Lumin - ebook
Dawno temu, gdy modlitwy wznosiły się ku niebu, acz słyszane bywały i niżej, w krainie gór, mgieł tudzież cmentarnej ciszy, żyła dziewczyna o sercu gołębim. Alchemiczka, przez matkę nazwana Eleonorą. Żywot miała ciężki, aliści nigdy nań nie narzekała. Była pracowita, cicha i bogobojna.
Dnia pewnego na jej drodze stanął mężczyzna nieznajomy. W płaszczu ciemnym, z kapturem na głowie, dzierżył w dłoni kiść magii zaklętej. Przedstawił się dziewce jako posłaniec.
Niestety nie Tego tam, na górze, co pieczę nad wszystkim sprawuje. Posłańcem bowiem był grajka, który piekielną melodią skrzypiec potrafił strącać anioły z niebios. Zaproponował Eleonorze spełnienie życzeń, a potem wręczył księgę, którą po serii nieszczęsnych zdarzeń okrzyknięto Księgą Upadłych Aniołów.
Prequel książki: Sanguis: Księga Upadłych Aniołów.
Historia uczucia tak silnego, iż poruszyło niebo, a potem strąciło Światło w ciemność.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68473-57-5 |
| Rozmiar pliku: | 2,7 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Dwie dusze splątane węzłem, którego nie rozwiąże ni czas, ni śmierć, ni pamięć samych bogów. Dusze tak niewinne, tak szlachetne, że sam anioł mógłby się w nich jak w zwierciadle przejrzeć. Miłość ich była czysta niczym woda z górskiego źródła, a jednak klątwą niemożności życia razem skalana.
Lecz, drogi czytelniku, powiedz mi: kto najchętniej takim duszom się przygląda? Nie jeno Ten, co tron w niebiosach piastuje, sprawuje nad nimi pieczę. Równie bacznie ich losy śledzi drugi władca – ten z królestwa, gdzie światło boże nie sięga. Bo cóż miałby począć diabeł z potępieńcem, który już dawno spadł w otchłań? To nie jego łup. Nie, nie! Najsłodszy dlań kąsek to taki, który z nadzieją ku niebu spogląda. Taki, który wierzy, że dobro w nim przeważy.
Tacy właśnie byli oni.
Od wieków odnajdywali się w ciele i duszy, w różnych czasach i miejscach, zawsze z tym samym wołaniem serca, z tym samym błyskiem rozpoznania w spojrzeniu. A jednak nigdy w pełni szczęścia nie zaznali. Los z nimi igrał, kiedy im dotknąć nawzajem swych dłoni pozwalał, zanim znów je rozdzielił.
Jak dwa fragmenty jednej pieśni byli – pasujące do siebie doskonale, lecz przez czas rozstrojone. Niczym płomień i jego odbicie w tafli wody. Jedno ginęło, gdy drugie się dopiero rodziło.
Aż nadszedł czas, w którym jedna z dusz się przebudziła – nie z łaski niebios, nie przez czar ni wspomnienie, które wtem zapłonęło. Nie. Przebudziła się, bo tak mocno tego zapragnęła, że zwróciła się nie do tego boga, którego wielbiła.
Ach! Aliści sami wiecie, że życzenia swą cenę mają, prawda? Jej życzenie spełnione zostało, owszem, lecz przewrotnie, jak to w naturze magii i przeznaczenia bywa. Bo nim owa dusza mogła po imieniu tę drugą zawołać, pierwej musiała odzyskać własną w całości, bez skazy.
A i Bóg, i diabeł własnymi ścieżkami chadzają, lecz niekiedy drogi ich w tańcu cienia i światła tych samych dusz się splatają. Bo to, co z pozoru błahym się wydaje, często korzeniami sięga głębiej, w przeszłość nie tego, lecz poprzedniego życia.
To opowieść nie jeno o miłości. Też o tym, że to, co dobre, nie zawsze dobre zakończenie znajduje, a to, co złe się zdaje, niekoniecznie złem w istocie się okazuje. Albowiem w życiu, jak i w duszy człowieka rzadko znajdziesz, mój czytelniku drogi, barwy czyste: czarne i białe. Większość prawdy kryje się gdzieś pośrodku, w szarości, tam, gdzie Bóg i diabeł milczą, słuchając, w którym kierunku serce ludzkie bije.
Czy się, cenna duszyczko, rozumiemy? Zapewne jeszcze nie. Ale gdy się w tę przypowieść zagłębisz, wtenczas pojmiesz, że nie każda klątwa jest karą.
Czasem bywa darem i najważniejszą próbą.ROZDZIAŁ I
Od kilku dni wiosenne światło kładło się ciepłymi falami na drewnianej podłodze naszego domu. Słońce coraz wcześniej wychylało się zza wysokich wzgórz i czułym pocałunkiem ze snu nocy mnie budziło. Od czwartej siedziałam już na ławie, opierając się o podpróchniały parapet i wzrokiem śledząc taneczny korowód jaskółek, które w powietrznych piruetach cieszyły się rozkwitającym porankiem. To ma ukochana pora – czas przejścia stanowi. Chwila przesiąknięta mrokiem nocnej magii, przetykana jednakowoż ciepłymi nićmi nowego dnia. Jest jak obietnica i nadzieja, które los mi podarowuje, gdy jeno podnoszę powieki.
Uchyliłam okno, a rześkie, wciąż jeszcze muśnięte chłodem powietrze do izby się wdarło. Dziś pachniało dużo intensywniej wilgotną od rosy ziemią. Me maleńkie stworzenia…, powiedziałam w myślach, wodząc spojrzeniem po sadzie, gdzie kwiaty jabłoni pierwszymi pomrukami wiatru były kołysane.
Nasze domostwo, choć niewielkie i skromne, było dla mnie całym światem. Belki sosnowe, układane przed laty ręką mego dziada, wdzięcznie skrzypiały pod stopami. Nie powinnam się wam przyznawać, ale z całego serca wierzyłam, że w tych ścianach oprócz nas coś więcej pomieszkuje. Drewno, kamień i glina przechowywały oddechy minionych pokoleń, ich szepty, miłości i troski. Nader często wieczorami rozmawiałam z echem istnienia swej matki. Ciepło jej oddechu spoczywało na płatku mego ucha za każdym razem, gdym przed snem Mgiełką Nocnej Nebuli1 się otulała.
Ach, no tak! Dobrze, żem sobie przypomniała!
Dziś, gdy z miasteczka będę wracać, napomknijcie mi, proszę, bym wstąpiła do chaty w lesie i zabrała sakiewkę suszonych kwiatów czarnej lawendy tudzież koralową korę wierzby! Ta pierwsza od wieków bowiem znana jest z tego, iż jej zapach niesie ze sobą magię oczyszczania wymiaru, druga zaś przynosi duszy pradawną wiedzę wędrowców, którzy niegdyś odpoczywali pod mocarną, acz delikatną koroną tegoż drzewa.
Przeszłam do korytarzyka i zza wiszącego na krzywej framudze materiału ukradkiem na ojca wyjrzałam. Nie chciałam zaburzać jego porannego rytuału. Mogłoby to się dla mię nietęgo skończyć, pomyślałam, kątem oka spoglądając na swe ramię, wciąż noszące ślady ojcowych palców.
Rodziciel właśnie do pracy w polu się szykował. Nastał bowiem sezon na sadzenie ziemniaków. Pola trzeba było oporządzić, by nowe rośliny w brudzie zaczęły kiełkować. Mogłabym przysiąc, że już czułam smak parującej bulwy skropionej klarowanym masłem, przykrytej świeżym koprem z ogrodu! A wy? Smak ten znacie?
Potem do swego pokoju wróciłam i usiadłam przy starej toaletce, którą odziedziczyłam po matce. Dłonią przeczesałam wciąż przyozdobione snem włosy. Wprawnym gestem w luźny warkocz je zaplotłam. Wtem usłyszałam skrzypnięcie drzwi, a zaraz potem zachrzęścił żwir na naszej ścieżce.
Oznaczało to jedno: ojciec wyszedł.
Teraz mogłam sobie pozwolić na krótki moment beztroski. Wskoczyłam na łóżko, szerzej otworzyłam okno, po czym wychyliłam się ku jabłonce, której gałęzie ścianę domu muskały. Zerwałam jeden kwiat i ostrożnie wsunęłam go we włosy.
Cicho niczym myszka znów stanęłam na drewnianej podłodze tudzież wzrok ku lustrzanej tafli skierowałam. Tam, gdzieś między odbiciem sypialni a wtopionym w nie obrazem mej matki, dostrzegłam swój uśmiech. Na parapecie, tuż za mymi plecami, przysiadł maleńki jak dłoń dziecka wróbelek i powitał mię radosnym świergotem.
Na wieszaku czekał przyjemny w dotyku, wełniany sweter. Poranki w dolinie wciąż nader chłodne były, a ja nie zamierzałam pozwolić zimnu dobrać mi się do skóry.
W kuchni na blacie leżała lniana ścierka, pod którą krył się wiklinowy kosz – mój nieodłączny towarzysz sobotnich wypraw na targ. Przy piecu, gdzie w tlącym się iskrami popiele resztki wczorajszego ciepła dogasały, suszyły się me buty. Wsunęłam je pospiesznie na stopy odziane w zniszczone skarpety. Z szuflady wyjęłam chustę, pod brodą ją związałam i już po chwili znalazłam się na zewnątrz.
Nasz mały sad przywitał me nozdrza feerią zapachów. Wpierw przyjemną woń mchu poczułam, zaraz potem – słodki aromat kwitnącego nieopodal bzu.
– Dzień dobry, maleńki!
Schyliłam się, zanurzyłam dłoń we wciąż mokrą trawę i pogłaskałam muszlę ślimaka, który wdzięcznie jedno źdźbło zajadał. A skoro już o trawie mowa! Ta po kostkach mnie dziś wyjątkowo łaskotała. Zapewne z powodu tego, że przyodziałam suknię bez naciągania pod nią wełnianych pończoch.
Kot mój, czarny jak smoła, od rana po sadzie brykał. Na chwilę wzięłam go w ramiona, by pyszczek mu ucałować, a potem ruszyłam dalej w drogę.
Wysypałam jeszcze szybko paszę dla kur, które z zadowoleniem zagdakały, dziękując za pożywne śniadanie. Z ich gniazd zebrałam świeże, ciepłe jajka i ostrożnie ułożyłam je w swoim koszyku.
Wtem odgłos dzwonków poniósł się po dolinie. Wzrok ku niej gwałtownie przeniosłam i wbiegłam na wzgórze, gdzie czekała na mię trzódka. Pogłaskałam po głowie jedną z puchatych owiec. Jej wełenka gęsta i ciepła była niczym chmura, mgła być może – trochę jak ta, która właśnie leniwie nad wąwozem wisiała.
Wiosna oddychała pełną piersią. Bicie jej serca czułam w chłodnych podmuchach, w trelach skowronków, w szeleście świeżych liści i szumie strumienia śpieszącego ku pobliskiej rzece. Była wszędzie – żywa, budząca się ze snu. Zamknęłam oczy i pozwoliłam, by promienie wschodzącego słońca rozgrzały mi policzki.
– Dziś sobota, dzień targowy – wyszeptałam, po czym jak co tydzień w drogę wyruszyłam, wiedząc, że pierwsze i najlepsze ryby trafiają jeno do koszyków tych, którzy nie boją się wstać jeszcze przed kogutem.
W stronę lasu podążałam, a wiaterek niczym stara chusta świętej pamięci babki me ciało owiewał. Znalazłszy się już pośród drzew, odetchnęłam z uśmiechem, a po chwili warkocz i kołyszący się tuż przy mym biodrze kosz poprawiłam.
Przyspieszyłam nieco kroku, by zdążyć, nim całe miasteczko i wioska się w pełni rozbudzą. Ojciec oczekiwał na kolację świeżych okazów, a ja wiedziałam, że jeśli ich nie przyniosę, będzie mną rozczarowany. Wolałabym wam nie mówić, co robi, gdy zawodzę jako córka! Potrząsnęłam głową, próbując z niej myśli o nim wyrzucić.
Ścieżka otulona cieniem rozłożystych drzew ciągnęła się przez dwa kilometry, aż do centrum wioski. Kochałam tę drogę! Las o tej porze magią boskiej ręki się jawił. Był jedynym miejscem, gdzie nie czułam się oceniana. Nikt bowiem nie spoglądał na mnie jak na tę, która swej matce życie odebrała.
– Kwiecie! – wybrzmiało gdzieś z głębin lasu. – Kwiecie!
Zaraz potem bujny krzew rosnący na pagórku ścieżki energicznie się zatrząsnął, a spomiędzy gałęzi wynurzyła się sylwetka. Serce w piersi silniej uderzyło. Wiedziałam, kim jest ten chłopak o nieco chrapliwym, acz łagodnym głosie, nim napotkały mię jego jasne oczy.
– Żeś mnie wystraszył! – Machnęłam ręką i odetchnęłam z ulgą. – Wybierasz się na targ?
Spojrzeniem go omiotłam. Dzisiaj włosy miał w wyjątkowym nieładzie, dłonie – brudne, cienie pod oczami – niezwykle wyraźne, o niemal purpurowym zabarwieniu. Zdawać się mogło, że od kilku dni spokojnego snu nie zaznał.
– Żem się wybierał – przytaknął Ethan. Uśmiechnął się szeroko i uniósł brwi. – Póki ciebie nie zobaczyłem.
Zbiegł z pagórka, prawie na mnie wpadł.
– Uważaj! – Odskoczyłam w ostatniej chwili. – Jajka byś mi rozbił, brutalu! A na targu je na zioła wymienić chciałam! – Wzruszyłam ramieniem i zadarłam brodę.
– Twe jajka taką cenę wysoką mają, że ważniejsze są aniżeli uchronienie przyjaciela przed upadkiem? – Przymknął oko, mocno usta przy tym zaciskając.
– Myślałam, że do wędrówki dołączysz dopiero za lasem. – Poprawiłam spoczywający na przedramieniu uchwyt kosza.
– Taki oto plan miałem – przytaknął – ale dziś wyjątkowo wcześnie kogut mię zbudził. Godziny pomylił, ptasi móżdżek.
Zaśmiałam się i pokręciłam głową.
– Jak twa matka się miewa? – zapytałam, gdy ruszyliśmy naprzód. – Modliłam się za nią.
Choroba Erny od kilku dni nie ustępowała. Raz już nam się wydawało, że odpuszcza, jednak dobę później ze zdwojoną siłą wróciła.
– Naparzyłem jej ziół, ale na marne – odpowiedział, patrząc przed siebie. – Masz może jeszcze suszony rozmaryn gdzieś w szufladzie schowany?
– A snadź mam. – Zerknęłam z boku na przyjaciela. – Nie jestem jeno pewna, czy sam rozmaryn pomoże. – Uśmiechnęłam się blado, kołysząc trzymanym w ręku koszykiem. O biodro go oparłszy, sięgnęłam dłonią do jego dna. Między płótnem a kilkoma jajami dzbanuszek z suszonymi kwiatami lipy spoczywał. Zatrzymałam się i przykucnęłam, by przypadkiem niczego nie upuścić. Odwiązałam lnianą szmatkę, żeby wyjąć naczynie. – Może to jej wróci siły. – Z ziemi skocznie się poderwałam, stanęłam przed Ethanem i w dłonie podarek mu włożyłam.
– A cóż to za wspaniałość? – Podniósł go wyżej i otworzył. Powąchawszy suszone liście, spojrzał na mnie.
– Żaden cudowny eliksir, lecz może gorączkę jej nieco złagodzi – powiedziałam. – Zaparz te liście w wodzie deszczowej i co kilka godzin matce podawaj.
Przez chwilę Ethan nie rzekł ni słowa, jeno przed siebie patrzył i dość pewnie kroczył. Potem, zamiast od razu odpowiedzieć, jak przystało na słów swych świadomego gentlemana, pierw mą dłoń ujął i zacisnął na niej palce, a później dopiero odparł:
– Dziękuję, kwiecie. Ojciec twój wciąż pała wściekłością?
I mą rękę ze swego uścisku wyswobodził.
– Pała? – parsknęłam i napompowałam policzki. Powietrze z ust wypuściwszy, po zrobieniu wdechu jęknęłam: – On nią nie pała, Ethanie. On nią jest. Ostatnio oddycha złością, śpi w jej ciasnych objęciach, budzi się z jej szponami zaciśniętymi na gardle. Mym… na dodatek. Aliści jeśli taka wola boża, to nie mnie jego poczynania osądzać.
Przyjaciel patrzył mi w oczy spod zmarszczonych, bujnych brwi. Nieco przekrzywił głowę, jakby nie dowierzał mym słowom.
– Wolą bożą nie jest ukazywanie swej siły na twym ciele – oznajmił stanowczo. – Toż przecie twój najbliższy krewny!
– Ależ wiem, wiem, Ethanie. – Machnęłam ręką i wzięłam głęboki wdech. Być może nieco zbyt drżący, by można go było spokojnym nazwać. – Rodziców nie wybieramy, jeno są nam oni przez Najwyższego przydzielani. Najwyraźniej ma On dla mnie plan.
– Niejasny plan – odparł z nutą goryczy.
– Podążanie za Nim to droga kręta, acz właściwa.
Uśmiechnęłam się, czując spływający na mą duszę specyficzny rodzaj ukojenia. Nie było jednak ono jedyną emocją, której doznałam. Pod tkaniną sukni rozpaliło się bowiem pieczenie – świadectwo gniewu ojca, wylanego na mię ostatniego wieczora.
– Godzić się na to nie powinnaś – mruknął dobitnie przyjaciel.
Posłałam mu pokorne spojrzenie.
– Nie wszystko jest w naszych rękach, Ethanie. Niektóre sprawy są z góry założone.
Droga wiodła nas do doliny, gdzie las rzedł, ustępując miejsca łanom żyta ozimego, drobnym sadom i zagrodom pośród wzgórz rozrzuconym. Z centrum wsi, które teraz oboje już mieliśmy w zasięgu wzroku, docierał zapach nie jeno świeżo rozkopanej ziemi, ale i snującego się z kominów dymu.
Nasza służąca miasteczku wioska była rozległa, prężnie działająca, przycupnięta w cieniu Alp. To właśnie tam ojcowe włości się mieściły. W sercu miasta zaś domy, kryte strzechą, ciasno się do siebie przytulały, a brukowane ścieżki prowadziły do niewielkiego rynku, na którym właśnie budził się targ. Kilka budynków wciąż nosiło ślady pożogi2. Stanowiły przypomnienie, że raptem dziesięć lat temu doświadczyliśmy mroku wojny. Ach, nawet nie śmiałabym wspominać tamtych czasów! Słowa bowiem nie opisałyby wam tego dosadnie. Wtenczas tak wielu mężczyzn nigdy już do swych rodzin nie wróciło, a niektóre gospodarstwa, pozbawione rąk do pracy, w ruinę poczęły popadać. Mój biedny Ethan również ogromnych trudów podówczas doświadczył: ojca stracił i z tegoż powodu w wieku piętnastu lat musiał na wysokości zadania stanąć i zostać opiekunem rodziny.
Ale cóż, życie wciąż trwało…
Właśnie przeto sobotni targ był sercem naszych ziem – miejscem, gdzie nie jeno kupcy i rzemieślnicy się od lat spotykali, aliści i kobiety przychodzące po nowiny, i dzieci goniące się między straganami, i starcy przysiadający na kamiennych ławach, by snuć wspomnienia o przeszłości. To tu łączyły się wszystkie dotknięte mrokiem dusze.
Gdy weszliśmy na plac, zapachy uderzyły w me nozdrza niczym wysoka jak kobyła fala. Wpierw zmysły skupiły się na przyjemnej woni ciepłego chleba upieczonego przez chłopów jeszcze przed świtem, potem – na aromacie suszonych grzybów i ziół wiszących w pękach nad straganami, słodkawej nucie miodu sprzedawanego przez starego Johana, oraz na ciężkim, metalicznym zapachu świeżo zarżniętej jagnięciny, której skrawki rzeźnik na drewnianych deskach układał. Ha! Jednak zaraz przez to wszystko przedarł się ostry, gryzący smród smoły i ryb z porannego połowu.
Na moment przystanęłam, pozwalając, by zapachy i gwar jak ciepły koc otuliły me zmysły. Niegdyś, kiedy byłam jeszcze dzieckiem, w to miejsce zabierała mnie babka. Właśnie wtedy ramiona opatulał mi jej miękki, kraciasty pledzik.
Uniosłam wzrok i ujrzałam, że mąż Elfriede dach po ostatnich ulewach naprawia. Potem spojrzałam z ukosa na przyjaciela i delikatnie się uśmiechnęłam. Ethan także się zatrzymał i po miasteczku z mieszaniną ulgi i trwogi rozglądał. Wiedziałam, że myślami wciąż tkwi przy łożu swej matki, ale na targu czekało na niego zadanie – nie jeno miał do domu jadło przynieść, aliści na mąkę i sól wymienić skóry, które ojciec za żywota zostawił mu w spadku.
– Pójdę do Wilhelma – oznajmiłam, przekładając koszyk na drugie przedramię. – On ma najlepsze okazy.
Na pożegnanie skinęłam Ethanowi głową, a on mrugnął porozumiewawczo i zanurzył się w dyskusji ze starym gospodarzem, który podpierał się o kij i z zapałem gestykulował, zapewne narzekając na plony lub ceny mąki.
Ruszyłam ku straganom, lawirując między kobietami z powoli zapełniającymi się koszami w rękach, dziećmi przemykającymi tuż obok dorosłych i między gęstym powietrzem, coraz większym tłumem spowodowanym.
Stoisko Wilhelma znajdywało się na skraju targu, tuż obok wielkiej kadzi z wodą, w której pływały ryby. Ich intensywna, słonawa, przesiąknięta śluzem woń unosiła się wokół. Mężczyzna ten był w okolicy jedynym rybakiem, który połowem na większą skalę się trudnił. Zawsze wyruszał na jezioro jeszcze nocą, by na targu móc najlepszymi zdobyczami zabłysnąć. Nic więc dziwnego, że długie drewniane stoły uginały się pod ciężarem połyskujących w słońcu łusek pstrągów, okoni i szczupaków.
Teraz rybak stał za stoiskiem, z rozchyloną koszulą przy szyi. Upał go nie męczył, bo przecie wciąż wisiał nad nami chłód poranka. Wilhelm był człowiekiem o ramionach szerokich i mocnych jak pnie starych drzew, dłonie zaś miał spękane i zaczerwienione od lodowatej wody. Ślady po sieciach rybackich na jego przedramionach niczym sine pręgi się odznaczały, a broda, dziś na wyjątkowo rzadką, lecz wciąż kędzierzawą wyglądająca, lepiła mu się od potu.
– Eleonoro! – zawołał, gdy jeno dostrzegł mą sylwetkę. Brzmiał jak ktoś, kto już od dziecięcia próbował siłę wiatru przekrzyczeć. – Znowu cię ojciec posłał?
– A jakże, Wilhelmie! – odparłam, unosząc ostentacyjnie koszyk. – Na kolację najlepszych okazów oczekuje.
Handlarz uśmiechnął się spod oprószonego popiołem od fajki wąsa i sięgnął do drewnianej skrzyni, w której na warstwie lodu leżały najdorodniejsze ryby. Ich skrzela wciąż się unosiły i opadały, co w mym wnętrzu powodowało niemal fizyczny ból. Jednak wyboru nie miałam. Mięsa rodziciel oczekiwał, więc mięso musiał dostać.
– Ten oto – Wilhelm wyciągnął wielkiego pstrąga, który srebrzystą łuską się cieszył, z dumą położył go na wadze i zerknął ku mię spod krzaczastych brwi – nie zdążył jeszcze smaku wód jeziornych zapomnieć.
Właśnie po mieszek3 z monetami miałam sięgnąć, gdy wtem na ramieniu poczułam czyjąś dłoń. Nie była ciężka ni szorstka jak większość pracujących na targu rąk. Wręcz przeciwnie, niosła ze sobą uczucie kruchości tudzież subtelność.
Gwałtownie się odwróciłam i od razu przyozdobiłam usta szerokim uśmiechem. Stała tam bowiem o siedem lat młodsza ode mnie dziewczyna. Miała jasne włosy, które spod na wpół przezroczystej chusty się wymknęły, i oczy, które widywałam codziennie w lustrze balii, gdy sama robiłam pranie.
– Ernestine – szepnęłam z ulgą w głosie.
Ma siostra, aczkolwiek nikt oficjalnie o tym wiedzieć nie mógł. Owoc grzechu, o którym ojciec nigdy nie mówił, aliści który znałam ja.
– Eleonoro. – Gdy to rzekła, jej brwi wygięły się w coś na kształt podkówki.
Zacisnęłam palce na uchwycie koszyka, czując na sobie badawczy wzrok Wilhelma. Ten zmrużył oczy, jak gdyby przeczuwał, że Ernestine i mnie łączy relacja głębsza niż jedynie przyjacielska.
Palcami ledwie spódnicę dziewczyny musnęłam, nakazując w ten sposób, by na chwilę się odsunęła. Nie chciałam wzbudzać naszym zachowaniem niczyich podejrzeń, a już na pewno nie rybaka o bystrych niczym sokół oczach. Po wiosce i tak już plotki krążyły – tego jeszcze wam nie powiedziałam! Podobieństwo me i mej siostry było bowiem niezaprzeczalne. Takie same tęczówki, oprószone błękitem niebios i srebrem kołyszącej się w słońcu wody. Włosy też prawie identycznego koloru miałyśmy, choć jej bardziej w odcienie ognia wpadały. Piegów na nosie zaś… Ach! Tych na oko tyle samo było, choć nigdy czasu nie miałam, by je skrupulatnie zliczyć.
– Matka po chleb cię wysłała? – spytałam, nieco się ku niej pochylając.
Dziewczyna ślinę przełknęła i zerknęła nerwowo przez ramię. Wyglądała tak, jakby żal w jej sercu właśnie się pojawił.
– Potrzebuję twej pomocy – wydusiła.
– Mej? – Ze zdziwienia aż brwi uniosłam.
Przytaknęła.
Policzyłam więc spoczywające na otwartej dłoni monety, za rybę zapłaciłam i szybko ułożyłam ją w koszu, a potem, na handlarza więcej nie spojrzawszy, chwyciłam Ernestine za nadgarstek i pociągnęłam na bok. Między straganami stanęłyśmy, gdzie woń lawendy mieszała się z zapachem końskiego potu.
– Mów – rzuciłam, starając się, by mój głos brzmiał spokojnie. – Co się stało?
Jej ręka, przez mą trzymana, drżała, a w oczach tkwiła mieszanka lęku i desperacji. Siostra patrzyła na mię inaczej niż zazwyczaj, gdy miałyśmy się okazję widywać.
– No mówże – ponaglałam.
Ta zacisnęła wargi, na obliczu poczerwieniała. Czułam, że cokolwiek na duszy dziewczyny ciąży, jest też czymś, co wielce ją zawstydza. W końcu, z trudem, usta otworzyła i wydusiła z siebie cichy jęk. Następnie, nie odrywając spojrzenia od mych oczu, dłoń na brzuchu ułożyła. Zadrżałam, wiedząc, co ów gest oznacza. Serce zamarło mi w piersi, a nogi się pode mną ugięły.
– Nie… – szepnęłam, kręcąc głową, i dyskretnie się rozejrzałam, by sprawdzić, czy ktoś przypadkiem nie przysłuchuje się naszej rozmowie.
Koń przy wozie, obok którego stałyśmy, zarżał głośno i tupnął kopytami.
– Jak to możliwe? – wyszeptałam znów, pochylając się nad jej ramieniem.
Siostra twarz w dłoniach schowała, jakby bała się spojrzenia mówiącego, iż to, co nosi pod sercem, jest hańbą.
– Kiedy to się stało?
Ernestine uniosła wyżej brodę. Oczy jej zaszkliły się winą i strachem, które tłamsiły młodziutką duszę, odbierając iskrę, dotąd zawsze połyskującą w siostrzanym spojrzeniu.
– Pomnisz, kiedy u nas na dwa dni ojciec został? – zapytała głosem ledwie słyszalnym przez poranny gwar targu.
Wypuściłam z ust powietrze.
– Jakżeby nie?
Zapytacie: „Dlaczego pamiętam?”. A otóż dlatego, że te dwa dni dla mnie spokojem i odpoczynkiem od jego ciężkiej ręki były.
– Zległ z mą matką, bo zbyt lekką od wina miał głowę – zaczęła. – Po wszystkim sąsiad z dołu ulicy zapukał i zobaczył go w progu.
– O ich relacji więc wie?
– Wie – przytaknęła. – Lecz słowa o tym nie piśnie.
– Nie rozumiem, Ernestine. – Pokręciłam głową. – Jakże to ma się do twego stanu?
– W zamian za trzymanie gęby na kłódkę, wymianę mu ojciec zaproponował. – Przeniosła wzrok na dłonie przed sobą splecione. – Wpuścił go do mej sypialni, a drzwi na klucz zamknął.
Mimo że rodziciel oficjalnie nigdy się do nieślubnej córki nie przyznał, od czasu do czasu pojawiał się u jej matki, by zaspokoić swe grzeszne żądze. Pieniądze kochance i mej siostrze dawał, próbując uwagę od własnych win odwrócić. Ja, choć zrozumieć się to starałam, uwierzyć nie mogłam, że człek, który krew ze mną dzielił, mógł dopuścić się czegoś tak ohydnego.
– Pewnaś swych słów? Toż to oskarżenie poważne.
– Tak pewna jestem jak drugiego bijącego w mym ciele serca.
Ernestine czternaście lat zaledwie miała. Wiedziałam, co to oznacza: albo ten chłop ją weźmie, albo sama zostanie. Naszego ojca kiedyś zabraknie, wtenczas dziewczyna nie będzie miała środków do życia i w biedę z dzieciem popadnie. Pojęcia nie miałam, co mogę rzec, by choć na chwilę ją na duchu podnieść.
– Któryż to niegodziwiec dopuścił się na tobie przemocy? – Dłońmi ścisnęłam uchwyt kosza, a zębami zazgrzytałam.
Tkwiąca w cieniu wstydu dziewka milczała. Nie podniosła nawet wzroku, by spojrzeć mi w twarz.
– Mówże! – Z nerwów szarpnęłam za rękaw siostrzanej sukni.
– Adelard. – Jeno to słowo z ust się jej wyrwało.
– Karner? Adelard Karner?! – Powiedziawszy to, wzięłam głęboki wdech, powietrze utknęło mi w gardle.
Mężczyznę tego przecie znałam. Był duchownym szanowanym przez całą wieś i miasteczko, uważanym za wzór pobożności i moralności. Jego pomarszczona twarz o latach poświęconych gorliwej modlitwie świadczyła, a czarna sutanna podkreślała księżowską prawość. Zawsze gotów do pomocy niósł pociechę ubogim i był przewodnikiem duchowym, do którego ludzie, także i ja, po radę przychodzili.
– Dopuścił się grzechu, który złamał jego śluby czystości i cię zhańbił? – wymamrotałam.
Duchownego niezdrowa namiętność, najwyraźniej przez lata nader tłumiona, ostatecznie zniszczyła życie dziewczęcia, które niczym innym naznaczone nie było niźli cnotą i niewinnością.
– Nie wiem, co mam począć…
Pragnęłam wziąć ją w ramiona, przed światem schować, ochronić przed tym, co nadchodziło. Ale otaczały nas spojrzenia ciekawskich gapiów, którzy bardziej niż własnym życiem losem sąsiadów się interesowali.
– Jakże mam to naprawić? – jęknęła. – Muszę to jakoś odratować, Eleonoro.
– Trzeba pierw pomówić z Adelardem – odparłam, nie patrząc na nią, by ukryć przerażenie w swych oczach. – Winien jest ponieść jakąś odpowiedzialność za to, co ci uczynił.
– Wiesz, że to nie takie proste… – Sapnęła i zmarszczyła czoło.
Teraz siostra wyglądała jak zranione dziecko. Na mej szyi zaś zacisnęła się pętla z cierni. Nie. Te ciernie przełyk mi wypełniły. Mogłam przysiąc, że słodko-gorzki posmak krwi w ustach czułam.
– Coś wymyślę – rzekłam, choć wyjścia z opresji na tę chwilę nie widziałam. – Nie zostawimy tak tego. – Pogłaskałam jej ramię. – Dziś, przy kolacji, pomówię z ojcem.
– Nie! – krzyknęła niemal bezwiednie. – Przy nim o tym nie miel ozorem i nie wieszcz mi wrogiej przyszłości!
– Czemu drżysz? Toż ojciec ci krzywdy żadnej nie wyrządzi. – Spojrzałam jej głęboko w oczy. – A że to on tę spr… – zająknęłam się – …sprawę zainicjował, powinien ją jakoś rozwiązać. Wie on? Wie, żeś przy nadziei, siostro?
– Nie i niechże tak zostanie. – Znów lękliwie spuściła swą głowę. – Już teraz za nic mnie ma. Czymże będę, gdy się dowie, że bękart, którym dlań jestem, urodzi kolejnego bękarta? Już zawsze jeno dziewką naznaczoną grzechem mężczyzny, którego wszyscy za świętego uznają.
Odstawiłam na ziemię kosz i ułożywszy dłonie na ramionach Ernestine, ku niej się pochyliłam.
– Święty, nieświęty… zbyt dotkliwie cię zranił – odparłam poważnie.
– I tak żadna kara go nie spotka… – pisnęła cicho.
– Jeśli człowiek nie znajdzie w sobie odwagi, by klechę ukarać, to Bóg wymierzy sprawiedliwość w chwili, gdy dusza ciało tego mężczyzny opuści. Nie martw się, w bożych rękach każdy grzech znajdzie swój kres. – Mówiąc to, czułam pulsującą w mym wnętrzu wściekłość. – Ale stan twój jest sprawą inną – dopowiedziałam, spoglądając na siostrę z troską. – O to musimy zadbać. Chcesz rodzić?
Uniosła wzrok.
– A mam wybór?
– Zawsze jest wybór – rzuciłam pochopnie i z trudem przełknęłam ślinę, przypomniawszy sobie właściwości pewnych roślin. Nie powiedziałam jednak o nich ni słowem, gdyż nie potrafiłabym żyć ze świadomością krwi niewinnego dzieciątka na sumieniu.
– Nie skrzywdzę go. – Ernestine położyła ręce na brzuchu, a ja prędko je z niego strzepnęłam.
– Bezmyślnością się wykazujesz, ukazując swój stan gestem, siostro. – Westchnęłam ciężko. – Matka twa o tym wie?
– Tak. Ona wie…
– Może więc niech weźmie na siebie ciężar posiadania drugiego dziecka – powiedziałam bez zastanowienia.
– Ale jak niby? – Jej twarz nie wyrażała nic poza lękiem.
– Gdy dzieciątko przyjdzie na świat, niechże za swe je uzna.
– Przecie ludzie widzieć będą, jak mój brzuch nabiera kształtów, Eleonoro.
– I tę kwestię musimy rozwiązać.
Przymknęłam na moment powieki, by spróbować pozbierać myśli. Skinęłam głową, po czym, pierw po kosz się schyliwszy, wyprostowałam plecy i przyozdobiłam usta uśmiechem.
– Porozmawiam z ojcem. – Mój głos był nader pewny. – Nie dam cię ponownie sponiewierać, droga siostro.
– Ale nie ukryjesz mię przecie…
– Ja? Nie… – Uniosłam wysoko głowę i powolnie mrugnęłam. – Lecz jeśli potrzeba taka zajdzie, pomogę znaleźć kogoś, kto da ci schronienie. Spotkajmy się jutro o…
– Kwiecie! – Ethan swym krzykiem przerwał mi w pół zdania.
– …o zachodzie słońca nad jeziorkiem – szepnęłam pospiesznie, bo za mną wtem znalazł się chłopak.
– Wszystko zdobyłaś? – Zwrócił się obliczem w moją stronę z szerokim uśmiechem na wargach, a potem lekko ukłonił głowę przed młodą dziewką. – Ernestine, jak ci się dzień rozpoczął? – Spojrzał w czyste niebo, by twarz otuliły mu promienie słońca.
Mój przyjaciel jako jedyny wiedział, że ją i mnie łączą więzy krwi, nie mieliśmy bowiem przed sobą tajemnic.
– Rozpoczął się… jak każdy inny, pełen niespodzianek, lecz się raduję, że wciąż w zdrowiu przeżywam ów poranek.
– Mhm… – mruknął pod nosem i wlepił oczy w mój nadal niepełny koszyk.
– Nie wszystko kupiłam – wyjaśniłam, po czym odchrząknąwszy, przytuliłam siostrę i dyskretnie do ucha jej szepnęłam: – Jutro o zachodzie słońca. Przy jeziorku. Pamiętaj.
Odsunęłam się od niej i skocznym ruchem zajęłam miejsce u boku Ethana. Ból w klatce zamaskowałam uśmiechem.
– Czego jeszcze, drogi kwiecie, potrzebujesz?
– Wina od Gotarda, bo ojciec kazał mi je odebrać, no i miodu od Norberta. Małe szkło, acz potrzebne w kuchni – odpowiedziałam.
– Muszę wracać – rzekła Ernestine. – Matka oczekuje mnie w domu. – Ukłoniła się nisko, odwróciła i poszła.
Obserwowałam, jak jej sylwetka za rogiem wąskiej uliczki znika.
– Coś cię trapi? – Ethan się nachylił, by spojrzeć mi w twarz.
Utkwiłam w nim wzrok. Kłamać nie zamierzałam.
– Problem mam… ale jakoś mu zaradzę – rzekłam zdecydowanie.
– Mogę pomóc? – zapytał z troską.
Tak, możesz, pomyślałam. Odpowiedź została podpowiedziana przez mą świadomość, jednak nie wypowiedziałam tychże słów na głos. Ethan miał wystarczająco dużo swych zmartwień, którymi zająć się musiał. Nie chciałam, by i ten ciężar na swe barki brał.
– Nie tym razem. – Uśmiechnęłam się. – Ale dziękuję, że chociaż zapytałeś.
Udaliśmy się w głąb targu, ku straganowi Gotarda. Wino miało być już gotowe do odbioru, a ojciec, choć nigdy słów wdzięczności nie wypowiadał, liczył na mój udział w tej cichej, trochę pokątnej wymianie. Trunek odbierałam bowiem za niego, bo ostatnimi czasy rodziciel nosił miano wiejskiego winochlewcy, ale gdybym to ja miała dać mu jakiś przydomek, zostałby raczej bachusowym sługą.
Wziąwszy pakunek, ja i Ethan jeszcze po miód się wybraliśmy, gdyż ojciec lubił zagryźć obiad nutą słodyczy. Na sam koniec świeże jajka z poranka na zioła wymieniłam.
Chłopak coś do mnie mówił, ale przez swe zamyślenie nie potrafiłam rozszyfrować znaczenia jego słów. Wtem się odsunęłam, by na wąskiej dróżce uliczki nie wpaść na jakąś kobietę.
– Kwiecie, nieco uważaj – odparł przyjaciel i spojrzał za nieznajomą, która wciąż się chybotała po próbie uniknięcia naszego zderzenia.
Skinęłam do niej głową w geście przeprosin, a bujający się wciąż kosz ręką uspokoiłam, by nic z niego nie wypadło.
Po kilku minutach chłopak i ja centrum miasteczka opuściliśmy i teraz w milczeniu kroczyliśmy polną dróżką.
– Odprowadzę cię do domu. – Głos jego przerwał ciszę ubarwioną ćwierkotem ptaków.
Zerknęłam na niego spod oka i parsknęłam lekko z uśmiechem na ustach.
– Do matki że wracaj, Ethanie – odpowiedziałam mu spokojnie. – Ona cię potrzebuje, a ja jak zawsze poradzę sobie sama. Zresztą zajść do chatki jeszcze muszę.
– Tej w lesie? – Odchrząknął. – Miałaś już nie trudnić się tymże rzemiosłem.
– Nie rzemiosłem się trudnię, przyjacielu, jeno darem natury, który snadź zdoła rozwiązać mój kłopot.
Zagrodził mi drogę, więc przystanęłam i ugięłam lekko nogę w kolanie.
– Jakiż to problem masz, kwiecie?
Głowę przechyliłam, brew uniosłam i prędko go ominęłam.
– Nie mnie dotyka ów kłopot, jeno mej siostry – odparłam. – Alem przysięgła strzec tej tajemnicy i w tejże przysiędze wytrwać zamierzam.
– Jeśli czegokolwiek ci trzeba, wiesz, gdzie będę.
– Do matki wracaj – powtórzyłam. – Ja przeżyję ten dzień jak każdy inny – powiedziałam pewnie, choć w mym sercu trwoga się zrodziła.
Przez samą myśl o tak poważnej rozmowie z ojcem na temat Ernestine i jej stanu duszno mi się robiło, płuca zapadały bezlitośnie, zimne poty oblewały ciało. Ale jak nie ja, to kto?, pomyślałam. Pod uśmiechem więc swe obawy ukryłam i pożegnałam przyjaciela w miejscu rozgałęzienia dróg.
Szłam z powrotem ku lasowi. Cienie drzew oplotły mą postać poczuciem bezpieczeństwa niczym ramiona dawno utraconej matki. Szelest liści, wzburzonych lekkim powiewem, w niemal nostalgiczny nastrój mię wprawił. Gdzieś w oddali dzięcioł swe prastare pieśni wystukiwał, a tuż nad mym ramieniem rudowłosa wiewiórka przemknęła po splątanych gałęziach.
W miarę jak wędrowałam, kosz w dłoni zdawał się coraz cięższy, więc z radością przyjęłam widok znajomego zagajnika. Wkroczyłam w gęstwinę, bacząc, by sukni i trzewików dzikiej drogi śladami nie splamić.
Po chwili stanęłam u brzegu strumienia. Woda w świetle słońca migotała, a zimne krople, rozpryskujące się o kamienie, mym łydkom niosły przyjemną ulgę. Stopy raz po raz ostrożnie stawiałam na pięciu płaskich kamieniach. Zaraz potem po drugiej stronie się znalazłam.
Zaledwie kilka kroków dalej, między drzewami, kryła się owa chatka – nie tyle chatka, co raczej szopa zbudowana jeszcze w czasach, gdy ziemie wrogie wojska przemierzały, siejąc zamęt i strach. Wówczas, jak powiadałam, gospodarstwa nie były bezpieczne, stworzyliśmy więc sobie z Ethanem miejsce, do którego jako przestraszone dzieciaki uciekaliśmy. We wnętrzu unosiła się woń suszonych ziół i kwiatów. Na belkach pod sufitem wisiały pęki lawendy, bylicy i dziurawca. W glinianych dzbanach trzymałam kozłka lekarskiego i arcydzięgla korzenie, które nerwy strapionych koiły, w płóciennych woreczkach spoczywały zaś pokruszone liście babki lancetowatej – najlepszej na rany cięte i zadrapania, które często po pracy w polu na ciele przynosiłam. W kącie za to leżał mały worek wypełniony czarnuszką, której nasiona pomagały na ból głowy, a tuż obok – fiolka z olejkiem z macierzanki, wonnym i silnym, dobrym na febrę. Co potrzebowałam, zabrałam, schowawszy to starannie w kieszenie spódnicy.
Gdy już miałam odejść, coś mię tknęło. Schyliłam się i podważyłam deskę w podłodze. Skarb, który tam skrywałam, spoczywał nienaruszony. Uśmiechnąwszy się do siebie, pocałowałam opuszkę palca i dotknęłam nią szmatki, w którą zawinięta była najcenniejsza owa rzecz. Następnie przykryłam skrytkę i bezgłośnie wyszłam z szopy, zaciągając się zapachem wilgotnego drewna.
Do domu wróciłam jeszcze przed południem. Ojciec nadal przebywał w polu, nadzorując pracę swych pracowników. Łopatami i motykami glebę spulchniali, by potem łatwiej im było zasadzić „diabelskie jabłuszka”4. Gdym jeno przekroczyła próg obejścia, dostrzegł mnie i natychmiast przywołał do siebie gestem dłoni.
– Ruszaj i przyłącz się do reszty – rzekł krótko, a sam powlókł nogami w stronę włości, by w chłodzie izby zaznać odpoczynku.
Posłusznie spełniłam ów rozkaz.
Pracowałam godzin wiele i tak dotrwałam do momentu, w którym słońce poczęło znikać za horyzontem. Wraz z wieczorem nadszedł czas, bym uczyniła to, na co siły od rana zbierałam.
Musiałam wspomnieć o siostrze.
1.
1 Mgiełka Nocnej Nebuli – nazwa autorskiej mikstury głównej bohaterki, która jest alchemiczką .
2.
2 Pożoga – to wielki pożar lub dramatyczne wydarzenie, obfitujące w wiele zniszczeń i cierpień .
3.
3 Mieszek – to woreczek na pieniądze lub inne drobiazgi.
4.
4 W ówczesnych czasach społeczeństwo było wobec ziemniaków nieufne i podejrzliwe. Warzywa te nazywano „diabelskimi jabłkami” i podejrzewano, że mogą być trujące. To, że rosną pod ziemią, wiązało się też z przesądami, że są roślinami nieczystymi, nieznalezionymi w Biblii.