Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Maja i czas motyli - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
6 kwietnia 2026
4576 pkt
punktów Virtualo

Maja i czas motyli - ebook

Jedenastoletnia Maja po rozstaniu rodziców mieszka trochę z mamą, a trochę z tatą. Stary „Dom pod Dębami”, w którym tata wynajął pokój, jest zaniedbany, tajemniczy, trochę straszny i tak bardzo inny od mieszkania mamy w apartamentowcu.

Maja wstydzi się przed koleżankami: tego, gdzie teraz mieszka, tego, czym zajmuje się tata i tego, że mama układa sobie życie na nowo. Wytchnienie przynosi jej buszowanie w zakamarkach starego domu i zakątkach półdzikiego ogrodu, gdzie odkrywa tajemnice istnienia najdrobniejszych przedstawicieli królestwa zwierząt.

Kryzysy rodzinne, uzależnienie dzieci od nowych mediów, ograniczanie ich przestrzeni i swobody zabaw – to tło tej terapeutycznej historii. Najistotniejszą rolę odgrywa jednak przyroda. Laureat Literackiej Nagrody Nike, Radek Rak, słowami, a Ola Krzanowska ilustracjami – przeplatając niezwykłe perypetie Mai biologicznymi ciekawostkami, tworzą fascynującą opowieść dla młodych czytelników o jedności człowieka z naturą.

Akcja powieści toczy się w dolinie Drwinki w Krakowie, w lesie łęgowym będącym jednym z ostatnich naprawdę dzikich zakątków miasta. Ten las, podobnie jak wszystko w książce, jest prawdziwy, i każdy może go odwiedzić.

Kategoria: Dzieci 6-12
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68599-20-6
Rozmiar pliku: 3,9 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG

Przed czasem. Ostatni dzień wakacji

Pro­log Tego dnia wszystko w życiu Mai skoń­czyło się, a potem zaczęło od początku. A na doda­tek miała się prze­pro­wa­dzić do nowego domu.

Ten nowy dom był raczej stary, w dodatku cały z drewna. No i miał ogród, albo coś w tym rodzaju, bo splą­tany gąszcz przy­wo­dził raczej na myśl dżun­glę. Trudno było zoba­czyć coś wię­cej. Trawy i ziel­ska podobne do para­soli wyra­stały ponad jej głowę. Na tyłach rosły wiel­kie drzewa. Zaraz za nimi, za ogro­dze­niem z siatki, zaczy­nał się las.

Maja zoba­czyła ten dom po raz pierw­szy dopiero teraz, gdy tak­sówka zatrzy­mała się tuż pod bramą, a tata i pan tak­sówkarz zabrali się do wypa­ko­wy­wa­nia bagaży. Widy­wała już wcze­śniej takie budynki, ale ni­gdy nie myślała, że ktoś może w nich naprawdę miesz­kać. W książce, w fil­mie czy w grze, to tak. Ale nie praw­dziwi ludzie w praw­dzi­wym życiu. A już na pewno nie ona. Nie Maja.

— To będzie nasz dom. Nazywa się „Dom pod Dębami” — ode­zwał się tata nieco zbyt entu­zja­stycz­nym tonem. Tro­chę się spe­szył pod czuj­nym spoj­rze­niem Mai i zaczer­wie­nił na twa­rzy, przy­naj­mniej na tej czę­ści, któ­rej nie pora­stała broda czarna i twarda jak u zbója.

Elek­tryczna tak­sówka odje­chała bez­sze­lest­nie, a tata ujął torby i z tur­ko­tem kółek wto­czył je na oszklony ganek. Pano­wał tu nagrzany zaduch, na para­pe­cie leżały nie­żywe muchy, a w kącie stał przy­wie­ziony już wcze­śniej rower taty. Do Mai bar­dzo powoli docie­rało, że naprawdę ma tu zamiesz­kać.

Nie­ocze­ki­wa­nie jedna z much drgnęła, wypro­sto­wała sku­lone odnóża i z gło­śnym bzy­cze­niem zerwała się do lotu. Maja nie­mal krzyk­nęła, zasko­czona, i pobie­gła w głąb domu. Mucha tłu­kła się o szybę.

Od początku Maja wie­działa, że w tym domu nie będzie z tatą sama. Miesz­ka­nie z obcymi ludźmi wyda­wało jej się dziwne, a przy tym tro­chę zawsty­dza­jące. A kiedy zoba­czyła na wła­sne oczy łazienkę z reszt­kami mydła na umy­walce i z nacie­kami z kamie­nia w toa­le­cie, zro­biło jej się nie­do­brze. W jej poprzed­nim życiu byłoby to nie do pomy­śle­nia.

Teraz jed­nak całe jej poprzed­nie życie leżało na łóżku, zapa­ko­wane do jed­nej torby. Tro­chę ubrań, kilka uko­cha­nych ksią­żek, zabawki, któ­rymi od dawna się nie bawiła, ale nie potra­fi­łaby się z nimi roz­stać. Tyle. Zimowe ubra­nia, buty, pościel, parę gier tata przy­wiózł już wcze­śniej. Ale wielu przed­mio­tów Maja musiała się pozbyć. Zwłasz­cza tych ksią­żek, któ­rych nie czy­tała, ale od zawsze stały na pół­kach w jej pokoju i sama ich obec­ność przy­no­siła Mai spo­kój. Przy­po­mi­nała o cza­sach, gdy była małą dziew­czynką, a wszystko wokół wyda­wało się prost­sze, mniej poplą­tane i jakby jaśniej­sze.

Teraz dostała maleńki pokój z oknem na płot i chwa­sty, na zachód. Można tu było wejść jedy­nie przez pokój taty. Dawało to pewne poczu­cie bez­pie­czeń­stwa. Ojciec oddzie­lał ją od reszty tego dziw­nego domu, gdzie wszystko skrzy­piało, trzesz­czało i dziw­nie pach­niało. Z sąsied­niego pokoju nio­sły się jakieś głosy, obce i nie­znane. Daw­niej, gdy miesz­kała w bloku, też nie­raz sły­szała sąsia­dów, ale tutaj wszystko brzmiało wyraź­niej. Zupeł­nie jakby loka­to­rzy roz­ma­wiali tuż za ramie­niem Mai.

Pró­bo­wała wyobra­zić sobie, że jest na waka­cjach. Że to nie praw­dziwy dom, tylko taki, do któ­rego przy­jeż­dża się na jakiś czas. Nawet nazywa się tak jak jakiś pen­sjo­nat. W takim domu łatwiej znieść obec­ność innych osób i to, że pach­nie jak w skan­se­nie albo sta­rym kościele. Nawet wspólna łazienka jest wtedy do prze­ży­cia.

W życiu wiele rze­czy jest tylko na chwilę, więc przez cały czas można się czuć jak na waka­cjach.

Tata musiał się cze­goś domy­ślić, bo przy­szedł do Mai i usiadł obok niej na łóżku. Patrzyli, jak za oknem zacho­dzi słońce. Dziew­czynka bawiła się zam­kiem torby. Chcia­łaby wró­cić do domu — tego domu, który znała i w któ­rym dotąd miesz­kała — ale oczy­wi­ście wie­działa, że nie wrócą.

Zapy­tała tylko:

— Długo tu zosta­niemy?

— Mamy pod­pi­saną umowę na rok.

— I to będzie teraz nasz… dom?

Ojciec objął ją, a ona pozwo­liła się przy­tu­lić.

— Nasze dwa pokoje. A dom jest tam, gdzie są ci, któ­rych kochamy.

Maja nic nie odpo­wie­działa, bo i co tu było mówić. Podobne słowa sły­szała już wcze­śniej. Zasta­na­wiała się, czy tata naprawdę wie­rzy w to, co mówi. Nie odwza­jem­niła uści­sku, bo nie chciała się roz­pła­kać.

Kiedy tata wyszedł, wsłu­chi­wała się w trzesz­cze­nie drew­nia­nych ścian, w sze­le­sty, skrzy­pie­nia i stu­ka­nia, w jęcze­nie desek pod­łogi, po któ­rej nikt nie stą­pał. W każ­dym razie nikt widzialny. Wie­działa, że tej nocy nie będzie spać spo­koj­nie. Bez względu na to, co mówił jej tata, to miał być nowy dom Mai.

Taki wła­śnie był ostatni dzień waka­cji.LICZEBNOŚĆ OWADÓW W MIEŚCIE I NA WSI

Liczebność owadów w mieście i na wsi

Cza­sami sły­szymy opo­wie­ści, że kie­dyś motyli było wię­cej, a łąki i osie­dlowe traw­niki późną wio­sną wyglą­dały tak, jakby uno­siły się nad nimi płatki kwia­tów. Wydaje mi się, że też pamię­tam taki widok z dzie­ciń­stwa, ale rze­czy we wspo­mnie­niach czę­sto wyglą­dają lepiej i pięk­niej niż w rze­czywistości.

Aby stwier­dzić, jak jest naprawdę, nale­ża­łoby je poli­czyć. Jest taka grupa owa­dów, któ­rej liczeb­ność można oce­nić sto­sun­kowo łatwo. Są to ćmy. Ze względu na prze­waż­nie nocny tryb życia i ten­den­cję do kie­ro­wa­nia się ku źró­dłom świa­tła, można chwy­tać je w spe­cjalne foto­pu­łapki. Po poli­cze­niu, ile ciem zła­pało się przez noc, wypusz­cza się je na wol­ność.

Josef Reich­holf, pro­fe­sor na Wydziale Eko­lo­gii i Ochrony Śro­do­wi­ska z Uni­wer­sy­tetu Tech­nicz­nego w Mona­chium, przez czter­dzie­ści lat (od 1976 do 2016 roku) badał liczeb­ność motyli noc­nych w swo­jej rodzin­nej wsi w Bawa­rii oraz w ogro­dzie na tere­nie swo­jej uczelni, w sercu wiel­kiego mia­sta. W pierw­szych latach na wsi śred­nio nocą w sezo­nie uda­wało się zła­pać 250 do 300 ciem, w ostat­nich latach badań — śred­nio 37 ciem noc­nie. Jest to zatem spa­dek o ponad 85%. Tym­cza­sem w Mona­chium przez cały czas trwa­nia pomia­rów znaj­do­wano prze­waż­nie 51 ciem na noc. Wygląda na to, że dziś łatwiej zna­leźć motyle w mie­ście niż poza nim._wrze­sień_

ROZDZIAŁ I

Ktoś przychodzi

Pew­nego wie­czoru ktoś zapu­kał w okno Mai. Na początku pomy­ślała, że to jakiś dziwny zie­lony dzię­cioł, któ­rego cza­sem widy­wała na wierz­bie w ogro­dzie. Ale to nie był dzię­cioł, tylko tata.

— Chodź, coś ci pokażę. Tylko bądź cicho — powie­dział pół­gło­sem, gdy uchy­liła skrzy­piące okno.

— Co?

— No chodź, chodź. Pospiesz się.

Na szczę­ście do ogrodu można było się dostać przez werandę z pokoju taty, więc Maja nie musiała prze­cho­dzić przez cały dom. Stu­ka­jąc klap­kami, wybie­gła na zewnątrz.

Świa­tło miało kolor miodu. Trwała złota godzina. Wie­czo­rami robiło się już chłodno, ale w przy­jemny spo­sób. Pach­niało jesie­nią.

Ogród był roz­le­gły i tak zaro­śnięty, że nie­które jego czę­ści wyda­wały się zupeł­nie nie­do­stępne. Tylko przy samym domu rosły jakieś zioła, pomi­dory i papryki, upra­wiane przez Igora, jed­nego z loka­to­rów. Od zachodu i połu­dnia pose­sję ota­czała ulica, od pół­nocy wzno­sił się dom, od pół­noc­nego wschodu — osie­dle nowych blo­ków, a po wschod­niej stro­nie — las. Ten las czę­ściowo wcho­dził do ogrodu, bo rosły tu wiel­kie drzewa, całe w zie­lo­nych pną­czach. Na jed­nym z nich znaj­do­wał się domek, stary i nie­wy­glą­da­jący zbyt sta­bil­nie.

Sta­nęła na weran­dzie i rozej­rzała się.

— Tato?

— Tutaj. Nie tup tak.

Głos dobie­gał spod wiaty przy domu, ze skła­dziku, do któ­rego Maja oba­wiała się nawet zbli­żyć. Pię­trzyły się tam jakieś beczki, konewki, stare doniczki i narzę­dzia, wszystko poupy­chane na stertę. Spra­wiała wra­że­nie, jakby miała zawa­lić się od samego patrze­nia na nią. Na wszelki wypa­dek Maja wolała patrzeć w inną stronę.

Ojciec klę­czał przed wiatą, pochy­lony do samej ziemi. Naj­wy­raź­niej robił coś dziw­nego. Cza­sem mu się coś takiego zda­rzało.

— Tam, popatrz sama.

Maja była zacie­ka­wiona. Uklę­kła obok, choć w bez­piecz­nej odle­gło­ści od sterty gra­tów. I wtedy to zoba­czyła.

Krę­ciło się mię­dzy pod­pór­kami z cegieł, w ciem­nej dziu­rze pod ścianą. Poru­szało dłu­gim ryj­kiem, fuczało, bły­skało czar­nymi oczami i wyglą­dało jak coś, co przy­drep­tało z Doliny Mumin­ków.

Oczy­wi­ście Maja nie­raz już widziała jeża. Prze­waż­nie jed­nak dostrze­gała je po zmroku, prze­my­ka­jące prę­dziutko, zbyt szyb­kie, by się im dobrze przyj­rzeć. Och, albo prze­je­chane na ulicy. Bo tego, co zoba­czy się w inter­ne­cie albo w książce, nie można prze­cież uznać za praw­dzi­wie zoba­czone.

— Przy­nie­śmy mu tro­chę wody, może wyj­dzie — zapro­po­no­wał tata.

— Wezmę jabłko — zażar­to­wała Maja.

Pobie­gła do kuchni, zasta­na­wia­jąc się, czy w lodówce nie zna­la­złoby się coś smacz­nego dla jeża. Jeże żywią się owa­dami, roba­kami i wszyst­kim, co ma bar­dzo wiele nóżek. Niczego takiego jed­nak w lodówce nie było. Przez moment zasta­na­wiała się nad pasz­te­tem dla kotów, bo Igor dokar­miał różne bez­dom­niaki. Ale to nie był jej pasz­tet, więc go nie wzięła. Po prze­pro­wadzce Maja musiała się przy­zwy­czaić, że każdy z loka­to­rów miał osobną półkę w lodówce.

Wró­ciła ze spodecz­kiem peł­nym roz­ko­ły­sa­nej wody i z jabł­kiem.

— Jeże nie jedzą… — zaczął tata, ale Maja tylko się roze­śmiała i wbiła zęby w twardy, soczy­sty miąższ.

Zosta­wili miseczkę z wodą koło wiaty i skryli się na weran­dzie. Tacie znu­dziło się pierw­szemu. Maja cze­kała cier­pli­wie jak kot przy mysiej dziu­rze. Zro­biło się ciemno i zimno, a jeż na­dal nie przy­cho­dził. Może coś zwą­chał, a może zwy­czaj­nie nie chciało mu się pić.

ROZDZIAŁ II

Ktoś nie przychodzi

Przez kilka kolej­nych dni Maja po szkole cza­to­wała na jeża. Ten jed­nak nie wyda­wał się zain­te­re­so­wany wodą, więc posta­no­wiła zwa­bić go w inny spo­sób. O wie­czor­nej rosie zbie­rała śli­maki i kła­dła je do sta­rej miski pod wiatą. Były to rzecz jasna śli­maki w musz­lach, żółte i brą­zowe. Wie­działa, że jedne są ogro­dowe, a dru­gie zaro­ślowe, tylko nie mogła ni­gdy zapa­mię­tać, które są które. Naj­ła­twiej dawały się zna­leźć pod pło­tem od strony ulicy, bo tam nocami różni hała­śliwi ludzie wrzu­cali przez płot puszki i butelki. Igor i tata zbie­rali cza­sami te śmieci, jeśli sobie o nich przy­po­mnieli, ale Maja brzy­dziła się choćby zapusz­czać w tam­ten zaka­ma­rek ogrodu.

Śli­maki nie miały takich obiek­cji. Peł­zły całymi sta­dami, zarówno musz­lowe, jak i bezmusz­lowe, i obsia­dały butelki.

Dla jeża Maja była gotowa do poświę­ceń, więc wygrze­by­wała śli­maki ze śmieci. Uważ­nie się przy tym roz­glą­dała, aby nikt jej nie zauwa­żył, a już na pewno nikt ze szkoły.

Jeż chyba jed­nak nie doce­niał nale­ży­cie tego poświę­ce­nia, bo na­dal się nie poka­zy­wał.

— Może te śli­maki są dla niego za szyb­kie i nie może ich dogo­nić — stwier­dził tata.

— Strasz­nie jest nie­ogar­nięty. Jak on sobie da radę w życiu?

— Chyba że się wypro­wa­dził.

— Na pewno nie, w nocy sły­chać, jak tupie i fuczy.

— Uwa­żaj tylko, nie prze­zięb się przy otwar­tym oknie.

— Oj tato.

— Oj tato, oj tato.

— Muszę otwie­rać okno. Tu śmier­dzi.

Rze­czy­wi­ście Maja czę­sto wie­trzyła pokój, by nie czuć oso­bli­wej woni sta­rego drew­nia­nego domu. Poma­gało to jed­nak tylko na chwilę. Dom wio­nął chło­dem nawet w cie­płe dni, jakby przez całe lato nie zdo­łał się nagrzać jak należy. Mai przez to cią­gle chciało się spać i miała wra­że­nie, że myśli o połowę wol­niej. Nie rozu­miała, co czyta, a nauka przy­cho­dziła jej z tru­dem. Zupeł­nie jakby myśli grzę­zły jej w gło­wie. Dobrze, że we wrze­śniu jesz­cze nie pytają.

Ten chłód i ta wil­goć miały pew­nie też coś wspól­nego z oko­licą. Nawet sąsied­nie ulice miały wil­gotne, zachla­pane nazwy. Błotna. Mokra. Pod­mo­kła. Podobno cały Kra­ków stoi na bagnach, ale tutaj czuło się to wyjąt­kowo mocno.

Co do jeża, to raz w akcie despe­ra­cji Maja wyzbie­rała zde­chłe muchy z oszklo­nego ganku. Ale zwie­rzątko wzgar­dziło i nimi. Kto by zresztą chciał jeść takie wyschnięte musze trupki. Jeż może i był nie­za­radny i wol­niej­szy od śli­maka, ale przy­naj­mniej się sza­no­wał.ROZDZIAŁ III

A jednak ktoś się pojawia

Pew­nego razu, wie­dząc, że robi nie­do­brze, nalała do miseczki mleka. Sły­szała gdzieś, że jeże je lubią, choć nie powinny go pić. Ale Maja też prze­cież jadła i piła rze­czy, któ­rych nie powinna. Na przy­kład te kolo­rowe japoń­skie sło­dy­cze, skła­da­jące się z cukru, barw­ni­ków i cze­goś, co nada­wało im dziwny smak. Jadła i jakoś żyła. No więc jeżowi też nie powinna zaszko­dzić odro­bina mleka, prawda? Tak sobie myślała.

