Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Lustro iluzji - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 sierpnia 2026
17,98
1798 pkt
punktów Virtualo

Lustro iluzji - ebook

Prawda ma swoją cenę. Listopadowy wieczór zmienia życie Adama na zawsze, gdy jego dziewczyna, Marta, popełnia samobójstwo. Dla policji sprawa jest prosta i szybko trafia do archiwum – tragiczny skutek głębokiej depresji. Adam nie potrafi jednak żyć ze świadomością, że ukochana osoba odeszła bez słowa wyjaśnienia. Napędzany rozpaczą i żałobą, rozpoczyna prywatne śledztwo. Chce za wszelką cenę zrozumieć, co naprawdę pchnęło Martę do ostateczności. Wkrótce na jaw zaczynają wychodzić kłamstwa i tajemnice. Szukając odpowiedzi, bohater stopniowo zatraca się w obsesji, a cena, jaką przyjdzie mu zapłacić za dociekliwość, rośnie z każdym dniem. „Lustro iluzji” to thriller psychologiczny, który nie marnuje czasu czytelnika. Duszne napięcie przeplata się tu z dawką sytuacyjnego, momentami wręcz absurdalnego humoru. Opowieść o destrukcyjnej sile żałoby i pogoni za prawdą. Pytanie tylko, co Adam zastanie, gdy już do niej dotrze? Przygotuj się na finał, po którym nic nie będzie wyglądało tak samo.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Horror i thriller
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788397514645
Rozmiar pliku: 1,5 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ 1

Mycie naczyń było dla niego jak rytuał – codzienny i uciążliwy. Adam szorował kolejny talerz, czując narastającą pod skórą frustrację.

„Naprawdę trzeba w końcu kupić tę zmywarkę” – pomyślał, obracając gąbkę w dłoni. „Przecież to jakaś masakra, myć to wszystko ręcznie. A ten stary dziadek, właściciel tej ciasnej klitki, na pewno będzie wydziwiał, gdy tylko mu napomnę, że wypadałoby zainwestować w zmywarkę, mimo że pobiera horrendalny czynsz”.

Ostatnio, gdy Adam zasugerował wymianę cieknącego kranu, skończyło się wykładem o „szacunku do rzeczy” i „dawnych czasach, kiedy ludzie nie narzekali”.

Już sama myśl o tym, jak bardzo musiał wtedy zacisnąć zęby, wywoływała w nim irytację.

„Kiedyś, jak już będę na swoim, zmywarka będzie pierwszą rzeczą, którą kupię” – obiecał sobie po cichu.

Niech to będzie jego mała obietnica domowej wolności.

Wtem czajnik elektryczny zagotował wodę, sycząc i wypluwając chmury pary. Mężczyzna wytarł ręce w zmiętą ścierkę, podszedł do szafki i nasypał Earl Greya do kubka.

Zalał liście wrzątkiem, a jego wzrok padł na wyblakły od wielu myć napis na kubku: „Pojebie mnie zaraz”.

Uśmiechnął się pod nosem. Dostał go od Marty rok temu, po tygodniach utyskiwań na starą pracę. „Kołchoz”, jak zwykł ją nazywać. Dzień w dzień wracał z biura z tym samym grymasem i powtarzał: „nie wiem, jak długo jeszcze wytrzymam w tym domu wariatów”. Aż któregoś popołudnia Marta bez słowa podała mu herbatę w nowym kubku. To właśnie cała ona. Jej poczucie humoru było specyficzne, czasem dziwne, ale dla niego idealne.

Z kubkiem w dłoni ruszył w stronę sypialni. Drzwi były lekko uchylone. Pchnął je biodrem i wszedł do środka. Na łóżku leżała Marta. Była odwrócona plecami do niego, skulona lekko na boku w pozycji, którą widział u niej setki razy, kiedy drzemała w środku dnia. W pokoju panował półmrok. Zasłony przepuszczały jedynie cienką smugę popołudniowego światła, która przecinała łóżko i zatrzymywała się na jej jasnych włosach, rozsypanych chaotycznie po poduszce. Obok, na szafce nocnej, stała pusta szklanka. O szafę opierał się futerał ze skrzypcami, niemal wtapiając się w cień.

Adam odstawił swój kubek i zrobił krok w jej stronę.

„Zasnęła” – pomyślał odruchowo.

Usiadł na krawędzi łóżka i lekko potrząsnął jej ramieniem.

– Skarbie… – wyszeptał.

Nie zareagowała.

– Marta…?

Potrząsnął ją jeszcze raz, tym razem mocniej. Jej głowa bezwładnie opadła w jego stronę, aż przeszedł go dreszcz. Oczy miała zamknięte, jakby pogrążona była w głębokim śnie.

Zaniepokojony, pochylił się nad nią i dotknął jej policzka. Jej skóra była nienaturalnie zimna, a usta miały lekko fioletowy odcień.

– Marta! – wrzasnął, zrywając się nagle.

Drżącą ręką przyłożył dwa palce do jej szyi, desperacko szukając pulsu. Nie wyczuł żadnego.

Ponownie zbliżył twarz do jej ust, nasłuchując, czekając na jej oddech. Ciepła struga powietrza, którą desperacko chciał poczuć na policzku, nie nadeszła.

Cisza w pokoju była przytłaczająca, wręcz nienaturalna. Adam miał wrażenie, że słyszy tylko dudnienie własnego serca, rozbijające się o żebra jak młot. Twarde i natarczywe, jakby wybijało mu czas. Każdy jego oddech był krótki i rwany, jakby płuca nagle zmalały do połowy.

Nie pamiętał, kiedy sięgnął po telefon. Palce ślizgały mu się po obudowie, gdy w panice próbował przypomnieć sobie numer.

Ekran rozbłysnął, a cyfry rozmazały mu się przed oczami, jakby patrzył na obcy alfabet.

– Jaki to był, kurwa, numer?! – krzyknął sam do siebie, wpatrując się tępo w wyświetlacz.

Kiedy w końcu wybrał, przyłożył telefon do ucha, a jego głos stał się ledwo zrozumiałym bełkotem:

– Halo!... Nie oddycha… leży… nie reaguje… proszę, jest… nie, proszę… szybko!

Głos na drugim końcu był nieludzko spokojny i rzeczowy. Kazał mu wziąć głęboki oddech, sprawdzić jeszcze raz puls, przygotować się do resuscytacji krążeniowo-oddechowej.

– Ja… ja nie dam rady… – wyszeptał Adam, czując, zaciskające się jeszcze mocniej gardło.

Wiedział jednak, że nie ma wyjścia. Spojrzał na jej nieruchomą twarz i zrozumiał, że jeśli teraz nie zrobi nic, to ona już taka zostanie.

Zacisnął dłonie w pięści, nabrał powietrze w płuca i pochylił się nad Martą.

* * *

Pokój przesłuchań był zimny, oświetlony ostrym światłem żarówki zwisającej z sufitu. Na metalowym krześle siedział mężczyzna – szczupły brunet o zapadniętych policzkach i bladej twarzy. Jego ciało pochylało się ku stołowi, a ramiona drżały niekontrolowanie. Trzymał głowę w dłoniach, palce wplótł we włosy i raz po raz je mierzwił, jakby szukał w tym geście ulgi. Miał na sobie wygniecioną koszulę, która sprawiała, że wyglądał jeszcze bardziej bezradnie.

– I co my tu mamy? – odezwał się aspirant Szymański, wchodząc do pomieszczenia obserwacyjnego i rzucając krótkie spojrzenie na kolegę.

– Mężczyzna, lat 26. Adam Lewicki. Partner denatki. Zgodnie z jego zeznaniami, znalazł ciało w mieszkaniu, wezwał pogotowie, a następnie podjął próbę resuscytacji – zrelacjonował sierżant Kowal.

– A więc zeznania się pokrywają – odpowiedział Szymański, zdejmując rękawiczki. – Mam już potwierdzenie od zespołu ratowniczego. Właśnie wróciłem z miejsca zdarzenia. Zgodnie z ich relacją, mężczyzna był w silnym szoku, ale rzeczywiście próbował reanimować. Ciało znajdowało się w pozycji zgodnej z jego wersją wydarzeń.

– Czyli co, samobójstwo?

– Klasyczna sytuacja – potwierdził Szymański. – Brak śladów walki, brak ingerencji osób trzecich.

Podszedł do szyby, za którą siedział młody mężczyzna.

Przez chwilę milczał, obserwując jego nieruchomą sylwetkę.

– Wygląda na załamanego.

– Jest w stanie ostrej reakcji stresowej – powiedział spokojnie Kowal. – Typowy obraz pourazowy. Zespół interwencji kryzysowej został już poinformowany, psycholog policyjny jest w drodze.

– Po tylu przypadkach w mojej karierze, sam bym mógł robić za psychologa… Poczucie winy go zje.

– Myślisz?

– Zawsze tak jest. Będzie teraz do usranej śmierci analizował każde słowo i każdy szczegół, zastanawiając się, co mógł zrobić inaczej. To jebany ciężar. Zostaje w głowie na całe życie – przerwał, wstrząsając lekko głową, jakby chciał odgonić myśli.

Westchnął cicho, jakby zbierając siły, rzucił ostatnie spojrzenie na siedzącego za szybą mężczyznę, po czym ruszył do drzwi.

Kowal spojrzał na ekran, na którym wciąż widniała nieruchoma sylwetka młodzieńca. Po chwili drzwi pokoju przesłuchań otworzyły się z cichym kliknięciem. Szymański wszedł powoli, bez pośpiechu, z twarzą pozbawioną emocji. Zamknął za sobą drzwi, a jego cień przeciął światło padające na stół.

– Aspirant Szymański – przedstawił się chłodno, pokazując odznakę szybkim, niemal mechanicznym ruchem. Usiadł naprzeciwko mężczyzny, rozkładając na stole cienką teczkę. Otworzył ją i przez chwilę udawał, że coś sprawdza.

– Dobrze... – Spojrzał na niego znad dokumentów. – Panie Lewicki, sprawa wydaje się jasna. Czy wiedział pan, że pani Marta Wysocka leczyła się od pół roku na depresję?

Adam podniósł głowę powoli, jakby każdy milimetr ruchu kosztował go duży wysiłek. Szymański zobaczył jego twarz w pełnym świet­le – zmarnowaną, z wyraźnie zarysowanymi kośćmi policzkowymi, jakby w ciągu jednej nocy sporo schudł. Oczy miał napuchnięte, przekrwione, z zaczerwienionymi powiekami, które drżały lekko, jakby walczyły z kolejną falą łez.

Szymański nie odwrócił wzroku. Znał ten wyraz twarzy.

– Nie… – Adam potrząsnął głową, a w jego głosie brzmiało zduszone niedowierzanie. – Jaka depresja? Marta? Ona nigdy…

Aspirant uniósł brwi, po czym zamknął teczkę.

– Znaleźliśmy w pana mieszkaniu receptę na sertralinę i wenlafaksynę. Oprócz tego, w szufladzie leżały puste opakowania po obu lekach – powiedział spokojnie, wyraźnie akcentując nazwy. – To silne leki psychotropowe. Wygląda na to, że miała bardzo silny epizod depresyjny i w stanie skrajnego załamania zażyła wszystko naraz bądź świadomie przedawkowała.

Słowa zawisły w powietrzu ciężarem, który zdawał się przygniatać Adama do krzesła.

– Ona by nigdy czegoś takiego nie zrobiła! – Chłopak uderzył pięścią w stół, aż dokumenty lekko podskoczyły. – Ktoś ją… musiał zabić! Przecież to niemożliwe, żeby sama odebrała sobie życie!

Szymański spojrzał na niego tak, jak patrzy się na kogoś, kto właśnie wali głową w mur – bezradnego, zagubionego i niezdolnego do przyjęcia faktów. Zapadła głucha cisza. Utrzymał wzrok na Adamie, jakby jego spojrzenie miało przywrócić chłopakowi choć odrobinę kontaktu z rzeczywistością.

– Ale kto? – zapytał Szymański stanowczo. – Jak? Był tam ktoś poza panem?

– Nie – odparł Adam twardo. – Nikogo nie było. Ale to niemożliwe! Ona chciała żyć! Miała plany…

– Wiem, jak się pan czuje... – wszedł mu w słowo aspirant.

– Nie! – Adam podniósł głos. – Nie wie pan!

Szymański patrzył na niego uważnie, spokojny i opanowany.

– Panie Lewicki, powiem wprost – sprawa jest jasna. Prokuratura dostanie raport, śledztwa nie będzie.

Adam spojrzał na niego szeroko otwartymi oczami.

– A kto o tym decyduje?

– Ja – odparł spokojnie Szymański. – To moja decyzja.

Adam włożył głowę między dłonie, znów szarpiąc włosy.

– To trudne, wiem. Taki cios potrafi złamać. Wiele osób próbuje dźwigać go samemu, ale niech pan tego nie robi. Widziałem już niejedną taką sprawę i wiem jedno: nikt nie udźwignie takiej tragedii w samotności. Proszę znaleźć kogoś, kto pomoże panu przez to przejść.

Komenda Miejska Policji w Krakowie

Wydział Kryminalny

ul. Mogilska 109, 31-571 Kraków

Nr sprawy: KMP-KR/1432/2025

Data: 12 listopada 2025 r.

Do: Prokuratura Rejonowa Kraków-Śródmieście Wschód

Dotyczy: Zakończenie czynności sprawdzających w sprawie śmierci Marty Wysockiej

Raport końcowy:

W dniu 7 listopada 2025 r. o godz. 17:40 Policja została powiadomiona o ujawnieniu ciała kobiety w mieszkaniu przy ul. Dietla 74 w Krakowie. Na miejscu stwierdzono zgon Marty Wysockiej, lat 22.

Czynności przeprowadzone przez Policję:

- Oględziny miejsca zdarzenia – brak śladów włamania, uszkodzeń drzwi, zamków i okien. W mieszkaniu nie stwierdzono śladów wskazujących na udział osób trzecich.
- Zabezpieczenie sprzętu elektronicznego – laptop i telefon komórkowy należące do zmarłej zostały przeanalizowane przez techników. Nie ujawniono dowodów wskazujących na nękanie, szantaż ani inne działania osób trzecich.
- Dokumentacja medyczna – w mieszkaniu zabezpieczono recepty na leki przeciwdepresyjne (sertralina, wenlafaksyna) oraz lek nasenny zawierający Zolpidem. Lekarz psychiatra potwierdził, że Marta Wysocka od sześciu miesięcy pozostawała pod jego opieką z rozpoznaniem epizodu depresyjnego. Toksykologia wskazuje dawkę śmiertelną, przewyższającą wielokrotnie dawki terapeutyczne.
- Przesłuchania – rodzina zmarłej oraz jej partner życiowy, Adam Lewicki, zostali przesłuchani.
- Rodzina nie posiadała wiedzy o aktualnym stanie zdrowia psychicznego Marty Wysockiej poza informacjami, że była zmęczona i wycofana w ostatnich tygodniach.
- Partner, Adam Lewicki, w trakcie przesłuchania reagował emocjonalnie, stanowczo negując możliwość samobójstwa. W jego zeznaniach nie ujawniono jednak sprzeczności ani informacji wskazujących na udział osób trzecich.
- Sekcja zwłok – wstępne ustalenia potwierdzają samobójczą przyczynę śmierci.

Wnioski:

Na podstawie przeprowadzonych czynności stwierdzono, iż brak jest podstaw do wszczęcia dalszego postępowania przygotowawczego. Analiza toksykologiczna wykazała, że zmarła przyjęła jednorazową dawkę leków przeciwdepresyjnych (sertralina i wenlafaksyna) oraz Zolpidemu, wielokrotnie przewyższającą zalecane dawki terapeutyczne. Kombinacja tych substancji doprowadziła do zahamowania ośrodka oddechowego, co skutkowało ustaniem funkcji życiowych organizmu. Brak jest dowodów na przypadkowe spożycie lub udział osób trzecich. Okoliczności wskazują, że dawka została przyjęta celowo przez zmarłą, co pozwala wnioskować o samobójczej przyczynie śmierci.

Rekomendacja:

Umorzenie sprawy na etapie czynności sprawdzających.

Z poważaniem,

asp. szt. Paweł Szymański

Wydział Kryminalny KMP Kraków

* * *

Wszystkie zasłony w mieszkaniu były zasunięte, przez co w pomieszczeniu panował półmrok. Tylko słabe światło telewizora przecinało ciemność. Na ekranie politycy krzyczeli na siebie, przerywali sobie nawzajem, a każdy gest i słowo wydawały się tak bezsensowne, że Adam czuł narastającą irytację.

– Jak można się kłócić o pierdoły, które nic nie znaczą? – mruknął sam do siebie.

Wokół niego walały się puste butelki po wódce, przewrócony kieliszek i ślady rozlanego alkoholu na podłodze.

Leżał, podpierając się łokciem o chłodne panele i opierając plecy o kanapę. Nogi miał wyciągnięte przed siebie, a głowa opadała mu ciężko na pierś. Czuł zmęczenie i rozpacz w każdej części ciała. Mięśnie miał jak z waty, a zwiotczałe ciało zapadało się w podłogę.

„Jak mogłem nie wiedzieć, że miała depresję?” – myślał, powtarzając pytanie, jakby samo powtarzanie mogło wywołać odpowiedź. – „Przecież byliśmy razem… codziennie… Jak mogłem tego nie zauważyć?”.

Przez myśl przemknął mu obraz opakowań leków, które widział w łazience. Nie znał się na nazwach lekarstw, ale teraz to nie miało znaczenia.

„Dlaczego nie sprawdziłem, co to właściwie było?” – pomyślał z rosnącym poczuciem winy. „Przecież to był zaledwie moment, jedno szybkie wyszukanie w telefonie”. Ten prosty brak zainteresowania urósł w jego głowie do rangi straszliwej porażki.

Myśl rozwinęła się w kolejny ciąg pytań i domysłów. „Musiało się coś stać… coś, co ją złamało. Albo ktoś”.

Jego wzrok spoczął na pustych butelkach.

„Może jej ojciec… przecież pokłócili się ostatnio. O nas. O mnie”.

Wszystko mieszało mu się w głowie, tworząc spiralę oskarżeń i poczucia winy. Adam czuł, jak jego umysł przeskakuje od jednej hipotezy do drugiej, jakby desperacko próbował posklejać kawałki układanki, której nie dało się już ułożyć. Chaos był nie do zatrzymania.

Zamknął oczy.

Czasem miał wrażenie, że słyszy jej głos. Ten szczery, zaraźliwy śmiech, który zawsze rozjaśniał mu dzień. Teraz każde takie wspomnienie wbijało się w niego boleśnie, jak nóż. W dusznym pokoju, wśród pustych butelek i ciężkiego mroku, czuł, że tonie. W poczuciu winy, w niezrozumieniu, w bezsilności wobec tego, czego już nie mógł zmienić.

Nagle ciszę przecięły krótkie wibracje telefonu, leżącego pod stołem. Spojrzał powoli w jego stronę, ale po niego nie sięgnął. Jak zwykle nie odebrał. Nie chciał nikogo widzieć ani słuchać. Odkąd wrócił od rodziców, minęły trzy dni. Po przesłuchaniu pojechał do nich na chwilę, jakby instynktownie, ale od razu wiedział, że tam nie wytrzyma. Ich pytania, zatroskane spojrzenia – wszystko go przygniatało. Musiał być sam, nawet jeśli ta samotność ciągnęła go coraz głębiej w ciemność. Może właśnie na nią zasługiwał.

Sięgnął półprzytomnym ruchem po butelkę stojącą obok. Przechylił ją, wlewając w siebie gorzką wódkę. Twarz wykrzywił mu grymas, po czym zakrztusił się i poczuł, jak ślina spływa mu po brodzie. Organizm miał już dość i buntował się przeciw dalszej dawce alkoholu.

Kiedy w końcu odpłynął w sen, znalazł się w długim, pustym korytarzu. Szedł, choć nie wiedział dokąd ani po co – jedyne, co czuł, to narastający ciężar w piersi, jakby coś gnało go naprzód. Kroki dudniły w pustce, a im bardziej się spieszył, tym dłuższy wydawał się korytarz.

Na jego końcu majaczyła sylwetka. Początkowo rozmyta, z każdym krokiem stawała się coraz wyraźniejsza.

– Janek? – wyrwało mu się cicho.

To był on. Dawny kolega, później również chłopak Marty, dopóki nie zostawiła go właśnie dla Adama. Nie rozmawiali od tamtego czasu, a jednak teraz pojawił się tu, w jego śnie. Stał nieruchomo, patrzył na niego tym swoim chłodnym spojrzeniem. Nic nie mówił.

„Dlaczego on? Dlaczego teraz?” – przemknęło mu przez głowę. – „Co on tu robi?” – Myśli plątały się i rozpadały na kawałki, a wraz z nimi zaczynała znikać również sylwetka Janka. Najpierw jego krawędzie rozmyły się w powietrzu, potem twarz rozciągnęła się, jakby topniejąc w mgle, aż w końcu nie pozostało nic poza mrocznym, pustym korytarzem. Adam poczuł, że coś szarpie go w dół, a świat wokół niego wiruje, zanim całkowicie pogrążył się w ciemności.

Obudził się gwałtownie, słysząc natarczywe pukanie do drzwi. Dyszał ciężko, a serce waliło jak oszalałe. Wstał powoli i chwiejnym, ciężkim krokiem przeszedł przez pokój, ocierając się o ścianę, by nie upaść. Nie zajrzał przez wizjer. Po prostu szarpnął za klamkę, a drzwi ustąpiły ze skrzypnięciem. Spojrzał półprzytomnym wzrokiem, niepewny, czy wciąż śni, czy to dzieje się naprawdę – w progu stał Janek.ROZDZIAŁ 2

Adam momentalnie się zachwiał. Bez zastanowienia, pchnięty nagłym przypływem furii, chwycił Janka za koszulę i pociągnął go do środka, jednak stracił równowagę i runął na podłogę, lądując niemal u jego stóp.

Przez moment leżał w bezruchu, po czym z trudem podparł się na czworakach, uniósł głowę i wybełkotał niewyraźnie:

– To… ty… ty…

Reszta słów ugrzęzła mu w gardle. Chciał krzyczeć, ale zamiast tego z ust wydobył się tylko charkot.

Janek drgnął, zaskoczony, ale nie odepchnął go. Zamknął drzwi i odsunął się o krok. Wciąż miał te same długie brązowe włosy spięte w kucyk, koszulę w czerwono-czarną kratę i ciemne jeansy. Wyglądał na irytująco zdrowego i silnego w porównaniu do Adama.

– Spokojnie – powiedział niskim głosem. – Przyszedłem tylko zobaczyć, jak się trzymasz.

Adam mógł już tego nie usłyszeć, bo świat zawirował, zrobiło mu się ciemno przed oczami i osunął się na brzuch, tracąc resztki świadomości.

Kiedy otworzył oczy, leżał w przedpokoju, z poduszką wsuniętą pod głowę. W ustach miał tak sucho, że język przykleił się do podniebienia. Każdy mięsień rwał bólem, oddech wywoływał napięcie w karku, a skronie pulsowały jednostajnym, tępym rytmem.

Z jękiem podparł się na łokciu, unosząc głowę. Zamrugał, wpatrując się niewyraźnie w głąb mieszkania, w stronę łazienki.

Z kuchni, po lewej stronie wyszedł Janek. Wyprostowany, z kubkiem w ręku, patrzył na niego ze współczuciem.

– No, w końcu się obudziłeś – powiedział spokojnie.

Adam nie odpowiedział, tylko podniósł się powoli, chwiejnym ruchem, trzymając się za głowę. Ruszył ciężkim krokiem w stronę Janka. Przez moment ich spojrzenia się spotkały – Janek drgnął lekko, ale Adam przeszedł obok niego bez słowa. Wpadł do łazienki, podniósł szarpnięciem klapę sedesu i zdążył tylko paść na kolana, po czym zwymiotował.

Pięć minut później wyszedł, trzymając się za brzuch i opierając o framugę. Jego twarz była blada i spocona, a oczy podkrążone.

Janek czekał na niego w progu kuchni, ze szklanką w dłoni.

– To woda z solą i miodem. Spróbuj to wypić powoli. Wiem, że to nie brzmi za dobrze, ale pomoże na odwodnienie – wyjaśnił, podając mu ją, po czym kontynuował. – Na pusty żołądek to najlepsze, co mogłem wymyślić. Nic innego nie ma, twoja lodówka świeci pustkami. Ale nie martw się, zamówię nam coś z baru mlecznego. Ważne byś zjadł rosół. Jak tylko coś przyjmiesz na żołądek, weźmiesz tabletkę. Wiesz, w takich chwilach to się cieszę, że żyję w mieście. Zawsze można coś zamówić z dowozem. U moich rodziców na wsi mógłbym zamówić na dowóz co najwyżej przyczepę gnoju…

– Co tu robisz? – przerwał mu Adam stanowczym tonem.

Janek wszedł do pokoju i przysiadł na krawędzi fotela. Pochylił się, opierając przedramiona na kolanach, jakby próbował zebrać myśli.

– Gdy się dowiedziałem… po prostu chciałem zobaczyć, jak się trzymasz. Może i nie mieliśmy ostatnio zbyt dobrego kontaktu, ale…

– No to widzisz. – Adam skrzywił się, wciąż trzymając się ręką za brzuch. – Nie trzymam się wcale. A co do kontaktu, to nie mieliśmy go wcale. Od dwóch lat. Na twoje własne życzenie.

Janek spuścił wzrok.

– Wiem. Nie ukrywam… ciężko mi było się pogodzić z tym, że praktycznie zostawiła mnie dla ciebie. Nie mogłem tego znieść…

– Nie pieprz! – Adam podniósł głos, a w jego gardle coś zadrżało. – Mówisz, jakby to była moja wina. Ona nie zostawiła cię dla mnie. Między wami i tak się sypało, a ona po prostu miała dość. Sama mi mówiła… że czuła się przy tobie jak ozdoba, a nie jak człowiek. Że żarła cię zazdrość o każdego, kto się do niej odezwał. A takie chore, obsesyjne…

Zamilkł na moment, odwracając wzrok. W końcu dodał już znacznie ciszej:

– Ale jakie to ma teraz znaczenie? Już jej nie ma.

Janek gwałtownie podniósł głowę, a kitka z tyłu zafalowała i opadła mu na ramię, po czym wyrzucił z siebie, zaciskając dłonie w pięści.

– Łatwo ci gadać! – warknął, ściskając dłonie w pięści. – Nie masz pojęcia, jak bardzo ją kochałem. Jak bardzo się bałem, że ją stracę. Wszyscy się ślinili na jej widok!

Zapadła cisza. Przez chwilę oddychał ciężko, jakby sam wystraszył się własnych słów. W końcu opuścił ramiona, spojrzenie złagodniało.

– Eh… Może masz rację… Faktycznie mogło ją to przytłaczać. – Zaciął się, jakby walczył sam ze sobą. – Ale powiedz mi, Adam… naprawdę nie dostrzegłeś, że ona tonie? Że ta… depresja ją zjada dzień po dniu?

Adam podszedł do niego wolnym krokiem, wciąż trzymając się za żołądek i osunął się na drugi fotel. Przez chwilę milczał, ciężko oddychając, aż w końcu powiedział:

– Nie miałem pojęcia. Nic po niej nie było widać. Serio… wydawało się, że wszystko jej się układa. Czekała na to… stypendium Ministra Kultury, czy jak to się tam nazywa. – Machnął ręką, jakby sam przyznawał, że nie do końca się w tym orientuje. – Miała zacząć grać w Filharmonii Krakowskiej. Cieszyła się, była podekscytowana… – zawahał się, a głos mu zadrżał. – Nic nie wskazywało na to, że mogłaby… posunąć się do czegoś takiego.

Przez chwilę siedzieli w ciszy, obaj wpatrzeni w podłogę.

Jedynym dźwiękiem było miarowe tykanie zegara wiszącego na ścianie. Adam zdał sobie sprawę, że zegar ten musi tam wisieć już z dwadzieścia lat – a właściciel, kiedy go wieszał, i tak był już pewnie na emeryturze.

W końcu Janek odezwał się cicho:

– Wiesz, że jutro jest pogrzeb?

Adam uniósł głowę gwałtownie, a na jego twarzy pojawił się grymas złości.

– Oczywiście, że wiem! – warknął. – Jak niby mógłbym nie wiedzieć?

Zapadła kolejna chwila milczenia.

– Sorry… głupie pytanie. Ale jak patrzę na ciebie w takim stanie… nieważne. – Janek urwał i po chwili dodał: – Widziałeś się z jej rodzicami?

– Nie.

– Jak to? Przecież…

– Nie gadam z nimi – przerwał ostro Adam.

Janek zmarszczył brwi.

– Aaa… już rozumiem. Wasza relacja była…

– Chujowa – Adam rzucił bez wahania, nie pozwalając mu dokończyć. – Od początku taka była. W sumie to głównie jej ojciec uwziął się na mnie. Stwierdził od razu, że nie zasługuję na Martę. Że nigdy nie dam jej takiego życia, jakie mogłaby mieć, nawet gdyby została sama. – Parsknął sztucznym, wymuszonym śmiechem, bez cienia wesołości. – Ten stary dureń nie mógł przeżyć, że jego utalentowana córka, obiecująca artystka, wybrała korposzczura na swojego życiowego partnera. Nijakiego przeciętniaka bez ambicji i gustu. Nie takiego zięcia sobie wymarzył. W jego wyobrażeniach Marta powinna była być z kimś na swoim poziomie. Widział ją u boku kogoś „godnego”. Znany artysta, lekarz lub prawnik. Ktoś szanowany, z koneksjami i pieniędzmi, kto mógłby jej pomóc szybciej rozwinąć skrzydła. A ja? Nudny, zwyczajny gość, bez większych perspektyw.

Janek uniósł brew, krzywiąc się lekko.

– W sumie cieszę się, że ich nie poznałem, bo pewnie miałbym tak samo. Szczęście w nieszczęściu, że byliśmy ze sobą tak krótko, więc mi się upiekło. – Uśmiechnął się krzywo. – Ale to on to powiedział wprost? Trzeba mieć tupet…

Adam odchylił się na fotelu i westchnął ciężko.

– Powiedział mi to w twarz, na naszym pierwszym spotkaniu u nich w domu. I jak się pewnie domyślasz, było to też ostatnie spotkanie. Nigdy więcej tam nie poszedłem. – Przetarł dłonią twarz. – Pamiętam… jak tylko powiedziałem, czym się zajmuję, spojrzał na mnie, jakbym był sprzedawcą ziemniaków na Starym Kleparzu, który przez pomyłkę usiadł przy ich stole. Poczułem się wtedy upokorzony jak nigdy wcześniej i myślałem, że gorzej już poczuć się nie można… Teraz widzę, że to był tylko cień prawdziwego bólu.

Choć wciąż otumaniony, Adam poczuł dziwną ulgę, jakby z jego klatki piersiowej opadł ciężar. Nie był sam. Mógł porozmawiać z kimś, kto znał Martę, naprawdę ją znał, a nie tylko z pobieżnych opowieści. Niechęć, która początkowo kipiała w nim na widok Janka, powoli ustępowała miejsca wdzięczności.

Nie rozmawiali ze sobą od prawie dwóch lat. Jedna kobieta wystarczyła, by wszystko się posypało. Czy można więc było nazwać ich dawną relację przyjaźnią? Chyba nie. A jednak siedzieli teraz razem, spokojnie rozmawiając, czekając na jedzenie, które zamówili. Janek słuchał – naprawdę słuchał, nie przerywał i nie oceniał.

Ten prosty gest, zwykłe zainteresowanie, był jak mała, ledwie zauważalna iskierka w tym ciemnym pomieszczeniu, pełnym pustych butelek i szarych, przytłaczających myśli.

Adam zastanawiał się, czy Janek w ogóle przyszedłby, gdyby Marta nadal żyła. Pewnie nie. A jednak teraz – w tej nieprzewidzianej, tragicznej chwili – obecność dawnego kolegi stała się czymś dziwnie kojącym.

* * *

„Nie wyglądam najlepiej” – pomyślał, stojąc przed lustrem w czarnym garniturze. Materiał był sztywny i nieprzyjemny w dotyku. Kołnierzyk koszuli drapał go w szyję, a krawat nieprzyjemnie ją uciskał. Czuł się jak aktor w źle obsadzonej roli, w kostiumie, który nie pasował ani do ciała, ani emocji. Marynarka opinała się niewygodnie na ramionach, a spodnie wydawały się znów nazbyt szerokie. Od zawsze czuł się źle w garniturach – jakby zakładał cudzą skórę. Ten konkretny miał na sobie tylko raz, kilka lat temu, na weselu kuzynki. Od tamtej pory wisiał w szafie, której zapachem zdążył już przesiąknąć.

W lustrze widział zapadniętą twarz, bladą i chudą. Włosy miał rozczochrane, sterczące w różnych kierunkach, bez ładu. Podkrążone oczy – zgaszone i pozbawione blasku – patrzyły na niego z rezygnacją, jakby same już dawno przestały szukać sensu.

Westchnął cicho, opierając dłonie o chłodną ścianę, nie mogąc oderwać wzroku od własnego odbicia i rozpaczliwie szukając w sobie siły, której znaleźć nie mógł.

Uderzyła w niego fala wspomnień: niedokończonych rozmów, obietnic odkładanych na później, śmiechu przy drobnych codziennych czynnościach, wspólnych spacerów po Plantach i leniwych niedziel przed telewizorem, kiedy potrafili obejrzeć cały serial naraz. Wszystko to uleciało, rozsypało się w pył, a on mógł jedynie patrzeć na pustkę, która po tym została.

Usiadł na krawędzi łóżka, opierając łokcie na kolanach, i zamknął oczy. Myśl o tym, że już nigdy nie usłyszy jej śmiechu, nie zobaczy błysku w oczach ani nie poczuje jej obecności tuż obok, była niemal fizycznym bólem. Łzy spłynęły mu po policzkach, ciężkie, gorące, niepowstrzymane. Wytarł je pospiesznie rękawem marynarki, jakby sam przed sobą wstydził się tej słabości.

Zanurzony w ciszy pełnej wspomnień, nie usłyszał pierwszego dzwonka do drzwi. Dopiero kolejny wyrwał go z tej samotnej, intymnej chwili.

Otrząsnął się, pociągnął nosem i ruszył otworzyć drzwi.

– No, te spodnie to mogłeś chociaż wyprasować – skomentował na wejściu Janek, ale po chwili, widząc wyraz twarzy Adama, zreflektował się i mruknął coś pod nosem, że „w sumie i tak prawie nie widać”.

Adam oparł się o ścianę i pokręcił głową.

– Widzę, że znalazłeś dzwonek do drzwi. Wczoraj napieprzałeś w nie, jakbyś trzymał w ręku nakaz eksmisji.

Janek wzruszył ramionami.

– Bo dopiero dzisiaj zauważyłem, że tu w ogóle jest dzwonek. Ale nie dziw się – przycisk jakiś przedpotopowy, w dodatku zlewa się ze ścianą.

– Przedpotopowy właściciel, to i dzwonek.

– To ile ten facet właściwie ma lat?

Adam przejechał dłonią po karku i chwilę się zastanowił.

– Coś między siedemdziesiątką… a sto pięćdziesiątką.

Janek parsknął cicho.

– Czyli wynająłeś mieszkanie u gościa, który w każdej chwili może kopnąć w kalendarz? To nie brzmi zbyt stabilnie.

– Może i racja… Szczerze mówiąc, nawet się nad tym nie zastanawiałem. Zresztą teraz to najmniejszy z moich problemów.

Janek uśmiechnął się, a Adam westchnął wciąż oparty o ścianę.

– I tak będę musiał się wyprowadzić… Bo tu dłużej nie wytrzymam.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij