Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

Magiczne drzewo. Tajemnica mostu - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
14 czerwca 2023
Produkt niedostępny.  Może zainteresuje Cię

Magiczne drzewo. Tajemnica mostu - ebook

Przygodowa powieść o dynamicznej akcji, mówiąca o ważnych sprawach.

Filip zachorował w wyniku nieostrożnego czaru. By go uratować Kuki, Wiki i Melania muszą znaleźć Most Zapomnienia. Wędrują przez góry i jaskinie. Walczą z olbrzymim pająkiem, niedźwiedziem i trójoką Gretą. Znajdują tajemniczy most w Wenecji, lecz czar Grety zatapia miasto. Na ratunek rusza niezwykły robot i kotka Latte.

Kategoria: Dla dzieci
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-240-5073-4
Rozmiar pliku: 5,0 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

W dwutysięcznym roku nad Doliną Warty przeszła straszliwa burza. Trwała bez przerwy przez trzy dni i trzy noce. Przerażone zwierzęta kryły się w najgłębszych norach. Małe dzieci chowały głowy pod poduszki, by nie słyszeć nieustającego huku grzmotów. W wielu domach zgasło światło, a dachy porwała wichura.

Trzeciego dnia piorun uderzył w olbrzymi stary dąb rosnący na wzgórzu. Drzewo pękło i runęło na ziemię. Zadrżały domy w całej dolinie, a burza natychmiast ustała.

Nie był to zwyczajny dąb. Było to Magiczne Drzewo. Miało w sobie ogromną, cudowną moc, lecz wtedy nikt o tym nie wiedział.

Ludzie zawieźli je do tartaku i pocięli na deski. Z drewna zrobiono setki różnych przedmiotów, a w każdym przedmiocie została cząstka magicznej mocy. W zwyczajnych rzeczach ukryła się siła, jakiej nie znał dotąd świat. Wysłano je do sklepów i od tego dnia na całym świecie zaczęły się niesamowite zdarzenia.– Gdzie my jesteśmy!? – spytał Kuki.

– Chyba lecimy nad Włochami! – zawołał Filip, przekrzykując wichurę. – Ale nie jestem pewny, GPS przestał działać.

– Nic już nie działa – powiedziała ponuro Tośka. – I pękła następna ściana. Widzieliście?

– Nie.

– Bo tato zasłonił szczelinę. Nie chce, żebyśmy się bali.

– Dom się rozpadnie i wszyscy zginiemy – jęk­nęła Wiki.

– Nieprawda! – zawołał Kuki. – Czerwone krzesło przyleci i nas uratuje. Jestem pewny.

– Bzdura – mruknął Filip.

Tośka pociągnęła brata za rękaw, szepcząc:

– Nie mów tak… Lepiej niech Kuki wierzy, że krzesło nas ocali. Przynajmniej mniej się boi.

Jednak każde z nich czuło strach. Przecież stali na balkonie budynku, który leciał tysiąc metrów nad ziemią!

Czar czerwonego krzesła oderwał ich dom od ulicy i wyrzucił między chmury. W budynku lecieli Kuki, Tośka, Filip i ich rodzice. A także mała Wiki, sprawczyni tego strasznego zdarzenia. Bo to ona zapragnęła latać, a magiczne krzes­ło spełniło jej prośbę. Niestety w taki sposób, że cały dom wystrzelił w górę jak rakieta*.

Czerwone krzesło zostało na ziemi, więc nie mogli odwołać czaru. Dom leciał nad chmurami jak szalony samolot, pchany wiatrem i tajemną energią. Nie było szans, by go zatrzymać albo wylądować.

Próbowali dzwonić po pomoc, ale telefony na tej wysokości nie działały. Rzucali listy z błaganiem o ratunek, lecz wiatr darł je na strzępy.

Nie mieli szans na ocalenie. Po prostu nie było już żadnej nadziei.

Ściany lecącego domu trzeszczały i pękały. Wichura oderwała od muru bilbord z reklamą żelków Żu. Huśtał się na elektrycznym przewodzie jak upiorna huśtawka. Dom się chwiał. Dzieci czuły się jak pasażerowie tonącego statku.

– Co wy tu robicie!? – zawołał tato, zaglądając na balkon. – Mówiłem, że macie tu nie wchodzić. Balkon może odpaść, a do ziemi jest kilometr! Zejdźcie stąd!

– W środku jest tak samo niebezpiecznie – mruknął Filip. – Cały dom może się rozlecieć.

– Nie strasz ich – powiedział tato. – Ściany się trzymają. Na pewno nie pękną.

– Jak długo?

Tato nie odpowiedział. Usłyszeli wołanie mamy:

– Przyjdźcie na obiad!

– Znowu będzie zimny makaron – westchnął Kuki. – A w nocy śniła mi się cieplutka pizza pepperoni.

– Jak chcesz pizzę, to możesz wyskoczyć – zaśmiał się ponuro Filip. – Chyba lecimy nad Wenecją. Tam robią pyszną pizzę.

Kuki wychylił się przez balustradę balkonu. W dole było widać miasto poprzecinane wieloma kanałami. Obok lśniło niebieskie morze. Spokojny, bezpieczny świat, do którego już nigdy nie powrócą. Chyba że czerwone krzesło przyleci i ich ocali…

– Kuki, chodź na obiad.

Tato pociągnął syna do pokoju.

Dom przefrunął nad Wenecją tak szybko, że zauważyła go tylko mała Latte. Niestety nie mog­ła nikomu o tym powiedzieć, bo była kotką. Miała futerko białe jak mleko, tylko czubki uszu czarne.

Latte siedziała w oknie domu nad kanałem. Na zielonej ścianie budynku wisiał szyld: WENECKA WYTWÓRNIA PAMIĄTEK.

Właścicielem i jedynym pracownikiem wytwórni był Giuseppe Collodi. Robił miniaturowe domki i modele weneckich łodzi, które kupowali turyści, zwłaszcza dzieci. Giuseppe uwielbiał tę pracę i swą kotkę Latte. Ona także go kochała. Gdy Giuseppe szedł do warsztatu, kotka czekała na jego powrót, wpatrując się w zegar. Jeśli jej pan się spóźniał, wybaczała mu. Pod warunkiem, że będzie mogła się położyć w ulubionym miejscu. Czyli na głowie Giuseppe.

Latte była mała i mięciutka. Kiedy leżała na głowie swego pana, wyglądała jak mrucząca czapeczka.

Stuknęły drzwi.

– Cześć, Latte!

Do pokoju wszedł mężczyzna o czarnych kręconych włosach. Dźwigał wielką paczkę.

– Długo na mnie czekałaś, co? Miałem mnóstwo pracy…

Kotka miauknęła głośno. Być może próbowała powiedzieć o lecącym domu. Ale Giuseppe nie rozumiał kociego języka. Więc Latte dała susa na stół, a stamtąd wskoczyła na jego głowę. Ułożyła się wygodnie.

– Ej! Zejdź z mojej głowy! – zawołał Giuseppe. – Chcę ci coś pokazać.

Mężczyzna położył paczkę na stole. Ostrożnie zdjął papier. Odsłoniła się piękna makieta Wenecji. Małe domki były ustawione nad kanałem. Brzegi łączył drewniany most. Wszystko wyglądało jak prawdziwe, tylko było sto razy mniejsze. Wenecja w miniaturze…

Latte zamruczała z uznaniem.

– Podoba ci się – zaśmiał się Giuseppe. – Mocno się napracowałem przy tej makiecie. Najbardziej przy moście. Użyłem dębowego drewna, a latarnie naprawdę świecą… Jaka szkoda, że to wszystko zostanie zniszczone.

Kotka miauknęła z oburzeniem.

– Też uważasz, że to głupie? – westchnął Giuseppe. – Niszczyć taką piękną zabawkę! Ale nic na to nie poradzę, moja mała. Makietę zamówiła agencja reklamowa PIXI. Będą kręcić w Wenecji reklamę coca-coli. Te domki włożą do akwarium i zaleją stu litrami coli. Filmowy efekt specjalny! Wenecja tonąca w coca-coli! Tyle się napracowałem, a oni to utopią – powiedział smutno Giuseppe. – Najbardziej żal mi tego mostu. Jest taki piękny! Wierna kopia Ponte dell’Accademia…

Giuseppe zdjął delikatnie kotkę z głowy i postawił na stole.

– Chyba zasłużyłem na dobrą kawę. A ty na trochę chałwy.

Poszedł do kuchni. Latte posłała za nim spojrzenie pełne czułości. Kochała Giuseppe. I chałwę.

Kotka podeszła do miniaturowej Wenecji i uważnie obejrzała most. A potem na niego weszła.

Wtedy zaczęło się dziać coś dziwnego. Gdy kotka stanęła na moście, zapaliły się małe latarnie. Po chwili zaczął się świecić cały most. Pokój zalało niesamowite światło. Nawet Latte świeciła jak lampion!

Kotka miauknęła dziko. Przebiegła przez most i zeskoczyła na stół. Dziwne światło natychmiast zgasło.

Kotka zastygła, oszołomiona dziwnym zdarzeniem. Stała jak zaczarowana.

Wrócił Giuseppe.

– Latte, chodź do mnie! – zawołał.

Kotka nawet na niego nie spojrzała.

– Mam dla ciebie chałwę!

Giuseppe chciał podać kotce jej przysmak. Latte miauknęła dziko i przejechała pazurami po jego dłoni.

Mężczyzna spojrzał na nią zdumiony. Pierwszy raz Latte go podrapała!

– Co się z tobą dzieje!? – zawołał.

Kotka patrzyła na Giuseppe jak na kogoś obcego. Jakby nagle przestała kochać swego pana!

Giuseppe chciał ją pogłaskać. Kotka syknęła rozzłoszczona.

Spróbował wziąć Latte na ręce. „Miauuu!” Kotka wyrwała się. Dała susa na parapet. A potem wyskoczyła przez otwarte okno.

– Latte! Co ty robisz!?

Giuseppe popędził do okna. Zobaczył, że kotka ląduje w motorówce, która płynęła kanałem.

– Latte!

Kotka nawet się nie odwróciła. Siedziała nieruchomo na dachu kabiny.

Zdumiony Giuseppe patrzył, jak Latte oddala się wraz z łodzią. Dlaczego uciekła? Kotka nigdy tego nie robiła. Kochała Giuseppe tak bardzo, że nie chciała bez niego wychodzić z domu. A teraz uciekła…

Mężczyzna założył pelerynę i ruszył na poszukiwanie kotki.

Lecący dom otaczały chmury. Tato zamknął wszystkie okna, jednak chłodna mgła wpełzała do mieszkania przez spękane ściany.

Jedli obiad ubrani w najgrubsze rzeczy, ale i tak strasznie marzli. Jedzenie ich nie rozgrzało, bo na obiad dostali zimny makaron. Był okropnie twardy, mimo że mama wcześniej namoczyła go w wodzie mineralnej. Do tego była ryba z puszki i trochę starego chleba.

Dzieci udawały, że im smakuje, żeby nie sprawić mamie przykrości. Naprawdę się starała, ale nie było prądu ani gazu, więc jedzenia nie można było podgrzać. W dodatku lecący dom się kołysał i wszyscy mieli objawy choroby morskiej.

Jedli niechętnie, w milczeniu. Nagle Kuki odłożył widelec i zaczął nadsłuchiwać.

– Słyszeliście!? – spytał.

– Co?

– Ktoś wołał: „Ratunku!”.

– Co ty bredzisz? – mruknął Filip. – Przecież poza nami nikt nie leci. Pukaliśmy do wszystkich mieszkań i nikogo nie było.

– Ratunku!

Teraz krzyk usłyszeli wszyscy. Zerwali się z krzeseł i nadsłuchiwali.

– Na pomoc! Ratunku!

– Naprawdę ktoś woła – szepnęła mama.

Cała rodzina popędziła do korytarza. Otworzyli drzwi i wyjrzeli na klatkę schodową. Znów usłyszeli krzyk:

– Na pomoc! Ratujcie mnie!

– Mówiłem, że ktoś wzywa pomocy – powiedział Kuki.

– Chyba jest na strychu! – zawołał podekscytowany Filip. – Trzeba to sprawdzić!

Chciał pobiec na schody, ale tato go zatrzymał.

– Filip, stój! Pójdę tam z mamą. Wy zostańcie w mieszkaniu.

– Dlaczego nie możemy iść z wami!? – oburzył się Filip.

– Bo to jest niebezpieczne. Schody są popękane. Można wpaść w jakąś dziurę. Zostańcie w mieszkaniu!

Tato i mama zaczęli się wspinać po schodach. Wokół nich kłębiły się chmury wpływające przez rozbite okna. Schody kołysały się. Rodzice szli ostrożnie, powoli. Po chwili zniknęli we mgle.

Tośka, Filip, Kuki i Wiki czekali w otwartych drzwiach.

Znów rozległo się wołanie. Tym razem było głośniejsze:

– Ratujcie mnie! Na pomoc!

Był to głos jakiejś dziewczyny. Dochodził z dołu!

– Ten ktoś jest na parterze – szepnęła Tośka. – A rodzice poszli na strych!

– Trzeba ich zawołać.

Kuki chciał pobiec, ale Filip go zatrzymał.

– Nie wołaj rodziców. Sami to zbadamy! Chodź, Tośka…

Filip i Tosia wyszli na klatkę schodową.

Dwoje młodszych dzieci ruszyło za nimi. Filip zawołał:

– Wy zostajecie!

– Dlaczego? – oburzył się Kuki.

– Bo jesteście za mali!

– Nieprawda!

Kuki i Wiki poszli za starszym rodzeństwem. Cała czwórka ostrożnie schodziła po połamanych stopniach. Nagle oderwał się kawałek poręczy. Wypadł przez dziurę w ścianie i poleciał w stronę ziemi. Kuki zadrżał. Miał lęk wysokości.

Znów usłyszeli krzyk:

– Na pomoc!

– Ona woła z mieszkania Podlaków… – szepnęła Tośka. – To na pewno jest Melania!

– Co? Melania? – jęknął Filip. – No nie! Dlaczego akurat ta głupia Wiewióra musi z nami lecieć!?

Melania, zwana Wiewiórą, była córką sąsiadów. Miała trzynaście lat i włosy rude jak ogon wiewiórki. W szkole nikt jej nie lubił, choć właściwie nie wiadomo czemu. Po prostu wszyscy mówili, że jest dziwna. Najbardziej nienawidził jej Filip.

Stanęli przed drzwiami do mieszkania Melanii i nadsłuchiwali. Znów rozległo się wołanie:

– Ratunku!!!

Filip nacisnął klamkę i pchnął drzwi. Uchyliły się na kilka centymetrów. Dalej coś je blokowało. Filip rozpędził się i uderzył w drzwi ramieniem. Otworzyły się gwałtownie, a chłopak wpadł do wnętrza. Rodzeństwo weszło za nim.

Przebiegli korytarz i zajrzeli do salonu.

– Filip, uważaj! – krzyknął Kuki.

W salonie brakowało kawałka podłogi. Pewnie odpadła, gdy dom odrywał się od ulicy. Przez wielką dziurę było widać chmury i odległą ziemię.

Filip omal nie wpadł do tej strasznej przepaści. Cofnął się w ostatniej chwili.

– Hej! Jest tu ktoś!? – zawołał.

– Na pomoc!

Głos dochodził z łazienki. Pobiegli tam.

Na podłodze leżała wanna przewrócona do góry nogami. Właśnie spod niej dochodziły pojękiwania.

– Ratunku! Wyciągnijcie mnie stąd!

Złapali w czwórkę ciężką wannę i z trudem ją unieśli. Wysunęła się chuda ręka. Potem pojawiła się ruda głowa i cała reszta owinięta płaszczem kąpielowym.

Była to niewątpliwie Melania zwana Wiewiórą.

– Wyłaź! – krzyknął Filip. – Szybko! Bo nie utrzymamy tej wanny!

Dziewczyna wyczołgała się. Ledwo to zrobiła, a wanna wyślizgnęła się Kukiemu z rąk. Z hukiem grzmotnęła w podłogę.

Melania usiadła i rozejrzała się nieprzytomnie.

– Co się dzieje? – wyszeptała. – Chciałam się wykąpać… Nagle dom zaczął się kołysać. Wanna się na mnie przewróciła… Nie mogłam jej unieść… Siedzę pod nią cały dzień! Gdzie jest moja mama?

– Twoja mama chyba z nami nie leci.

– Jak to „leci”? – spytała zdumiona Melania.

Tosia zerknęła na nią niepewnie. Zastanawiała się, jak delikatnie wytłumaczyć jej sytuację. Zrobił to Filip. Nie był delikatny.

– Nasz dom wyrzuciło w powietrze – powiedział ponuro. – Lecimy nie wiadomo dokąd. Nie możemy wylądować, więc umrzemy niedługo z głodu. Chyba że wcześniej dom się rozleci. Wtedy spadniemy na ziemię i zostanie z nas mokra plama.

Melania patrzyła na Filipa oszołomiona, potem zerwała się i popędziła do okna w salonie.

– Uważaj! – krzyknęli wszyscy.

Za późno. Melania nie dostrzegła wyrwy w podłodze. Wpadła do dziury i runęła w dół.

– Aaaa!

Przerażone dzieci podbiegły do otworu. Były pewne, że zobaczą Melanię spadającą między chmurami, ale nie było jej widać. Nagle usłyszeli krzyk:

– Na pomoc!

Wychylili się bardziej. Zobaczyli, że Melania stoi na ramie bilbordu.

Pod lecącym domem wisiał bilbord reklamujący żelki Żu. Kołysał się na przewodach elektrycznych. Ta reklama zawsze ich wkurzała, a modelkę na plakacie nazywali Żygożelką. Ale teraz ta głupia reklama uratowała Melanii życie. Bo Wiewióra złapała się ramy bilbordu. Bujała się na nim jak na upiornej huśtawce. Krzyczała rozpaczliwie:

– Na pomoc!

– Ona zaraz spadnie! – zawołała przerażona Tosia. – Kuki! Zawołaj rodziców! Szybko!

Kuki i Wiki popędzili na strych. Filip wychylił się przez krawędź otworu. Krzyknął:

– Melania! Idę po ciebie!

– Filip, nie! – krzyknęła Tośka. – Zlecisz!

Ale Filip złapał gruby przewód, na którym wisiał bilbord. Zjechał, lądując na ramie bilbordu obok Melanii.

– Wiewióra! – zawołał.

Melania odwróciła się. Spojrzała na Filipa rozszerzonymi ze strachu oczami, a potem przytuliła się do niego z całych sił. Obejmowała go jak mały dzieciak. Jej rude włosy łaskotały Filipa w policzek.

Chłopak spojrzał w dół. Między chmurami było widać ziemię tak odległą, że spadanie trwałoby chyba pół godziny. A na końcu i tak by się roztrzaskali.

– Melania, musisz się wspiąć po tym przewodzie! – zawołał Filip, przekrzykując wichurę.

– Spadnę!

– Nie bój się. Będę cię asekurować! Idź!

Melania obejmowała Filipa i nie chciała się ruszyć.

– Nie bój się! – wołał Filip. – Będziemy się wspinać razem! Idź! Proszę cię! Inaczej oboje spadniemy.

Filip jedną ręką złapał przewód, a drugą objął Melanię.

– Idziemy!

Zaczęli się wspinać. Na szczęście okazało się, że Wiewióra ma mocne ręce. Pięła się w górę całkiem sprawnie. Filipowi było trudniej, bo trzymał linę tylko jedną ręką. Drugą obejmował Melanię.

Wył wiatr, było upiornie zimno. Z bilbordu uśmiechała się modelka reklamująca żelki Żu. Filip pomyślał, że już nigdy nie zje tych przeklętych żelków.

Ponad nimi był lecący dom. Z otworu w podłodze wychylała się Tośka. Wspinali się powoli w jej stronę.

Dotarli wreszcie do dziury w podłodze.

Tośka złapała dłoń Melanii i pomogła jej wejść.

Filip resztkami sił wczołgał się do pokoju. Kompletnie wykończony oparł się o ścianę i ciężko oddychał.

Melania podeszła do niego.

– Dzięki, Filip – wyszeptała.

A potem zemdlała.

Melania leżała na kanapie przykryta siedmioma kocami. Mimo to trzęsła się z zimna. Obok na fotelu dygotał Filip. Twierdził, że wcale nie zmarzł, ale zęby tak mu szczękały, że przypominało to dźwięk perkusji.

Mama szykowała dla nich gorącą herbatę, podgrzewając czajnik świecami.

– Biedna Melania – mówiła. – Tyle godzin siedziała pod wanną, a potem to straszne zdarzenie…

Woda w czajniku zaczęła bulgotać. Mama zalała herbatę.

– Jak skończą się świece, będziemy pić zimną wodę – westchnęła.

– A jak skończy się woda – spytała smętnie Tosia – to co będziemy pić?

– Możemy łapać deszcz.

– Nie możemy, bo lecimy powyżej chmur deszczowych – stwierdziła rzeczowo Wiki. – Deszcz pada pod nami.

W tym momencie Melania otworzyła oczy. Była bardzo blada.

Mama podała jej szybko kubek z herbatą.

– Wypij to, Mela. I zażyj aspirynę.

– Nie mogę. Jestem uczulona na aspirynę.

– Niestety nie mam nic innego. Czujesz się lepiej?

– Trochę… Tylko kręci mi się w głowie.

– Wszystkich boli głowa, bo lecący dom mocno się buja.

Melania przysunęła się bliżej mamy.

– Proszę pani, więc to nie jest sen? My naprawdę lecimy?

– Tak.

– I wszyscy zginiemy?

– Nie bój się. Wymyślimy jakiś sposób, żeby wrócić na ziemię… Pij herbatę, bo strasznie zmarzłaś.

Melania wypiła łyk parującego płynu.

Wszedł tato.

– Jak ona się czuje? – spytał.

– Trochę lepiej – powiedziała mama. – Ale oboje bardzo zmarzli.

Tato spojrzał na Filipa.

– Byłeś niesamowicie odważny… Uratowałeś ją. Ale następnym razem zawołaj mnie w takiej sytuacji.

Filip nie odpowiedział. Tato odwrócił się do mamy.

– Kończy się nam żywność. Musimy przeszukać wszystkie mieszkania w budynku i zebrać całe jedzenie i wodę. Chodź ze mną. A gdzie jest Kuki?

– Stoi na balkonie – powiedziała Wiki.

– Mówiłem, że macie tam nie wchodzić!

– Ale Kuki chce tam czekać.

– Czekać? – zdziwił się tato. – Na co?

– Na czerwone krzesło. Jemu się zdaje, że ono przyleci i nas uratuje.

– No dobrze. Może lepiej, że się czymś zajmuje. Pilnujcie tylko, żeby się nie wychylał.

Tosia podeszła do ojca.

– Tato, myślisz, że czerwone krzesło naprawdę przyleci i ocali nas?

– Nie wiem, Tosiu. Naprawdę nie wiem… Ale jakoś sobie poradzimy.

Tato przytulił córkę. Potem wziął wielką torbę i razem z mamą wyruszyli na poszukiwanie jedzenia.

Melania wygrzebała się spod sterty koców. Podbiegła do Tosi i Filipa.

– Wytłumaczcie mi wreszcie… Czemu ten dom leci? W jaki sposób to wszystko się dzieje!?

Rodzeństwo spojrzało na siebie niepewnie. Magia czerwonego krzesła była tajemnicą. Nikomu jej nie zdradzali.

– Nie możemy ci tego powiedzieć – mruknął Filip.

– Przysięgam, że nikomu nie wygadam. Ja nie zdradzam tajemnic!

– Chyba możemy jej to wyjaśnić – szepnęła Tośka do brata. – I tak z nami leci…

Filip usiadł obok Melanii.

– To jest magia, rozumiesz?

– Magia!?

– Tak. Mamy magiczny przedmiot o wielkiej mocy. Nie możemy ci powiedzieć jaki… Ten przedmiot spełnia nasze rozkazy. Wiki niechcący wypowiedziała głupie życzenie i dom odfrunął. I będziemy tak lecieć bez końca.

– Dlaczego bez końca? – spytała Melania.

– Bo magiczny przedmiot wypadł z okna, więc nie możemy odwołać czaru. Nigdy nie wrócimy na ziemię.

Filip bał się, że Wiewióra znów zemdleje. Ale ona powiedziała z zachwytem:

– To jest zupełnie jak w filmie!

– Tak. Tylko że w filmie aktorzy nie giną naprawdę. A my zginiemy.

– Wzywaliście pomoc?

– Telefony tu nie działają – westchnęła Tośka.

– W takim razie możemy nadać sygnał SOS lustrem – powiedziała Melania.

Tośka myślała, że Filip wyśmieje ten pomysł. Ale on spojrzał na Wiewiórę z uznaniem.

– Nie wpadliśmy na to… To się może udać! Chodźcie!

Pobiegli do łazienki i zdjęli ze ściany wielkie lustro. Zanieśli je do okna. Filip ustawił lustro w taki sposób, żeby odbijało słońce w stronę ziemi. Wiewióra machała przed lustrem ręcznikiem. Trzy krótkie błyski, trzy długie, trzy krótkie. To znaczy „SOS”, czyli „na pomoc”.

– Nikt tego nie zobaczy – mruknęła Tośka. – Pod nami jest za dużo chmur. Wszystko zasłaniają.

Faktycznie. Niebo było zachmurzone. Z niepokojem zauważyli, że chmury zmieniły kolor. Stały się czarne i przypominały dziwne potwory. Rozległ się daleki grzmot.

– Idzie burza – powiedział Filip. – Trzeba zawołać Kukiego.

Kuki stał na balkonie, przyciskając do oczu lornetkę. Wypatrywał czerwonego krzesła. Wierzył, że niedługo do nich przyleci. To jasne, że trudno mu frunąć tyle kilometrów. Ale Kuki był pewny, że magiczny przedmiot przybędzie we właściwym momencie.

– Zejdź z balkonu! – zawołała Tośka.

– Chcę tu czekać.

– Nie możesz tam stać. Idzie burza.

Jakby na potwierdzenie zahuczał kolejny grzmot. Tym razem dużo bliższy.

Pod wieczór czarne chmury zasłoniły całe niebo. Wzmógł się wiatr i lecący dom kołysał się jak huśtawka. Grzmiało niemal bez przerwy. Błyskawice pędziły z nieba do ziemi. Inne eksplodowały tuż obok domu. Cały horyzont stał w ogniu. Był to przerażający widok. Mama opuściła rolety i zabroniła dzieciom patrzeć w stronę okien. Kolację jedli w milczeniu, nadsłuchując odgłosów burzy. Wiatr wzmagał się. Lecący dom trzeszczał i jęczał, jakby miał się zaraz rozpaść. Czasem rozlegał się przeraźliwy trzask i w ścianie powstawała kolejna szczelina.

Żeby zagłuszyć te złowieszcze dźwięki, tato zaczął grać na fortepianie.

Melania usiadła obok Filipa.

– Boisz się? – spytała cicho.

– Trochę…

– Każdy by się bał w takiej sytuacji. Ty jesteś bardzo odważny. Strasznie ryzykowałeś, żeby mnie uratować… Bez ciebie na sto procent bym spadła. – Melania przysunęła się bliżej chłopca. – Wiesz, Filip… Jeżeli się uratujemy, to narysuję komiks o tym wszystkim. Ty będziesz głównym bohaterem i…

Przerwał jej grzmot. Błyskawica przeleciała z wyciem tuż obok okna. Dom zadrżał. Spadły talerze z półki. Tynk z sufitu posypał się na fortepian.

Melania chwyciła Filipa za rękę.

Wiki zerwała się z kanapy.

– Mam pomysł! – zawołała.

– Jaki znowu masz pomysł? – spytał pobladły Kuki.

Wszyscy pamiętali, że to z powodu pomysłu Wiki dom odleciał.

– Posłuchajcie! Ten dom może się zaraz rozpaść. Wszyscy spadniemy. Musimy się na to przygotować…

– W jaki sposób?

– Trzeba zrobić spadochrony!

Tato przestał grać.

– Wiki ma rację! – zawołał. – To świetny pomysł. – Zerwał się z krzesła. – Słuchajcie, trzeba zgromadzić wszystkie tkaniny, jakie są w domu. Prześcieradła, obrusy, ręczniki, wszystko! Uszyjemy z nich spadochrony.

– Chcesz, żebyśmy skakali na spadochronach z takiej wysokości!? – zawołała przerażona mama.

– Może nie być innego wyjścia. – Tato obrócił się do Kukiego i Wiki. – Wy poszukajcie sznurów. Pozbierajcie wszystkie linki, jakie znajdziecie w domu. My poszukamy materiałów. Szybko!

Zahuczał kolejny grzmot. Dom zadygotał.

– Chyba musimy się spieszyć z tymi spadochronami… – szepnęła Tosia.

_Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej_

* Historię lecącego domu, czerwonego krzesła i inne ważne informacje znajdziecie w specjalnym rozdziale na końcu książki.WAŻNE INFORMACJE

CZERWONE KRZESŁO

Jeden z przedmiotów zrobionych z Magicznego Drzewa.

Czerwone krzesło zostało znalezione przez Kukiego. Ma ogromną moc. Potrafi latać i spełniać życzenia każdego, kto na nim siedzi. Jego magiczna siła działa wyłącznie na to co widać. Życzenia trzeba wypowiadać bardzo dokładnie, bo inaczej może się zdarzyć coś niebezpiecznego.

Pewnego dnia nieostrożne życzenie zmieniło mamę i tatę Kukiego w innych ludzi. Kuki i jego rodzeństwo musieli odbyć niebezpieczną wyprawę, by odzyskać dawnych rodziców. Te zdarzenia są opisane w tomie Czerwone krzesło.

KUKI I JEGO RODZINA

Kuki jest najmłodszy w domu. Ma starsze rodzeństwo: Filipa i Tośkę. Ich rodzice są muzykami, ale często nie mają pracy (i pieniędzy). W domu Kukiego mieszka też Wiki, która ma jednocześnie dziewięć i czterdzieści dziewięć lat.

WIKI

Kiedyś była osobą dorosłą – koszmarną ciotką gnębiącą dzieci. Dzięki magii została zmieniona w małą dziewczynkę (i w tej wersji jest bardzo sympatyczna). Jej kłopot polega na tym, że wciąż ma dziewięć lat. Nie staje się starsza.

LOT DOMU

Wiki zapragnęła latać. Czerwone krzesło spełniło jej życzenie w taki sposób, że dom oderwał się od ulicy i zaczął frunąć.

Czerwone krzesło wypadło przez okno, więc czaru nie można odwołać.

Dom leci na wielkiej wysokości. Rodzina Kukiego pozostała w lecącym budynku i na razie nie wymyśliła sposobu, jak powrócić na ziemię.

WENECJA

Włoskie miasto położone na wielu wyspach.

Wenecja jest nazywana miastem na wodzie, bo jej centrum przecina sto pięćdziesiąt kanałów. Ich brzegi łączy ponad czterysta mostów. Większość jest kamienna lub żelazna, tylko Ponte dell’Accademia jest wykonany (częściowo) z drewna.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij