Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Magiczny kompas - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
8 marca 2026
34,99
3499 pkt
punktów Virtualo

Magiczny kompas - ebook

Gdziekolwiek spojrzysz, magia już tam jest. Wystarczy ją odnaleźć. Magiczny Kompas zabierze Cię w podróż przez dwanaście zakątków świata i dwanaście niesamowitych historii, w których magia splata się z miłością, przeznaczeniem i dawnymi wierzeniami. Bogowie, duchy, legendarne bestie – bohaterowie z różnych stron globu stawią czoła licznym przeciwnościom oraz zmierzą się z klątwami, tajemnicami i… własnymi uczuciami. Ta fantastyczna antologia pokaże, że niezależnie od miejsca na mapie magia zawsze znajdzie drogę. Autorzy: Anett Lievre, Camille O'Naill, Daria Smolarek, Ewa Gralla, Ewa Maciejczuk, Ewelina Domańska, Justyna Chmiel, M.W. Jasińska, Natalia Hermansa, Paula Uzarek, Paulina Grabara, Sandra Czoik.

Książka wydana nakładem Nie powiem, Hm... zajmuje się dystrybucją.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68695-08-3
Rozmiar pliku: 8,3 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Gdy wejdziesz, chłopcze, w ten głuchy las,

Ujrzysz me córki przy blasku gwiazd.

Moje córki nucąc, pląsają na mchu,

A każda z mych córek piękniejsza od snu.

– Johann Wolfgang von Goethe, Król Olch, przekład swobodny Wisławy Szymborskiej

Od moich narodzin minęły setki lat. Setki lat, odkąd ugrzęzłam w lepkiej, pajęczej sieci Czarnego Lasu. Obserwowałam, jak okrutny czas pożerał kolejne istnienia, jak kwiaty drzew ginęły w cieniu traw, a owoce gniły w kłębach cuchnącego dymu. Podczas gdy cywilizacje rodziły się i upadały, a kolejne gatunki roślin i zwierząt dokonywały żywota, trwałam niezmieniona, wraz z moimi siostrami, braćmi i Królem. Tutaj, wśród górskich szczytów, żyliśmy w zawieszeniu pomiędzy złudzeniem przeszłości a niedoskonałą teraźniejszością, w cieniu wiecznego cyklu życia i śmierci. Pogrążeni w mroku wsłuchiwaliśmy się w pradawną opowieść wiatru o czasach, kiedy wszystkie istoty żyły w harmonii, w zgodzie z rytmem ziemi.

Z dala od wszystkiego, co niegodziwe i ludzkie, każdego wieczoru tańczyłyśmy dla Króla Lasu. Nasze ciała poruszały się w rytm pradawnego zaklęcia, a świetliste kręgi za nami rozjaśniały noc. Długie, śnieżnobiałe suknie obracały się w takt naszych kroków, pochłaniały migot gwiazd. Uniosłam rąbek materiału i wykonałam piruet, spoglądając na Króla. Zimna zieleń jego oczu zdawała się przenikać do mego wnętrza. Niczym dumny posąg, siedział na drewnianym tronie, skroń zdobiła mu złota korona, a wokół jasnej głowy latały świetliki, tworząc swoistą aureolę. To on stanowił naszą istotę, bez niego stawałyśmy się tylko błąkającymi się wśród drzew cieniami.

– Wystarczy – rozkazał.

Stanęłyśmy w półokręgu. Król podniósł się z tronu i podszedł do nas nieśpiesznie. Świetliki nad jego głową zawirowały niespokojnie, a powietrze wypełnił aromat mchu, wilgotnego drewna i leśnych ziół. Długa, srebrzysta szata błyszczała w świetle księżyca. W tle rozbrzmiała melodia wiatru, zza drzew dochodził odgłos oddechu jelenia i cichy śpiew kosa snującego melancholijną pieśń o potędze Czarnego Lasu – o tym, co minęło, i o tym, co dopiero miało nadejść.

– Możecie odejść – powiedział Król ostrym głosem. Rozciągnął usta w zimnym uśmiechu i zmrużył oczy, w których czaiła się czysta ciemność. Ziemia pod naszymi stopami zadrżała w odpowiedzi na jego obecność.

Chwyciłyśmy się za ręce i ukłoniłyśmy jednocześnie.

Król uniósł dłoń w geście błogosławieństwa. Mgła stopniowo poczęła otulać smukłą sylwetkę, aż w końcu zniknął w gęstwinie drzew. Zostawił za sobą subtelny blask.

Podziękowałam siostrom. Wymieniłyśmy delikatne uśmiechy, po czym rozeszłyśmy się w ciszy. W samotności oddaliłam się w kierunku wodospadu.

Gdy wkroczyłam na drogę pełną korzeni i pochylonych drzew nad moją głową przeleciała sowa. Chwyciła przebiegającą przez ścieżkę myszkę. Obserwowałam, jak zwierzę próbuje się wyrwać, ale ptak zacisnął szpony na malutkiej piersi, pozbawiając je tchu. Myszka opadła w śmiertelnym uścisku. Sowa zahukała i wzbiła się ku niebu, pozostawiła po sobie delikatny puch.

Wiatr zaskrzypiał konarami drzew, gdy postawiłam stopę na zakazanej drodze.

Trafiłam do miejsca, w którym przez drzewa przedzierało się wycie pędzących, żelaznych bestii, trupie lampy tłumiły ciepłe światło gwiazd, a delikatna woń leśnej ściółki mieszała się z plugawymi miazmatami.

To tutaj, przeszło pięćset lat temu, narodziłam się dla Lasu. Moje kości uformowano z kryształów twardych jak skały, a oddech pradawnych bogów tchnął we mnie ducha. Serce, jak wieczny ogień, rozpaliła pasja, a w żyły wtłoczono mi krew czystą niczym górski potok, niosącą życie wieczne.

Usiadłam u podnóża wodospadu. Przyglądałam się, jak wartki strumień przemyka przez kamienie, tocząc ze sobą wspomnienia eonów. Nocne dźwięki współczesnego świata – odgłosy maszyn, dalekie warkoty – zastąpił kojący szum wody. W wodnej kaskadzie ujrzałam swoje tęczówki – o barwie soczystej zieleni, tak różne od chłodnego spojrzenia Króla. Moje włosy powiewały na wietrze niczym utkane ze srebra, a skóra lśniła bladym światłem księżyca, odbijającym się od mokrych kamieni.

Zanurzyłam stopy w strumieniu i przymknęłam powieki, oddając się myślom.

W ciągu dnia Król zabronił nam odwiedzać to miejsce. To prawda, że mieliśmy żyć z dala od ludzi, ale jak uciec od ich świata, gdy szare drogi przecinały nasz dom niczym arterie, którymi rozprzestrzenia się trucizna?

Nie mogłam zrezygnować z tego miejsca. To tutaj przysięgłam Królowi miłość i oddanie. Każda kropla wody przypominała mi o tym, kim jestem. O tym, czym powinnam być.

Obrzuciłam wzrokiem dziwaczne konstrukcje, stworzyły je ludzkie ręce, aby poskromić żywioł. Ze ściętych drzew wybudowano mosty i schody prowadzące do wodospadu. Postawiono je z myślą o tych, którzy nie rozumieli, jak potężne i nieokiełznane jest to miejsce. Dla ludzi była to tylko woda spadająca z wysokości, a nie żywa opowieść mająca początek u stóp gór. Słońce dotykające tafli jawiło się im wyłącznie światłem, a nie symbolem życia. Chociaż zatrzymywali się i podziwiali ten sam widok co my, pozostali głusi na pieśń opowiadającą o dawnych czasach, o nas samych.

Nagle chłód przeszył moje ciało, niski krzyk rozerwał nocną ciszę. Usłyszałam plusk wody, zaraz potem wycie wilka. Strumień zafalował mocniej, a ciemność wokół zgęstniała.

Człowiek. Został zaatakowany.

Poderwałam się natychmiast i pobiegłam w kierunku, z którego dobiegały dźwięki. Przemknęłam przez kamiennie ścieżki i wspięłam się po drewnianych schodach w górę wodospadu, tam, gdzie ciemność stykała się z niebem.

Odgłosy walki, skowyt wilka, znowu plusk.

Przystanęłam na jednym z drewnianych mostków, nasłuchując. Szum nurtu przeplatał się z dźwiękami walki. Rozpaczliwe wołanie odbijało się od skał, a ludzkie krzyki łączyły się z wyciem bestii.

W oddali, na samym szczycie, majaczyło ciepłe światło.

Biegłam, ile sił w nogach, ścieżka stawała się coraz węższa, a woda uderzała o kamienie z impetem. Serce kołatało mi w piersi, krew rozgrzewała ciało.

Zatrzymałam się na skraju mostu, ujrzałam człowieka i wilka. Mężczyzna stał nad brzegiem, trzymał w jednej ręce coś, co wyglądało jak świecąca kula. W drugiej dzierżył masywny kij, którym bronił się przed wilkiem. Zwierzę ze wściekłym warkotem szykowało się do skoku.

Czas, który nas dzielił, zdawał się nie mieć końca.

Wilk rzucił się na człowieka. Świecący przedmiot wypadł z dłoni, potoczył się po kamieniach i zniknął w przepaści. Mężczyzna runął na ziemię, krzyk zgasł w jego gardle, gdy bestia wgryzła się w ramię.

Zacisnęłam usta.

Wilk był wysłannikiem Króla. Skoro ludzie zabijają zwierzęta, zwierzętom wolno zabijać ludzi. Tak przykazał nasz Król. I tak działo się teraz.

Wilk trzymał człowieka w szachu. Mężczyzna uderzył pięścią w rozwścieczony pysk, aż odrzuciło zwierzę na bok. Spróbował wstać, ale zachwiał się i upadł. Wilk zacisnął szczęki na prawej łydce mężczyzny i rzucił mu się do gardła, rozpłatał szyję. Krew trysnęła strumieniem, zabarwiła wodę na czerwono.

Coś ścisnęło moją duszę.

Król zakazał nam ingerować w ludzkie życie, lecz każdy z bolesnych krzyków, każde nieudolne szarpnięcie ciała, wszystko to rozdzierało moje wnętrze na kawałki. Śmierć stanowiła część natury – instynkt drapieżnika i ofiary, odwieczną równowagę, która rządziła Lasem.

Zacisnęłam dłonie w pięści. Nikt nie powinien ginąć w ten sposób – bez nadziei, bez pomocy, w samotności, pożarty przez bestię.

– Zatrzymaj się, wilku. To nie twoja walka – rozkazałam, stając oko w oko z bestią.

Wilk oderwał się od mężczyzny i łypnął na mnie z nienawiścią, szczerząc zbroczone zębiska. Metaliczny zapach przyprawił mnie o mdłości. Krew szumiała mi w uszach.

– Pozwól mu żyć. On nie należy do Lasu. Ludzkie kości nie powinny spocząć na świętej ziemi. Oszczędź go.

Wtargnęłam pomiędzy drapieżnika a jego ofiarę. Przerwałam odwieczny cykl, złamałam święte prawo dane przez Króla. Naruszyłam równowagę Lasu.

– Odejdź – powiedziałam.

Złowrogie ślepia wilka lśniły w mroku, a ciało pozostało napięte, gotowe do skoku.

Mylisz się, Roharo – usłyszałam w myślach chrapliwy głos, pełen pierwotnej siły, przesiąknięty nie tylko dzikością, ale i… rozczarowaniem.

– Odejdź – powtórzyłam stanowczo.

Wyciągnęłam dłonie w stronę bestii, zalśniła błękitna poświata. Wilk zawył, uderzony niewidzialną siłą, i odsunął się od mężczyzny.

Myślisz, że decyzje o życiu i śmierci należą do ciebie? Las ma swoje prawa. Ludzie, którzy wkraczają na te ziemie, nie są gośćmi. Oni są zgubą. Powstrzymując mnie, tylko odwlekasz nieuniknione. Las nie wybacza.

Zasłoniłam leżącego mężczyznę swoim ciałem. Rozłożyłam ręce, opuszki palców zamigotały błękitem. Wilk spoglądał na mnie groźnie, ale nie zaatakował. Zamiast tego skłonił głowę i warknął, obnażając zęby:

Popełniasz błąd, głupia.

Zniżył się na łapach, kark wyciągnął do przodu. Zrobił kilka kroków i już szykował się do skoku, ale uderzyłam w niego świetlistym pociskiem. Trafiony, padł na ziemię i zawył z bólu.

Napięłam mięśnie, gotowa do obrony. Mężczyzna za moimi plecami jęknął.

Wilk podniósł się chwiejnie, z jego ust ciekła ślina. Nie zaatakował. Odwrócił się z ociąganiem, łypiąc na nas spode łba. W żółtych ślepiach płonęła czysta nienawiść. Stopił się z cieniem. Pozostawił za sobą słowa, które wciąż dźwięczały mi w uszach, przeszywały do szpiku kości:

Pożałujesz tego.

Uklękłam przy mężczyźnie. Rosnąca kałuża krwi odbijała gwiazdy niczym tafla czarnego jeziora. Uniósł na mnie zamglone spojrzenie. Oddychał płytko, nieregularnie, a serce biło mu coraz wolniej. Położyłam dłonie na jego piersi. Zamknęłam oczy i skupiłam się na pulsującej ziemi i na tym, jak korzenie drzew łączyły się z moją energią.

Zaschło mi w ustach, gdy szeptałam modlitwę, błagając bogów o litość. Prosiłam Las o siłę dla niego, dla siebie. Dla nas.

Las napełnił mnie prastarą magią. Zielona poświata spłynęła po dłoniach, otuliła ciało mężczyzny. Przeniosłam moc na rany – rozszarpane ramię, rozgryzioną nogę i otwarte gardło, z którego zwisały tkanki.

Z czasem ciało zaczęło się goić, w miejscu ran pojawiły się srebrne blizny. Serce mężczyzny zabiło mocniej, oddech stał się głębszy.

Nagle otworzył powieki i uniósł się na łokciach. Zdezorientowany chwycił się za gardło, ciężko łapiąc oddech. Jęknął chrapliwie, oczy zaszły mu łzami, a twarz wykrzywił grymas. Drżącymi rękoma począł badać swoje ciało w poszukiwaniu obrażeń. Odetchnął z ulgą, gdy pod rozdartym, zakrwawionym materiałem zobaczył zdrową skórę.

– To tylko sen… – wydukał, kręcąc głową. – Nie dzieje się naprawdę…

Wtedy do niego dotarło.

Podniósł na mnie wzrok, a spomiędzy spierzchniętych warg wydobyło się ciche, mrożące krew w żyłach pytanie:

– Kim jesteś?

Moje gardło ścisnęło się ze strachu.

Użyłam magii, by ocalić ludzkie życie. Oto on – człowiek, istota przeklęta przez Króla, żył i oddychał powietrzem Czarnego Lasu. Dzięki duchom. Dzięki mnie.

Złudne uczucie ulgi zastąpiła zimna panika. Poderwałam się do ucieczki, ale złapał mnie za nadgarstek. Jego skóra była gorąca i szorstka, a palce mocne jak stal. Przyciągnął mnie do siebie.

– Jesteś czarownicą ze Schwarzwaldu? – zapytał. Niski ton głosu przywodził na myśl głęboki pomruk ziemi, jak dźwięk grzmotu oddalającej się burzy.

– Puść mnie – rozkazałam mu prosto w twarz.

Chociaż liczył nie więcej niż dwadzieścia wiosen, jego rysy były twarde, jakby wyrzeźbione przez same żywioły. Skóra miała ciepły, miodowy odcień – nosiła na sobie wspomnienie wielu dni spędzonych w objęciach promieni słońca. Czarne, lśniące w blasku księżyca włosy przywodziły na myśl skrzydła kruka, a brązowe oczy – bezkresne jeziora, w których odbijały się jesienne liście.

Natychmiast poluzował uścisk.

Chwiejnie stanęłam na nogi, podeszłam do potężnego dębu i wsparłam się o gruby, pokryty spękaniami pień. Powietrze grzęzło mi w płucach, świat zachodził mgłą. Wraz z energią Lasu oddałam mu fragment duszy. Byłam osłabiona.

Mężczyzna z trudem zbliżył się do dębu i niepewnie wyciągnął do mnie rękę, ale zobaczywszy moją reakcję, opuścił ją z rezygnacją. Cofnął się i oparł o pień drzewa rosnącego naprzeciwko. Próbował uspokoić oddech.

– Ja… Przepraszam. Nie chciałem cię zranić. – Mówił cicho, jakby bał się, że mnie spłoszy. Jego twarz, jeszcze przed chwilą ziemista i szara, nabrała ciepłych odcieni, a na policzkach zakwitł rumieniec. – Uratowałaś mnie. Dziękuję. – Skłonił głowę z szacunkiem.

Zmarszczyłam brwi.

– Nie jestem królową, żebyś się przede mną korzył – fuknęłam, wbijając palce w chropowatą korę. – Odejdź.

Mężczyzna zdawał się nie słyszeć mych słów. Położył dłoń na sercu w geście pokory i przedstawił się, a jego imię odbiło się echem wśród drzew:

– Zwą mnie Lukas.

– Odejdź – syknęłam jak wąż i zerknęłam na niego zza dębu. – Nie jesteś tu mile widziany.

Lukas nie odszedł. Zamiast tego zsunął się na ziemię i oparł o drzewo. Podciągnął nogi do klatki piersiowej i oplótł kolana ramionami, wpatrzony gdzieś w dal.

– Żadna z ciebie królowa ani czarownica… – zauważył z lekkością wiatru. – Jesteś dobra i piękna. Zwierzęta są ci posłuszne. Uratowałaś mnie przed śmiercią. Potrafisz uzdrawiać… – zamilkł na chwilę i przeniósł na mnie spojrzenie, a jego oczy wyraźnie się rozszerzyły. – Na Boga, czyżbyś była aniołem? – zapytał.

Milczałam, próbując dostrzec w obliczu mężczyzny fałsz, tak typowy dla ludzi. Jednak zamiast zaciętych ust, ujrzałam delikatny uśmiech. W oczach Lukasa płonął ogień podobny do tego w moim sercu.

– Jestem dzieckiem Lasu – wyjaśniłam; na końcu języka czułam gorzki smak tego wyznania.

W myślach przepraszałam bogów za swą zuchwałość. Złamałam święte prawo, a teraz pod wpływem emocji wyjawiłam, kim jestem. Zachowałam się lekkomyślnie, jak bohaterka jednej z pieśni, którą nuciłyśmy sobie nawzajem ku przestrodze. W tej historii nasza siostra zginęła przez to, że oddała serce człowiekowi.

Zacisnęłam powieki. W przeciwieństwie do niej nie oddałam nikomu serca. Pozostałam wierna swoim przekonaniom. Ocaliłam życie, kierując się współczuciem i empatią, które należały do mnie, tak samo jak Las.

– Uratowała mnie elfka… – doszedł mnie zdławiony głos.

Przeniosłam wzrok na Lukasa. W jego twarzy dostrzegłam całe spektrum emocji: zaskoczenie, ulgę, fascynację, wdzięczność…

Ale nie strach.

– Dlaczego się mnie nie boisz?

Usta Lukasa rozjaśnił uśmiech, przywodzący na myśl pierwszy poranny promień słońca.

– Kiedy wilk mnie zaatakował, myślałem, że to koniec. Nigdy wcześniej nie czułem się tak blisko śmierci i życia jednocześnie… – Mówił powoli, a mimo tego plątały mu się słowa.

– Czego szukałeś w Czarnym Lesie?

Zawahał się przez moment, ale wreszcie odpowiedział:

– Od dziecka kochałem baśnie. Szczególnie braci Grimm. A Schwarzwald słynie z mrocznych opowieści.

Chłodny powiew nocy owiał moją skórę.

– Czego naprawdę szukałeś w Czarnym Lesie? – Zmrużyłam oczy.

Wiatr poruszył gałęzie, zaskrzypiały konary drzew. Nad naszymi głowami rozbrzmiało krakanie wron. Sowa zahukała, zadowolona ze swej zdobyczy.

– Spokoju – wyznał po chwili.

Skrzywiłam się na tę odpowiedź. Lukas to zauważył.

– Potrzebowałem zastanowić się nad życiem. Nad tym, w jakim kierunku zmierzam – wyjaśnił. Palcami kreślił kształty na piasku. – Lubię spędzać czas na łonie natury. Szczególnie z dala od głośnej rodziny i innych ludzi. – Zerwał źdźbło trawy i obracał je w dłoni. – Dlatego przyszedłem w nocy. Nie przypuszczałem, że zaatakuje mnie wilk…

Przysunęłam się do niego, zachowując odpowiedni dystans.

– Musiałeś dać mu powód – zasugerowałam.

Lukas pogładził się po brodzie w zadumie.

– Przeszedłem przez wodospad… – podjął niepewnie. Brązowe oczy błyszczały w mroku, a twarz przybrała nieodgadniony wyraz. Spojrzał na niebo, które właśnie przecięła spadająca gwiazda. – Znalazłem grotę… – dodał ledwie słyszalnie.

Po plecach przebiegł mi lodowaty dreszcz.

Za wodospadem znajdowało się miejsce naszych narodzin. Tam, gdzie ściany pokrywał świetlisty mech, otoczenie przesycał zapach kwitnących ziół, a szum wody mieszał się z szeptami naszych przodków.

Lukas powoli podniósł się z ziemi. Przewyższał mnie wzrostem o głowę.

– Nie wiedziałem… – mówił ze szczerą skruchą w głosie – nie miałem pojęcia, że to miejsce jest tak ważne… Ten wilk nie był zwykłym wilkiem, prawda?

Przytaknęłam, przełykając ślinę.

– Jest strażnikiem Lasu. A grota, którą znalazłeś… – Starałam się opanować drżenie w głosie. – Powinna pozostać niedostępna dla śmiertelników.

Oczy Lukasa straciły blask, a usta wykrzywiły się w bolesnym grymasie.

– Rozumiem. Splugawiłem świętą ziemię – stwierdził ze smutkiem.

– Tak. Powinieneś zginąć.

– A ty powinnaś pozwolić mi umrzeć.

Uciekłam wzrokiem w kierunku wodospadu. Myśli kołatały się w mojej głowie jak stado dzikich ptaków.

Chociaż poczucie winy paliło mnie bardziej niż ogień, a prawda sprawiała ból dotkliwszy niż ciernie wbijające się w samo serce, nie potrafiłam przyznać się do błędu. Gdyby kolejny raz postawiono mnie przed wyborem, uczyniłabym to samo. Kochałam i pragnęłam chronić życie, bez względu na to, do kogo ono należało. Nawet jeśli oznaczało to łamanie zasad, nie mogłam zaprzeczyć temu, kim naprawdę byłam.

Lukas objął moje dłonie swoimi. Jego dotyk był ciepły jak letni deszcz na rozgrzanej skórze. Pachniał mchem i wilgotnym drewnem. Lasem.

– Będziesz mieć przeze mnie problemy? Przysięgam, że zachowam to w sekrecie. Jestem ci winien życie…

Uśmiechnęłam się, pierwszy raz od dawna szczerze.

– Nie brzmisz jak człowiek twoich czasów. Jesteś zanadto szlachetny.

Wciągnął powietrze, zaskoczony tym wyznaniem. Serce w jego piersi zabiło szybciej, a źrenice rozszerzyły się w reakcji na moją wypowiedź. Delikatnie oswobodził moje dłonie.

– Szkoda, że nie słyszą tego moja mama i siostra. – Uśmiechnął się, przeczesując palcami włosy.

Przekrzywiłam głowę z zaciekawieniem.

– Dlaczego chciałeś uciec od rodziny?

– Nie do końca odpowiada im to, kim jestem. I kim chciałbym być.

Zapadła cisza, przerywana jedynie szelestem liści i cichym bzyczeniem owadów krążących wśród traw. W tle bezustannie szumiał wodospad.

Lukas nachylił się nade mną, ciepły oddech muskał moje policzki, wywoływał drżenie serca.

– Chciałaś się upewnić, czy warto było mnie ocalić?

Nie mogłam uwierzyć, że stałam tak blisko człowieka, dla którego złamałam święte prawo. Ostrzegano nas przed ludźmi, przedstawiano ich jako potwory, które niszczą wszystko, co napotkają na drodze. Teraz jednak, będąc obok Lukasa, widziałam w nim coś zupełnie innego – zagubioną, kruchą istotę, która, mimo siły fizycznej, wydawała się bezbronna w obliczu naszej rzeczywistości. Byłam jak ćma przyciągana do światła.

Choć zbliżenie mogło mnie zniszczyć, musiałam go poznać.

– Chcę wiedzieć, dlaczego zaatakował cię strażnik.

Lukas ciężko westchnął.

– Może porozmawiamy nad wodospadem? – Skinął głową na głaz przed nami.

Przytaknęłam i przeszłam w stronę strumienia. Podniosłam rąbek sukni i usiadłam na kamieniu, zanurzyłam stopy w wodzie. Moje włosy falowały na wietrze, ale wilgotne powietrze sprawiło, że pojedyncze kosmyki przywarły do policzków. Odgarnęłam je z twarzy i przełożyłam przez ramię. Lukas przyglądał mi się uważnie.

– To wszystko nadal wydaje się snem – stwierdził.

Zdjął zakrwawioną koszulkę i złożył ją obok mnie na kamieniu, po czym przykucnął nad wodą i obmył twarz z krwi i ziemi. Zwróciłam uwagę na jego sylwetkę. Porównałam go do własnych braci i zauważyłam, że klatka piersiowa Lukasa jest szersza, a mięśnie lepiej rozwinięte. Każdy ruch mężczyzny okazywał się bardziej przyziemny, pozbawiony lekkości, jaką charakteryzowali się moi bracia. Przesunęłam wzrokiem po srebrnych bliznach, na których zatrzymywało się światło księżyca.

Czułam magię Lasu krążącą w jego żyłach. Moją magię.

– Też wydaje mi się nieprawdopodobne, że spędzam czas z człowiekiem – odparłam, opierając się o kamień za sobą.

Włożył ręce do wody. Dokładnie usuwał resztki krwi z przedramion.

– Zanim ci o sobie opowiem, wyjaśnij mi, jakim sposobem możemy ze sobą rozmawiać – poprosił.

Podwinęłam nogi, przyciągnęłam kolana do piersi i objęłam je ramionami.

– W Czarnym Lesie słowa płyną przez wiatr. Rozumiemy je jak szept drzew.

– Czyli w Schwarzwaldzie obowiązuje jeden język? – Zerknął na mnie z uśmiechem, unosząc brew.

Przytaknęłam.

– Można tak powiedzieć. W Lesie nie chodzi o same słowa, tylko o to, co czujesz.

Lukas usiadł obok mnie na kamieniu. Zdjął buty i podwinął spodnie, po czym zanurzył nogi w chłodnym nurcie.

– Widzisz, każdy z nas ma w życiu do odegrania rolę – podjął po dłuższej chwili, wpatrując się w wartki strumień. – Męża, ojca, syna. Prawnika, lekarza czy też inżyniera… – Nagle zamilkł, jakby to, co mówił, sprawiało mu ból. Zacisnął dłonie na kamieniu i zrobił głęboki wdech, a jego spojrzenie stało się twarde, bardziej zamknięte. – Moja rodzina zawsze oczekiwała, że będę kimś konkretnym. Kimś, kto pasuje do wizji idealnego syna i brata. Ale ja… ja pragnę czegoś więcej. Czegoś, czego nie można zdefiniować w tych kategoriach. – Spojrzał mi w oczy. – Chcę pozostać sobą, odkrywać świat na własnych warunkach. Znaleźć cel, który nie ograniczałby się do spełniania czyichś oczekiwań.

Jego słowa poruszyły moje wnętrze i wywołały nieznane dotąd uczucia.

Wiedziałam, o czym mówił. Spełniałam oczekiwania Króla, bo mu służyłam. Po to się urodziłam, ale mimo to… czułam, jakby część mnie umierała za każdym razem, gdy podporządkowywałam się jego woli.

Zganiłam się w myślach. Nie powinnam reagować w ten sposób na śmiertelnika.

– A ty? Jesteś tu szczęśliwa? – zapytał niespodziewanie.

– Nie wiem, co znaczy być szczęśliwą – odparłam oschle, patrząc przed siebie. Po drugiej stronie wodospadu sarna piła wodę.

Lukas delikatnie nakrył moją dłoń swoją. Ciepło dotyku rozlało się po ciele jak ogień, paliło każdy zakamarek świadomości.

– Jesteś tu więźniem? – Pytanie przecięło powietrze niczym strzała, pozostawiło za sobą pustkę, która wypełniła moje serce.

Zadrżałam pod wpływem tych słów. W duchu wiedziałam, że zawierały w sobie prawdę. Dlatego tak bardzo bolały.

– Nie jestem… – zaczęłam, ale głos ugrzązł mi w gardle. – Nie wiesz, kim jestem.

Lukas wypuścił powietrze przez usta.

– Słyszałem opowieści o Królu Lasu. Nazywają go Królem Olch. Mówią, że porywa młode kobiety i robi z nich niewolnice… Podobno nie mogą wrócić do normalnego życia…

Zatrzymał się na chwilę, a jego wzrok powędrował ku wodzie, jakby szukał odpowiedzi w jej nurcie.

– Myślałem, że to tylko bajki, którymi straszy się młode dziewczęta, żeby nie zapuszczały się same do lasu. Ale… poznałem ciebie.

Poczułam, jak gorycz napływa mi do ust. Zimne krople odbijały się od kamieni niczym moje myśli – rozproszone, zlewające się w jedną bezkształtną całość.

– Żyjesz w samym sercu mrocznej opowieści. Z każdym dniem jesteś coraz bardziej z nią związana. Ale to nie jest życie. To egzystencja.

Woda, czarna jak niebo nad nami, niosła ze sobą nie tylko kamienie i gałęzie, ale i nieuchronnie przemijający czas.

Przemijałam. Z każdym dniem, z każdym ruchem, z każdym oddechem. Czas, jak nieubłagany strumień, porywał wszystko, co napotkał na swojej drodze. Byłam tylko kolejną kroplą, która nikła w jego głębinach.

– Zostałam stworzona przez Króla. Jestem jego córką – sprostowałam, zagłuszając te myśli. – Dlatego jestem mu posłuszna.

Lukas położył dłonie na moich ramionach, aby wymusić spojrzenie.

– A jednak mnie uratowałaś. Sprzeciwiłaś się jego woli. Możesz to zrobić.

Zacisnęłam usta i potrząsnęłam głową.

– To bez znaczenia.

Z oddali dobiegło nas wycie wilka. Przeraźliwe skrzeczenie ptaków rozbrzmiało w powietrzu. Stado kruków poderwało się do lotu. Księżyc ukrył się za chmurami, a gwiazdy zgasły. Ciemność spłynęła na Las niczym gęsty welon, pochłonęła resztki światła.

– To on…

Palce Lukasa wbiły się w moje ramiona, krew odpłynęła mu z twarzy.

– Strażnik? – zapytał, a raczej stwierdził.

Zerwaliśmy się z miejsca. Chwyciłam Lukasa za rękę i wskazałam drogę prowadzącą do wyjścia z Lasu.

– Musisz uciekać – powiedziałam drżącym głosem.

Wilk zawył ponownie, moje serce zamarło w przerażeniu.

Lukas ujął moje dłonie.

– Zabiją cię za to, że mi pomogłaś? – zapytał. Głos mu się łamał, a w oczach wzbierały łzy.

Z głębi Lasu niosły się szepty wymawiające moje imię. Pełne gniewu i rozczarowania. Mrok wdzierał się we mnie niczym chłodna woda, wypełniał myśli, paraliżował ciało.

– Nie. Zabiją ciebie… – wydukałam.

Lukas ani drgnął. Czułam, jak jego ręce zaciskają się na moich, a ciepły dotyk stawał się dla mnie jedynym ukojeniem w lodowatej toni.

– Jak ci na imię? – zapytał.

– Rohara… – wyszeptałam, a moje imię zlało się z odgłosami drzew.

Spróbowałam odsunąć się od mężczyzny, ale objął mnie ramieniem. Ogień w jego oczach rozpraszał gęstniejący mrok.

– Uratowałaś mnie, teraz ja uratuję ciebie. – Pociągnął mnie za sobą, w stronę wyjścia z Lasu.

I wtedy znowu rozległ się skowyt wilka, dziki i pełen wściekłości.

Ostatkiem sił wyrwałam się z uścisku. Wyciągnęłam ręce i skupiłam resztki mocy na swoich dłoniach. Opuszki palców zalśniły niebieskim światłem, gdy popchnęłam Lukasa w kierunku drogi.

– Uciekaj!

Zaparł się na nogach i usiłował do mnie podejść, ale powstrzymałam go magią.

Patrzyliśmy na siebie, oddzieleni przez Las i życie. Pragnęłam odejść razem z nim, uwolnić się spod władzy Króla, ale wiedziałam, że to niemożliwe. Czarny Las oplatał mnie pnączami, okręcał klatkę piersiową, zapierał dech. Należałam do niego, tak jak należałam do Króla. Nikt i nic tego nie zmieni.

Ale mimo to w moim sercu tliła się nadzieja, wzniecona kojącym dotykiem śmiertelnika, jego szczerością i oddaniem. Ostatnie słowa Lukasa zawisły w powietrzu jak obietnica, niemająca prawa się spełnić, ale niosąca światło we wszechobecnej ciemności:

– Wrócę po ciebie, Roharo.

Patrzyłam za nim, dopóki jego sylwetka nie zniknęła na tle drzew. Olchy i brzozy drwiły z mojej naiwności, głos Króla Lasu przenikał otoczenie, przypominając, że nie ma przed nim ucieczki.

Zgięłam się wpół, upadłam na kolana i ukryłam twarz w dłoniach. Po policzkach spłynęły mi łzy. Szukałam wzrokiem księżyca i gwiazd, lecz czarne chmury przysłoniły niebo niczym gruby płaszcz.

Czy naprawdę kiedyś byłam człowiekiem? Straciłam wolność, gdy wybrałam Króla? Odrzuciłam ludzkie życie przez obietnicę nieśmiertelności?

Nie, to niemożliwe. Narodziłam się tutaj, w Czarnym Lesie, w moich żyłach płynęła magia tego miejsca…

A jednak przez słowa Lukasa w moim sercu dźwięczała nieznana dotąd melodia, delikatna jak echo zapomnianego świata, pełna ciepła, które zdawało się obce mojej naturze. Coś we mnie pękało – coś, co łączyło mnie z Lasem, a jednocześnie było odległe, jakby należało do innego życia.

Zakaszlałam, dławiąc się łzami. Powietrze stało się ciężkie i duszące. Mgła sącząca się spomiędzy drzew leniwie oplatając moje ciało. Liście szeleściły z niepokojem, gałęzie drgały, a pnącza wyciągały się w moją stronę. Ziemia wibrowała coraz mocniej z każdym dochodzącym z oddali krokiem.

W cieniu dostrzegłam sylwetkę Króla – wysoką i majestatyczną, emanującą bladozielonym blaskiem. Wilk kroczył dumnie u jego boku, za nimi ciągnął się korowód moich braci i sióstr.

Król zatrzymał się przede mną, wyniosły i potężny. Gdy jego wzrok spoczął na zakrwawionej koszulce Lukasa, wykrzywił usta w wyrazie pogardy. Gestem dłoni kazał mi wstać.

Podniosłam się chwiejnie. Kolana mi drżały, ciało nie nadążało za wolą umysłu.

Król chwycił mnie za podbródek i przyciągnął do siebie. Jego zielone oczy przypominały czarną otchłań.

– Roharo – szepnął mi do ucha. Poczułam zapach żywicy i dzikiego bzu. – Zdradziłaś swojego Króla. Dla człowieka.

– To nie była zdrada… – wychrypiałam żałośnie i nikło.

– Każda myśl o nim jest zdradą. – Delikatnie przejechał opuszkami po mojej twarzy i odgarnął opadające na czoło włosy. Wziął kilka kosmyków w palce i przyjrzał się im z zachwytem. – Jesteś krwią z mojej krwi, kością z kości. Żyjesz po to, by mnie wielbić i mi służyć. Należysz do mnie.

– Ja… Chciałam go poznać – wydukałam bezmyślnie, przełykając ślinę.

Z gardła wilka wydobył się drwiący, szorstki dźwięk, przypominający śmiech. Siostry spojrzały po sobie, szepcząc słowa, których wolałabym nie słyszeć.

– Chcę odzyskać wolność – dodałam.

Siostry zamilkły. Wilk przekrzywił łeb, jakby rozbawiony moją śmiałością.

Na twarzy Króla pojawił się kpiący uśmiech.

– Nie można odzyskać czegoś, czego się nigdy nie miało.

Chwycił mnie za podbródek. Jego zielone oczy przypominały czarną otchłań. Obrócił moją głowę w stronę drogi, którą odszedł Lukas.

– Spójrz, głupia. Wyjące alarmy i krzyki betonowych zamków zagłuszyły wołania naszych malutkich braci. Po ulicach zamiast koni pędzą żelazne maszyny, z ich odwłoków ulatniają się trujące opary. Czarny Las został zdewastowany, a lepka ciecz zmieszała się z wodą w jeziorze, zgasiła niemy krzyk ryb. Wielu z naszych braci poniosło śmierć z rąk takich jak on. – Spojrzał mi w oczy, a w moich myślach pojawiła się twarz Lukasa. – Ludzie rozpełźli się po świecie niczym najstraszliwsza zaraza. W imieniu wszystkich poległych istnień przeklinam cię, człowiecze! Bogowie ześlą na świat zniszczenie, które stanie się odkupieniem waszych i naszych win. Dałem ci szansę, jednak ty nadal opowiadasz się po stronie tych cuchnących ludzi.

Oczy Króla zapłonęły zielonym ogniem, a niebieska poświata pokryła bladą skórę. Zza gęstych, długich włosów wyłoniły się szpiczaste uszy.

– Ty głupia, ludzka dziewczyno.

Uderzył mnie otwartą dłonią w policzek. Dotknęłam piekącego miejsca i poczułam pod palcami brutalne ciepło. Świat spowiła mgła moich łez.

– Panie! – Moje siostry otoczyły nas, jedna z nich objęła mnie ramieniem. – Nie możesz jej skrzywdzić. Jest jedną z nas.

Król syknął z niezadowoleniem i odsunął się ode mnie. Wyprostował się, a złota korona na jego głowie zalśniła, kontrastując ze spowijającym świat mrokiem. Wskazał ostrym palcem na wodospad.

– Zabierzcie ją do Świętej Groty – rozkazał.

Za wodospadem, gdzie woda niosła pieśń pradawnych czasów, kryło się miejsce dostępne jedynie dla tych, którzy posiadali w sobie cząstkę Lasu. Magia oplatała Grotę niczym niewidzialny całun, skrywała ją przed wzrokiem śmiertelników. To właśnie tu, wbrew wszelkim prawom, przez przypadek trafił Lukas.

Kryształy wyrastały ze ścian niczym rośliny, odbijały zielonkowatą łunę, która tańczyła na gładkiej powierzchni podziemnego jeziora. Aromat wilgotnej ziemi spleciony z wonią dzikich kwiatów otulał mnie jak ciepła, dusząca tkanina. Magia tego miejsca, choć piękna, sprawiała, że rany zadane mojej duszy przez Króla otwierały się na nowo.

Padłam na kolana przed władcą, kamienie wbijały mi się w skórę. Zimna dłoń spoczęła na mojej głowie. Bałam się patrzeć mu w oczy.

– Głupia, ludzka dziewczyno – mruknął, a jego słowa były niczym wyrok. – Wracaj, skąd przybyłaś.

Król ścisnął moją głowę, ostre palce wbiły się w czaszkę jak odłamki lodu, przeszywając mnie zimnem. Przepastny ból trawił moje wnętrze, rozrywał duszę na kawałki. Świat zawirował i osunęłam się na ziemię, ale Król uchronił mnie przed upadkiem.

Przywoływał moje wspomnienia, jedno po drugim. Odbierał wszystkie dary, które mi ofiarował, a zostawiał pustkę. Mój świat zanikał we mgle, a noc stała się pozbawiona barw, zimna i jednolita.

Zostawił mnie leżącą na skraju Lasu, sponiewieraną i brudną. Gdy się obudziłam, słońce świeciło wysoko na niebie, a ptaki radośnie śpiewały.

Przypomniałam sobie wszystko. To, kim byłam, co zostawiłam i czym się stałam.

Pięćset lat temu pokłóciłam się ze swoim ojcem i bratem. Podobnie jak Lukas szukałam sensu życia jak najdalej od rodziny. Z rąk mojego ojca miałam trafić w posiadanie dużo starszego mężczyzny. Nie mogłam na to pozwolić, dlatego uciekłam. Prosiłam Boga o litość, płakałam tak długo, aż brakło mi łez.

Wtedy pojawił się on – Król Lasu.

Zatraciłam się w słodkich szeptach, zatonęłam w kuszących obietnicach. Zapewniał, że zapomnę o wszystkim, a ból zniknie, gdy tylko wzejdzie słońce. Poprowadził mnie do swojego świata, uczynił jedną ze swoich i dotrzymał słowa – zabrał wspomnienia, ukoił ból, który zastąpił obojętnością. Stałam się cieniem, częścią jego królestwa, nieskończenie odległego od wszystkiego, co kiedykolwiek znałam.

Teraz, wraz z nowym dniem, wszystko wróciło.

Król Lasu odebrał mi wieczność. W swoich oczach skazał mnie na los gorszy od śmierci – życie, które sama odrzuciłam, pełne bólu, przemijania i ludzkich słabości. To miała być najokrutniejsza kara, jaką mógł wymierzyć – wyrwanie mnie z Czarnego Lasu i rzucenie w ramiona śmiertelności, którą gardził bardziej niż wszystkim innym.

A jednak ta kara okazała się dla mnie prawdziwym darem – obietnicą siły ukrytej w przemijaniu, w ulotności chwili, która czyni życie cenniejszym niż nieskończoność. Może to właśnie śmiertelność pozwala docenić to, co naprawdę ważne.

Pierwsze promienie słońca przedzierały się przez gęstwinę drzew, oświetlały Las łagodnym blaskiem. Drobinki światła igrały na liściach, a poranna rosa przemieniała się w złote iskry.

– Rohara?

Lukas stał na skraju Lasu. Wyciągał do mnie dłoń. Jego sylwetka kontrastowała z jasnym tłem, jakby był częścią nowego dnia.

Uśmiechnęłam się i podałam mu rękę.

– Mam na imię Adelheid.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij