Facebook - konwersja
Magia ziemi - Ebook (Książka EPUB) do pobrania w formacie EPUB
Pobierz fragment

Magia ziemi - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Wydawnictwo:
ISBN:
978-83-7942-744-4
Język:
Polski
Data wydania:
1 kwietnia 2015
Rozmiar pliku:
1,1 MB
Zabezpieczenie:
Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
28,00
Cena w punktach Virtualo:
2800 pkt.

Magia ziemi - opis ebooka

Niezwykła historia o Wiecznej Puszczy, metafizyce, alchemii oraz spotkaniu z tajemnicą. Opowieść o podróży w najodleglejsze ludzkiemu rozumowi obszary. W tę podróż zabiera nas urocza druidka Avea. Odważna, pewna siebie, o intrygujących zainteresowaniach i równie interesujących zdolnościach. Z nią przemierzamy świat żywych i umarłych.

„Magia Ziemi” to podróż, w którą warto się wybrać!

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG

PROMIENIE WSCHODZĄCEGO SŁOŃCA OŚWIETLAJĄ OBSZERNĄ połać pustynnego stepu. Na horyzoncie majaczą cienkie słupy dymu, które z powodu promieni słonecznych wyglądają jak duchy niedawno zmarłych ludzi. Przez poranną mgłę spostrzega się gdzieniegdzie karłowate drzewa i opadające z nich pożółkłe liście. Głęboką ciszę tego poranka zakłóca szum huczącego wiatru, świszczącego wśród drzew. Miejsce to niegdyś było piękną równiną porośniętą bujnym kwieciem, lecz z czasem stało się gołą, zimną połacią stepową. Polana przepełniona różnorodnością zwierząt jest teraz pusta, bez żywej duszy. Zapewne to z powodu jesieni, może z powodu mrocznych czasów, zwierzęta instynktownie uciekły na równiny. Na pożółkłej od zimna trawie, we mgle widać dwie stojące zakapturzone postacie. Wiatr nieubłaganie na nich wieje, próbując zerwać kaptury z twarzy. Ich płaszcze koloru soczystej zieleni wyróżniają się na tle ponurego otoczenia. Przez kolor płaszczy nawet trawa wydaję się być mniej rdzawo-brązowa. Z powodu lekkiego mrozu każdy oddech podróżników zamienia się w białą parę. W powietrzu wyczuwa się emanujące ze wszystkich stron napięcie i nadchodzącą zimę. Kiedy patrzy się na te osoby, które są miłym akcentem wśród złowróżbnego otoczenia, można odczuć spokój. Jednak jest to mylne przeświadczenie. Wpatrując się, zauważamy ręce zaciśnięte w pięści, sztywne plecy, wymuszone ruchy nóg i rąk. Wtedy dopiero uświadamiamy sobie, jak ta dwójka jest przerażona. Niższa, smuklejsza postać, prawdopodobnie kobieta, niezauważalnie dotknęła bladą drżącą dłonią ramienia osoby obok i by zagłuszyć nienaturalną ciszę, niepewnym głosem powiedziała do towarzysza:

− Noce robią się coraz dłuższe i zimniejsze…

Towarzysz stał w milczeniu, zastanawiał się dłuższy czas nad sensem tych słów. W końcu odwrócił się i melancholijnie rzekł:

− Tak… Zima w tym roku zapewne będzie ciężka dla zwierząt… Ciekawe, kiedy spadnie pierwszy śnieg.

Kobieta po tych słowach zadrżała od przenikliwego wiatru, opatuliła się bardziej zielonym płaszczem i zacisnęła mocniej pięści.

− Wiesz… Zastanawiam się, czy nam się uda… Jeśli coś pójdzie źle…

− Nie! Musi się udać!

Przerwał jej pospiesznie mężczyzna. Po czym obydwoje spojrzeli ostatni raz na wschodzące jesienno-czerwone słońce i skierowali się na wschód, gdzie kłębiła się oleista czarna mgła. Oddalający się przybysze nie zauważyli pierwszego płatka śniegu opadającego z zachmurzonego nieba.ROZDZIAŁ PIERWSZY NIESPODZIEWANY PREZENT W WIELKIEJ PUSZCZY

WIATR ZWIASTUJĄCY BURZĘ STUKNĄŁ OKIENNICĄ. Mężczyzna obudził się ze snu i mozolnie wstał, by podejść do okna i je zamknąć, sięgnął do szafki nocnej, zapalił świecę. W jej świetle widać delikatnie wyrzeźbioną sylwetkę mężczyzny, po której można stwierdzić, że niejednokrotnie trzymał broń w dłoniach. Zgrubiałe od odcisków ręce trzymające świecę naznaczone są nielicznymi bliznami. Twarz mężczyzny jest poważna, naznaczona wiekiem przez kurze łapki wokół oczu. Najdziwniejszy jest niebieski tatuaż na lewym policzku, zdaje się być żywy, ciągle zmieniać zawiłe wzory i detale niemożliwe do wyłapania okiem. Ukazują bluszcz, wijący się na niewidzialnej podporze. A oczy? Koloru nieziemskiej zieleni, zmęczone, trochę smutne od tego, co zobaczyły na świecie, przepełnione mądrością i litością dla każdego żywego stworzenia. Mężczyzna z westchnieniem podszedł do okna i postawił świecę na parapet. Nim zdążył złapać skrzydło okiennicy, wiatr zdmuchnął płomień i pogrążył go w nieprzeniknionej ciemności. Zaspany stanął w oknie i popatrzył w niezgłębiony mrok. Zadrżał od zimna. W oddali dostrzegł ledwie widoczny zarys sylwetki ludzkiej, która z daleka patrzyła na niego, aby po chwili zniknąć znowu w ciemnościach. Mężczyzna nie wiedząc, co ma o tym wszystkim sądzić, stwierdził w myślach, że owa postać była tylko senną marą albo złudzeniem. Zamknął okiennice i położył się z powrotem do łóżka. Leżał w swoim ciepłym łóżku z dala od szalejącej burzy, czekając aż nadejdzie sen. Ciągle przed oczami miał tę ponurą postać i choć szalała straszliwa burza, słyszał na zewnątrz piski jakichś zwierząt. Myśli, które mu się w głowie kłębiły, nie pozwalały usnąć. Zmęczony ciągłym leżeniem wstał, założył płaszcz i skierował się do drzwi. Tłumaczył sobie, że skoro nie może spać, to wyjdzie na zewnątrz i się trochę rozejrzy. Może jakaś biedna dusza potrzebuje pomocy. Jakie było jego zdziwienie, gdy zobaczył małe poruszające się zawiniątko u progu domu. Podniósł zawiniątko z progu, po czym zamknął drzwi. Na zawiniątku błyszczało coś złotego. Zrozumiał wszystko: oddalająca się postać w mroku zostawiła mu na progu niespodziewany podarunek.

* * *

Mężczyzna z tatuażem stoi nad sześcioletnią dziewczynką, patrzy się na nią w zamyśleniu. Sześć lat temu znalazł dziecko pod drzwiami. Te sześć lat twardo się z nim obeszło. Zyskał więcej zmarszczek oraz siwych włosów. Postawa wykazuje trochę mniej siły i witalności. Patrzy na dziecko i mówi:

− Przepraszam, że ci tego wcześniej nie dałem, ale bałem się, że to zgubisz. Myślę, że jesteś na tyle duża, by to otrzymać. Zaznaczam, że to jest rzecz cenna, więc jej nie zgub.

Po czym włożył do rączek dziewczynki broszkę w kształcie złotej kobry, która owijała rubin. Dziewczynka przyglądała się broszce, po czym marszcząc swój mały nosek, powiedziała:

− A czy nie masz z niedźwiadkiem albo z króliczkiem? Bo wąż jest taki niemiły i brzydki, wolałabym zajączka… Nie chcę nosić brzydkiej kobry.

Mężczyzna westchnął przeciągle, po czym powiedział:

− Nie mam innej broszki, i raczej nie ma to znaczenia, czy jest ładna, czy nie… Broszkę znalazłem przy tobie. Jest to jedyna rzecz, jaką masz po rodzicach. Być może pozwoli ci ich odnaleźć. Poza tym ta kobra jest legendarna. Wiesz, istnieje o niej legenda? Chcesz ją usłyszeć?

Dziewczynka pokiwała głową. Mężczyzna usiadł na fotel, posadził małą na kolana i zaczął snuć historię.

– Dawno temu, jeszcze przed czasami Elvora i Elesy…

* * *

– Gdzie nie sięgnąć okiem laaas!! – krzyczy z wyrzutem chłopak ubrany w szare spodnie i brązową tunikę przypominającą do złudzenia kolor pnia drzewa. Rude włosy kontrastują z piegami na nosie i z zielonymi oczami, w których iskrzy się dziecięce zniecierpliwienie. Chłopak jest zauważalny z daleka, jak latarnia na morzu. Wszędzie dostrzega się jego niespotykany kolor włosów. Wpierw jednak, nim się go zobaczy, to się go słyszy. Zdradza go hałas, jaki robi, poruszając się po lesie. Nie potrafi być cicho i chyba nawet nie dostrzega takiej potrzeby. Idzie przodem przed resztą towarzyszy po ledwie widocznej dróżce, która się wije pomiędzy konarami starych drzew. Pomiędzy starymi dębami rosną mniejsze drzewa, niezliczona ilość krzewów, gąszcze malin i jeżyn, a pod nimi połacie jagód, poziomek i borówek. Gdyby nie ta ledwie widoczna ścieżka, z pewnością nasi mali podróżnicy nie zdołaliby dotrzeć do celu, idąc pomiędzy chaszczami.

− Nie narzekaj chłopcze! Ten las daje ci jedzenie i chroni przed deszczem!

Oburzył się starszy mężczyzna z niebieskim tatuażem na twarzy. Idące przed nim dziewczęta odwróciły się zdziwione nagłym wybuchem gniewu mistrza. Nie da się porównać tych dwóch dziewczynek, ponieważ były swoimi przeciwnościami. Jedna bardzo wysoka, z długimi, prostymi, jasnoblond włosami, ze szlachetnymi, ostrymi rysami twarzy, bladą cerą i jasnymi niebieskimi oczami. Wyglądała jak mała amazonka, miała przewieszony przez ramię łuk i była ubrana w złoto-szarą tunikę, przypominającą jesienne liście. Miała na imię Sara. Popatrzyła z marsową miną na mężczyznę i powiedziała:

− Mistrzu Elderze, znasz Grassa, on zawsze jest taki niecierpliwy…

Po czym szturchnęła dziewczynkę stojącą obok niej i znów promiennie się uśmiechnęła. Druga dziewczynka odpowiedziała równie szczerym uśmiechem do swojego mistrza.

− Nie myślcie, że wasze uśmiechy pomogą mnie jakoś ugłaskać! I tak wymierzę karę temu urwisowi, gdy tylko będziemy na miejscu − powiedział z udawanym gniewem mistrz.

− W takim razie będę pierwszy! − krzyknął z radością Grass i pobiegł ścieżką, by po chwili zniknąć z pola widzenia. Jedyne, co po nim zostało, to serdeczny śmiech i upomnienia mistrza wykrzyczane w pustą przestrzeń. Elder popatrzył na krętą ścieżkę i raptownie zachciało mu się usiąść, by odpocząć.

− To już nie na moje nogi chodzić na takie wędrówki. Mam sześćdziesiąt trzy lata… Ile to czasu minęło, kiedy byłem tak młody…

Stanął na chwilę, by dać odpocząć nogom. Dziewczynki nie usłyszały, co mówi, i nie zobaczyły, jak mistrz przystanął, bacznie im się przyglądając. Zajęte były rozmową, przerywaną co jakiś czas dziewczęcymi chichotami. Kontrast pomiędzy nimi był niezaprzeczalny. Sara wyglądała, jakby miała w sobie elficką krew, za to Avea wyglądała jak przeciętny druid, czyli zdawała się zlewać z otoczeniem. Szaro-brązowe włosy, falowane i krótkie zdawały się żyć własnym życiem. Kilka włosów opadało jej na czoło, zakrywając połowę twarzy. Twarz miała miłą, nie była pociągła ani jakaś toporna, po prostu okrągła z różowymi policzkami i ciągle radosna. Przez niesforne kosmyki iskrzyły się czarne oczy, emanujące radością, niewinnością, ale także pewnym dystansem. Karnację miała ciemno-ziemistą, jakby ciągle biegała w słońcu. Nie była niska, lecz nie wyróżniała się z tłumu. Ubrana w brązowo-szarą tunikę szła z kijem w ręku. Gdyby nie dźwięk jej śmiechu, byłaby zapewne niezauważalna wśród otoczenia. Elder popatrzył na wielkie korony drzew, w których igrały promienie słońca. Przyglądał się grze światła i myślał. „Ile to już lat minęło od tej burzy? Dwanaście wiosen? Nie… Czternaście lat… Właśnie tyle minęło…”.

Po czym wyrwał się z owego zamyślenia i popatrzył na ścieżkę, gdzie było widać już tylko złotowłosą Sarę. Pospieszył za swoimi uczniami w głąb lasu… Po pięciu minutach niestrudzonego marszu dotarli do kwiecistej polany. Wkoło łąki, w równomiernym okręgu jak mur rosły stare, potężne dęby. Majestatyczne korony tych drzew tworzyły jednolity dach nad polaną. Na środku polany znajdowało się kamienne koło z idealnie ułożonej mozaiki. Na pierwszym pierścieniu widniały nieznane runy dawno zapomnianego języka. Elder obszedł koło, dokonując oględzin, po czym stanął na skraju łąki i zaczął śpiewać w nieznanym języku piosenkę. Gdy skończył, skierował wzrok kolejno na każdego ucznia, zatrzymał się na Grassie. „On nigdy nie był cierpliwy” − pomyślał, tym samym wymyślając karę dla chłopca. Zaśmiał się na głos i powiedział do Grassa:

− Grass, ty będziesz ostatni. To kara za dzisiejsze zachowanie i ogólnie za całokształt. Sara, zapraszam cię do kręgu.

Blondwłosa dziewczynka podeszła pewnie do kręgu. Stanęła na środku i przerzuciła włosy na prawe ramię, po czym płynnym ruchem skierowała ręce do nieba i skupiła swoją moc w kręgu. W tym samym momencie runy zaczęły błyszczeć jasnym światłem. Sara, zauważywszy to, oniemiała, opuściła ręce i odeszła od kręgu. Elder, by przełamać niezręczne milczenie, uśmiechnął się i powiedział:

− Aha! Widzę, że już mamy wioskowego zaklinacza!

Poklepał dziewczynę po plecach i popatrzył na Aveę. Ta bez jakiegokolwiek ponaglenia niepewnie ruszyła do kręgu. Wzięła głęboki oddech, zamknęła oczy i powoli uniosła ręce do góry. Na początku nic się nie działo wewnątrz kręgu, jednak po chwili z run błysnęło to samo światło, które oślepiło obecnych. Dziewczyna stała tak przez chwilę z zamkniętymi oczami, później niepewnie je otworzyła i opuściła ręce, po czym bez cienia uśmiechu wyszła z kręgu i stanęła koło przyjaciółki. Elder spojrzał na dziewczynkę, odkaszlnął, przypominając sobie podobną sytuację. Kiedy ocknął się ze wspomnień, powiedział:

− Czyli Avea, zrobimy z ciebie uzdrowiciela. Dobrze, teraz ty Grass, tylko się nie wygłupiaj!

Poinstruował mistrz swego ostatniego ucznia. Chłopiec się zaśmiał i bez cienia lęku wbiegł do kręgu. Jak pozostali wykonał odpowiedni ruch, skupił się. Czekali dość długo na cokolwiek, co mogłoby wskazać choćby cień magii w chłopcu. Po dłuższej chwili, szczerząc zęby, podbiegł do dziewczyn i wypiął dumnie pierś. Elder, przypatrując się temu, powiedział:

− Dobrze! Chłopcze, na szczęście nie masz magii.

Patrząc na trójkę swoich podopiecznych, zastanawiał się, jaki los czeka tych młodych druidów. Po chwili spoważniał i zaczął mówić wyniosłym tonem:

− Właśnie skończyła się wasza ceremonia wstąpienia do społeczności druidzkiej, a zarazem odkryliście, czy macie moce. Od tej pory jesteście pełnoprawnymi druidami. Dalsza część ceremonii, czyli świętowanie, odbędzie się wieczorem w wiosce. Do tego czasu macie wolne i możecie robić, co się wam żywnie podoba.

Gdy skończył, dzieci zaczęły biec w stronę pobliskiego strumienia, przekrzykując się nawzajem. Elder popatrzył na dróżkę, którą przyszli, zdawała mu się dłuższa niż zwykle. Myślał przez chwilę nad tym, czym jest przyszłość dla każdego z nas. Po czym mędrzec, opiekun i przywódca rady druidów wyraził na głos swoją myśl, lecz odpowiedź usłyszał tylko wiatr, który poszedł w ślady mędrca i jako echo powiedział zaledwie początek jego słów: „Chyba tylko czasem…”.

* * *

Avea siedziała sobie na drzewie i obserwowała przybyszów, którzy przyjechali do wioski. Grass powiedział jej, że jest to cyrk zmierzający w kierunku stolicy ludzi, który przez kilka dni zabawi u nich w wiosce, odpoczywając przed przedstawieniem u króla. Oczywiście Elder jako ich mistrz na tę okazję dał im zadanie. Stwierdził bowiem, że skoro przybysze zostaną tu na dłużej, to jest możliwość, by się od nich czegoś nauczyli. Grass jak zwykle pobiegł do akrobaty, który znał sztuki walki, i właśnie teraz ćwiczyli razem na polanie. Avea obserwowała uważnie ich ruchy. Sama chciała wybrać tego ekwilibrystę, ale przyjaciel ją uprzedził. Sara również wybrała nie najgorzej, bo znalazła kogoś, kto specjalizuje się w rzucaniu nożami i strzelaniu z łuku. Ponoć jej tymczasowy mistrz nigdy nie chybił. Avea przez to, że zastanawiała się za długo, straciła swoją szansę i teraz nic jej nie zostało. Gdy tak siedziała w ukryciu i obserwowała akrobatę, usłyszała głośne chrząknięcie. Pospiesznie skierowała swój wzrok na dół. U podstawy drzewa siedział grajek i wydawało się, że nie zauważył obecności dziewczyny. Przypatrzyła się mężczyźnie z lutnią. Grajek był ubrany w strój błazna, trzymał instrument na kolanach. Coś w nim było dziwnego… Avea znudzona oglądaniem tych samych ruchów zeszła cicho na ziemię, by dokładnie obejrzeć błazna. Siedząc na ostatniej gałęzi, przyjrzała się jego twarzy. Zauważyła, że jest ślepy. Zastanowiła się, dlaczego jeszcze go trzymają przy sobie, skoro jest dla nich tylko ciężarem. Po chwili zrozumiała, że choć wydaje się bezbronny, to tak naprawdę jest silniejszy psychicznie od tego akrobaty i wytrwalszy w działaniu niż strzelec. By żartować, też trzeba mieć wiedzę. Błazen, jakby czytając w jej myślach, powiedział:

− Ciesz się, że widzisz, gdy reszta jest ślepa. Masz wtedy przewagę, nieważne jak małą.

Avea zeskoczyła z ostatniej gałęzi i powiedziała: − Czasem nawet przenikliwość i znajomość świata nie pomoże, gdy trafisz na silniejszego. Prawa natury: słabszy zawsze zostanie zjedzony. Nikt nie chce jednak tego dostrzegać, ale każdy z nas żyje kosztem życia jakiejś istoty.

Błazen uśmiechnął się wesoło i powiedział:

− Najświętsza prawda, moje dziecko! Otacza nas nierozerwalny krąg życia i śmierci, a my przez całą wieczność będziemy częścią tego kręgu, nawet gdy już nas nie będzie. Podobasz mi się, dlatego przedstawię się, choć zaznaczam − zwykle tego nie robię. Mam na imię Tennin. Jeśli odpowiesz na moje pytanie, pomogę ci zaliczyć misję. Bo szukasz sobie tymczasowego mistrza, prawda?

Avea, wiedząc, że kiwanie głową nic nie da, powiedziała wprost:

− Pytaj, a ja odpowiem. Później zdradzisz mi swoją wiedzę.

Tennin zamyślił się na chwilę. Avea wiernie stała w tym samym miejscu i nie ponaglała Tennina. Obserwowała go. Kiedy minęła godzina, dziewczyna zastanawiała się, czy przypadkiem nie zasnął, po dziesięciu minutach miała zamiar już odejść i sobie pójść, gdy Tennin powiedział:

− Pokory ci nie brak i cierpliwość też masz niczego sobie. Jesteś gotowa na wiedzę, jaką mam ci do przekazania, ale wpierw moje decydujące pytanie. Co jest lepsze: głupi mędrzec czy mądry głupiec?

Avea nie zastanawiała się nad słowami Tennina, bo cokolwiek na to odpowie, to nie miało znaczenia i ona to wiedziała. Tu nie ma ani prawidłowej odpowiedzi, ani wyboru, tu jest tylko istotne, jak postrzega to zdanie osoba, która ma na nie odpowiedzieć. Nie namyślając się więc za wiele, odpowiedziała:

− Niebezpiecznie jest mieć wiedzę i nie myśleć… To jakby dać sztylet wrogowi i odwrócić się do niego plecami.

Tennin nieznacznie pomachał głową, przytakując słowom Avei, po czym stwierdził jakby już do samego siebie:

− Czasem i głupiec mądrze powie, a mędrzec się zbłaźni…

Zaczął uczyć Aveę jakiegoś nieznanego jej dotąd języka. Pokazywał rośliny i wymawiał ich nazwy w tym nadzwyczajnym języku. Dziewczyna znała te rośliny z zajęć alchemicznych, znała również ich zastosowanie, jednak to, co mówił i jak je nazywał błazen, było jej nieznane. Później nauczył ją zapisywać każdy dźwięk i rytm na papierze, a następnie go odtwarzać. Avea przesiedziała pod tym drzewem dwa dni. Przez ten czas nauczyła się wyrywkowo nazw roślin i zwierząt w nieznanym dotąd jej języku, zapisywać melodie i pieśni. Zrozumiała, że wiedza, którą jej przekazano, nie jest zbyt pożyteczna, jednak nie chciała zrobić przykrości Tenninowi. Podczas tych dwóch dni nauczyła się wszystkiego, co błazen miał jej do przekazania. Tennin ostatniego dnia powiedział:

− Twój umysł jest ciekawy, widzisz to, czego inni nie widzą. Potrafisz zrozumieć każdą osobę i to jest twoja wartość. Nie strać jej, ale nie zgub się w swoich emocjach. Może chcesz zostać moim uczniem na stałe?

Zmęczona Avea popatrzyła na Tennina i po chwili odpowiedziała:

− Wiedzę masz wielką, mistrzu, i chciałabym ją posiąść, ale nie mogę. Puszcza mnie potrzebuje.

Tennin wstał i podniósł lutnie, odchodząc do karawany, rzekł:

− Nie tylko ja mam wielką wiedzę, tu też się ona kryje. Chcesz prawdziwej mądrości? Wsłuchaj się w słowa puszczy, może ona ci coś opowie…

Avea, patrząc na odchodzącego mistrza, wiedziała już, o jaki dar poprosi ducha puszczy…

* * *

Elder stał nad dziewczynami i cały czas zaglądał do misek z wodą, jakie stały przed nimi. Sara i Avea siedziały z dłońmi w wodze, skupiając się na czymś. Avea nie wytrzymała ciągłego siedzenia przed glinianą miską z wodą. Zdenerwowana marnowaniem czasu, z wyrzutem powiedziała do mistrza:

− Nie dam rady! Nie ma prostszego sposobu? Nie można ot, tak rozkazać i tyle?

Elder popatrzył na swoją uczennicę z żalem. Wiedział, co ma na myśli. Chciałaby, by wszystko było prostsze. Rozumiał, jakim ciężarem może być talent magiczny w świecie, gdzie magia jest negowana i dyskryminowana. Wszystko, czego ludzie się boją, niszczą, a on już doskonale to rozumiał. Westchnął przeciągle i przyglądając się uczennicom, powiedział:

− Nie ma innego sposobu, byś uchroniła od swojej magii innych. Pamiętaj, najważniejsza jest kontrola nad mocą. Jeśli ją stracisz w złym momencie, możesz wyrządzić krzywdę sobie i wielu innym ludziom. Masz wybór: albo samodyscyplina, albo odizolowanie od świata. To co wybierasz?

Dziewczyna spokojnie włożyła ręce do miski i kontynuowała ćwiczenie. Elder jeszcze raz powtórzył polecenie.

− Musicie wyczuć tę wodę. Poczuć jej gęstość, smak, to, w jaki sposób wsiąka w wasze ciało. Sprawcie, by była na wasze zawołanie. Połączcie swoją moc z żywiołem. Ma zamarznąć, zawrzeć i wyparować. Jeśli wam to się uda, przejdziemy do następnego ćwiczenia.

Dziewczynki z żalem popatrzyły na naczynia, skupiając się ponownie na ćwiczeniu.

* * *

Elder spojrzał na widnokrąg. Krąg obrośnięty trawą wyglądał niczym skupisko zwyczajnych kamieni pośrodku lasu. Coś, co było kiedyś pięknym pomnikiem kultury druidzkiej, teraz jest tylko stertą gruzu. Piękna polana ostatecznie zespoliła się z lasem. Wszędzie, gdzie były kwiaty, teraz rosną wszelkiego gatunku drzewa i krzewy. Nie mogąc znieść dalszych myśli o tym miejscu, skierował wzrok na Aveę. W myślach rozważał, jak czas zmienił nie tylko jego samego, ale także bliskie mu osoby.

„Nie tylko polana się zmieniła… Jeszcze sześć lat temu stała tu mała, zagubiona dziewczynka. Pamiętam jej dziecięcą niewinność w oczach i ciekawość świata, która została zastąpiona mądrością i doświadczeniem, a radość stała się chłodną kalkulacją. Z twarzy znikły dziecięce, różowe policzki. Namalowany na policzku tatuaż opiekuna zastąpił dziecięce rysy. Z rozmyślań wyrwał go cichy odgłos trelu słowika. Przyjrzał się jeszcze raz swojej uczennicy i rzekł:

− Avea, w moich oczach zawsze będziesz dzieckiem.

Dziewczyna uśmiechnęła się miło i położyła dłoń na sercu, po czym ukłoniła się, mówiąc:

− Elderze, dla mnie zawsze będziesz moim mistrzem.

Rozmowę przerwał donośny śmiech Grassa, który wyjrzał zza drzew z łobuzerską miną. Nie przypominał już rudowłosego chłopca. Włosy mu pociemniały i miały teraz kolor kasztanowy. Atletyczna sylwetka i wesołe spojrzenie znad opadających włosów pokazywały, iż jest łamaczem kobiecych serc. Chłopak podszedł do Avei i szturchnął ją w żebra, mówiąc:

− Już nie musisz się podlizywać, przecież zostałaś opiekunem, teraz ludzie cię po stopach będą całować.

Elder pomachał z rezygnacją głową, po czym ochrypłym głosem powiedział:

− Jak zwykle pojawiasz się w nieodpowiednim czasie… Nikt nie może być na przysiędze Avei, taka jest tradycja.

Chłopak zrobił naburmuszoną minę i stwierdził:

− Jak bym mógł nie pogratulować mojej słodziutkiej Ave stanowiska opiekuna?

Avea, wyciszając się, zjednoczyła się z lasem i otoczeniem, zupełnie zapomniała o przebywających wkoło niej ludziach. Miała ten problem od czasu zaprzysiężenia. Wyczuwała bowiem instynktownie las i jego mieszkańców, od mrówki po człowieka. Była w stanie usłyszeć albo raczej poczuć jak drzewo pobiera soki z ziemi lub jak kwiatek rozwija płatki. Nie potrafiła ostatecznie stłumić tego daru, co sprawiało, że niejednokrotnie traciła kontakt z otoczeniem. Grass tak jak i wszyscy nie wiedzieli, jaki dar dostała przy ceremonii. Trudno było się też domyśleć, kiedy go używała, ponieważ wydawała się wtedy po prostu zamyślona. Grass chwilowo skupił uwagę na Avei i by wyrwać ją z transu, szepnął jej do ucha:

− O czym tam myślisz, słodziutka?

Powróciwszy do rzeczywistości, zastanowiła się, czyją obecność poza dwójką tych osób wyczuła. Po chwili zastanowienia krzyknęła:

− Sara! Zejdź z drzewa!

Dziewczyna sprężystym skokiem odbiła się od gałęzi i wylądowała z gracją na ziemi.

Elder uśmiechnął się na widok Sary, która teraz wyglądała jak prawdziwa amazonka. Długie złote włosy zawiązane w warkocz opadały na prawe ramię, przez które przewieszony miała łuk. Sara była tak wysoka i szczupła, że przypominała jedno z młodych drzew. Jasne oczy połyskiwały mądrością i ciągłym zainteresowaniem. Sama dziewczyna była tak cicha w lesie, że rzadko kiedy można było usłyszeć jej obecność. Była najlepszym łowcą, nawet mężczyźni nie potrafili jej dorównać.

„Ona też się bardzo zmieniła… ” − pomyślał Elder. Po czym odchrząknął i uroczystym tonem zaintonował:

− Avea, czy zezwalasz na udział w twojej przysiędze lasu osób postronnych?

Dziewczyna nieśmiało kiwnęła głową, a Elder kontynuował dalej:

− W takim razie zebraliśmy się tu, by wysłuchać przysięgi nowego obrońcy. Jak nakazuje tradycja, jako nowy opiekun dostajesz podarunek, o jaki poprosisz. Rytuał nakazuje, by był to prezent, dzięki któremu będziesz mogła bronić swego lasu jako opiekun. Zatem − o co chcesz poprosić ducha Wiecznej Puszczy?

Avea wzięła głęboki oddech i skupiwszy całą swoją moc, rzekła do ducha lasu:

− Choć obrońca powinien mieć broń, by móc cię chronić, duchu, ja jako druid postaram się bronić ciebie przez mądrość i wiedzę. Duszo Wiecznej Puszczy, daj mi więc swoją wiedzę oraz mądrość o świecie.

Zapadła głęboka cisza, jakby cały las się namyślał nad odpowiedzią. Wszyscy znieruchomieli, gdy niespodziewany szum gałęzi całej puszczy zaczął przekazywać wiedzę swemu nowemu opiekunowi. Nikt nie wiedział, co się dzieje. Dźwięk był jak dawno zapomniany język, jak pieśń lasu. Tylko Avea usiadła spokojnie na ziemi i momentalnie zasnęła, słuchając mądrości Wiecznego Lasu.ROZDZIAŁ DRUGI NIESPODZIEWANY WERBUNEK

CO WSZYSCY MYŚLELI TEGO PORANKA, KIEDY PRZYSZŁA straż dyscyplinarna? Prawdopodobnie, że jest to rutynowa kontrola. Sara nigdy nie przypuszczała, że tak może potoczyć się ich los. Niejednokrotnie zastanawiała się, czy wszystko stało się przez nieznajomą osobę, czy też tak było pisane się potoczyć. Dzień był taki sam jak zawsze. Wszyscy wstali ze wschodem słońca, zjedli śniadanie i zaczęli wykonywać swoje prace w ciszy i spokoju. Błoga sielanka tej małej wioski druidzkiej miała być lada chwila przerwana. Niektórzy, tak jak nasz przyjaciel Grass, nie mieli obowiązków i wstając wraz z przebudzoną wioską, skierował swe kroki ku puszczy. Jego jedynego ciekawiło, co znajduje się za Wielką Puszczą, toteż zawsze gdy miał chwilę, chodził na jej skraj i obserwował dalekie słupy dymu, wpatrywał się w daleki obraz wiosek.

Tego dnia na spacerze szedł główną drogą. Jakież było jego zdziwienie, gdy zobaczył czterech nadjeżdżających jeźdźców. Grass, nie zastanawiając się ani chwilę, pobiegł do domu Avei. Szczęśliwym zrządzeniem losu Avea i jej przyjaciółka jadły śniadanie na werandzie. Zdyszany Grass przez chwilę łapał oddech, po czym jednym tchem powiedział:

− Obcy jadą!

Avea nic nie mówiła, piła dalej herbatę. Przyjaciel ze zdziwieniem patrzył na Aveę, wreszcie wyszeptał:

− Czy ty w ogóle mnie słyszysz! Obcy jadą, zrób coś!

Avea odłożyła ze zrezygnowaniem kanapkę, wzięła łyk herbaty i odpowiedziała:

− Właśnie robię, jem śniadanie, czekam na nich i myślę, czego od nas chcą. Pamiętaj, pośpiech jest złym doradcą, Grass. Lepiej usiądź i zjedz z nami śniadanie. Masz trochę herbaty, na pewno biegłeś całą drogę.

W milczeniu nalała mu z dzbanka herbaty, postawiła przed nim filiżankę i talerz z kanapkami. Przyjaciele patrzyli na Aveę w milczeniu. Rozumieli, co chciała przez to powiedzieć. Żadna histeria nic nie da, wręcz przeciwnie − ludzie, dowiedziawszy się, że ktoś zmierza w ich stronę, pochowaliby się w domach, a taka sytuacja byłaby podejrzana. Wiedzieli, że niezależnie od wszystkiego, nowy opiekun wie, co robi. W ciszy jedli więc śniadanie, zostawiając Aveę z jej myślami. Dziesięć minut później Avea wyczuła ludzi zbliżających się do wioski. Wstała od stołu i poszła do gabinetu, by zabrać Księgi Ludności. Następnie skierowała się do domu mistrza, po czym powoli poszła z nim w kierunku centralnego drzewa. Przyjaciele, widząc, co robi, podążyli za nią. Avea z mistrzem spokojnie usiedli na ławce i skierowali wzrok na drogę. Grass i Sara dołączyli do nich. Po trzech minutach można było z daleka dostrzec cztery sylwetki uzbrojonych ludzi na koniach. Mieszkańcy powoli, zdziwieni obecnością obcych, przerywali swoje prace lub kończyli rozmowy i przypatrywali się przybyszom. Z bliska czwórka osobników stała się bardziej widoczna. Na czele grupy był młody, blady, szczupły, zielonooki blondyn, który patrzył na wszystko ze skwaszoną miną. Najwidoczniej nie był zadowolony z tego, iż musiał tu przyjechać. Twarz miał przystojną, a rysy twarzy okazałe. Gdyby nie ta skwaszona mina, można by powiedzieć, iż sam książę przyjechał do wioski. Ubrany tak samo jak pozostali towarzysze w czarny płaszcz do kolan, z czerwoną przepaską na ramieniu, czarne spodnie i szarą koszulę. Za mężczyzną na koniu jechała kobieta, która tak samo jak jej szef nie była szczęśliwa z tej wyprawy. Była na swój sposób piękna: długie kasztanowe włosy opadające falami na plecy, czarne oczy i smukła, dostojna twarz. Kobieta zauważyła istnienie delegacji i skierowała zabójczy wzrok na Sarę.

„Nic dziwnego, w końcu trafiła na kobietę równie piękną, co ona” − pomyślała Avea i przyglądając się dwóm innym podróżnikom, spostrzegła łysego mężczyznę z groźną blizną na twarzy, który był tak barczysty i wielki, że jego koń miał problem z noszeniem go na grzbiecie. Facet przyglądał się swoim obgryzionym paznokciom z nadzwyczajną wnikliwością. Czwarty osobnik trzymający się z tyłu ubrany był inaczej niż jego towarzysze. Strój trudno było dostrzec, ponieważ wszystko zasłaniał czarny płaszcz. Avea nie mogła rozróżnić rysów twarzy nieznajomego, bo okryty był kapturem, co czyniło zeń tajemniczą postać.

Miała z jakiegoś powodu przeczucie, że właśnie ta osoba będzie sprawiać największy problem. Dziwnie się czuła, patrząc na tego mężczyznę. W pewnym sensie wyczuwała, jakby coś ją z tą osobą łączyło. Popatrzyła na zbierających się wokół ludzi z wioski. Pomyślała w duchu, że taka delegacja nie wróży nic dobrego. Przybysze podjechali do drzewa, dowódca skierował wzrok na Eldera i z ironią powiedział:

− Gdzie jest wasz wódz, tubylcze?

Nie padła jednak żadna odpowiedź. Cisza się przedłużała. Wówczas osobnik powiedział do swoich towarzyszy:

− Widzicie, jacy niedorozwinięci! W ogóle nie rozumieją, co do nich mówię!

Wszyscy obcy zaczęli się śmiać.

Gdy już przestali pokładać się ze śmiechu, Avea przemówiła:

− Muszę was rozczarować, rozumiemy, co do nas mówicie. Nie mamy tu żadnego wodza. Nazywam się Avea i jestem tutejszym opiekunem. Czy można wiedzieć, z kim mam przyjemność i w jakiej sprawie do nas przybyliście?

Wypowiedź wywołała nie lada zdziwienie u nieznajomych, jednak ich dowódca wcale nie był zmieszany, odpowiedział tylko sarkastycznie:

− Więc jest tu jednak ktoś rozumny! Jaka kultura, aż dziw bierze, że w takiej dziczy można spotkać takie osoby! Nazywam się Artur Vinster i jestem kapitanem tej oto drużyny dyscyplinarnej. Ta piękna pani to moja zastępczyni, Lilo Inster, a ten duży to szeregowy Green Efer. Tym czwartym proszę się nie przejmować, on jest osobą, którą spotkaliśmy po drodze. Jesteśmy tu, aby w ramach sojuszu zwerbować do wojska każdego zdolnego do walki mężczyznę. Chyba umiecie pisać i macie Księgi Ludności?

Wszyscy byli naprawdę zdziwieni. Od czasu pierwszego sojuszu nie było takiej straszliwej sytuacji, by do wojska rekrutować druidów. Musi być naprawdę ciężko, skoro posuwają się do rekrutacji ludzi, którzy nigdy w rękach nie mieli broni i nie mogą jej używać.

Avea podała Księgi i zaczęła przyglądać się jeszcze raz przybyszom. Zastanawiała się, dlaczego czwarty nieznajomy tu przybył? Co go sprowadzało? Ciężko było jej się do tego przyznać, ale bała się odpowiedzi na te pytania. Dowódca, nie tracąc czasu, otworzył Księgę Ludności i skierował się ku ostatnim stronom. Po dwóch minutach drobiazgowego czytania kazał wystąpić trzem mężczyznom, w tym również Grassowi. Poinformował, że wszyscy druidzi kierowani są do koszar w mieście Alumir, a niepojawienie się w koszarach za trzy dni będzie oznaczało dezercję, karą jest śmierć przez powieszenie.

Grass przyjął tę informację z wyjątkowym spokojem. Po prostu się uśmiechnął. Avea nie martwiła się o Grassa. Wiedziała, że prędzej czy później odejdzie z wioski, by szukać przygód. W tej sytuacji przynajmniej będzie wśród swoich i ktoś się nim zaopiekuje. Avea poczuła, że odzyskuje panowanie nad sytuacją, bowiem nie było możliwości, by mogli czegoś więcej od nich oczekiwać. Chłopcy z wioski przez rok powłóczą się w twierdzy i bezpiecznie wrócą do domu.

„Nie ma, czego się bać” − zawtórowała sobie kolejny raz w myślach. W mgnieniu oka zakapturzony osobnik zszedł z konia, podszedł do niej, złapał za rękę i podciągnął rękaw, obejrzał ramię, po czym stwierdził:

− Nie masz próby… Pójdziesz do gwardii na trzy lata i nie złamiesz żadnego z druidzkich praw, a wtedy zaliczysz test. Teraz pojedziesz z tymi ludźmi do najbliższych koszar gwardii.

Avea, zetknąwszy się z tą osobą dłonią, stanęła w zdumieniu, przeszły ją nienaturalne ciarki, a gdy usłyszała głos, z jakiegoś powodu wydawało jej się, że już gdzieś go słyszała.

Nieznajomy odszedł, wsiadł na konia i pojechał. Wszyscy stali w osłupieniu. Teraz wiadomo, po co przyjechał. Dopełniła się tradycja przysięgi opiekuna. Skoro próba i czas zostały wyznaczone, nie ma już nic do powiedzenia. Avea, słysząc te słowa, zrozumiała, że czeka ją niemożliwe zadanie do wykonania. Będzie musiała walczyć na wojnach, używać broni, przebywać w niebezpiecznym mieście i niewątpliwie używać niedozwolonej magii. Za złamanie reguł czeka tylko jedna kara: wygnanie. Wszyscy przebudzili się z letargu, gdy przemówił Elder:

− Obcy poddał cię próbie. Podał miejsce i czas. Liczę, że temu podołasz, Avea. Drużyna werbunkowa chyba zrobiła już swoje, więc żegnam.

Po tych słowach zaczęli się już rozchodzić, lecz w ostatniej chwili Artur powiedział:

− Jeśli opiekun chce pojechać z nami, niech się spieszy. − Po czym skierował wzrok na Aveę:

− Masz dziesięć minut. Spakuj się i pożegnaj. Radzę to zrobić dobrze, bo możesz tu już nie wrócić. − Powiedział to, uśmiechając się wyjątkowo złośliwie. Avea miała przeczucie, że raczej nie będzie to miła podróż. „Możesz tu już nie wrócić…”. Słowa te jeszcze długo brzmiały jej w umyśle.ROZDZIAŁ TRZECI PODRÓŻ W NIEZNANE

AVEA NIGDY NIE JEŹDZIŁA KONNO, NIE MIAŁA CZASU już na naukę. Dostała od jednego mieszkańca wioski konia i siodło. Była to kara klacz z łatą pod okiem nazwana przez to Łatką. Koń był bardzo spokojny, toteż Avea nie miała problemów z jazdą, jednak samo już siedzenie powodowało u niej ból w dolnej okolicy pleców. Jechała z tyłu, w pobliżu dryblasa imieniem Green. Raczej nie jest on najlepszym rozmówcą. Na każde zadane pytanie niebezpiecznie łypał okiem w jej kierunku. W czasie całej drogi nikt się do niej nie odzywał, choć to akurat wcale jej nie przeszkadzało. Przewidywania co do podróży okazały się trafne. Jedyne co zrozumiała ze studiowania mapy, to tylko to, że nie jadą w stronę Alumiru, czyli nie ma szans na towarzystwo innych druidów. Zamiast rozmyślać o niezbyt pewnej przyszłości, Avea skupiła się na widokach.

Jechali wschodnim traktem. Kopyta koni stukały o kamienistą drogę, co chwilę mijali jakiś mały wiejski domek bądź ludzi pracujących w polu. Momentami widać było jakąś małą, odgrodzoną od innych pól polanę, gdzie pasło się bydło. Niekiedy można było dostrzec jakieś drzewo lub krzew. Avea odwróciła się w kierunku Wielkiej Puszczy. Nawet z tak daleka były widoczne wiekowe drzewa lasu. Zielone morze drzew na tle błękitnego nieba. Widok sprawiał radość, ale wywoływał również smutek. Avea wiedziała, że teraz musi skupić się na drodze. Po raz ostatni spojrzała na puszczę.

Jechali główną drogą w kierunku stolicy Elmeronu. Dowiedziała się nieco o tym mieście od gbura Artura. Stwierdził, że to jest zaszczyt ujrzeć stolicę Elesmery dla takiego barbarzyńcy jak ona. Wprawdzie do stolicy jeszcze trochę drogi, jednak już z daleka widać jej potężne mury. Stanęli na popas, oczywiście najgorsza czynność, czyli opieka nad końmi przypadła jej. Avea zdjęła z koni siodła, by mogły odpocząć, i zaprowadziła do strumyka, aby się napoiły. Nim wróciła z końmi i znowu je osiodłała, towarzysze skończyli jeść i zaczęli się pakować. Wyszło na to, że musiała zjeść, jadąc konno.

Podróż do Elvoru trwała dwanaście długich, męczących godzin. Dla Avei był to chyba najgorszy czas w życiu. Miasto Elvor było duże, tłoczne i głośne. Ludzie ubrani w najrozmaitsze kolorowe stroje wyglądali jak papugi. Harmider, tłok i niespotykane dotąd zapachy przytłoczyły Aveę. Ludzie stojący przy straganach przekrzykiwali się nawzajem, zachwalając swoje produkty. Stragany były przepełnione różnorodnymi przedmiotami. Najbardziej okazałe były wystawy ze strojami kobiecymi. Avea nigdy w życiu nie widziała tak dziwnych ubrań. Najbardziej jednak zainteresowała ją wystawa sklepu alchemicznego. Wszystkie menzurki, tłuczki, moździerze i aparatury lśniły w słońcu i przyciągały wzrok. Wówczas obiecała sobie, że jak będzie miała chwilę wolnego czasu, to zajrzy do sklepu.

Dziwiło ją również to, jak ludzie chcą mieszkać w tak zimnym miejscu. Drogi, domy i mury z kamienia. Dla niej było tego już za wiele. Gdy tak pochłaniała widoki wielkiego miasta, nie zauważyła, że doprowadzono ją do tutejszych koszarów gwardii. Wszakże chciała naprostować sprawę, by trafić do Alumiru. Nie pozwolono jej jednak na to. Artur jako osoba, pod której była rzekomo ochroną, wypełnił za nią wszystkie dokumenty z sadystycznym wręcz wyrazem zadowolenia na twarzy. Skierowano ją do kwatermistrza, który dał jej 50 złociszy i standardowy zestaw gwardzisty, czyli krótki miecz i półpłytową zbroję. Wraz z pieniędzmi, które wzięła ze sobą, miała 100 złociszy. Pomyślała, że jak będzie miała chwilę, to postara się pójść na zakupy. Założyła zbroję i przypięła miecz, modląc się do duchów ziemi, by nie musiała go używać. Skierowano ją do konwoju kierującego się na rozstaje Elvora, do twierdzy martwych dusz. Nazwa budziła w niej złe emocje, ale przecież nazwa o niczym nie świadczy…

* * *

Avea poszła do przydzielonej drużyny straży granicznej. Jeśli zastanawiała się, co wykręcił jej Artur, to widząc tę grupkę, nie miała najmniejszych wątpliwości. Przed nią stał mały, kilkuosobowy, zwiadowczy oddział krasnoludów uzbrojonych po zęby w młoty i topory. Podeszła do najbardziej rosłego krasnoluda. Miał on rude, długie włosy zaplecione w warkocz przeplatany złotą nicią i brodę równie imponującą, co włosy. Broda była tak długa, że krasnolud zakładał ją za pas. Związana była w dwa warkocze i uwieńczona bogatymi, złotymi spinkami w kształcie skrzyżowanych młotów. Na sobie miał ciężką zbroję gwardii, na której widniało oznaczenie kapitana. W ręku trzymał posrebrzaną tarczę, z wygrawerowanym symbolem dwóch skrzyżowanych młotów. W tej chwili śmiał się z żartu jednego z towarzyszy. Avea ostrożnie dotknęła ramienia krasnoluda. Ten odwrócił się i w milczeniu spoglądał na druidkę.

− Nazywam się Avea, skierowano mnie do trzynastego pułku oddziału straży granicznej. Tu są moje dokumenty, kapitanie.

Krasnolud popatrzył jeszcze raz na Aveę, przejrzał dokumenty, po czym oddał, mówiąc:

− Rozumiem, że jesteś nowym druidzkim rekrutem? Liczyłem na rosłego faceta wymachującego kijem lub przynajmniej sierpem, a dostałem kobitę. Powiedz Arturowi, że nie jestem niańką i nie będę cię pilnował, tym bardziej że jesteś magiem. Samobójcą nie jestem, doskonale wiem, że wy wszyscy jesteście niczym ul os, tylko czekać, aż wymkniesz się spod kontroli, jak zobaczysz zombi.

Avea teatralnie westchnęła, zrobiła szczenięce oczy pełne rozpaczy, złożyła ręce jak do modlitwy i rzekła:

− Powiedział, że mnie i tak nie weźmiesz i nie dopilnujesz. Rozumiem, nie chcesz obciążać się osobą, która nie przeżyje sama nawet dnia w twierdzy martwych dusz i stanowi zagrożenie.

Popatrzyła jeszcze raz szczenięcymi oczami na kapitana i jego towarzyszy, po czym spuściwszy głowę, powolutku, jakby od niechcenia szła w kierunku targowiska. Krasnoludy zaczęły między sobą się sprzeczać i szeptać. W końcu dowódca ponaglany i popychany przez swoich podopiecznych podszedł do odchodzącej Avei.

− Ten huncwot zawsze robi mi jakieś problemy! Skoro uważa, że nie przetrwasz pod naszą opieką nawet dnia, to się strasznie myli! Ja jeszcze zrobię z ciebie wzorowego gwardzistę! Jak wytrwasz pod moją komendą, to będziesz po trzech latach walczyć i pić jak prawdziwy krasnolud! Umiesz używać jakiejkolwiek broni? Tak w ogóle coś umiesz?

Avea energicznie pokręciła głową, odganiając przywołane łzy, i zaczęła:

− Umiem walczyć laską. Potrafię leczyć, bezszelestnie się poruszać i ukrywać. Dodatkowo wyczuwam każde żyjące stworzenie w promieniu jednego kilometra. Dam radę znaleźć dobre miejsce na obóz, jedzenie i wodę na większości terenów.

Kapitan chwilę myślał, po czym stwierdził:

− Sprzedaj miecz, i tak ci się nie przyda, bo właśnie zostałaś naszym zwiadowcą. Pamiętaj jednak, że będziesz musiała walczyć, więc lepiej pomyśl, czego będziesz używać. Bo na froncie każdy dba o siebie. To co, chłopcy? Postaramy się, by ta druidka nie zginęła w akcji?!

Towarzysze krzyknęli jednogłośnie. Zaczęli się klepać po plecach i wrócili do wspólnego przedrzeźniania. Ich szef odwrócił się do Avei i machnął na krasnoludy ręką, mówiąc:

− Ja mam na imię Orin Kamienny Młot. Tamten mały rudy to mój młodszy brat Toras, a ten łysy z blond brodą to Kelar Żelazna Dłoń, w porządku chłopy. My to bardziej jak rodzina niż jednostka. Musisz w drodze opowiedzieć nam, jak tu trafiłaś. Spotykamy się o świcie przed bramą. Jak się spóźnisz, odjedziemy bez ciebie, przez ten czas zaopatrz się w to, co niezbędne na podróż.

Po sprzedaniu miecza w mieszku uzbierała się miła dla oka suma. Avea podrzuciła mieszek w ręku i stwierdziła, że to przyjemny ciężar. Postanowiła swoje pieniądze wydać w sklepie alchemicznym. Mijając kilka wystaw ze strojami kobiecymi, zerknęła na swoją tunikę.

„Wkrótce trzeba się odpowiednio ubrać, by nie zwracać niepotrzebnie na siebie uwagi” − pomyślała. Ostatecznie dotarła do odpowiednich drzwi. Otaczające ją aparatury zapierały dech w piersi. Uznała, iż powinna zacząć od podstaw alchemicznych. Spytany o Dobre Księgi sprzedawca uprzejmie wybrał trzy najlepsze wydania: O reagentach i substratach. Podstawy chemii i alchemii Lihro Lu, Tworzenie mikstur dla początkujących Mistrza Sfarta oraz Leczenie przez Alchemię Arcyuzdrowicelki Jamari.

Później skierowała się do aparatur alchemicznych. Zdecydowała się na podstawowy sprzęt. Stanęła przy ladzie i z pomocą handlarza wybrała kilka składników oraz reagentów. Zapłaciwszy za wszystko, wyszła z małym kuferkiem fiolek, menzurek i innego sprzętu alchemicznego. Poszła wzdłuż drogi, szukając wzrokiem sklepu, w którym mogłaby uzupełnić zapasy, oraz gospody, w której spędzi noc. Kierując się do gospody Ostatni Postój, Avea zastanawiała się nad swoimi towarzyszami podróży i nad tym, dlaczego niektórych ludzi zsyła nam los… Niebawem miała się o tym przekonać…

* * *

Avea z daleka słyszała krzyki Artura i myśląc, że z jakichś nieznanych powodów ją ściga, przyśpieszyła kroku. Nie patrząc się za siebie, skręciła w najbliższą uliczkę, zdyszana zatrzymała się. Gdy próbowała się chować przed swoim prześladowcą, wpadł na nią uciekający młody mężczyzna. Przewrócił się z impetem na leżącą nieopodal stertę gruzu i uderzając się w głowę, stracił przytomność. Dziewczyna przerażona tą sytuacją i zbliżającymi się krzykami skryła się z poszkodowanym, wykorzystując do tego magię. Chwilę później przebiegła przez uliczkę rozłoszczona zgraja Artura z nim samym na czele. Gdy było już zupełnie cicho, Avea postanowiła opuścić kamuflaż, przyjrzała się niedoszłej ofierze Artura. Był wysokim szczupłym mężczyzną o czarnych, krótkich, lśniących włosach i smukłą, ujmującą twarzą. Sprawdziła, czy od upadku nie doznał żadnych urazów głowy. Upewniwszy się, że osobnik jest bez szwanku, podstawiła mu pod nos wyjątkowo śmierdzący specyfik. Nieznajomy od razu zaczął kaszleć i momentalnie odzyskał przytomność. Zdziwiony całą sytuacją niepewnie rozglądał się na boki. Avea, widząc zmieszanie w jego zachowaniu, zaczęła rozmowę:

− Uciekałeś od Artura Vinstera, tak?

Mężczyzna dopiero co ją zauważył i zmarszczył brwi tak, jakby próbował sobie przypomnieć, co tutaj robi. Myśląc jeszcze chwilę nad całą sytuacją, w końcu powiedział:

− To na ciebie wpadłem? Jakim cudem mnie nie złapali?

Avea, uśmiechając się spokojnie, opowiedziała mu o całym zdarzeniu. Potem mężczyzna wstał, ucałował rękę Avei i powiedział:

− Dziękuję ślicznej pani za ratunek. Mam nadzieje, że jeszcze kiedyś się spotkamy, tymczasem żegnam.

Wyszedł na ulicę i wmieszał się w tłum. Avea przez całą drogę do gospody zastanawiała się nad tym dziwnym osobnikiem oraz nad jego słowami. To były wieszcze słowa…
mniej..

BESTSELLERY