Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • Empik Go W empik go

Lupus magnus - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
11 czerwca 2026
29,99
2999 pkt
punktów Virtualo

Lupus magnus - ebook

W 2028 roku do Białowieskiego Parku Narodowego zaczęły masowo przybywać wilki. O wiele większe i potężniejsze niż rodzime osobniki. Bogaty inwestor Karol Wataha postanawia założyć Ośrodek Pomocy Wilkom, aby chronić te niezwykłe zwierzęta. W tym samym czasie ambitna pani weterynarz Łucja Rubik dowiaduje się o zdradzie swojego narzeczonego. Targana złością i żalem postanawia przyjąć propozycję pracy, którą niedawno otrzymała od Watahy. Jak potoczą się jej losy, kiedy wyjedzie na drugi koniec Polski, by rozpocząć nowy etap w pracy? Czy to wywróci jej życie do góry nogami? Książka odpowiednia dla czytelników w wieku 16+

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788396823618
Rozmiar pliku: 772 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PRO­LOG

„W Pusz­czy Bia­ło­wie­skiej po­ja­wia się co­raz wię­cej wil­ków. Są one o wiele więk­sze niż te wy­stę­pu­jące tam od po­ko­leń. Na­ukowcy zgod­nie twier­dzą, że na­leży ob­ser­wo­wać ol­brzy­mią wa­tahę. Ośro­dek Po­mocy Wil­kom ma za­cząć dzia­łać dwu­dzie­stego szó­stego czerwca bie­żą­cego roku. Wciąż nie wia­domo, kto obej­mie sta­no­wi­sko Głów­nego Le­ka­rza We­te­ry­na­rii, jed­nak z ano­ni­mo­wego źró­dła wiem, że pro­po­zy­cję otrzy­mała…”

Za­par­ko­wa­łam sa­mo­chód w ga­rażu i wy­łą­czy­łam sil­nik, ra­zem z któ­rym uci­chło ra­dio. Wol­nym kro­kiem we­szłam do windy. Nocna zmiana dała mi w kość. Ste­ry­li­za­cja wil­czycy z miej­skiego ogrodu zoo­lo­gicz­nego oka­zała się trud­niej­sza, niż za­kła­da­li­śmy. Za­jęła kil­ka­dzie­siąt mi­nut wię­cej, niż po­winna. Stopy pie­kły mnie nie­mi­ło­sier­nie, ale upar­cie szłam przez ko­ry­tarz w czar­nych szpil­kach. Była dzie­wiąta rano, a tem­pe­ra­tura już prze­kro­czyła ra­cjo­nalną gra­nicę cie­pła. Zmę­czona opar­łam się o ścianę, prze­szu­ku­jąc to­rebkę. Drzwi miesz­ka­nia obok otwo­rzyły się, zo­ba­czy­łam moją ­są­siadkę z kil­ku­mie­sięczną córką w ra­mio­nach.

– Dzień do­bry, Łu­cjo – po­wie­działa ra­do­śnie.

– Dzień do­bry, Apo­lo­nio – od­par­łam. Czu­łam, że ko­bieta chciała o coś za­py­tać, jed­nak wi­dok mo­jej zmę­czo­nej twa­rzy mu­siał ją od tego od­wieść, bo opu­ściła klatkę.

Po kilku se­kun­dach mie­sza­nia za­war­to­ści skó­rza­nej to­rebki uświa­do­mi­łam so­bie, że klu­cze scho­wa­łam w jed­nej z za­my­ka­nych kie­szeni od we­wnątrz ścianki. Wes­tchnę­łam zła na sie­bie i prze­krę­ci­łam dwa zamki. Gdy tylko za­mknęły się za mną drzwi, zrzu­ci­łam buty, a spuch­nięte stopy wsu­nę­łam w gra­na­towe klapki. Wol­nym kro­kiem po­szłam do sy­pialni, wy­ję­łam z szafy ko­szulę nocną, po czym za­mknę­łam się w ła­zience. Chłodna woda z desz­czow­nicy spły­wała po moim ciele, a ja chwia­łam się na no­gach, wal­cząc ze zmę­cze­niem. Z ca­łych sił sta­ra­łam się nie za­snąć pod prysz­ni­cem.

Usia­dłam na sy­pial­nia­nym łóżku, słu­cha­jąc dźwięku vi­deo po­łą­cze­nia na What­sAp­pie. Nie my­śla­łam o ni­czym poza cze­ko­la­do­wymi oczami, które tak bar­dzo chcia­łam zo­ba­czyć. U Łu­ka­sza była czwarta nad ra­nem, czyli wła­śnie zbie­rał się do pracy. Miesz­kał w No­wym Jorku już pół roku, a przez na­pięty gra­fik u mnie w kli­nice i jego spo­tka­nia nie wi­dzie­li­śmy się ty­leż samo. W końcu ode­brał, ale na ekra­nie za­miast przy­stoj­nej, mę­skiej twa­rzy zo­ba­czy­łam zie­lo­no­oką mo­delkę z bu­rzą blond wło­sów. Była o wiele młod­sza i ład­niej­sza ode mnie, a fakt, że miała na so­bie tylko bie­li­znę, wcale nie po­ma­gał.

– Who, the hell, are you? – za­py­tała me­lo­dyj­nym gło­sem, z któ­rego są­czył się jad.

Mi­nęło kilka se­kund, za­nim oprzy­tom­nia­łam na tyle, żeby po­wie­dzieć co­kol­wiek.

– Gdzie jest Łu­kasz? – wy­szep­ta­łam, łu­dząc się, że to wszystko było je­dy­nie wiel­kim nie­po­ro­zu­mie­niem. Ze zmę­cze­nia za­po­mnia­łam, że po­win­nam była mó­wić po an­giel­sku, jed­nak ko­bieta za­re­ago­wała bły­ska­wicz­nie.

– Fuc­king, le­ave my boy­friend alone, bitch! – krzyk­nęła i się roz­łą­czyła.

Otwo­rzy­łam usta ze zdzi­wie­nia. Do­sko­nale ro­zu­mia­łam słowa ko­biety, ale mój umysł nie chciał przy­jąć ich do wia­do­mo­ści. Prze­cież na­zwała go swoim chło­pa­kiem, to nie mo­gła być po­myłka, tłu­ma­czy­łam so­bie w my­ślach. A może mo­gła? Może nie zro­zu­miała, że py­tam o mo­jego Łu­ka­sza? Cho­lera, Łu­cjo! Nie rób tego! Nie twórz wła­snych teo­rii, nie do­wiesz się, jaka jest prawda, do­póki nie za­py­tasz.

Wpa­try­wa­łam się w czarny ekran te­le­fonu, sta­ra­jąc się prze­mó­wić so­bie do ro­zumu. Nie po­win­nam była wy­cią­gać po­chop­nych wnio­sków, ale nie po­tra­fi­łam my­śleć lo­gicz­nie, kiedy w moim wnę­trzu sza­lały emo­cje. Z jed­nej strony nie chcia­łam go skre­ślać przed jego próbą wy­tłu­ma­cze­nia się, z dru­giej nie mo­głam wyjść na za­śle­pioną dziew­czynę, któ­rej można do­ro­bić rogi. Zde­ner­wo­wana po­szłam do kuchni po kor­ko­ciąg. Z szafki wy­ję­łam bu­telkę ulu­bio­nego wina i szkło. Na­la­łam so­bie tylko tro­chę. Wró­ci­łam do łóżka. Sta­ra­łam się za­snąć. Jed­nak od­po­czy­nek nie był mi pi­sany. Cały dzień sie­dzia­łam w ci­szy, wpa­trzona w ja­sne ściany sy­pialni. Na­wet nie za­uwa­ży­łam, kiedy skoń­czył mi się al­ko­hol, za to bo­le­śnie od­czu­łam mo­ment, w któ­rym za­dzwo­nił mój bu­dzik. Z nie­za­do­wo­le­niem spoj­rza­łam na wy­świe­tlacz i wes­tchnę­łam zre­zy­gno­wana. Do­cho­dziła osiem­na­sta, a ja mia­łam ko­lejną nockę. Z ol­brzy­mim bó­lem głowy i za­pcha­nymi za­to­kami uda­łam się do ła­zienki.

Tak­sów­karz je­chał szybko i ner­wowo. Na świa­tłach ha­mo­wał gwał­tow­nie. Mia­sto stało w kor­kach. W nor­mal­nej sy­tu­acji sie­dzia­ła­bym spięta, bo­jąc się, że kie­rowca spo­wo­duje wy­pa­dek. Jed­nak to nie było stan­dar­dowe po­po­łu­dnie. My­śla­łam o na­rze­czo­nym, mo­dląc się, aby nikt w pracy nie za­uwa­żył, w ja­kim sta­nie by­łam.I

Od pa­mięt­nej roz­mowy na What­sAp­pie mi­nęły dwa ty­go­dnie. Sie­dzia­łam w jed­nej z wro­cław­skich ka­wiarni, cze­ka­jąc na Łu­ka­sza. Na­gle udało mu się zna­leźć czas, aby wró­cić do Pol­ski i wszystko ze mną omó­wić. Za­ję­łam miej­sce przy ol­brzy­mim oknie z wi­do­kiem na ry­nek. Lu­bi­łam ten lo­kal, przy­cho­dzi­łam tam w każdą so­botę rano, od kiedy zo­sta­łam w kraju sama. Nie­stety tym ra­zem nie de­lek­to­wa­łam się kawą w spo­koju, ale ner­wowo roz­glą­da­łam, pod­rzu­ca­jąc szybko nogą. Cienka szpilka stu­kała ci­cho o ka­mienną po­sadzkę, a sie­dząca nie­opo­dal ko­bieta spo­glą­dała na mnie kar­cąco. Uśmiech­nę­łam się prze­pra­sza­jąco, sta­ra­jąc się uspo­koić ner­wowy tik. Na próżno. Po kilku gło­śnych od­chrząk­nię­ciach i pró­bach za­bi­cia mnie wzro­kiem przez są­siadkę w drzwiach sta­nął wy­soki, przy­stojny męż­czy­zna po trzy­dzie­stce. Przez chwilę ska­no­wał uważ­nie salę, a gdy mnie do­strzegł, uśmiech­nął się sze­roko i ru­szył. Po­ko­na­nie dzie­lą­cej nas od­le­gło­ści za­jęło mu kilka se­kund, a ja w tym cza­sie zdą­ży­łam kil­ka­na­ście razy po­my­śleć o ucieczce, wy­tłu­ma­czyć go, zmie­szać z bło­tem i prze­pro­sić, ale sama nie wie­dzia­łam za co. Oczy­wi­ście całe przed­sta­wie­nie od­by­wało się tylko w mo­jej gło­wie.

– Łu­cja – po­wie­dział ra­do­śnie, na­chy­la­jąc się, aby uca­ło­wać mnie w po­li­czek.

Szybko cof­nę­łam głowę. Bru­net na szczę­ście do­brze zin­ter­pre­to­wał gest i po chwili usiadł na­prze­ciwko. Mina mu zrze­dła, a gę­ste brwi zbli­żyły się do sie­bie znacz­nie.

– Jak się czu­jesz?

Prych­nę­łam.

– Za­mó­wi­łaś już coś?

Nie mu­sia­łam od­po­wia­dać, bo gdy tylko wy­po­wie­dział ostat­nie słowo, drobna kel­nerka po­sta­wiła przede mną czarną kawę i cia­sto z dużą ilo­ścią ma­scar­pone, orze­chów i kar­melu.

– Co przy­go­to­wać dla pana? – za­py­tała dziew­czyna, a na­szym oczom uka­zał się apa­rat na bia­łych zę­bach.

– Espresso, po­pro­szę.

Blon­dynka znik­nęła. Sie­dzie­li­śmy w ci­szy ze wzro­kiem wbi­tym w szklany sto­lik, a przy­naj­mniej ja wła­śnie na to pa­trzy­łam.

– Mo­żemy po­roz­ma­wiać?

– Pew­nie, prze­cież po to tu je­ste­śmy – wy­szcze­bio­ta­łam przed wło­że­niem ka­wałka cia­sta do ust.

– Ro­zu­miem, że je­steś zła.

Do­brze, że by­łam za­jęta prze­żu­wa­niem, bo aż ję­zyk mnie piekł od ci­sną­cych się nań słów.

– Nie chcia­łem cię skrzyw­dzić – kon­ty­nu­ował Łu­kasz. – Nie mia­łem za­miaru za­ko­chać się w Avy. To było sil­niej­sze ode mnie.

– Nie ob­cho­dzi mnie wa­sza hi­sto­ria i ogrom łą­czą­cego was uczu­cia – rzu­ci­łam, gdy słodka mie­szanka opu­ściła jamę ustną. – Od jak dawna się spo­ty­ka­cie?

Kel­nerka po­sta­wiła przed nim ma­lutką fi­li­żankę, po czym spoj­rzała na mnie. Mu­sia­łam mieć nie­tęgą minę, bo dziew­czyna od­wró­ciła się na pię­cie i po­spiesz­nie ode­szła w stronę baru.

– Od pię­ciu mie­sięcy.

Nie­mal za­dła­wi­łam się ka­wał­kiem cia­sta.

– Pię­ciu mie­sięcy – wy­szep­ta­łam. – Prze­cież wy­je­cha­łeś pół roku temu. Jak na ko­goś, kto nie chciał mnie zdra­dzić, cał­kiem szybko ci po­szło.

Le­d­wie pa­no­wa­łam nad to­nem głosu. Nie chcia­łam krzy­czeć. Spe­cjal­nie za­pro­po­no­wa­łam spo­tka­nie w miej­scu pu­blicz­nym, żeby ci wszy­scy lu­dzie trzy­mali mój tem­pe­ra­ment w ry­zach.

– Nie mam nic na swoją obronę – po­wie­dział, uno­sząc ręce do góry.

My­śla­łam, że mnie pio­run ku­li­sty trafi. Całe moje ciało ki­piało z wście­kło­ści. Z ze­wnątrz na­to­miast je­dyną oznaką zde­ner­wo­wa­nia był wi­del­czyk roz­szar­pu­jący de­ser na strzępy.

– Łu­cja, ja na­prawdę ją ko­cham.

Chcia­łam wy­buch­nąć. Pra­gnę­łam krzy­czeć, rzu­cać ta­le­rzami, a na­wet ob­lać go tym cho­ler­nym espresso. Za­miast tego spoj­rza­łam w cze­ko­la­dowe oczy i za­mar­łam. Cała złość na­gle ule­ciała, za­stą­piona ża­lem. Mó­wił szcze­rze. Te małe iskierki zna­łam z au­top­sji. Z pierw­szych dwóch lat na­szego związku. Prawdą było, że od po­nad roku du­si­łam się w tej re­la­cji, a z tyłu głowy wciąż mia­łam myśl o ze­rwa­niu za­rę­czyn. Przez całe dwa ty­go­dnie by­łam wście­kła, ale nie dla­tego że Łu­kasz ma inną. Z per­spek­tywy czasu oka­zało się to swego ro­dzaju ulgą. Tar­gały mną ta­kie emo­cje, po­nie­waż nie mo­głam zro­zu­mieć, dla­czego okła­my­wał dwie ko­biety, za­miast za­cho­wać się jak na czło­wieka przy­stało i po pro­stu skoń­czyć pa­ro­dię, którą od dłuż­szego czasu był nasz zwią­zek.

– To do­brze. Oby ta mi­łość była do gro­bo­wej de­ski – po­wie­dzia­łam, prze­cie­ra­jąc usta chu­s­teczką. – To było miłe spo­tka­nie, twoje rze­czy wy­ślę ku­rie­rem – rzu­ci­łam, pod­no­sząc się na­gle.

– Ale Łu­cja… – za­czął.

– Cie­szę się, że je­steś szczę­śliwy. Nie zmie­nia to faktu, że je­stem wście­kła. Po­gry­wa­łeś ze mną przez pięć mie­sięcy. Nie mo­głeś za­cho­wać się od­po­wied­nio i wy­ło­żyć kawę na ławę? – już mia­łam wy­cho­dzić, kiedy coś mi się przy­po­mniało. – Aha, i nie ure­gu­lo­wa­łam ra­chunku.

Szłam szybko, zo­sta­wia­jąc za sobą na­rze­czo­nego, plany na przy­szłość i ułudę sta­bi­li­za­cji, którą two­rzy­łam przez ostat­nie kilka lat. By­łam tylko ja, trzy­dzie­sto­trzy­let­nia Łu­cja. Dok­tor me­dy­cyny we­te­ry­na­ryj­nej, spe­cja­li­sta cho­rób zwie­rząt nie­udo­mo­wio­nych, chi­rurg. Ko­bieta suk­cesu, która za wszelką cenę chce osią­gnąć to, co so­bie po­sta­nowi. Można po­wie­dzieć, że po­rażkę po­nio­słam tylko na jed­nym polu – w re­la­cjach dam­sko-mę­skich. W ży­ciu by­łam w dwóch związ­kach: trzy­ipół­let­nim – w cza­sie ­li­ceum oraz tym, który skoń­czył się roz­mową w ka­wiarni. Pierw­szy roz­padł się, bo oboje za­czę­li­śmy zmie­rzać w róż­nych kie­run­kach, drugi dla­tego, że ni­gdy w tych sa­mych nie spo­glą­da­li­śmy.

Z to­rebki wy­ję­łam te­le­fon i wy­bra­łam nu­mer, któ­rego nie wi­dzia­łam od dwóch mie­sięcy. Kom­plet­nie nie wie­dzia­łam, co mnie pod­ku­siło, żeby to zro­bić. Wście­kłość, wi­zja wa­lą­cego się świata, a może chwi­lowy przy­pływ od­wagi? Za­nim zdą­ży­łam stchó­rzyć, usły­sza­łam mę­ski głos.

– Ka­rol Wa­taha, słu­cham.

– Dzień do­bry. Mówi Łu­cja Ru­bik. Chcia­ła­bym przy­jąć pań­ską ofertę.

Sie­dzia­łam z kie­lisz­kiem pri­mi­tivo i pa­trzy­łam, jak czer­wona ciecz po­woli osa­dza się na ścian­kach, gdy wy­ko­ny­wa­łam nad­garst­kiem okrężne ru­chy. War­stwą ma­ki­jażu ukry­łam sine worki pod oczami. Ostat­nio nie mo­głam spać, bo gdy tylko pró­bo­wa­łam od­po­cząć, mój umysł przy­po­mi­nał, że je­stem sa­motna. Klatka pier­siowa jakby się kur­czyła, a serce wal­czyło o miej­sce, by bić. Nie pła­ka­łam, czego bar­dzo ża­ło­wa­łam. Łzy da­wały moż­li­wość zmniej­sze­nia stresu i bólu, po­zwa­lały, by wraz z nimi ucie­kły zmar­twie­nia. A ja ca­łymi no­cami po pro­stu le­ża­łam, wbi­ja­jąc nie­bie­skie tę­czówki w biały su­fit, i sta­ra­łam się za­jąć czymś umysł, by nie krzy­czał, że coś jest nie tak.

– Łu­cja? – z za­my­śle­nia wy­rwał mnie głos mo­jego prze­ło­żo­nego. – Twoja tak­sówka czeka.

Po­dał mi ra­mię, które z wdzięcz­no­ścią przy­ję­łam. By­łam zmę­czona, pod wpły­wem al­ko­holu i w wy­so­kich szpil­kach wręcz po­trze­bo­wa­łam eskorty.

– Dzię­kuję za zor­ga­ni­zo­wa­nie im­prezy po­że­gnal­nej, dok­to­rze – po­wie­dzia­łam, sto­jąc pod drzwiami jed­nej z naj­lep­szych kli­nik dla dzi­kich zwie­rząt w Eu­ro­pie. Ten bu­dy­nek, ci lu­dzie. By­łam z nimi przez osiem lat, a te­raz z cięż­kim ser­cem mó­wi­łam „że­gnaj­cie”.

– Za­słu­ży­łaś na nią – po­wie­dział ze smut­nym uśmie­chem. – Jed­nak pa­mię­taj, że nie spa­li­łaś żad­nych mo­stów. Gdy­byś jed­nak wró­ciła, to wszy­scy chęt­nie po­wi­tamy cię po­now­nie w na­szym ze­spole.

– Wiem. Dzię­kuję za szansę daną mi lata temu i tę, którą ofe­ru­jesz te­raz.

Męż­czy­zna uśmiech­nął się przy­jaź­nie.

– Uwa­żaj tam na sie­bie i pa­mię­taj, czego się na­uczy­łaś – po­wie­dział, gdy sta­nę­li­śmy przy cze­ka­ją­cym au­cie.

– Będę.

– Do zo­ba­cze­nia, dok­tor Ru­bik.

– Do zo­ba­cze­nia.

Wsia­dłam do cze­ka­ją­cej tak­sówki i po­da­łam ad­res. Po­woli zmie­rza­li­śmy z obrzeży do cen­trum Wro­cła­wia.

Gdy we­szłam do miesz­ka­nia, ci­cho za­mknę­łam za sobą drzwi i prze­krę­ci­łam górny za­mek. Spoj­rza­łam w wiel­kie lu­stro za­kry­wa­jące po­wierzch­nię szafy w przed­po­koju. Ma­ki­jaż wciąż speł­niał swoją rolę, a ja wy­glą­da­łam na wy­po­czętą. Biała, ołów­kowa su­kienka przed ko­lano le­żała zgrab­nie na moim ciele. Ni­gdy nie by­łam chuda, ra­czej w sam raz, jed­nak złe sa­mo­po­czu­cie w ciągu ostat­nich dni spra­wiło, że mój brzuch był ide­al­nie pła­ski. Zrzu­ci­łam szpilki i boso ru­szy­łam do sy­pialni. Pod ścianą stały za­pa­ko­wane kar­tony i wa­lizki. Wy­jeż­dża­łam na­stęp­nego dnia po po­łu­dniu, a dzień póź­niej w miesz­ka­niu mieli się po­ja­wić nowi lo­ka­to­rzy. Ro­dzice obie­cali, że będą z nimi w kon­tak­cie i gdyby były ja­kieś pro­blemy, to wszyst­kim się zajmą, że­bym nie mu­siała co chwilę wra­cać do Wro­cła­wia. By­łam im za to wdzięczna, tak jak za wszystko, co spo­tkało mnie w ży­ciu. Tylko dzięki nim otrzy­ma­łam tak wy­so­kie wy­kształ­ce­nie, bo ciężko pra­co­wali, że­bym mo­gła so­bie po­zwo­lić na li­ceum i stu­dia w mie­ście. Dla­tego tak długo zwle­ka­łam z po­wie­dze­niem im o roz­sta­niu z Łu­ka­szem. Oni byli ide­al­nym przy­kła­dem praw­dzi­wej mi­ło­ści, ra­zem od czter­dzie­stu lat, a wciąż za­cho­wy­wali się jak za­ko­chani na­sto­lat­ko­wie. Za to ja nie po­tra­fi­łam zna­leźć ko­goś, z kim mo­gła­bym zbu­do­wać wła­sną ro­dzinę.

Roz­pię­łam za­mek na ple­cach i lekko roz­ma­so­wa­łam spięty kark. Do je­dy­nej nie­spa­ko­wa­nej szklanki na­la­łam so­bie wody i usia­dłam przy stole. Czarno-biała, la­kie­ro­wana kuch­nia była ide­al­nie czy­sta, jak zwy­kle. No może poza tymi dniami, kiedy Łu­kasz u mnie go­to­wał. Uśmiech­nę­łam się lekko do na­pły­wa­ją­cych wspo­mnień.

Wzię­łam długi, go­rący prysz­nic, po czym we­szłam do łóżka. O dziwo, szybko udało mi się za­snąć, a w nocy obu­dzi­łam się tylko trzy razy. Wi­zja wy­jazdu i zmiany oto­cze­nia dzia­łała na mnie uspo­ka­ja­jąco, a prze­cież za­wsze ba­łam się prze­pro­wa­dzek.

– Cio­cia! – krzyk­nęła mała, brą­zo­wo­oka dziew­czynka, cią­gnąc mnie za brzeg ołów­ko­wej spód­nicy.

– Tak, Ma­ry­siu? – za­py­ta­łam, gdy tylko ode­bra­łam swoją kawę od ba­ri­sty. Bu­rza kasz­ta­no­wych lo­ków dziew­czynki nie­sfor­nie opa­dała na jej szczu­płe ra­miona. Mała była bar­dzo po­dobna do swo­jej mamy.

– Ma­mu­sia po­wie­działa, że może cię nie być na mo­ich uro­dzin­kach.

Za­smu­ciła się, spla­ta­jąc ra­miona na piersi. Wy­glą­dała ko­micz­nie, dla­tego uśmiech­nę­łam się sze­roko.

– Skar­bie, twoje uro­dziny są po wa­ka­cjach, je­żeli tylko będę mo­gła, to się na nich po­ja­wię.

– Obie­cu­jesz? – za­py­tała mała, wpa­tru­jąc się we mnie tymi du­żymi oczami.

– Obie­cuję.

Gdy to usły­szała, pu­ściła moją spód­nicę i w pod­sko­kach po­de­szła do sto­lika, przy któ­rym sie­działa moja przy­ja­ciółka.

– Ma­mu­siu! A cio­cia obie­cała, że bę­dzie! – krzyk­nęła ra­do­śnie.

Syl­wia sta­rała się ją uci­szyć, pa­trząc prze­pra­sza­jąco na in­nych go­ści.

– Obie­ca­łam, że zro­bię wszystko co w mo­jej mocy, by się po­ja­wić – po­pra­wi­łam ją.

– To pra­wie to samo – od­rze­kła ura­do­wana. – Bo ty masz, cio­cia, dużo mocy, więc ci się uda – do­dała pew­nie, a my ro­ze­śmia­ły­śmy się ser­decz­nie na te słowa.

– Spa­ko­wa­łaś już wszystko? – za­py­tała Syl­wia, po­pi­ja­jąc swoją latte.

– Tak, rze­czy już od kilku dni stoją w kar­to­nach.

– Je­steś tego pewna? – do­py­ty­wała.

– No tak, sama je pa­ko­wa­łam – od­par­łam roz­ba­wiona.

– Nie o tym mó­wię – wtrą­ciła, wy­wra­ca­jąc zie­lo­nymi oczami. – Py­tam, czy je­steś pewna tego wy­jazdu, re­zy­gna­cji z pracy i pod­ję­cia tej no­wej. Jesz­cze nie­dawno nie wy­obra­ża­łaś so­bie pra­co­wać w miej­scu in­nym niż kli­nika.

– Nie wiem – po­wie­dzia­łam, od­sta­wia­jąc fi­li­żankę. – Chyba ni­czego te­raz nie je­stem pewna, ale my­ślę, że ła­twiej mi bę­dzie ru­szyć i coś zmie­nić w no­wym miej­scu, niż tu, gdzie spę­dzi­łam sie­dem­na­ście lat. Tak na­prawdę dłu­żej miesz­kam we Wro­cła­wiu niż w domu ro­dzin­nym.

Syl­wia po­ki­wała je­dy­nie głową, a roz­mowa ze­szła na inne te­maty.

Je­cha­łam S8 za ti­rem wy­ła­do­wa­nym mo­imi rze­czami. Cho­ciaż „je­cha­łam” to chyba za dużo po­wie­dziane! Wlo­kłam się dzie­więć­dzie­siąt ki­lo­me­trów na go­dzinę. Moja ulu­biona sta­cja ra­diowa wy­peł­niała ci­szę. Wy­biła sie­dem­na­sta, za­częli nada­wać wia­do­mo­ści. Oczy­wi­ście nie obyło się bez ostrze­żeń przed falą upa­łów i po­ry­wa­czami gra­su­ją­cymi nad Bał­ty­kiem. Jed­nak nie spo­dzie­wa­łam się, iż usły­szę o so­bie.

„Ośro­dek Po­mocy Wil­kom otwiera się za dwa dni. Wła­śnie dzi­siaj mój ano­ni­mowy in­for­ma­tor prze­ka­zał mi imię i na­zwi­sko Głów­nego Le­ka­rza We­te­ry­na­rii. To sta­no­wi­sko obej­mie Łu­cja Ru­bik, dok­tor me­dy­cyny we­te­ry­na­ryj­nej, spe­cja­li­sta cho­rób zwie­rząt nie­udo­mo­wio­nych, spe­cja­li­sta chi­rurg. Uczen­nica jed­nego z naj­lep­szych le­ka­rzy dzi­kich zwie­rząt w Eu­ro­pie. Ta młoda, bo za­le­d­wie trzy­dzie­sto­trzy­let­nia, ko­bieta ma za sobą mie­siące wo­lon­ta­riatu w Zim­ba­bwe…”

Zde­ner­wo­wana zmie­ni­łam sta­cję. Na­prawdę nie chcia­łam słu­chać mowy po­chwal­nej na swoją cześć. Z do­świad­cze­nia wie­dzia­łam, że im wy­żej mnie wy­niosą, tym bo­le­śniej­szy bę­dzie upa­dek, je­żeli coś pój­dzie nie tak. Za­ha­mo­wa­łam gwał­tow­nie, wi­dząc ża­rzące się na czer­wono świa­tła stopu cię­ża­rówki. Gdy tylko koła SUV-a za­trzy­mały się, sak­so­fon za­brzmiał gło­śno, spra­wia­jąc, że spoj­rza­łam na te­le­fon.

– Tak, słu­cham?

– Panno Ru­bik, mówi Ro­bert, kie­rowca cię­ża­rówki. Przed nami wy­pa­dek, więc tro­chę po­sto­imy. Mamy jed­nak moż­li­wość zje­chać na par­king, żeby cza­so­mierz nie na­li­czał nie­po­trzeb­nie opłat. Co pani na to?

– Zjeż­dżamy – od­par­łam, zdzi­wiona mi­łym za­cho­wa­niem kie­rowcy.

Na miej­sce do­tar­li­śmy o ósmej rano, bo po­sta­no­wi­łam się zdrzem­nąć na par­kingu i ru­szyć, kiedy już za­tor się roz­ła­duje. Sta­łam przed du­żym, szkla­nym bu­dyn­kiem, któ­rego bryła była zgodna z naj­now­szymi tren­dami ar­chi­tek­tury. Nad drzwiami wi­siał szyld z na­pi­sem „Ośro­dek Po­mocy Wil­kom”. Po­ło­ży­łam dłoń na wy­świe­tla­czu, a z we­wnątrz do­biegł mnie dźwięk dzwonka. Za­nim zdą­ży­łam się obej­rzeć, stała przede mną wy­soka, ru­do­włosa dziew­czyna o zie­lo­nych oczach. Przy jej wzro­ście moje metr sie­dem­dzie­siąt mu­siało wy­glą­dać ża­ło­śnie. Do­brze, że mia­łam szpilki wyż­sze niż jej, dzięki temu prze­wyż­szała mnie je­dy­nie o pół głowy.

– Dzień do­bry. Na­zy­wam się Łu­cja Ru­bik – po­wie­dzia­łam, ­wy­cią­ga­jąc do ko­biety dłoń, którą ta z uśmie­chem uści­snęła.

– Mar­ce­lina Wa­taha. Miło mi pa­nią po­znać, panno Ru­bik – ­od­po­wie­działa ser­decz­nym gło­sem.

– Wa­taha? Czyżby żona wła­ści­ciela, Ka­rola Wa­tahy? – za­py­ta­łam bez­ce­re­mo­nial­nie, co jed­nak nie zbiło z tropu mo­jej roz­mów­czyni, a je­dy­nie wy­wo­łało na jej twa­rzy po­błaż­liwy uśmiech.

– Nie, je­stem jego bra­tową – od­parła, a ja ski­nę­łam ze zro­zu­mie­niem głową. – Chcia­łam po­ka­zać pani biuro, ale jak ro­zu­miem, ma pani za sobą długą po­dróż.

Po­twier­dzi­łam.

– W ta­kim ra­zie tu są klu­cze, a na kartce ad­res. Ten dom zo­stał dla pani wy­na­jęty przez na­szą or­ga­ni­za­cję. Może tam pani te­raz po­je­chać, roz­pa­ko­wać się i od­po­cząć. Dzi­siej­sze ze­bra­nie od­bę­dzie się o szes­na­stej trzy­dzie­ści, dla­tego pro­szę, aby po­ja­wiła się pani pół go­dziny wcze­śniej i po­pro­siła o przy­pro­wa­dze­nie do mnie. Tym­cza­sem ży­czę mi­łego dnia. – Wrę­czyła mi do­ku­menty i klu­cze, po czym od­wró­ciła się na pię­cie i we­szła do bu­dynku.

Szyb­kie, kon­kretne po­wi­ta­nie. Mar­ce­lina zde­cy­do­wa­nie nie na­le­żała do tych, któ­rzy mar­nują swój czas na po­ga­węd­kach.

Gdy do­je­cha­łam pod wska­zany ad­res, cię­ża­rówka z mo­imi rze­czami była już nie­mal roz­pa­ko­wana, a ja pa­trzy­łam na drew­niany do­mek w środku lasu. Wy­siadł­szy z sa­mo­chodu, wzię­łam głę­boki wdech, uśmie­cha­jąc się sze­roko, gdy za­pach ży­wicy i mo­krej ziemi po­ła­sko­tał mój nos. Szłam po­woli, uwa­ża­jąc, żeby szpilki nie za­głę­biały się w grzą­skiej ziemi mię­dzy kost­kami bru­ko­wymi. Po prze­kro­cze­niu progu chcia­łam zdjąć buty, żeby nie po­bru­dzić pięk­nego par­kietu, jed­nak wi­dząc na­nie­sione przez kie­rowcę błoto, zre­zy­gno­wa­łam. Ku mo­jemu za­sko­cze­niu Ro­bert nie był sam. Wno­sić kar­tony po­ma­gał mu ja­kiś blon­d­włosy męż­czy­zna, na oko w moim wieku. Gdy tylko mnie za­uwa­żył, pod­szedł i wy­cią­gnął rękę.

– Mar­cin Wa­taha – przed­sta­wił się i uści­snął moją dłoń. Był na­prawdę wy­soki, w bu­tach na ob­ca­sie się­ga­łam mu za­le­d­wie pod­bródka.

– Łu­cja Ru­bik – od­par­łam. – Za­pewne je­steś mę­żem Mar­ce­liny.

– Zga­dza się – po­wie­dział z nie­skry­waną dumą. – Zdą­ży­ły­ście się już po­znać?

– Tak, to ona dała mi klu­cze – po­wie­dzia­łam, ma­cha­jąc mu nimi przed twa­rzą.

– No tak. Ja mam drugi kom­plet, jest w zamku. Na­leży do cie­bie, więc je­żeli nie przy­je­cha­łaś sama, to twój part­ner ma swój ze­staw.

– Przy­je­cha­łam sama, ale dzię­kuję za in­for­ma­cję.

Chcia­łam obej­rzeć resztę domu. W sa­lo­nie zdję­łam buty, boso pod­cho­dząc do szkla­nych drzwi, które zaj­mo­wały jedną ze ścian. Na błysz­czą­cym par­kie­cie od­bi­jały się ślady mo­ich stóp. Spoj­rza­łam na ogród, był ide­al­nie wkom­po­no­wany w ota­cza­jący go las, nie dało się za­uwa­żyć, gdzie koń­czy się pry­watna po­se­sja, a za­czyna pań­stwowa. Od­wró­ci­łam się przo­dem do po­miesz­cze­nia, w któ­rym sta­łam. Na środku, przed czarną sofą znaj­do­wała się drew­niana ława. Jed­nej ze ścian po­koju dzien­nego nie po­sta­wiono, po­zwa­la­jąc, by płyn­nie prze­cho­dził w kuch­nię. Szafki były no­wo­cze­sne, brą­zowe. Spo­czy­wał na nich mar­mu­rowy blat. Ca­łość do­peł­niały ciemne sprzęty i ja­sne ściany.

Prze­je­cha­łam dło­nią po ja­snej, ba­weł­nia­nej po­ścieli. Gdy tylko roz­ło­ży­łam swoje rze­czy, po­czu­łam się jak u sie­bie. Łóżko było ol­brzy­mie i nie­zwy­kle wy­godne. Na ka­stli­kach stały ja­sne świece, a re­gały ugi­nały się pod cię­ża­rem ksią­żek. Do­cho­dziła czter­na­sta, dla­tego wol­nym kro­kiem ru­szy­łam do ła­zienki. Mi­ja­jąc okno, ką­tem oka za­uwa­ży­łam mię­dzy drze­wami coś du­żego. Cof­nę­łam się, a moje oczy spo­tkały się z brą­zo­wymi śle­piami sza­rego wilka, który spo­glą­dał na mnie spo­koj­nie. Po kilku se­kun­dach od­wró­cił się i wbiegł w las. Nie mo­głam się ru­szyć. Je­dy­nym, o czym wtedy my­śla­łam, było to, że dzie­sięć me­trów przed moim nie­ogro­dzo­nym do­mem, se­kundę wcze­śniej stał naj­więk­szy wilk, ja­kiego w ży­ciu wi­dzia­łam. Z per­spek­tywy czasu my­ślę, że nie ma tego złego, co by na do­bre nie wy­szło. Przy­naj­mniej przez chwilę nie roz­pa­mię­ty­wa­łam zdrady Łu­ka­sza.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij