Lustra na pokolenia - ebook
Czy kiedykolwiek zastanawialiśmy się, dlaczego niezdrowe wzorce wychowawcze przekazują się z pokolenia na pokolenie? Dlaczego dzieci kopiują przemoc, agresję lub inne szkodliwe wzorce? „Lustra na pokolenia” jest nasycona konkretnymi przykładami z życia, aby uświadomić konieczność zatrzymania kopi wzorców wychowania. Książka to przestroga i przewodnik jednocześnie. Autorka, mająca bogate doświadczenie w pracy z dorosłymi i rodzinami, demaskuje ten trudny problem i oferuje konkretne rozwiązania.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Psychologia |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8440-012-8 |
| Rozmiar pliku: | 1,2 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
_Stawiam na człowieka. Inaczej nie mogę._
_Sam nim jestem od czasów odwiecznych,_
_kiedy Bóg postawił na człowieka i na mnie też…_
_Człowiek to największy i najdroższy_
_surowiec świata. Nie ma innej drogi,_
_jak gruntować siebie. Wydobywać dobre_
_i złe z zanadrza człowieka._
Włodzimierz SedlakPrzedmowa
Książka powstała z własnych doświadczeń życiowych, konsultacji indywidualnych osób i par małżeńskich. Jest także efektem obserwacji różnych grup społecznych i obecnego pokolenia rodziców, które wychowuje kolejne generacje, będące częścią przyszłego społeczeństwa. Obejmuje zakres ponad 40 lat.
Jakość życia na przestrzeni tych lat uległa diametralnej poprawie. Wiele się zmieniło, na przykład dostępności do różnych produktów i to nie tylko odżywczych, ale i kolorowych ubranek i bogactwa zabawek. Ta zmiana dotyczy także usług świadczonych na rzecz dzieci od najmłodszych lat. To wszystko napawa optymizmem, że dzieci dorastają w dobrostanie i barwnym świecie, oddziałującym na zmysłowe doznania.
Zmysły jednak nie świadczą o pełni życia, a jedynie jego nikłej części. Świat innych doznań dziecka, głębszych, bardziej istotnych, jest jednak ograniczony. Trudno bowiem dostrzec konkretne zmiany w jakości sprawowanego rodzicielstwa, jak i zachowaniu dorosłych względem kolejnego pokolenia, a nawet, wydaje się, że uległ znacznemu pogorszeniu.
Żyjemy wszyscy od dziesiątków lat bez wojen, obejmujących rodzinny kraj, podobnie jak znaczących kryzysów społecznych. Tymczasem jakość relacji międzyludzkich, rozpoczynając od samej góry (sprawowane władze w różnych dziedzinach życia), aż po rodziny, uległa zmianie na gorszą.
Rynek księgarski, jak i programy studiów nauczycielskich pełne są różnego rodzaju informacji i teorii na temat wychowania, odżywiania, uruchamiania w dziecku kreatywności czy wreszcie rozwoju dziecka. Niemniej podstawowy trzon tych informacji, a przede wszystkim praktyki, nie obejmuje najważniejszej jego części — istoty człowieka — jego źródła tożsamości, sensu jego życia i Życia jako całości. Podobnie brak jest wpierania pełnego rozwoju człowieka, włączając jego poziomy: fizyczny, mentalny, emocjonalny i duchowy. W edukacji zwraca się nadal uwagę jedynie na poziom materialny (fizyczny, materii).
Dotyczy to także wielu dziedzin nauki, w tym medycyny, które są nadal oderwane od samego człowieka i konsekwencji jego nieświadomych działań, jak i leczenia jego problemów zdrowia. Tam priorytet nadal wiedzie fizyczność, a więc objaw w ciele i jego tymczasowe usuwanie.
Konsekwencje zredukowanej do materii nauki i edukacji odbijają się także we wzorcach wychowawczych, które oparte są na pokoleniowych przekazach. Obejmują one np. karanie, rzadko wspieranie pełnego rozwoju, czy nagradzanie i chwalenie osiągnięć dziecka czy nastolatka. Te ostatnie przemieniły się w przekupstwo, polegające na płaceniu dzieciom za grzeczne zachowania czy zadbanie chociażby o własną higienę i porządek w pokoju. Pisze o tym często lokalna prasa i toczy się kuluarowa dyskusja, czy tego rodzaju postawy wobec dzieci są właściwe. Nie rozciąga się to na społeczną debatę na temat wychowania i jego ewidentnych skutków na zdrowie i życie dziecka, jego działania w przyszłości i jakość społeczeństwa i świata.
Wspomniane wyżej karanie zastąpiło starożytną zasadę dyscypliny, opartej na uczeniu dziecka dokonywania wyborów, co poskramiałoby jego ekspansywne i ekstremalne, egocentryczne zachowania. Brak jest woli, zarówno rodziców, jak i nauczycieli do wspierania woli dziecka, zamiast jej łamania. Wynika to jednak z braku zrozumienia pojęcia _woli_ w samej psychologii, nauczanej do współczesnych czasów, która ją zupełnie pominęła.
Rezultaty tego odczuwamy jednak na co dzień, w postaci nie tylko przemocy w rodzinach i agresji w szkołach, ale także braku odpowiedzialności za otoczenie i konsekwencje własnych działań, także w skali globu (chociażby zmiany klimatyczne jako wynik nieświadomej działalności ludzkiej), a w skali mikro — jako chorób cywilizacyjnych o nieznanych (podobno) przyczynach.
Tymczasem, mimo braku wojen i dramatycznych sytuacji społecznych, w coraz większej liczbie rodzin dochodzi do traum, które przeżywają dzieci już we wczesnym dzieciństwie. Wiąże się to zarówno z brakiem czasu rodziców, dedykowanego dziecku, wychowywania dziecka przez jedno z rodziców (nieobecność emocjonalna lub fizyczna drugiego z powodu np. dłuższego wyjazdu za granicę na zarobek lub pracoholizmu), jak i rozpadu rodzin i w konsekwencji „przetargów” o miejsce jego zamieszkania. Dziecko w tym okresie swojego życia jest wyjątkowo wrażliwe, a jego psychika bardzo labilna, nieustabilizowana. Łatwo ją więc zranić, niestety trudno ją uzdrowić z tego doświadczenia.
Efektem niepełnych rodzin lub braku czasu przez rodziców dla dzieci, stają się pojawiające się sukcesywnie różnego rodzaju dolegliwości bólowe (np. bóle brzucha), określane jako _nieznanego pochodzenia_, jak i problemy wychowawcze, będące efektem samotności, niedostatku miłości i zainteresowania nimi przez najbliższych.