Ostat­nio w kuchni zaczęły się poja­wiać bie­dronki. Cza­sem sied­mio­kropki, prze­waż­nie jed­nak tra­fiały się te chiń­skie, żółte albo w kolo­rze zupy pomi­do­ro­wej. Nie poma­gało zamy­ka­nie okien. Zda­wały się poja­wiać zni­kąd. I o ile dwie albo trzy bie­dronki, nawet chiń­skie, są nawet miłe, o tyle w gro­ma­dzie ich zapach sta­wał się trudny do wytrzy­ma­nia. Bo oka­zało się, że bie­dronki śmier­dzą.

— One spe­cjal­nie tu do nas przy­cho­dzą — mruk­nęła do taty, gdy zmy­wali naczy­nia po obie­dzie. Robili to ręcz­nie, bo w domu nie było zmy­warki. To zna­czy, mył je tata, a Maja wycie­rała do sucha ście­reczką.

— Szu­kają schro­nie­nia na zimę.

— A ja myślę, że przy­cho­dzą, żeby śmier­dzieć. Prze­cież jest jesz­cze cie­pło.

— Tak, ale nocą robi się naprawdę chłodno. Szu­kają więc schro­nie­nia zawczasu. Tyle że tutaj nie zdo­łają prze­zi­mo­wać. W domu jest dla nich za cie­pło, by mogły zapaść w letarg.

— Na pewno o tym wie­dzą, choć przy­cho­dzą i tak.

Nie­cier­pli­wie zer­kała przez okno, ale z kuchni nie dało się dobrze zoba­czyć wiaty, pod którą wysta­wiła miskę z mle­kiem. Cie­szyła się jed­nak, że tata jest razem z nią w kuchni, bo na­dal uni­kała samot­nego prze­by­wa­nia we wspól­nych prze­strze­niach domu. Inni loka­to­rzy — Igor z pod­da­sza oraz Ania i Mar­cin z pokoju obok — nie oka­zy­wali jej naj­mniej­szej nie­chęci, ale sama ich obec­ność ją krę­po­wała. Ślady innych ludzi, obce zapa­chy, nie­do­czysz­czone powierzch­nie — to było nie do znie­sie­nia. Dla­tego w łazience i kuchni Maja sta­rała się prze­by­wać jak naj­kró­cej.

Wresz­cie naczy­nia były umyte i Maja wybie­gła przed dom spraw­dzić, czy jeż sku­sił się na mleko.

Nie sku­sił się, za to mleko z miski chłep­tał kot, czarny, z białą plamą na boku pyszczka i z jedną białą skar­petką. Cały lśnił, trzy­mał ogon dum­nie pod­nie­siony i wyglą­dał na zadba­nego.

Maja ostroż­nie pode­szła i pogła­skała go. Był cie­pły i miękki. Nie mogła się nadzi­wić, że może ist­nieć tak cudowne stwo­rze­nie jak kot. Rodzice ni­gdy nie pozwa­lali jej na zwie­rzę w domu, nawet małe, a tata zawsze twier­dził, że kosz­tuje ono dzi­siaj wię­cej niż dziecko. A Maja nie mogła w takich chwi­lach nie zasta­na­wiać się, ile w takim razie kosz­tuje ona sama.

Teraz gła­skała kota jak zahip­no­ty­zo­wana. Nie potra­fiła prze­stać. A ten prze­stał pić, wyprę­żył się, zastrzygł jed­nym uszkiem i otarł się o jej nogi. Pysz­czek zosta­wił mokre ślady na jej spodniach. Nie było to mleko, lecz wydzie­lina z gru­czo­łów na policz­kach i pod brodą. Maja została ozna­czona. „To mój czło­wiek”.

— Zuko. Zuko. Zuko!

Ktoś wołał za pło­tem, od strony nowego bloku. Po nie­wiel­kim tara­sie na par­te­rze cho­dziła jakaś kobieta z tatu­ażami i roz­glą­dała się nie­spo­koj­nie. Za nią z wywie­szo­nym jęzo­rem drep­tała cze­ko­la­dowa labra­dorka. Maja domy­śliła się, że sąsiadka szuka kota, więc pod­nio­sła go i pode­szła do płotu. Oka­zał się cięż­szy, niż przy­pusz­czała. I zamru­czał tak, że Maja poczuła to mru­cze­nie aż w kościach. Przy­szło jej do głowy, że może powinna zanieść kota do domu, do swo­jego pokoju. Mia­łaby wresz­cie przy­ja­ciela. Zna­le­zione, nie­kra­dzione. Ale oczy­wi­ście wie­działa, że nie może tak postą­pić. Poza tym kota nie można sobie prze­sta­wić z miej­sca na miej­sce jak jakiś przed­miot.

— To pani kot?

— Zuko! — Na twa­rzy kobiety odma­lo­wała się ulga. Maja przyj­rzała się sąsiadce uważ­nie. Była chyba dość młoda, w każ­dym razie na pewno nie tak stara jak tata. Może bar­dziej w wieku Igora? Maja nie miała pew­no­ści. Cie­kawe, czy kie­dyś, gdy sama będzie doro­sła, będzie wresz­cie potra­fiła oce­niać wiek innych. A może wtedy nie będzie umiała powie­dzieć, ile lat ma jakieś dziecko? Wyda­wało jej się to dziwne i nie­moż­liwe.

— Ni­gdy wcze­śniej nie zda­rzało mu się ucie­kać z domu. Nie wiem, jak to się mogło stać — powie­działa sąsiadka, odbie­ra­jąc kota od Mai. Zuko miał minę roz­anie­loną i tro­chę bez­myślną. Labra­dorka szczek­nęła parę razy i naparła na płot, doma­ga­jąc się swo­jej por­cji gła­ska­nia. — Bulma, spo­kój. Dobry pies.

— Nie ma sprawy — mruk­nęła Maja. Sama nie wie­działa, czy mówi do sąsiadki, która nawet jej nie podzię­ko­wała, czy do psa. Pies był fajny, choć ani tro­chę tak miły w dotyku jak kot. O zapa­chu już nawet nie mówiąc.

— A czemu ty jesteś taki mokry, Zuko? Coś ty wypra­wiał na tej swo­jej wypra­wie? — Zaafe­ro­wana kobieta obwą­chała kota i obma­cała go ze wszyst­kich stron. W ogóle już nie zwra­cała uwagi na dziew­czynkę.

— Wypił tro­chę mleka i pew­nie się ochla­pał.

— Kotom nie wolno dawać mleka!

— To nie było dla niego, tylko dla jeża.

— Jeże też nie powinny pić mleka, bo mogą się roz­cho­ro­wać. Każdy o tym wie.

Maja wró­ciła do domu zła jak osa. Zło­ściła się tym bar­dziej, że sąsiadka w grun­cie rze­czy miała rację. Ale to nie zna­czy, że musiała trak­to­wać Maję jak… no, tak jak to zro­biła. Maja nie potra­fiła tego okre­ślić, ale czuła, że zacho­wa­nie sąsiadki było bar­dzo nie w porządku. Na doda­tek oka­zało się, że pies jed­nak śmier­dział, i dziew­czynka czuła ten zapach nawet po umy­ciu rąk. Żało­wała, że jed­nak nie zabrała kota do domu, choćby na chwilę. Następ­nym razem tak zrobi, i niech go sobie tamta baba szuka.ROZDZIAŁ IV

Zaczynają się problemy

Pod koniec wrze­śnia bie­dronki gdzieś znik­nęły. Może po pro­stu poszły po rozum do głowy i poszu­kały sobie lep­szych kry­jó­wek. Poja­wiły się za to motyle, zwłasz­cza dobrze znane pawiki o oczkach na skrzy­dłach, ale też inne, wiel­kie i żółte, któ­rych Maja nie potra­fiła nazwać. A każ­dego ranka w ogro­dzie zbie­rało się stado szpa­ków. Darły się, skrze­czały i gwiz­dały od bla­dego świtu, więc Maja nie potrze­bo­wała budzika.

W tam­tym cza­sie tata zabrał Maję do „Kawiarni na Podu­chach”. To było jej ulu­bione miej­sce. Naj­bar­dziej lubiła sia­dać na podusz­kach na niskim para­pe­cie. Znaj­do­wał się tam też ogró­dek, a w nim dwa hamaki, ale prze­waż­nie bywały zajęte. W daw­nych cza­sach, zanim wszystko się skoń­czyło, Maja przy­cho­dziła tu czę­sto z rodzi­cami, zimą na gorącą cze­ko­ladę, latem na lemo­niadę, a o każ­dej porze roku — na ciastko. W tej kawiarni zawsze wszystko Mai sma­ko­wało, i tak też było tym razem. Dobrze wra­cać do miejsc, gdzie czuło się szczę­śli­wym.

Tym razem ciastko było tylko dla Mai, bo tata musiał zmie­nić pracę i ogra­ni­czał wydatki.

— Zjedz pół — zapro­po­no­wała Maja.

Tata dziob­nął więc ciastko dwa razy widel­cem i widać było, że bar­dzo mu sma­kuje. Mai też sma­ko­wało, więc mimo wszystko ucie­szyła się, że tata poprze­stał na tych dwóch kęsach.

— Będę dziś wie­czo­rem pra­co­wał. Zosta­niesz sama?

— No chyba tak. Skoro masz pracę.

— Wiesz, aż tak bar­dzo nie muszę, jeśli nie chcesz zosta­wać sama w domu. Ale wie­czo­rami sporo można zaro­bić.

— Nie boję się!

— Nie mówi­łem, że się boisz, tylko że nie masz ochoty. Wrócę jak naj­szyb­ciej.

Tak więc Maja po raz pierw­szy została sama. Mimo włą­czo­nego świa­tła dom uparł się, by skrzy­pieć i stu­kać bar­dziej niż zwy­kle. No i bała się, tym bar­dziej że Ania i Mar­cin wyszli albo wyje­chali, a Igor sie­dział zamknięty w swoim pokoju na pod­da­szu. Maja bar­dzo pra­gnęła, by tata znów sie­dział w swoim pokoju, oddzie­la­jąc ją od reszty domu.

Pró­bo­wała czy­tać, ale słowa nie chciały się ukła­dać w zda­nia, a zda­nia w myśli. W ogóle nie rozu­miała, co czyta.

Naraz roz­le­gło się stu­ka­nie w ścia­nie. Maja pod­sko­czyła.

— Kto tam jest? — Jej gar­dło było ści­śnięte, a głos piskliwy jak u myszy z bajki.

Nikt nie odpo­wie­dział. Pomy­ślała, że to ten głupi Igor ją stra­szy. Był to dziwny typ, a tata mówił, że Igor pra­wie nic nie ma, nawet mebli, śpi po pro­stu na mate­racu. Tak, to pasuje do takiego dzi­waka celowo stu­kać, żeby kogoś przestra­szyć. Może jest psy­cho­patą.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij