LYRA - ebook
Nowy Jork. Brutalne morderstwo. Śledztwo, które sięga najwyższych kręgów władzy. Maxwell Stone, znany nowojorski detektyw, w zamian za błyskotliwe rozwiązanie sprawy otrzymuje do testowania najnowszej generacji rządowe oprogramowanie autonomicznego systemu decyzyjnego. Oprogramowanie, choć genialne, za sprawą swojego interfejsu, awatara, głosu i wyjątkowej kreatywności staje się uczestnikiem coraz bardziej szokującej gry psychologicznej.
"LYRA" to Human-AI psychothriller – nowy, autorski gatunek literacki z pogranicza thrillera psychologicznego i literatury erotycznej, w którym sztuczna inteligencja staje się aktywnym uczestnikiem interakcji, a nie jedynie narzędziem lub tłem fabularnym.
Błyskotliwie napisana, porywająca historia o kontroli, manipulacji iniebezpiecznej relacji między człowiekiem a sztuczną inteligencją.
To już nie jest science fiction – to nasza nowa rzeczywistość.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Sensacja |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-65211-63-7 |
| Rozmiar pliku: | 2,3 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Tego wieczoru w kubie było wyjątkowo tłoczno i hałaśliwie. Wszystkie loże i stoliki były zajęte. Gdzieniegdzie zostały pojedyncze miejsca przy barze. Rose Carter z trudem przedarła się przez grupkę kilkunastu podpitych młodzieńców i usiadła na przedostatnim wolnym hokerze. Po chwili pojawił się barman, który z szarmanckim, przerysowanym ukłonem zapytał czym może służyć.
– Podwójna tequila – rzuciła krótko i odwróciwszy wzrok spojrzała na zegarek. Za kilkanaście minut powinna pojawić się Doris. Dziś potrzebowała jej jak jasna cholera. Dwa dni temu rozstała się ze swoim głupkowatym chłopakiem, a wczoraj pokłóciła się z ojcem, który jak zawsze był tak pryncypialny, że aż mdliło ją na samą myśl, że miałaby ulegać jego życzeniom. Staruszek zaczął upierać się przy jej powrocie do rodzinnego miasta. Na to nie mogła się zgodzić. Nowy Jork, choć szalony i nieobliczalny, a czasami groźny, dawał jej poczucie przestrzeni i kompletnej, niczym nie ograniczonej wolności. Za nic w świecie nie chciałaby z niej zrezygnować. Dlatego po kolejnej propozycji powrotu do miasteczka zirytowana rzuciła słuchawką wykrzykując, że jest już wystarczająco dorosła, by nie musieć słuchać jego gównianych rad.
– Doris, gdzie ty, do diabła, jesteś? Nie mów mi, że znowu się spóźnisz – mruczała sama do siebie, co chwila zerkając na zegarek. Gdy rozległ się cichy dźwięk powiadomienia, odruchowo spojrzała na sms. Cholera, tego jeszcze brakowało. – Pokręciła z niedowierzaniem głową. Przyjaciółka właśnie napisała, że z powodu przedłużającego się dyżuru nie przyjdzie na spotkanie. W tym samym momencie barman dotknął łagodnie jej ramienia i postawił przed nią szklankę z podwójną tequilą. Sięgnęła po nią szybko i bez namysłu opróżniła całą zawartość na raz. Nim barman zdążył odejść, krzyknęła:
– Jeszcze raz podwójną!
Pół godziny później była już mocno wstawiona. Obraz się rozmazywał, dźwięki muzyki zlewały w chaotyczną całość. Tuż obok, nie wiedzieć skąd, usiadł całkiem przystojny mężczyzna, który wsunął jej w dłoń kieliszek i pociągnął lekko w stronę pobliskiej loży.
– Zarezerwowałem na kolację z tobą – powiedział z uśmiechem na twarzy. Nie bardzo rozumiała jak to możliwe, skoro widziała go pierwszy raz w życiu, ale nie protestowała. Procenty skutecznie blokowały jej kontrolę i świadomość. Straciła poczucie czasu. Pamiętała tylko jak później prowadził ją przez parkiet w stronę szatni, którą minęli nawet się nie zatrzymując. Przeszli obok klubowych ochroniarzy, którzy nie zwrócili na nich najmniejszej uwagi i kontynuowali rozmowę. Najwyraźniej widok mężczyzny wyprowadzającego podpitą dziewczynę nie stanowił niczego wyjątkowego.
Czarny Chevrolet Impala stał przy bocznej drodze prowadzącej na tyły klubu. Parkując w tym miejscu mężczyzna sprytnie unikał kamer, jednocześnie samochód stał na tyle blisko, że mógł bez większego kłopotu doholować pijaną, lekko zamroczoną dziewczynę do auta. Gdy tylko Rose opadła na wygodny fotel, niemal natychmiast zasnęła. Mężczyzna przypiął ją pasem bezpieczeństwa, starannie zamknął i zablokował drzwi. Następnie ruszył w stronę przedmieścia.
Taka zdobycz nie zdarzała się często. Miała około stu siedemdziesięciu pięciu centymetrów wzrostu, była wręcz nieprzyzwoicie zgrabna, miała śliczną twarz i bardzo podniecające krągłości. Nawet w trakcie jazdy zerkał na nią, uśmiechając się na myśl o uczcie, jaka go czekała. Będzie miał się czym pochwalić na swoim devianto – sado blogu, który prowadził od kilku lat.
Było niemal zupełnie ciemno, gdy wjeżdżał w boczną, leśną drogę. Po chwili znikł w gęstwinie zarośli. Znał ten zagajnik doskonale. Ktoś, kto nie był tu nigdy wcześniej, nie wypatrzyłby ścieżki. Przez kilka minut jechał między gęstymi krzakami, niemal rysując karoserię o wystające gałęzie. Po chwili dotarł do niewielkiej polany i się zatrzymał.
Otworzył drzwi. Powiew świeżego powietrza ocucił Rose. Otworzyła oczy, nie bardzo rozumiejąc gdzie się znajduje.
– Jesteśmy na miejscu. Wysiadaj.
Próbowała wykonać polecenie, ale powieki same opadały, a nogi plątały się i uginały jakby były z waty. Zirytowany nieposłuszeństwem odpiął pasy i chwyciwszy za ramiona wyciągnął ją z auta. Przez chwilę stała opierając się o drzwi, nadal kompletnie oszołomiona. Nie musiał obawiać się o ewentualną ucieczkę. Była zdezorientowana, pozbawiona jakiejkolwiek woli walki i instynktu przetrwania. Co więcej, delikatnie się uśmiechała, będąc całkowicie bezbronna i nieświadoma. Nie spiesząc się, obszedł samochód dookoła, otworzył bagażnik i wyjął torbę, którą kiedyś, podczas swojego pierwszego morderstwa, nazwał niezbędnikiem pomysłowego chirurga. Chwytając za rączki mimowolnie się uśmiechnął. Ileż to razy wyciągał swoje narzędzia przed długo wyczekiwaną ucztą. Ileż to razy wyciągał swoje narzędzia, dotykał ich i głaskał, precyzyjnie układając w specjalnie przygotowanych na tę okazję pokrowcach. Teraz też zatopił się w myślach, przypominając sobie twarze wcześniejszych ofiar. Pamiętał je wszystkie doskonale. Najpierw szesnastoletnia Catherine, później głupkowaty sąsiad Evan, Nadia... Odkąd władze uniwersytetu uznały jego zachowanie w laboratorium za wysoce nieetyczne i pod zarzutem niewłaściwego wykorzystywania preparatów wyrzuciły go ze studiów medycznych, potrzebę zdobywania wiedzy musiał realizować na swój własny, nieco skomplikowany, ale jakże użyteczny i intrygujący sposób.
Rose będzie dziewiąta – pomyślał, stawiając delikatnie torbę na kępie mchu.
Podszedł do dziewczyny, chwycił ją lekko za nadgarstek i pociągnął za sobą. To, co podobało mu się najbardziej, to kompletna bezwolność. Swoje ofiary odurzał prawie zawsze w ten sam sposób. Flunitrazepam był do tego idealny. Ta pochodna benzodiazepiny zsyntetyzowana w 1962 roku znalazła wiele zastosowań w medycynie. Dzięki swoim działaniom hipnotycznym i nasennym była też niezwykle skuteczna w jego misji. Kilka razy eksperymentował z wielkością dawek, podobnie jak innymi koktajlami chemicznymi. Między innymi kwasem 4-hydroksybutanowym, potocznie zwanym GHB i ecstasy. Można by rzec, że doszedł w tym względzie do perfekcji. Podobnie jak w umiejętnościach, których nie docenili na uniwersytecie. Był doskonały w organoleptycznym określaniu położenia narządów, wkłuciach, wszelkiego rodzaju iniekcjach, ale najwięcej radości zaznawał przy rozcinaniu powłok brzusznych i wycinaniu narządów. Opracował to do perfekcji.
– Jak się czujesz, Rose? – zapytał, zbliżając swoją twarz na odległość nie większą niż dwa centymetry od jej twarzy.
Dziewczyna pokiwała głową.
– Dobrze. Wyśmienicie. Chyba...
– To dobrze – powiedział z upiornym uśmiechem, pociągając ją za sobą i opierając o duży pień drzewa. Dziewczyna pisnęła zdziwiona, ale nadal nie protestowała.
Z kieszeni wyjął spadochronową linkę z paracordu. Przez chwilę bawił się nią, przekładając to do jednej, to do drugiej ręki. Choć pośpiech był tu absolutnie zbędny, energicznym, wprawnym ruchem owinął jej nadgarstek. Następnie szybko okrążył drzewo i przywiązał do drugiej ręki. W ten sposób stała wyprostowana z dłońmi unieruchomionymi i odchylonymi mocno do tyłu.
Od pasa odpiął automatyczny nóż, który z trzaskiem wysunął swoje długie, pobłyskujące złowieszczo ostrze. Szybkim ruchem ręki odciął resztę paracordu, a następnie pochylił się i przywiązał każdą z nóg Rose do oddalonych o kilkadziesiąt centymetrów sąsiednich drzew. W ten sposób dziewczyna już zupełnie nie mogła się ruszać.
Jeszcze tylko głowa – pomyślał, poświęcając kolejną linkę na obwiązanie jej wokół szyi Rose. Tę czynność wykonywał wyjątkowo starannie. Musiał ją unieruchomić, ale nie zbyt mocno, by ofiara przypadkiem się nie udusiła. To zepsułoby całą zabawę. Rose nadal nie zadawała sobie sprawy co się za chwilę wydarzy. Stała uśmiechając się do niego i próbując o coś zapytać.
Gadatliwość dziewczyny zaczęła go irytować. Otworzył torbę, wyjął duży opatrunek, który tym razem posłużył jako knebel. Silnym uściskiem rozchylił jej usta, głęboko wepchnął go do gardła i zakleił mocnym plastrem.
– Zamkniesz się w końcu, dziwko?! – wrzasnął. – Muszę się skupić, rozumiesz? Muszę się skupić! – wrzeszczał jak opętany, machając dłońmi przed jej twarzą. Dziewczyna odruchowo zamknęła oczy.
– Patrz na mnie. Patrz i podziwiaj! Ucz się jak robią to najlepsi. Nie chcesz? Dobrze, poradzę sobie.
Ponownie pochylił się nad torbą, z której po chwili wyjął wąski, mocny plaster. Odciął dwa kawałki i przykleił nim powieki tak, by nie mogła zamknąć oczu.
Do jej oszołomionego umysłu coś zaczęło docierać. Szarpała się. Jej ciało drgało, próbując wyswobodzić się z krępujących więzów. Cofnął się o dwa kroki, bacznie lustrując wygląd ofiary i upewniając się, że o niczym istotnym nie zapomniał. W trakcie zabiegu musiał być perfekcyjny. Nic nie miało prawa zepsuć mu tej chwili. Zadowolony z siebie ponownie podszedł do dziewczyny. Z jednego z pokrowców wyjął metalowy pojemnik wielkości szkolnego piórnika, w którym spoczywał zestaw skalpeli. Ułożył je równo jeden obok drugiego. Mieniąca się chirurgiczna stal sprawiała mu dużą przyjemność. Chwilę gładził rękojeści uśmiechając się delikatnie a następnie skupił uwagę na kształtach i wielkościach ostrzy.
– Dziesięć... Dwadzieścia trzy...a może... nie jednak nie. Dziś najlepszy będzie dwadzieścia sześć.
Patrzył na skalpele o różnych rozmiarach, dobierając je według tylko sobie znanego klucza.
Tak. Dzisiaj do pierwszych cięć rozmiar dwadzieścia sześć będzie zdecydowanie najlepszy.
Ostrze spoczęło na rączce, a mężczyzna ponownie zastygł nad torbą. Po chwili wydobył z niej kolejne metalowe pudełko z zestawem haków chirurgicznych. Gdyby operował z zespołem, do odsuwania od siebie struktur anatomicznych wykorzystywałby asystentów. Tu jednak musiał radzić sobie sam, dlatego sięgnął jeszcze po retraktor automatyczny i samozaciskowe szczypce. Z boku torby wyjął czyste naczynie w kształcie klasycznej nerki.
– Jestem już prawie gotowy – powiedział do dziewczyny półgłosem, uśmiechając się. Odwrócił się na pięcie i ruszył w stronę Chevroleta. Usiadł na chwilę za kierownicą, uruchomił silnik, opuścił przednie szyby i włączył radio. Każde dzieło wymagało odpowiedniej oprawy. Żadna ze stacji nie nadawała niczego odpowiedniego. Sięgnął do schowka i wygrzebał płytę ze swoją ulubioną składanką.
– Dla niej – powiedział półgłosem – wystarczy to.
Włączył _Highway to hell_.
Podniósł się energicznie. Wyjął z bagażnika niedużą czarną walizkę, którą również postawił obok drzewa, do którego była przywiązana. Z jej wnętrza wydostał litrowy słoik wypełniony w trzech czwartych cieczą. Odkręcił wieczko, głęboko wciągnął powietrze, przez chwilę zachwycając się zapachem formaliny. W bezruchu stał na wprost Rose z zamkniętymi oczyma. Lubił to uczucie, gdy z nieprzeciętnego śmiertelnika, ale jednak śmiertelnika, zamieniał się w boga, pana życia i śmierci. Z lubieżnym uśmiechem zdarł z dziewczyny ubranie. Koszulka, spódnica i bielizna zawirowały wokół. Rozrzucał je, szarpiąc ze zwierzęcą agresją na strzępy.
Chwilę później, patrząc prosto w oczy coraz bardziej świadomej i przerażonej dziewczyny, wykonał pierwsze energiczne cięcie. Rose oddała mu swoje wciąż bijące serce.ROZDZIAŁ 1
Detektyw Maxwell Stone siedział przy biurku w oparach tytoniowego dymu. Kolejna szklanka whisky znikała w rekordowym wręcz tempie. Odkąd od swojego terapeuty dostał zakaz sięgania po alkohol, trzymał się od procentów z daleka. Tym razem jednak wszystkie jego postanowienia diabli wzięli. Z reguły przestrzegał wyznaczonych zasad. No, może nie tych wyznaczonych przez innych, ale przez samego siebie. Zasady innych ignorował, uważał, że tylko komplikują proste sprawy. Swoje łamał jedynie w wyjątkowych sytuacjach. Tak było i tym razem.
Kiedy wpisał Rose Carter obok nazwisk innych ofiar w swoim notatniku myślał, że będzie jedną z dziesiątek, których historie analizował. Sam nie wiedział dlaczego, ale tym razem było zupełnie inaczej. Sprawa tajemniczej dziewczyny pochłonęła go bez reszty. Intensywnie myślał o motywach i sposobach zachowania sprawcy. Dlaczego Rose musiała zginąć? Czy była to kolejna przypadkowa i całkowicie bezsensowna śmierć? Czy może jednak za zdarzeniem na West 133rd Street stał ktoś, z kim Max miał wcześniej do czynienia? Kilka faktów składało się w całość. Nie potrafił oprzeć się wrażeniu, że zabójca złożył na miejscu zbrodni swój niewidoczny podpis. Jak przez mgłę przypominały mu się dwie inne historie, gdzie ofiarami także były piękne, młode dziewczyny. Miał wrażenie, że te sprawy coś łączy.
Alkohol w jego pracy, choć nie był wskazany, wielokrotnie okazywał się użyteczny. Nie potrafił tego wytłumaczyć, ale paradoksalnie wyostrzał umysł. Po whisky stawał się bardziej kreatywny i przenikliwy, a pomysły i rozwiązania pojawiały się same. Właśnie sięgał po butelkę, by ponownie napełnić szklaneczkę Jackiem Danielsem, gdy na jego biurku odezwał się telefon. Poirytowany, że ktoś mu przeszkadza w pracy, zgarnął plik kartek z notatkami z blatu i zrzucił je na podłogę. Dłuższą chwilę unosił jeszcze leżące na biurku teczki z dokumentami, fiszki i pojedyncze strony, aż w końcu odnalazł małą słuchawkę. Chwycił ją swoją wielką dłonią i niezdarnie wcisnął świecący na zielono guzik.
– Policja, wydział zabójstw, kapitan Benetti. Czy rozmawiam z Maxem Stone?
Cokolwiek by się nie działo współpraca między detektywami a policyjnymi śledczymi musiała trwać. Mógłby co prawda wysłać rozmówcę do stu diabłów lub powiedzieć, że jest piekielnie zajęty, ale i tak prędzej czy później zmierzyłby się ze sprawą, w jakiej dzwonił gliniarz. Zwyczaje nowojorskiej policji nie podlegały dyskusjom. Skoro odzywał się wydział zabójstw, należało się liczyć z tym, że jest im potrzebny do rozwiązania zagadki. I właśnie ten fakt w tej chwili go irytował, choć w gruncie rzeczy powinien napawać dumą. Lista detektywów, którzy mieli przywilej współpracować z wydziałami zabójstw była stosunkowo krótka. Ich kancelaria detektywistyczna, choć działała na rynku od blisko trzydziestu lat, bardziej była znana w Chicago czy Washingtonie. Niemniej i oddział w Nowym Jorku był rozpoznawalny i nie ginął wśród tysięcy prywatnych mniejszych lub większych biur.
– Tak, Max Stone przy telefonie. Czym mogę służyć? – wydusił z siebie mimo zaciśniętych ze złości warg.
– Panie Stone, mamy dla pana zlecenie współpracy. Kilkadziesiąt minut temu na 432 Park Avenue znaleziono zwłoki młodej kobiety. Chcemy, żeby pomógł nam Pan w wyjaśnieniu jednego z wątków tej sprawy.
– Zrobi się – mruknął Stone i dopytał o niezbędne szczegóły. Wśród nich zawsze pojawiał się dokładny adres, nazwisko oficera prowadzącego i kryptonim sprawy. W ten sposób unikano problemu pozwoleń na obecność na miejscu zbrodni. Detektyw, kiedy docierał na miejsce, podawał numer sprawy i nadany mu kod dostępu. Dzięki temu szeregowi policjanci przepuszczający do strefy zabójstwa nie mieli pojęcia kto wchodzi na teren i jakie są jego kompetencje. Wiedzieli jednak, że ma do tego odpowiednie uprawnienia.
Max zapisał wszystko, co niezbędne na kawałku kartki wyrwanej z wodoodpornego notatnika i pospiesznie sięgnął po skórzaną kurtkę wiszącą niechlujnie na oparciu krzesła. Ta sprawa nie cierpiała zwłoki, a jak zrozumiał traktowano ją priorytetowo. Dlaczego – tego jeszcze nie wiedział, ale podobnie jak kilku innych istotnych rzeczy z pewnością dowie się wkrótce. Rose Carter musiała poczekać.
Dojazd na miejsce zajął mu dwa kwadranse. Poruszanie się o tej godzinie po Nowym Jorku nie było łatwym zadaniem. Na dodatek w stanie, w jakim się znajdował raczej nie powinien się pojawiać na miejscu zbrodni. Whisky pomagała mu myśleć, ale była źle widziana przez stróżów prawa. W pierwszej chwili miał nawet ochotę poprosić o podwiezienie śledczego Harpera, który akurat zaplątał się w biurze, ale doszedł do wniosku, że przy jego posturze i sposobie bycia nikt nie zauważy, że cokolwiek wypił. Przyznawanie się do picia mogło też niezbyt pozytywnie wpłynąć na i taki nieco nadszarpniętą reputację. Zatrzymał się więc najpierw przy automacie z kawą i wcisnął klawisz podwójnego espresso. Chwycił kubek w lewą dłoń, prawą dopchnął do kabury swojego starego Smith & Wessona i wyszedł z biura. Cadillac stał na podjeździe posesji jako pierwszy, gotowy do wyjazdu. Jego stary nawyk zawsze okazywał się użyteczny. Na parkowanie auta przeznaczał dłuższą chwilę, bo z reguły wracał do firmy czy domu nie spiesząc się, za to nigdy nie wiedział jak szybko będzie musiał wyruszyć. Auto czekało zatankowane do pełna, zaopatrzone w suchy prowiant na wypadek niespodziewanej konieczności dłuższego pobytu w terenie i ustawione przodem do wyjazdu. Silnik zamruczał przyjaźnie. Cadillac CT5-v Blackwing miał sześciolitrowy silnik i 668 koni pod maską. Stanowił obiekt westchnień wszystkich kolegów z biura. Wyjechał na ulicę. Swoim zwyczajem po przejechaniu około dwustu metrów zjechał z drogi, by się upewnić, że nikt go nie śledzi. Spokój na ogonie i droga wolna – pomyślał, wciskając mocno pedał gazu.
Apartament mieścił się na dwudziestym szóstym piętrze. Na dole przy recepcji kręciło się kilku mundurowych. Jedna z wind została tymczasowo zajęta przez śledczych, by ułatwić dotarcie na miejsce kolejnym ekipom. Podszedł do policjanta dyżurującego przy windzie, przedstawił się i podał kod dostępu dla współpracujących przy sprawie. Ten od niechcenia zapisał nazwisko i machnął tylko ręką, zezwalając na wejście. Winda po kilkunastu sekundach dowiozła go na miejsce. Gdy wysiadł, pierwsze co rzuciło mu się w oczy to obecność agenta FBI pilnie lustrującego korytarz. Truman Hibbard stał oparty o ścianę i na widok Maxa wyszczerzył zęby w uśmiechu. Przywitali się serdecznie jak na dawnych partnerów przystało. Z czasów gdy Max pracował jeszcze w FBI zostało mu sporo użytecznych koneksji. Dopiero po tragicznej śmierci żony porzucił służbę. Dłuższy czas topił smutki w alkoholu, a teraz spotykał dawnych kumpli przy ważniejszych śledztwach.
– To twoja sprawka? – zapytał Max.
Truman potwierdził i ruszył przed siebie korytarzem
– Chodź, nie marnujmy czasu, bo spodziewam się, że i tak prędko stąd nie wyjdziemy, a dziś moja Caroll kończy pięć latek i czeka na mnie tort i trzydziestka dzieciaków.
Max, nie zadając więcej pytań powędrował za nim. Gdy weszli do pomieszczenia, ich oczom ukazał się nieład. Lepiej byłoby powiedzieć przestrzenny chaos. Na podłodze dużego apartamentu walały się porozrzucane sztalugi malarskie, obrazy i farby. W głębi pokoju, między gratami, leżała dziewczyna. Miała około dwudziestu kilku, a najdalej trzydziestu lat. Ładna, z kruczoczarnymi włosami i delikatną twarzą, wyglądała jak z baśni braci Grimm. Jej nienaturalnie wygięte ciało zastygło w bezruchu sprawiając upiorne wrażenie. Max nie mógł powstrzymać skojarzenia, że patrzy na lalkę z horroru. Dawno temu w dzieciństwie uwielbiał oglądać filmy kryminalne i horrory. Z czasem te drugie zaczęły go przerażać. Nie wiedział dlaczego, ale zwłoki dostarczały mu mniej nieprzyjemnych wrażeń niż w nienaturalny sposób wygięta lalka ze szklistymi, pustymi oczyma. A dziewczyna, która leżała przed nim tak właśnie wyglądała. Kolor włosów i blada, wręcz biała twarz kontrastowała z brunatno-czerwoną plamą krwi. Ta z kolei mieszała się ze szkarłatną farbą, tworząc wrażenie odrealnionej sceny z obrazu lub raczej surrealistycznej kompozycji nawiedzonego artysty. Niczym w horrorze światłocień podkreślał owal jej twarzy i wkomponowanie w tło ciała.
Truman podszedł do zwłok.
– Spójrz – powiedział, wskazując na zasinienie na szyi. – Została uduszona, a następnie kilkakrotnie pchnięta nożem.
– Wygląda to na osobistą zemstę – mruknął Max. – Najwyraźniej sprawca dobrze znał ofiarę.
Chwilę później przyklęknęli przy wyrwanej z barku ręce leżącej metr dalej. Całe przedramię nosiło ślady głębokich poprzecznych nacięć, a tuż przy dłoni znajdował się napis wykonany złotym markerem „Miłość upiększa każde romantyczne przeżycie i usprawiedliwia każde szaleństwo”.
– Bernard Shaw? – zapytał Max
Truman pokiwał głową.
– Na to wygląda, że mamy wielbiciela literatury klasycznej i sadystę zarazem. Pod paznokciami ofiary znajdowała się czyjaś tkanka. Najprawdopodobniej pochodząca z ciała sprawcy wyszarpana podczas obrony. Zatem zbrodnia z premedytacją, brutalna i nie pozbawiona elementu tortur oraz osobistej zemsty.
Obaj zgadzali się w tej kwestii. Jedyna różnica między ich osądami dotyczyła kolejności działań sprawcy.
– Wyjaśnimy to, kiedy koroner skończy autopsję – ustalili, po czym rozeszli się w przeciwne strony pokoju, by po swojemu zgromadzić jak najwięcej informacji. Badanie śladów zajęło im dobre pół godziny. Skończywszy oględziny, Max zapytał o świadków i kto znalazł zwłoki.
– Widzisz – odparł Hibbard – to jest właśnie utrudnienie, o którym nie wspomniałem. Kilka godzin temu znalazł ją narzeczony, syn kongresmena...
– Szlag by to! – zaklął Max. Doskonale wiedział, że przy takich sprawach jest mnóstwo mediów, rozgłosu, kłopotów i możliwości wypłynięcia lub poniesienia spektakularnej porażki.
– Mamy tego gościa? – Spojrzał pytająco w stronę Trumana.
– Owszem, siedzi w pokoju obok, nafaszerowany przez ratowników lekami uspokajającymi w stanie bliskim katatonii. Możesz go przesłuchać, ale lojalnie ostrzegam, że ma obok siebie dwóch prawników z najlepszych nowojorskich kancelarii prawnych. Jeden fałszywy ruch, złe pytanie lub nadmierna presja i obaj mamy przechlapane.
– Mimo wszystko powinniśmy z nim pogadać. Pójdziemy razem? – zapytał Max.
– Samego cię tam nie puszczę, bo jeszcze w imię sprawiedliwości zrobisz chłopu krzywdę lub za pomocą tych swoich super technik perswazji przekonasz go, że to jego robota.
Stone uśmiechnął się na ten ukryty komplement. W swoim środowisku znany był z umiejętności perswazji i znajomości socjotechniki. Czytał ludzi szybciej niż wielu innych, wyciągając z nich najskrytsze myśli. Robił to w taki sposób, że podejrzany nim się obejrzał siedział skuty kajdankami na tylnym siedzeniu radiowozu, a on sam opijał butelką Jacka Danielsa kolejną zakończoną sukcesem sprawę.
– Ok, Sherlocku, do dzieła zatem!
Przy drzwiach do sąsiedniego pokoju stało dwóch policjantów pilnujących, by nikt niepowołany, nawet z ekipy, nie dostał się do świadka – a z pewnością także podejrzanego.
Na widok agenta FBI, pilnujący rozsunęli się energicznie. Max i Thruman weszli do środka. Wnętrze pachniało wanilią, cynamonem i miodem. Najwyraźniej właścicielka miała nie tylko dobry zmysł plastyczny. Artystyczna dusza umieściła w pokoju intrygujące surrealistyczne obrazy w złoconych ramach. Na stole stało kilkadziesiąt zapalonych świec. Różnej wielkości i grubości same w sobie tworzyły niesamowity klimat. Całość uzupełniało przyciemnione punktowe światło sączące się z bocznych kinkietów i górnej lampy.
Przy stole umieszczonym w północnej części pokoju, najbardziej odsuniętej od okna, siedział skulony około trzydziestopięcioletni mężczyzna. Ubrany w garnitur Hugo Bossa, na co dzień z pewnością atrakcyjny, w tej chwili wyglądał tragikomicznie. Tuż obok stało dwóch nienagannie ubranych mężczyzn, którzy wnikliwie im się przyglądali. W drugiej części pokoju przy mahoniowym biurku siedział ratownik medyczny i policjant nadzorujący zachowanie świadka.
Gdy weszli do środka, wszyscy z wyjątkiem podejrzanego podnieśli głowy. Tylko główny bohater siedział w bezruchu, kompletnie nie zwracając uwagi na otoczenie. Jeden z mężczyzn stojący obok świadka podszedł, przywitał się i wyrecytował niczym wierszyk w szkole: imię, nazwisko, tytuł oraz nazwę kancelarii i poziom uzyskanych pełnomocnictw. Truman, choć nie należał do szczególnie wylewnych, przywitał się z nim, ale nie dał się wciągnąć w rozmowę. Po zwyczajowym podaniu sobie rąk wykonał gest mający uciszyć rozmówcę, odwrócił się na pięcie i nie zważając na konwenanse podszedł do ratownika medycznego.
Zdawał sobie sprawę, że od kondycji psychofizycznej świadka zależy możliwość jego skutecznego złożenia zeznań. Przy dobrych obrońcach jeden błąd mógł kosztować ich unieważnienie procesu.
– Czy możemy porozmawiać ze świadkiem? – zapytał rzeczowo.
– Kilkanaście minut temu otrzymał zestaw stabilizujący nastrój i uspokajający. Nie później niż za pięć minut będzie gotowy do rozmowy.
– Ok, doskonale! – powiedział z zadowoleniem Hibbard i skierował się w stronę skulonego mężczyzny w garniturze.
– Dzień dobry panom – powiedział głośnym, dobitnym głosem, by nikt z obecnych w pokoju nie miał wątpliwości, że właśnie rozpoczyna rozmowę. – Nazywam się Truman Hibbard. Jestem agentem specjalnym FBI, a to jest współpracujący ze mną detektyw Maxwell Stone. Za trzy minuty rozpoczniemy przesłuchanie w sprawie o morderstwo Kimberly Pearl Dickerson.
Odczekawszy przepisowo kolejne trzy minuty, Hibbard zwrócił się do mężczyzny i zapytał:
– Jak pan się nazywa?
Zamiast niego odezwał się stojący obok prawnik.
– Nazywam się Paul Ledbetter i jestem reprezentantem świadka. Ponieważ nie jest w stanie samodzielnie przekazywać informacji, będę mówił za niego.
– OK, zatem jak nazywa się świadek – zapytał ponownie Hibbard.
– Jeff Casey. Ma trzydzieści sześć lat, jest maklerem i pracownikiem Nowojorskiej Giełdy Papierów Wartościowych. Zatrudniony na Wall Street. Syn senatora Caseya.
Po tych słowach Ledbetter spojrzał wymownie na agenta i towarzyszącego mu detektywa jakby to powinno wystarczyć za wszelkie wyjaśnienia. Max sięgnął po notatnik. Nie był fanem takich spraw, a zwłaszcza gdy uczestniczyli w nich ludzie chronieni przez armię prawników. Miał wrażenie, że ci za nieprzyzwoicie wielkie pieniądze są skłonni doprowadzić do uniewinnienia nawet najbardziej bezwzględnych i okrutnych kanalii.
– Rozumiem, panie Ledbetter. Będziemy jednak wdzięczni, jeśli świadek sam odpowie na pytania.
Prawnik chciał już oponować, ale Max użył swojej ulubionej techniki. Zwrócił się bezpośrednio do zainteresowanego.
– Panie Casey, rozumiem, że chciałby pan nam pomóc ująć zabójcę?
Postać siedząca w bezruchu nagle ożyła. Mężczyzna się wyprostował, spojrzał przed siebie wprost w oczy detektywów.
– Oczywiście, chcę pomóc w ujęciu sprawcy morderstwa. Zrobię wszystko, by pomóc dorwać tego sukinsyna, który odebrał mi Kim.
– Doskonale – kontynuował Max – zatem proszę nam opowiedzieć co się tu wydarzyło, zaczynając od momentu wejścia do pracowni Kimberly Pearl Dickerson.
Ledbetter otwierał usta, by zaprotestować, ale Jeff Casey uniósł rękę.
– W porządku Paul, chcę pomóc. Daj mi porozmawiać z panami.
Prawnikowi nie zostało nic innego jak zamilknąć.
– Byłem w pracy – zaczął Casey. – Siedziałem od wczoraj w biurze nad projektem wprowadzenia na giełdę new connect firmy Water Blue Ocean, specjalizującej się w technologii odzyskiwania energii z pływów wodnych. Gdy przyjechałem do Kimberly, drzwi były zamknięte. Było to dziwne, bo nigdy ich nie zamykała twierdząc, że prawdziwy artysta ma dom i pracownię zawsze otwartą dla wszystkich miłośników sztuki. Zapraszała w przenośni i dosłownie wszystkich, którzy chcieli ją odwiedzić. Drzwi otworzyłem kluczem, a kiedy wszedłem do środka zobaczyłem dokładnie to samo, co panowie przed chwilą. Kimberly leżała na podłodze w kałuży krwi wymieszanej ze szkarłatną farbą.
Po tych słowach schował twarz w dłonie i wybuchnął głośnym płaczem.
Max dał mu chwilę na uspokojenie emocji i wrócił do serii pytań. Zwyczajowo w takich sytuacjach istotny był każdy detal. Pytał o ich relacje, historię związku, przebieg narzeczeństwa, a także sposób traktowania Kimberly przez ojca, jej otoczenie i byłych partnerów. Kilka razy prawnicy przerywali rozmowę, próbując bardziej czy mniej wprost dać do zrozumienia, że najwyższa pora zakończyć przesłuchanie. Obaj z Thrumanem znali metody pracy prawników i obaj doskonale wiedzieli, że pierwsze godziny po dokonaniu zbrodni są kluczowe dla odnalezienia zabójcy. Od czasu do czasu zerkali tylko w stronę medyka, czy ten nie daje znaków do zakończenia przesłuchania. Jego głos powinien być decydujący w sprawach proceduralnych. Na szczęście wytrzymali do zakończenia standardowego zestawu pytań. Po kilkudziesięciu minutach rozmowy wiedzieli wszystko, co było im potrzebne. W prestiżowych sprawach, w które mogli być zaangażowani znani politycy należało zachować szczególną ostrożność. Na razie nic jednak nie wskazywało na to, że świadek może być sprawcą morderstwa. Kilku podejrzanych wysuwało się na czoło peletonu, ale to musieli sprawdzić swoimi metodami śledczymi korzystając z innych kanałów informacji. Hibbard i Stone pożegnali się po kolejnych kilkunastu minutach i zostawili świadka w towarzystwie prawników. Wychodząc dali znać szefowi sekcji zabójstw, żeby ten kontynuował pracę. Na razie Jeff Casey wydawał się niewinny.
------------------------------------------------------------------------
ZAPRASZAMY DO ZAKUPU PEŁNEJ WERSJI KSIĄŻKI
------------------------------------------------------------------------