Powoduje to powstawanie problemów o podłożu psychologicznym. Istnienie takich ran jest o tyle tragiczne, że mogą przetrwać całe życie w ukryciu, nie będąc uzdrowione. Wynika to z własnej nieświadomości ich zaistnienia, podobnie jak niezrozumienia środowiska, w tym braku właściwej edukacji, wspierającej rozwój i umożliwiającej „na wejściu” rozwiązywanie wewnętrznych konfliktów. Dotyczy to też edukacji lekarzy i psychologów oraz sprawowanej przez nich opieki medycznej czy psychologicznej. Brakuje gruntownej, interdyscyplinarnej wiedzy o chorobach psychosomatycznych i pochodzących z autoagresji.
Niewiedza i ignorancja staje się przyczyną wielu problemów życiowych i zdrowotnych, które zostają „zakopane” przez lata, natomiast ich skutki, w postaci dolegliwości konkretnego narządu, leczone są jedynie objawowo — na poziomie fizycznego ciała. Niestety nigdy nie dochodzi do ich wyleczenia, a jedynie tymczasowego zlikwidowania bólu, który pojawia się ponownie po kilku godzinach od zastosowania przeciwbólowej tabletki.
Nie ma zarówno indywidualnej, ale i społecznej świadomości i wiedzy, że wspomniane wyżej problemy emocjonalne wywołują zmiany metaboliczne w sąsiadujących narządach, wpływając na całe ciało. Traumatyczne doświadczenie powoduje bowiem mechanizm obronny organizmu w postaci napięcia mięśni, będącego powodem bólu, a ono, napięcie, ma wpływ na wadliwą pracę narządów. Prowokuje to efekt błędnego koła.
Problemy, o których tutaj piszę, dotyczyły w wielu przypadkach bezpośrednio mnie, dlatego też są dla mnie wyjątkowo ważne w sensie profilaktycznym, by uświadamiać innym ich skutki. Problemy te, nie zrozumiane przez lata, mogą stać się nie tylko przyczynami chorob, ale także — w szerszej skali — zarzewiem wojen i zagrożeniem świata.
Moje dzieciństwo pełne było nieustannego strachu o życie. Dotyczył on zresztą całej rodziny. Wywoływał on reaktywne zachowania wględem dzieci, które doświadczały traumy i uczyły się mechanizmów przetrwania. Ich konsekwencje miały zasadniczy wpływ na jakość mojego zdrowia i życia oraz pojawiania się licznych chorób. Te choroby były leczone standardowo, a więc objawowo, stąd przez lata transformowały w kolejne dolegliwości. Leczenie medyczne nigdy nie przekroczyło objawu, aby dojść do przyczyn, a stąd było na przestrzeni kilku dziesiątek lat nieefektywne.
Dopiero kontakt z psychosyntezą i jej technikami uzdrawiania „pierwotnej rany”, zaowocował dla mnie dotarciem do istoty chorób, do ich przyczyn i uwolnienia z ciała zablokowanych toksycznych emocji oraz informacji, która ugruntowała się w nim w postaci zachowań obronnych, towarzyszących traumom.
Ewidentnym efektem podjętych przeze mnie działań stało się uzdrowienie „hodowanych” w organizmie chorób i powrót do zdrowia na wielu jego poziomach (fizycznym, mentalnym, emocjonalnym i duchowym), obrazującym znaczenie ich dla mojego życia. Dzięki temu uświadomiłam sobie także konsekwencje dla przyszłych pokoleń nieuzdrawianych traum w każdym człowieku.
Zawarte w książce treści mogą okazać się szokiem dla wielu osób. Nigdy bowiem, zarówno wychowanie jak i kształcenie nie brały pod uwagę „edukacji o sobie”. Uczono w szkole przedmiotów takich jak biologia, fizyka czy chemia, ale nie były one powiązane ze sobą — z człowiekiem i jego funkcjonowaniem w świecie, jako podmiotu, w którym zachodzą konkretne przemiany metaboliczne, ale i działania wobec świata. Właśnie na metabolizm organizmu ma znaczący wpływ energia nieodreagowanych emocji i komunikat słowny, który dotyczył wypowiadanych kiedyś treści, a w miarę upływu czasu wywołuje on destrukcyjny wpływ i ewidentne skutki w sobie i na zewnątrz.
W procesie kształcenia ograniczono człowieka tylko do fizyczności, podobnie jak i leczenie — do objawów. Nikt do tej pory nie bierze pod uwagę wpływu emocji — jako „energii w ruchu” — (z ang. e-motion) na funkcjonowanie organizmu, na powstające w nim, na skutek konfliktów emocjonalnych napięcia, prowadzące do zaburzeń jego działania i to zarówno wewnętrznego, jak i na zewnątrz.
Szok, spowodowany wieloletnim, a wręcz wielopokoleniowym niezrozumieniem tematyki wpływu emocji na choroby oraz ignorowanie w wychowaniu i edukacji psychiki człowieka, może spowodować, że wiele osób odłoży tę książkę na półkę, nie przeczyta jej w całości, negując ich znaczenie. Tym samym będzie kontynuować własne wzorce oraz zdrowotne i życiowe dramaty.
Tymczasem niniejsza książka jest akurat dla nich, bo to oni muszą nauczyć się zaglądać we własne „lustra”, aby przerwać zaklęty krąg traum i przekazu _chorób genetycznie uwarunkowanych_, i to zarówno fizycznych, psychicznych, jak i społecznych. Jest to bowiem wymóg _społecznej edukacji dla przyszłości_, która właśnie zaowocuje po latach w jakości życia zarówno jednostki, rodziny, jak i całego świata.
&
Wszelkie patologie, takie jak terroryzm, podobnie jak i inne -izmy (np. fundamentalizm) dotyczy wszystkich ludzi i może pochodzić od każdej osoby. Są to też uzależnienia, cywilizacyjne choroby i problemy świata. Jest to efekt indywidualnej i społecznej ignorancji, a przede wszystkim niezrozumienia siebie. Jako indywidualna osoba, nie możesz tego kontynuować, ponieważ robisz szkodę zarówno sobie, ale także swoim dzieciom i wnukom, przenosząc problemy na kolejne pokolenia. Musisz przerwać _łańcuch ignorancji_ i zacząć _zgłębiać swój wpływ_ na stan twojego zdrowia, jakości życia oraz świata.
Nadszedł czas, aby każdy z nas obejrzał swoje lustro i zaczął zmieniać zawarty w nim wizerunek siebie, a stąd odbite w świecie obrazy, które powtarzają się z pokolenia na pokolenia.1. Wiedza czy ignorancja? Wybór należy do każdego
Uzupełnieniem tytułu tego rozdziału jest przyglądanie się konsekwencjom, które rozpoczynają się od chorób indywidualnych osób i kończą na problemach świata. Musimy — jako zbiorowość, wyrazić sprzeciw dla ignorancji.
Słuchanie ludzkich historii, które nie mają podsumowań, a więc refleksji, celem zrozumienia siebie, stwarza we wrażliwych osobach obraz dramatyzmu sytuacji, w jakiej żyjemy obecnie. Dotyczy to zarówno pojedynczych osób, jak i niesie zagrożenia dla świata. Z perspektywy minionych kilku dziesiątków lat można wysnuć wniosek, że ten dramatyzm nasila się, a świat jest na krawędzi zagłady, tworzonej przez samych ludzi. Daje się też zauważyć zupełne niezrozumienie sensu ludzkiego bytowania we wspólnocie, które pozbawione jest w większości więzów, opartych o miłość i poszanowanie drugiego człowieka. W zamian zasiewana jest nienawiść i tworzy się mur izolacji człowieka od człowieka, burząc ludzkie relacje ze sobą i światem.
Problem alienacji człowieka tkwi już w samym żródle — w indywidualnej jednostce i braku jej poczucia tożsamości, nie zbudowania jej w sobie, a bycie rozczłonkowanym na części. Człowiek zapomniał o intuicji i refleksji nad sobą. Korzysta za to z gotowych wzorców myślowych, często pokoleniowych czy wręcz społeczności, w której żyje. Jak pisał Ks. Prof. Wł. Sedlak …„_zakitowany mózg nie przyjmie czegoś, co nie było w jego polu widzenia”._
Rozczłonkowanie na części, oparte jest przede wszystkim na oddzieleniu ciała od ducha/duszy. Ponadto, ze względu na brak wewnętrznej integracji, osobowość człowieka nie jest jednolita, a raczej składa się z licznych podosobowości, w których każda z nich stworzona została jako mechanizm przetrwania w wyniku życiowych okoliczności. Każda więc część osobowości (podosobowość) dąży do innych celów i często jest w sprzeczności z drugą i kolejną, które zaczynają walczyć ze sobą, a w konsekwencji z innymi ludźmi. Tym samym budzi to wewnętrzną niespójność człowieka, a więc też brak poszanowania siebie.
Ten brak godności własnej owocuje eksploatowaniem siebie ponad miarę, ale i odbijaniem tego na innych ludzi i otoczenie. Dysocjacja siebie pobudza chęć zawłaszczenia drugiego człowieka, podporządkowania go sobie, poczucia władzy nad nim, wyższości siebie wobec niego, czyniąc go przedmiotem do eksploatacji i terenem do walki. Nie mając szacunku do siebie, człowiek potrafi poniżyć drugą istotę, a ta, ze źle odczytywanej potrzeby przynależności i miłości, gotowa jest albo walczyć do ostatniego tchu, albo oddać siebie w jej władanie.
Taka osoba nie zdaje sobie sprawy, że jej potrzeby są znacznie głębsze i dotyczą innego wymiaru siebie. Ta przestrzeń jest duchową sferą i wymaga „kopania głębiej” dla jej odkrycia i ustanowienia związku z wyższym celem, mądrością, sensem życia, w religiach nazywanej Bogiem. Zatrzymanie rozwoju na poziomie „chuci” (zachcianek, popędów, władzy i dominacji) czyni z ludzi bezduszne kreatury, deprecjonujące życie jako takie i samego człowieka, czyniąc go przedmiotem do używania jednej osoby w podległości do drugiej.
We współczesnych czasach panuje powszechne przekonanie, że życie przyspieszyło i trudno je dogonić. Konsekwencją tego odczucia dla wielu stał się ustawiczny pośpiech. Wybudza on jednak w człowieku agresję i sprzeciw. Uważa on, że nie zdąży wykonać tego, co sobie zaplanował, a efektem tego staje się złość i szukanie winnych, aby na nich odreagować.
To poczucie pośpiechu i potrzeba odreagowania są nieświadome. Człowiek, nie znajdując czasu na refleksję nad sobą, a szczególnie właściwym wykorzystaniem tego czasu w swoim życiu, zaczyna działać popędowo. To on — popęd, pcha go do tego, aby jak najszybciej odreagować negatywną energię emocji, która w nim została zakumulowana i z którą czuje się niewygodnie. Nie uświadamiając sobie jej powodów, chce się jej pozbyć natychmiast. To ona powoduje, że wybucha, „detonując” zgromadzony w sobie destrukcyjny ładunek emocjonalny na tych, którzy są najbliżej — własnych dzieciach lub dzieciach, które uczy. Jeśli nie ma tego obiektu, odreagowuje ją na swoich „potencjalnych” wrogach, których tworzy we własnym umyśle. Mogą to być np. polityczni oponenci, ludzie o innych poglądach, nawet we własnym narodzie czy rodzinie.
Dla odreagowania nie przepracowanych emocji, współczesne czasy stworzyły media, a w nich pełno hejtu, który zalewa każdą załączoną w nim informację. Internet i anonimowość w nim otworzył drzwi do wylewania się złości i nienawiści na innych, na wszystkich, niezależnie od tego, czy kto jest winien, czy tylko zabrał głos w jakiejś sprawie. Ponadto w każdej osobie nigdy nie szuka się dobrych stron, a wprost przeciwnie — widzi tylko zło i tropi je, nawet, gdy jego absolutnie nie było.
Już w latach 80-tych Wł. Sedlak zauważył, że obecnie nikt nie planuje zmiany człowieka na lepsze. Nie wprowadzono więc tego rodzaju edukacji. Tymczasem życie jest tym, czego trzeba się uczyć, niczym matematyki czy rachunków. Do „szkoły życia” trzeba chodzić nieustannie, a lekcje odrabiać samemu.
Najwyższy więc czas dla każdego z nas, począwszy od najmłodszych, aż po tych, którzy stanęli u władzy nad ciałami, jak i duszami innych, aby wszyscy bez wyjątku przystąpili do tworzenia Człowieka — samego siebie. Jak pokazuje coraz intensywniej obecna rzeczywistość, jak na razie nim nie jesteśmy, tylko musimy się nim dopiero stawać w trakcie życia. Wspomniany wyżej Sedlak uważał, że najtrudniejszym zadaniem życiowym i sztuką jest „wydobywanie z siebie Człowieka”.
Żyjemy w świecie technologii, ułatwiających życie, niestety, coraz w nim mniej Człowieka, lepszego człowieka. Mijają kolejne lata, dziesiątki lat, a tymczasem problem narasta, zamiast maleć. _Czy nikt tego nie widzi? Dokąd więc zmierzamy? Czy do zagłady człowieka przez człowieka? Kiedy się wreszcie opamiętamy?_
Nagromadzona energia w ciele dotyczy także innego jej rodzaju — energii seksualnej. Jest to najpotężniejsza moc w człowieku, którą on w dorosłości może wykorzystać dwojako: albo do _prokreacji_, a więc rozmnażania się, powołania do życia potomstwa lub _kreacji_ czy współtworzenia (_co-creation_). Te ostatnio wymienione procesy polegają na transformowaniu swojej energii seksualnej na wyższy poziom ekspresji (transmutacja), co objawia się tworzeniem ze swoich predyspozycji i darów ducha (zawartych _in potentia_ w sobie) fizycznych wytworów (sztuka: malarstwo, rzeźba, literatura). Może on je także wyrażać w czynach we współpracy z pozostałymi ludźmi, np. działaniach bohaterskich, moralnych, etycznych dla rozwiązywania dylematów społecznych współczesnych czasów.
Większość ludzi nie zdaje sobie sprawy, że transformowana energia ma być wykorzystana dla „zostawienia śladu po sobie”, a więc tworzenia dzięki sobie jakiegoś dzieła, pozostawienie „darów dla świata”. Dla tego celu człowiek dostał właśnie swoje talenty (vide: biblijna przypowieść o talentach i synu marnotrawnym). Jeśli tego nie zrealizuje, stanie się kolejnym synem czy marnotrawną córką, których talenty zostały zaprzepaszczone. I zda rachunek w świecie ducha, po swoim odejściu z fizycznego świata.
Współczesna epoka, wraz z tempem życia, przyniosła brak czasu na refleksję nad własną kondycją i sensem życia człowieka. Ludzie uważają, że muszą wykorzystać życie „na maxa”, a więc żyją prędko i eksploatują swoją życiową energię (a więc także energię seksualną) bez zastanowienia. Zdeprecjonowana miłość i jej poziomy wzrastania w trakcie życia (od miłości fizycznej aż do agape — bezwarunkowej miłości, kochania wszystkiego i wszystkich jednakowo, łącząc się z Bogiem) zostały zupełnie zignorowane. Miłość przeistoczyła się w seks, przygodne relacje, oparte na odreagowywaniu (trwonieniu energii), a w kolejnych latach na wyjałowionym życiu, opartym o pasożytnictwo, zamiast transformacji i _tworzenia z miłości_, a więc pozostawienia twórczych darów światu.
Część osób, szczególnie tych, które żyły w zakazach i nakazach (dom rodzinny, celibat) nie ma świadomości ani umiejętności transformacji nagromadzonej energii seksualnej w inną jej formę np. twórczości czy wiary i zaufania w Wyższą Moc. Te osoby szukają „sekretnych” sposobów jej spożytkowania, zamiast możliwości edukacyjnych (chociażby poradnictwa duchowego), opartych na technikach medytacyjnych (chrześcijańskich, psychologicznych czy wschodnich).
I tutaj warto poświęcić chwilę czasu na te zakonspirowane możliwości, które są tak naprawdę zachowaniami nagannymi, przynoszącymi szkodę nie tylko konkretnym osobom, ale na kolejne pokolenia, jeśli nie zostały one uzdrowione. Dotyczy to np. pedofilii, masochizmu, seksualnych procederów włączających dzieci (często własne lub z najbliższej rodziny). Ten proceder jest pokoleniowym tematem tabu.
Ponieważ jednak żyjemy w Epoce Ducha i napływu duchowych energii z wyższych wymiarów (Kosmosu), dla transformacji człowieka, te przestrzenie ulegają powoli otwieraniu (a tym samym ujawnianiu) i oczyszczaniu. Konsekwencją tego procesu jest odsłanianie w różnych środowiskach „kurtyny tabu” i przedostawanie się informacji o tego rodzaju zachowaniach do całego społeczeństwa. Dlatego też ujawniane są np. te sfery w środowisku duchowieństwa, o czym ostatnio stało się głośno. Przyczynia się też do tego celibat i „zakręcenie kurka” energii seksualnej, tymczasem braki w skutecznej edukacji (różne formy medytacji) dla transformacji jej w wyższy poziom miłości pozacielesnej (agape).
Ten proceder „sekretnego odreagowywania” w postaci masturbacji czy wykorzystywania innych (w tym dzieci) do własnych celów, nie jest nowy lecz odbywający się przez pokolenia, znany co najmniej od średniowiecza, niemniej trzymany z dala od publicznego rozpowszechniania. Tamte tajemnice były odsłaniane w kolejnych pokoleniach, odkrywając kurtynę sekretów. Dotyczyły każdej przestrzeni życia, zarówno maluczkich jak i hierarchów. Stąd także wiemy o intrygach na wysokich szczeblach, np. faraonów, jak i o potajemnych związkach np. papieży w poprzednich epokach.
We współczesnych czasach, ze względu na dostępność rozlicznych kanałów informacyjnych, opinia publiczna dowiaduje się o zjawiskach patologii na bieżąco. Z nich też wiemy, że są to przypadki coraz częstsze, nasilające się. To jednak, co napawa optymizmem to to, że niektóre osoby, których te kwestie dotyczą i które żyją np. w niedozwolonych przez dane środowisko związkach (np. księża) mają odwagę zarówno przyznać się do tego, jak i wystąpić z reguł, którym podlegały, zrywając np. śluby zaprzysięgłe na życie. Te śluby okazały się dla nich zbyt trudne do przestrzegania. Czują jednak, że mimo zanegowania tych reguł, ci ludzie są w stanie dedykować swoje życie jakiemuś wyższemu celowi. Nie wiąże się on np. z ograniczeniami, którym podlegały (chociażby celibat). Jest to o tyle ważne, że odsłania pewne procedury, które, mimo, że przyjęte w danym środowisku do pewnych celów (np. podporządkowaniu ludziom ludzi, tworzeniu wyższych nad równymi), nie zawsze służyły przekazowi wiary, a bardziej zaspokojeniu materialnym pewnej grupy społecznej, wyróżnionej wobec innej.
Te wspomniane osoby, poprzez swoją rezygnację z dwulicowych zachowań, odsłaniają pewne zasady, które nie są zgodne z przekazem istoty wiary. Pokazują też ułomności człowieka, ale i jego wybory, nie zawsze moralnie słuszne. Np. nie mając wiary ktoś wykorzystuje uzyskiwane przywileje do swoich prywatnych celów, a nie wskazywania drogi do Źródła wiary i miłości.
Mamy obecnie do czynienia również z odsłanianiem tego rodzaju tajemnic w rodzinach, np. poprzez ujawnianie ich poprzez drugie już pokolenie (o tym niedawno można było usłyszeć w mediach od jednej z celebrytek) — a więc dzieci byłych księży. To bardzo piękny uczynek, odczarowujący pokoleniową tajemnicę, a jednocześnie pokazujący jak dzieci z takiego związku mogły doświadczyć prawdziwej miłości od osoby, która nie mogła jej przetransformować, żyjąc w celibacie.
Większość ludzi, których to dotyczy, nie odsłania swoich tematów tabu w rodzinach i stąd wiele tego rodzaju przypadków nadal pozostaje w tajemnicy. Jest to jednak często „publicznym sekretem”, choć społeczności, w których osoba żyje, nie rozpowszechniają go na zewnątrz, szczególnie w małych miejscowościach. Czyni to jednak te społeczności współwinnymi w ukrywaniu nie akceptowanego społecznie zachowania. Uczy kolejne pokolenia z tej okolicy „kłamstwa”, ukrywania prawdy, „dozwoloności niedozwolonego”, bo nikt tego nie ujawni. Tworzy się tym samym „podwójna moralność”, a to szkodzi środowisku obecnie i na kolejne pokolenia. Ludzie powinni żyć bowiem w prawdzie i nie ukrywać jej, nawet, gdy ona jest dla innych „niestrawna”. Ludzie nie są od oceniania czyichś uczynków, ponieważ te prawa są Boskie a nie ludzkie.
Jeszcze innym nagannym procederem jest trzymanie tego rodzaju sekretów w „normalnych” rodzinach. Tajemnice te dotyczą np. stosunków z nieletnimi czy innych praktyk seksualnych, nie przerwanych i nie zakwestionowanych w rodzinie, czy nie napiętnowanych w środowisku. Tego rodzaju proceder będzie się powtarzał, dopóki prawda, jak oliwa, nie wyleje się na zewnątrz, oczyszczając włączone w nie osoby i otoczenie z jej negatywnych wpływów. Tutaj rozgrzeszenie księdza nie zatrzymuje kontynuacji procederu, a jedynie stwarza precedens do jego powtarzania. Osoba ma bowiem przeświadczenie, że można przez kilka minut spowiedzi uwolnić się od grzechu, a potem grzeszyć nadal… wielokrotnie, bez konsekwencji ani dla siebie, a tym bardziej dla ofiary. Ten wątek poruszę jeszcze w jednym z kolejnych rozdziałów.2. Zajrzyjmy do piwnicy swojego istnienia. Obudźmy się!
Wiele lat temu, Zygmunt Freud stworzył psychoanalizę, widząc problemy człowieka w jego „piwnicy istnienia”. Odtąd psychologia analityczna przez przeszło stulecie zgłębiała tę przestrzeń, zostawiając ją uświadomioną, jednak nie zintegrowaną z całością siebie. Spowodowało to, że wielu ludzi do współczesnych czasów, korzystających z tego rodzaju terapii jest nadal „nieposkładanych”, sfrustrowanych i pozostawionych na tym samym poziomie. Nikt nie pokazał im znaczenia piwnicy dla jakości całego „budynku” (całego siebie), a więc zobaczenia kontekstu „piwnicy”. Ma ona bowiem odzwierciedlenie w „parterze” (rzeczywistości, w której funkcjonuje pacjent) i „poddaszu” — przestrzeni potencjałów, których nie może wykorzystać w pełni.
Dopiero twórca psychosyntezy — włoski lekarz psychiatra Roberto Assagioli, zbudował „windę” od piwnicy (nieświadomości) do parteru (teraźniejszości, świadomości) i poddasza (poziomu nadświadomego), a więc kwantowej przestrzeni (pola informacji i energii, przestrzeni wszelkich możliwości — pola morfogenetycznego). To zintegrowane podejście stworzyło pomost nie tylko dla zrozumienia całości człowieka w jego strukturze psychoenergetycznej, kwantowej, ale zbudowało łącznik między psychologią analityczną a transpersonalną (duchowego wzrastania) w postaci właśnie _psycho-syntezy_.
Z tego szerokiego uogólnienia, dostępnego od dziesiątków lat w nauce (niestety poza Polską), wrócę do podstawowego tematu tej książki, a więc indywidualnego człowieka i jego wpływu na stan świata. Jest to zagadnienie „istoty rzeczy”, artykułowane przez starożytnych myślicieli, a potem kontynuowane we współczesności i eksponowane chociażby przez F. Schumachera.
Dom rodzinny jest dla pojedynczej osoby punktem wyjścia do świata, i dotyczy jego wzorców na życie i jakości sprawowanego wychowania. Wychowanie jest formowaniem osobowości dziecka, a w konsekwencji dorosłego, a stąd podstawowym zadaniem rodziców. Ta ich działalność powoduje bowiem pokoleniowe skutki. W zaciszu czterech ścian własnego domu, z zakamarków ludzkiej _piwnicy istnienia_ wyłania się cała piękność, ale i ohyda ludzkich doznań, a przede wszystkim zachowań. Obydwa rodzaje mogą być przekazywane nieświadomie z pokolenia na pokolenie.
Im więcej było dramatów rodzicielskich i najbliższego otoczenia, tym dziecko silniej i szybciej „nasiąkało” nimi, eksponując to potem w swoim dorosłym życiu, niezależnie od tego, czy te dramaty były kontynuowane w trakcie jego życia w zachowaniach, czy jedynie przechowywane w jego „pamięci ciała”.
W taki oto sposób wszystkie niespełnienia siebie, odreagowywanie emocji dorosłych na dziecku, zakazy i karanie za jego potrzebę wyrażenia siebie, spowodowały zatrzymanie toksycznej energii, niczym depozyt na życie. Dziecko wtedy nie miało świadomości, że mama i tata sami odreagowali na nim swoje emocje, a tymczasem jemu „zakręcali kurek” do ich ekspresji. Ta energia do wyrażenia czekała więc na sprzyjające okoliczności, często całe lata.
Trwało to wieki, niemniej już np. dwa pokolenia wstecz dało się zauważyć pewną zmianę, objawiającą się narastającą agresją na zewnątrz — poza rodzinami: w szkołach i na ulicach, wynikającą z odreagowywana tamże swoich „zablokowanych” emocji przez młodych, bo w domach nadal istniał zakaz. Zdaniem Prof. medycyny E. Rużyłło we współczesnych czasach wzrasta odsetek osób psychopatycznych, a metody współżycia ludzi nabierają coraz bardziej cech negatywnych. Nie wystarczy dać dziecku jeść i kupić ubranie czy zabawki. Ustrój człowieka wymaga bowiem harmonii (homeostazy). Dzieci są bliżej tej równowagi, choć w miarę szkodliwych oddziaływań wychowawczych, powoli ją tracą. Tymczasem dorośli stracili zdolność rozróżniania tego co fizjologiczne od patologii. Dotyczy to zarówno sfer życia fizycznego, emocjonalnego, myślenia, jak i seksualnego reagowania. To ostatnie stało się własnością publiczną i zostało wyprowadzone „na ulice”. Tymczasem własne sekrety, szczególnie dotyczące odchyleń w sferze intymnej zostały schowane głęboko w sobie, niemniej powoli zaczęły wylewać się na zewnętrzność w najbliższym otoczeniu i w sferze własnych wpływów. Wyjaśnię to za chwilę na przykładach.
To, o czym piszę, dotyczy intymnych doznań, których wyrażanie było w domu tematem tabu i zakazów. Przyczyniały się do tego pokoleniowe rygory rozładowywania seksualnych popędów i to zarówno w rodzinach, jak i np. w klasztorach. Nie uczono, ani nie uświadamiano konieczności radzenia sobie z najsilniejszą w życiu człowieka energią seksualną, chociaż kraje Wschodu wypracowały różnego rodzaju techniki dla tego celu. Nikt na Zachodzie nie brał jednak pod uwagę nauk Wschodu, ponieważ świat, jak i wszystko inne w naukach, był podzielony na części i nie połączony razem.
W bliskiej i dalszej rodzinie zawsze pojawiał się ktoś dorosły, odstający od pozostałych, niezrozumiany, którego zachowania potrzebowały wyrazu, nie akceptowanego społecznie. Właśnie do tego służyły dzieci, gdyż dorosłym wydawało się, że one niczego nie czują i nie rozumieją, stąd stawały się przysłowiowym „chłopcem do bicia”.
Wielce zastanawiającym, a wręcz szokującym, ale i psychicznie szkodliwym dla samych ofiar jest proceder wykorzystywania dzieci do swoich, dorosłych celów. Służyły one do odreagowywania patologicznych, często zboczonych doznań. Niestety te zachowania nie były jedynie jednorazowym działaniem względem dziecka, a stawały się wkrótce nawykiem. Dziecko bowiem było „pod ręką”, a dorosłemu nie przychodziło do głowy, że uszkadza jego struktury psychofizyczne „na życie”.
Skutkowało to ponadto umocowywaniem się zarówno w dziecku jak i dorosłym syndromu „oprawcy<->ofiary”, który ujawnia się na bieżąco — w czasie rzeczywistym, jak i w kolejnym pokoleniu. Wtedy to dziecko, będąc ofiarą nadużyć, z reguły psychicznych czy seksualnych, staje się oprawcą dla kolejnego, młodszego pokolenia, przenosząc nabyty w ten sposób nawyk-wzorzec nieświadomie.
Bywa, że dzieci są seksualnie wykorzystywane przez swoich wujków czy dalszych kuzynów, którzy są już dorośli, a także własnych ojców i ich dewiacyjnie rozbujałe potrzeby. Są one często kryte przez najbliższą rodzinę lub przez samą osobę, która nigdy nie przyznała się do nich przed bliskimi.
Dziecko jest „wdzięcznym” obiektem do eksploracji tego rodzaju ułomnych przypadłości. Każde dziecko potrzebuje bowiem zainteresowania, miłości, bycia z nim, dotyku (przytulania), a te cechy właśnie ośmielają dorosłych do próbowania na nich swoich niecnych zamysłów, gdyż pozostaną one „w rodzinie”. Tymczasem dorosły zostanie zaspokojony w swoich seksualnych potrzebach „na miejscu”, bez potrzeby szukania tych możliwości na zewnątrz (domy publiczne, agencje erotyczne) i bez fizycznych tego konsekwencji czy społecznych skandali i wszystko zostaje „w domu”.
Tymczasem tak się niestety nie dzieje, gdyż o ile konsekwencje nie ujawnią się natychmiast (dziecko-dziewczynka ma stan zapalny krocza), pozostaną jako trauma na całe życie, dopóki nie zostaną uzdrowione. Jeśli sprawa dotyczy jedynie działań zewnętrznych, to tym ewidentnym zmianom na zewnątrz (na skutek zatarcia i braku znajomości podstawowych zasad higieny dorosłych mężczyzn), towarzyszą zawsze długofalowe konsekwencje psychologiczne w dziecku. Wiążą się one z poczuciem głęboko skrywanego wstydu, bezsilności, niskiej wartości i braku godności dziecka, jako potencjalnej kobiety. One zostają „zakodowane” na lata.
Konsekwencje tego rodzaju nadużyć psychicznych czy seksualnych w dzieciństwie są bardzo bolesne dla „wyłaniającej się” kobiety. Wykorzystana dziewczynka chowa w niebyt zaistniałe zdarzenia. Niemniej one żyją swoim wewnętrznym życiem. Po latach pojawiają się w postaci nieustannego poszukiwania przez kobietę zaspokojenia jej poczucia własnej wartości i miłości w zewnętrznym świecie. Kobieta jest otwarta z tego powodu na to, żeby każdą znajomość traktować instrumentalnie, a siebie, niczym towar na sprzedaż, aby uzyskać „wyższą cenę”. Jest to niezrozumienie swojej wartości jako takiej, niezależnej od akceptacji innych ludzi i dawania siebie, jako osoby drugiemu człowiekowi „do używania”.
Kobieta nie może uwolnić się od tego, że musi „zasłużyć” na miłość, na jakikolwiek gest akceptacji od mężczyzny, poczucia, że jest mu potrzebna. Tymczasem jest to uwikłanie w swoją traumę, której nie potrafi wyzwolić z siebie, która zmusza ją do uległości względem mężczyzny. Jest on dla niej nieustannie tym pierwszym wzorcem oprawcy, wobec którego stała się ofiarą. Nieświadomie dąży do wyzwolenia się z poczucia ofiary, niemniej nie wie, jak to robić — i powtarza wzorzec „poddania się” jego władzy i woli.
Tymczasem mężczyźnie nie zależy na niej, jako takiej, a jedynie na użyciu jej do swoich indywidualnych, niecnych celów. On nie pyta jej o zgodę, nie traktuje jej jak równej sobie partnerki, a jedynie jako przedmiot, którego używa, a potem „wyrzuca”, aby zastąpić go drugim, nowym.
Mężczyzna, który jako dziecko stał się ofiarą przemocy, chociażby fizycznej ze strony osoby dorosłej np. ojca, będzie powtarzał ten wzorzec względem kobiety, często w formie masochizmu, znajdując w tym fizyczną przyjemność. On będzie zmuszał kobietę do zadawania mu bólu, który w połączeniu z erotyzmem, będzie sprawiał mu satysfakcję. Tymczasem dla kobiety będzie stanowił kolejne upodlenie.
Przebywanie w tego rodzaju pętli zwrotnej oprawcy <-> ofiary wybudza w każdej z osób konieczność wchodzenia w nową pętlę z następną ofiarą, stając się jej oprawcą. Jest to nieustanne kopiowanie „pierwotnego wzorca”, tego, kiedy wszystko się zaczęło. Cykl powtarza się przez lata, aż ofiara uświadomi sobie konieczność wyzwolenia się z niego, niczym larwa z kokonu. Jest to wewnętrzny proces przepoczwarzania się w motyla, który wymaga bycia w ciemności, aby wyjść ku światłu, dla jasności i zrozumienia siebie.
Warto uświadomić sobie, że działamy niczym magnes, na zasadach „podobne przyciąga podobne”, poprzez własną energetykę (psychoenergetykę). Jest to ważne stwierdzenie, podobnie jak i obserwacja, że dzięki temu jesteśmy w stanie przyciągnąć „własne lustro” w drugiej osobie, a więc ta osoba pokazuje nam braki tego, co potrzebujemy przerobić z własnych „lekcji życia”.
Jest koniecznym bycie świadomym tego, co się w tobie wydarza. Możesz to robić poprzez spoglądanie do wewnątrz siebie (we własne lustro) i odczytywanie swoich wzorców, które ci nie służą. Podobnie możesz zacząć zaglądać w twoje lustra w innych osobach — obecnych w twoim życiu. One „odbijają ciebie” poprzez reakcje na twoje oddziaływanie. Dzięki temu podwójnemu ogniskowaniu, niczym w soczewce, jesteś w stanie obejrzeć i zrozumieć, co jest w tobie do zmiany i zaczniesz to robić, aby żyć w zgodzie ze sobą i nie szkodzić innym „na życie”.
Musisz być jednak świadoma tego, że wraz z rozpoczęciem procesu „oglądania luster” i ich polerowania, może następować zmiana w emitowanej przez ciebie energii. Ta zmiana będzie dawała coraz słabsze przyciąganie tych, którzy „pasują” do pętli oprawcy<->ofiary. Zaczniesz bowiem proces przerywania pętli i zmiany wzorca. Nie będziesz już potrzebować lustra do odwzorcowania twoich niezbyt zdrowych zachowań, a stąd druga osoba z twojego wzorca nie będzie ci już potrzebna.
Jest korzystnym, gdy spotkają się dwie osoby, które mają do przerobienia podobne wzorce i uczą się wzajemnie je przekraczać i budować zdrowe zachowania, oparte na akceptacji i wzrastaniu. Jeśli tak nie jest, zaczniesz się czuć uwikłana, niczym w niewoli, a stąd pojawi się w tobie konieczność wolności _od…_ i wolności _do…_ Gdy tego nie zrobisz, będziesz kontynuować wzorzec, a osoba będzie stale dla ciebie oprawcą, a ty tymczasem będziesz kopiować dalej wzorzec ofiary, ale też oprawcy dla kolejnej osoby, często dziecka i dzieci, jak i innych dorosłych.
Dzieje się to np. zarówno w stosunku do własnych dzieci, jak i do dzieci w szkole czy przedszkolu, będąc ich nauczycielką. Cierpi na tym znacznie więcej dzieci, które wchodzą w nowy wzorzec ofiary, który potem odwzorcowują na rówieśnikach czy przypadkowo spotkanych dorosłych, będących w zasięgu ich oddziaływania.
Osoby uwikłane we wzorzec, gdy pracują nad nim obydwoje, mogą zbudować nowy typ relacji, opartej na wzajemnym wzrastaniu i miłości. Takie osoby pozostają w związkach przez długie lata. Jeśli tego nie ma, warto jest opuścić taki związek, ponieważ nie służy on wzrastaniu, a po latach tworzy choroby z autoagresji. Szkodzi on tym samym sobie na wielu poziomach, w tym nie pozwalając duchowo wzrastać, integrować osobowości i zrealizować siebie. Oddziałuje także na osoby z otoczenia, poprzez implantowanie nieprzerobionego wzorca.3. Refleksja nad własnym istnieniem: czy można przez system wychowania i nakazy społecznego życia zaprzestać być sobą?
To istotne pytanie postawiłam wiele już lat temu na sesji plakatowej jednej z konferencji naukowych, odbywających się w Warszawie. W jej trakcie podszedł do mnie student i bardzo zdenerwowany oświadczył: jesteśmy programem innych: mediów, nauczycieli, rodziców. _Czy w ogóle możemy być sobą?_
Warto poddać refleksji zarówno pytanie, jak i odpowiedź tego młodego człowieka.
— _Co jest nie tak w wychowaniu i edukacji?_
— _Co dzieje się z zewnętrznymi wpływami, które od najmłodszych lat usiłują nas “ociosywać” I zmieniać to, co w nas istnieje od urodzenia (a może i wcześniej)?_
— _Jaki błąd popełniamy my, dorośli, że nie wspieramy w dziecku tego, co jest w nim zawarte?_ (jak w nasieniu rośliny).
— _Dlaczego usilnie potrzebujemy to zmieniać?_
— _Na czyj wzór i podobieństwo chcemy ukształtować drugą osobę?_
— _Czy ten wzór jest aby właściwy? Czy ten wzorzec kodowania jest odpowiedni dla niej?_
— _Gdzie jest przestrzeń wzrostu i wyboru własnej drogi?_
— _Czy osoba ma wybór?_
— _Gdzie gubi się jej wola?_
— _Czy ma swoją wolę do wyborów?_
— _Czy nauki społeczne, a szczególnie klasyczna psychologia, wykładana na wielu kierunkach od dziesiątków lat, poświęciły uwagę woli — jej cechom, jakościom, rozumieniu jej istoty w człowieku, wreszcie dobrej, silnej i skutecznej woli?_
— _Gdzie jest wola w człowieku? Kto nią steruje?_
— _Kto wreszcie nią manipuluje, wymuszając coś, co nie jest naturalne, przyjazne, zdrowe dla człowieka?_
We współczesnych czasach obserwujemy, że na skutek braku odpowiedniej edukacji I łamania woli dziecka w jego dzieciństwie, jego wola stała się chora, choć wmawia mu się, że chorują jego nerwy.
Człowiek nie umie sobie radzić z wewnętrznymi konfliktami, bo nikt go tego nie uczył. Jego samoświadomość jest ograniczona do wzorców, które nieustannie kopiuje z otoczenia. Nie potrafi poddać siebie refleksji, bo nigdy nie była przedmiotem jego wychowania, a rodzice działali reaktywnie, a nie refleksyjnie. Jego dom rodzinny był “pusty”, pozbawiony treści i zdrowych uczuć, wypełniony jedynie rekwizytami, niczym w teatrze. Nie miał więc jak wytworzyć _świadomości o sobie_. Nie rozumiał, że jego czyny odzwierciedlają wszystko to, co jest treścią jego wewnętrznego “domu”. Jak pisze Sedlak, człowiek nie wziął też odpowiedzialności za to, co robi, ponieważ oznacza ona gotowość przyjęcia z powrotem odbitych rykoszetem swoich czynów na siebie I ich transformację. Jest to też pytanie siebie o własny udział w całym złu świata.
Wychowanie kolejnego pokolenia oddane jest w ręce laików, ignorujących podstawowe zasady rozwoju człowieka, działających emocjonalnie I rozdających kary jak popadnie, ponieważ podobno oni wiedzą, co znaczy dobro dziecka, choć nigdy nikt tego w nich nie zweryfikował. Do chwili obecnej nie ma bowiem edukacji rodziców, stąd rodzicielstwo sprawują na wyczucie (na własnych wzorcach).
Z tych też powodów niezbędna jest powszechna edukacja rodziców, o co zabiegał zarówno E. Rużyłło, Wł. Sedlak, podobnie jak i wielu myślicieli, którzy ich poprzedzili, jak i ich następców, rozumiejących wagę wychowania dla przyszłości świata. To chociażby robiło Stowarzyszenie “Edukacja dla Przyszłości”, jak i obecnie Fundacja na Rzecz Powszechnej Edukacji Rodziców.
Każdego dnia mamy do czynienia z manipulacją. Codziennie w telefonach wielu osób rozbrzmiewa głos, usiłujący namówić je na jakiś zakup, często rzeczy zupełnie im niepotrzebnej, podobnie jak i usługi pod pretekstem jedynej w życiu okazji. Jesteśmy stawiani “pod ścianą” także w niektórych bankach czy u doradców finansowych, gdy okazuje się, że oferty nie odpowiadają naszym oczekiwaniom i jesteśmy zmuszeni nagiąć się presji niepowtarzalnej okazji.
— _Czy musimy od kogoś kupować towar, który on chce sprzedać, a nie to, co my chcemy kupić, ponieważ uważa, że to jest dla nas lepsze, bardziej odpowiada naszym potrzebom?_
— _Czyżby? Czy sami nie potrafimy określić, czego tak naprawdę potrzebujemy?_
Wiele osób poddaje się takiej presji, a potem, post factum zostaje z ratami za przedmiot lub z nie zamawianą usługą, która nie jest tą, której oczekiwała, oraz pustką w portfelu.
Podobnie dzieje się już w domu, a potem we wszystkich placówkach edukacyjnych. Dorośli najlepiej wiedzą, co jest dziecku potrzebne, choć nigdy się niczego o wychowaniu nie uczyli, ponieważ ono nie jest zbiorowe, tylko indywidualne. Dla ochrony swojego status quo i jedynie słusznych własnych racji, są w stanie także manipulować dziećmi, ich wolą, aby osiągnąć spokój I nie zmieniać niczego, co wymaga zmiany, chociazby pokoleniowych wzorców. Rodzice, dla wygospodarowania czasu na swoje własnej sprawy, nieustannie prowadzą dziecko na różnorodne zajęcia i to już od najwcześniejszego wieku. Ono nie ma dzieciństwa, nie ma czasu, aby być sobą, wzrastać w tym, co się z niego wynurza, wyrażać tego, co naprawdę czuje. Bombardowane jest (autentycznie) stale czymś nowym, muzyką zagłuszającą jego wewnętrzne prowadzenie, wywołującą w dziecku często odruch zasłaniania uszu. Ta zewnętrzna muzyka jest bowiem dopasowana do uszu dorosłych, którzy coraz gorzej slyszą, a ponadto ci, co śpiewają czy grają, uważają, że nie są wystarczająco słyszalni I muszą śpiewać czy grać jeszcze głośniej.
Rodzi się wiele pytań z tym związanych, np.:
— _Czy człowiek robi wszystko w złej wierze, aby zarobić, czy coś osiągnąć dla siebie cudzym kosztem, omamiając drugiego człowieka, myśląc, że to przedmiot, który nie ma woli?_
— _A może robi to nieświadomie, w dobrej wierze, chcąc pokazać towar (i swoją pracę) czy siebie z najlepszej strony, nie zdając sobie sprawy, że naciska na czyjąś wolę, usiłując zdominować jego wolę swoją wolą?_
I tu kłaniają się aspekty woli: dobra, silna i efektywna_._
— _Czy w przypadku przymuszania do kupienia jakiegoś przedmiotu czy usługi, silna wola sprzedawcy (niezrównoważona z innymi jej aspektami) przeważyła nad brakiem jakiejkolwiek własnej woli kupującego?_
— _Czy przymuszając dziecko do uczestniczenia w jakiś zajęciach poza domem, wykazałem się dobrą wolą zrozumienia jego indywidualnych potrzeb, nawet, jeśli byłaby to chęć jego pozostania w domu ze mną?_
— _Czy użyta moja wola okazała się skuteczna dla dziecka w sensie korzyści dla jego rozwoju?_
I tu wracamy do istoty rzeczy:
— _Gdzie jest „zakopana” moja wola?_
— _Czy ktoś mnie kiedyś/ gdzieś tego uczył?_
— _A może zdominował, zaprogramował mnie na programy innych i teraz moja wola siedzi we mnie cichutko jak myszka?_
To ważny temat I pytania do refleksji, bo od tego zależy, czy zaczniemy być wreszcie sobą, a nie programami innych I czy pozwolimy innym, szczególnie dzieciom, być także sobą.