiak z nawyku raczej niż z potrzeby wyko­nuje kilka manew­rów prze­ciw­ar­ty­le­ryj­skich.

Do Stut­t­gartu jesz­cze dwa­dzie­ścia minut lotu. Przed celem nie trzeba będzie nawet zmie­niać kursu – lecą pro­sto w łożu wia­tru. Nawi­ga­tor jesz­cze raz patrzy na szkic obiektu. Trzeba będzie wyce­lo­wać w brzeg Nekaru i od tego miej­sca prze­orać zakłady pełną serią. Wpraw­dzie ich teren leży „w poprzek”, dłu­gim bokiem pro­stopadle do kursu bojo­wego, ale tuż za nim roz­cią­gają się roz­le­głe tereny dworca prze­to­ko­wego. Dobrze, jeśli i im się przy oka­zji dosta­nie.

Jesz­cze kwa­drans… Jesz­cze dzie­sięć minut… I oto wyra­sta przed nimi nowa zapora ogniowa. Tym razem bły­ski wybu­chów zaczy­nają ogar­niać samo­lot, który tań­czy teraz i zapada się w potęż­nych wirach powietrz­nych. Antoni patrzy w dal, rzuca okiem na mapę i wła­śnie chce nanieść w swym note­sie uwagę „bate­rie koło Böblingen wyraź­nie wzmoc­nione”, gdy do uszu jego dobiega ogłu­sza­jący trzask, zgrzyt dar­tego i dziu­ra­wio­nego metalu, do kabiny wdziera się lodo­wata struga powie­trza, nio­sąc cha­rak­te­ry­styczny zapach tro­tylu. Samo­lot opusz­cza nos, jak kamień spada w dół, tona­cja sil­ni­ków zmie­nia się rap­tow­nie.

– W porządku, Tony – w inter­co­mie roz­lega się pod­eks­cy­to­wany, ale rado­sny głos pierw­szego pilota. – To tylko unik! Stery w porządku, sil­niki…

– Prawy traci obroty! – woła nagle Woj­ty­niak.

Sytu­acja staje się poważna. Pra­cu­jący coraz sła­biej sil­nik wymaga od pilota inten­syw­nego wysiłku przy ste­ro­wa­niu. A poci­ski roz­ry­wają się w dal­szym ciągu w nie­bez­piecz­nej odle­gło­ści, odłamki łomocą po kadłu­bie i pła­tach. Na szczę­ście widać już Stut­t­gart, oświe­tlony pierw­szymi ogni­skami roz­prze­strze­nia­ją­cych się szybko poża­rów. Kiew­nar­ski łatwo odnaj­duje poły­sku­jącą wstęgę rzeki, sta­pia się w jedno z przy­rzą­dem celow­ni­czym.

Wszystko zależy teraz od tego, czy pilot zdoła utrzy­mać samo­lot dokład­nie na kur­sie bojo­wym, nie zmie­nia­jąc przy tym pręd­ko­ści lotu. A to jest wła­śnie naj­trud­niej­sze, bo prawy sil­nik pra­cuje nie­równo, kaszle, prze­rywa. W wizje­rze widać naresz­cie fabrykę. Antoni zwal­nia bomby i prze­cho­dzi do tyłu, by zaob­ser­wo­wać sku­tek. Leżą w celu, choć seria jest tro­chę krótka. No trudno…

Sta­cho­wiak ostroż­nie, łagod­nym skrę­tem oddala się od mia­sta. Każdy gwał­tow­niej­szy manewr z tym sto­ją­cym pra­wie sil­ni­kiem ozna­czałby ślizg na skrzy­dło, a potem kor­ko­ciąg… Taki lecący sta­łym kur­sem samo­lot jest gratką dla arty­le­rzy­stów, któ­rzy też nie żałują mu poci­sków.

– Myśli­wiec, lewo góra! – roz­legł się nagle głos tyl­nego strzelca.

Spo­tka­nie uszko­dzo­nego bom­bowca z samo­lo­tem myśliw­skim było wła­ści­wie grą do jed­nej bramki, ale załoga pod­jęła walkę. Roz­ja­zgo­tały się sprzę­żone poczwór­nie kara­biny maszy­nowe tyl­nego sta­no­wi­ska bojo­wego. Mes­ser­sch­mitt przedarł się jed­nak bokiem przez tę zaporę i otwo­rzył ogień z naj­bliż­szej odle­gło­ści. Ten spo­sób pro­wa­dze­nia walki zdra­dzał sta­rego wygę. Pierw­szy atak nie przy­niósł mu wpraw­dzie suk­cesu, powtó­rzył go jed­nak w chwilę potem. Świe­tli­ste smugi oto­czyły maszynę, tu i ówdzie brzęk­nął prze­ci­nany metal. Antoni, który wła­śnie prze­cho­dził do tyłu, by obsa­dzić drugi boczny kara­bin maszy­nowy, poczuł tępe ude­rze­nie w prawe udo i osu­nął się na pod­łogę. Stra­cił przy­tom­ność. Odzy­skał ją pod wpły­wem dotkli­wego bólu. Ktoś szar­pał nim nie­mi­ło­sier­nie.

– Panie majo­rze, panie majo­rze! Jesz­cze chwi­leczkę, muszę tylko dopiąć panu spa­do­chron.

– Jak z samo­lo­tem? – zapy­tał sła­bym gło­sem Kiew­nar­ski.

– Musimy ska­kać i to zaraz! Nasze pudło roz­la­tuje się na kawałki. Niech pan major spró­buje wstać!

– A tam­ten?

– Odle­ciał. Może nas zgu­bił, a może dostał… Niech się pan major pod­nie­sie, bo sier­żant Sta­cho­wiak dał roz­kaz do opusz­cze­nia maszyny! Nie może jej już dłu­żej utrzy­mać…

Pod suną­cym ostrym śli­zgiem ku ziemi samo­lo­tem wykwi­tły cza­sze spa­do­chro­nów. Silne szarp­nię­cie na nowo spra­wiło Anto­niemu przej­mu­jący ból… Jesz­cze gorzej było przy lądo­wa­niu – spa­do­chron długo cią­gnął go po ziemi. Kiew­nar­ski nie miał siły, by się z niego uwol­nić, zdo­łał tylko wycią­gnąć z kom­bi­ne­zonu nóż i prze­ciąć pasy. Pół­przy­tomny prze­szło godzinę leżał na polu. Nie­wy­raź­nie sły­szał zbli­ża­jące się głosy. Niemcy dostrze­gli biały spa­do­chron i skie­ro­wali się w jego stronę. W kilka minut potem zna­leźli ran­nego lot­nika…

W szpi­talu Kiew­nar­ski spę­dził dłu­gie tygo­dnie. Odłamki poci­sku z działka, który eks­plo­do­wał na pul­pi­cie nawi­ga­tora, poszar­pały mu udo i utkwiły – maleń­kie jak igiełki – w bio­drze i ple­cach. Zanie­czysz­czona na polu rana jątrzyła się, wycho­dziły z niej co pewien czas kawałki metalu. Dopiero pod koniec 1942 roku wypi­sano go ze szpi­tala. Pod strażą pod­ofi­cera Luft­waffe prze­wie­ziono rekon­wa­le­scenta na dwo­rzec i wsa­dzono do osob­nego, zare­zer­wo­wa­nego prze­działu w pociągu. Nie upły­nęło parę minut, a drzwi otwo­rzyły się znów i weszło dwóch jesz­cze Niem­ców, pro­wa­dząc mło­dego, nie­wy­so­kiego, dobrze zbu­do­wa­nego kapi­tana w mun­du­rze lot­ni­czym z naszyw­kami „Poland”.

– Pan major pozwoli przed­sta­wić się – powie­dział przy­bysz. – Sta­ni­sław Król, trzy­sta szes­na­sty dywi­zjon!

War­kliwe „_Maul hal­ten_!” towa­rzy­szą­cego Anto­niemu Gefre­itera prze­rwało wymianę towa­rzy­skich grzecz­no­ści. Do roz­mowy mogli wró­cić dopiero po dłuż­szym cza­sie, gdy dowódca eskorty, obe­rfeld­fe­bel, dał się uła­go­dzić paczką angiel­skich papie­ro­sów. Anto­niego od samego początku raziło coś w wyglą­dzie towa­rzy­sza. Dopiero po dłuż­szym cza­sie zdo­łał zdać sobie sprawę, co to było. Toteż, gdy Nie­miec dał im znak, że nie inte­re­sują go ich poga­wędki, natych­miast prze­szedł do tematu:

– Panie kapi­ta­nie, przy­kro mi, że muszę zacząć roz­mowę od zwró­ce­nia panu uwagi, ale wydaje mi się, że zwłasz­cza tu, wobec wroga, powin­ni­śmy dbać o nie­na­ganny wygląd. Ta buracz­kowa… szmatka na szyi naprawdę nie dodaje panu woj­sko­wego wyglądu. Czy jest pan prze­zię­biony, czy nie ma pan cze­goś innego?

Tam­ten prze­su­nął poszar­pany, nad­pa­lony strzęp.

– I mnie przy­kro, panie majo­rze, ale po pierw­sze to jest odznaka mojego dywi­zjonu, po dru­gie poda­ro­wała mi to moja sym­pa­tia, a po trze­cie ten szal ura­to­wał mi życie.

– No, w jakiż to spo­sób?

– To było tak: pole­cie­li­śmy całym skrzy­dłem na wymia­ta­nie w rejon Rouen. Pan wie, w St. Omer jest baza ich pułku myśliw­skiego, więc liczy­li­śmy, że ich stam­tąd wywa­bimy. Major Tura…

Kapi­tan prze­rwał, dostrze­gł­szy groźną minę Kiew­nar­skiego. Chrząk­nął i po chwili zaczął mówić dalej:

– Tak… Więc dowódca dywi­zjonu dostrzegł dwie pary Focke-Wul­fów i posłał na nich eska­drę „B”. Dobrze zro­bił, że nie całość, bo za chwilę od słońca zwa­liło się na nich z dzie­sięć Hunów. Wtedy my weszli­śmy do akcji. Wyrów­ny­wa­łem wła­śnie maszynę po ostrze­la­niu Focke-Wulfa, który umknął prze­wro­tem, gdy zagrze­cho­tało po kadłu­bie mego Spit­fire’a. Prze­cięli mi prze­wody gli­kolu, biały dym wypeł­nił momen­tal­nie kabinę. Zatkało mnie. Niech pan sobie wyobrazi, że nie mogłem odsu­nąć osłony. Uchwyt nama­ca­łem dopiero wtedy, gdy kabina stała już w ogniu. Wygra­mo­li­łem się z niej pół­przy­tomny. Pęd powie­trza wyszarp­nął mnie, musia­łem ude­rzyć o stery, bo na chwilę dosta­łem black-out. Wie pan, co mnie ura­to­wało?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij