Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Malarz - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
22 kwietnia 2026
E-book: EPUB, MOBI
35,90 zł
Audiobook
44,90 zł
35,90
3590 pkt
punktów Virtualo

Malarz - ebook

Piotr Chomczyński, uznany kryminolog, ponownie ujawnia niuanse swojej pracy w powieści, w której nic nie jest takie, na jakie wygląda.

Ciała bez śladów zbrodni. Obrazy, które coś ukrywają. Misterne przedstawienia, które ktoś z premedytacją przygotowuje. To śledztwo, w którym Koch będzie musiał zmierzyć się ze swoimi demonami.

W Lesie Kabackim znaleziono zwłoki kobiety, a przy nich wydruk obrazu podpisany enigmatycznym cytatem. Sprawca na pewno chce przekazać policji jakąś wiadomość, ale najpierw trzeba ją rozszyfrować. Marcin Koch ponownie konsultuje sprawę prowadzoną przez Branicką. Mimo że nie zna się na sztuce, zagadki, które podsuwa sprawca, wydają się skrojone pod kryminologa. A tropy jednoznacznie wskazują, że musi poprosić o pomoc Kleina.

Mrok sztuki Beksińskiego sączy się w żyły Kocha i miesza mu w głowie. Czy ktoś gra z nim w tragiczną grę, w której to od niego zależy życie innych?

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-287-4109-6
Rozmiar pliku: 1,5 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG

Zerknął na zegarek. Dobiegała siódma trzydzieści. Licznik wskazał prawie siedem kilometrów, czyli nieco ponad dziewięć tysięcy kroków, i to w niecałe czterdzieści minut. Dzisiejszy trening mógł zaliczyć do udanych, choć jego czarny jak smoła labrador o imieniu Brutus miał inne zdanie. Co chwila wybiegał nieco dalej, by po chwili wracać do właściciela.

– Mało ci, co? Jutro zrobimy większy dystans – zapewnił, gdy czworonóg znowu się do niego zbliżył, wesoło merdając ogonem.

Chłopak przetarł czoło. Zaraz za zakrętem w prawo leśny dukt prowadził wprost na niewielki parking, na którym zaparkował swojego Forda Focusa. Ostatnie metry pokonał, próbując odnaleźć w biegu kluczyki do auta. Nagle zorientował się, że pies jeszcze nie wrócił z eskapady, pobiegł więc w ostatnie miejsce, w którym go widział.

– Brutuuus, do nogi! – Zatrzymał się i rozejrzał niecierpliwie. Zastopował licznik dystansu na smartwatchu. – No chodź tu – powtórzył jeszcze głośniej. – Następnym razem będziesz biegł na smyczy, gwarantuję ci to! – dodał z pogróżką w głosie.

Po chwili zobaczył psa, ale on zamiast podbiec i przysiąść naprzeciwko, jak to miał w zwyczaju po skończonym treningu, zatrzymał się na skraju lasu i ukrył za krzakiem dzikich jeżyn.

– Do mnie, słyszałeś, sierściuchu?! – zawołał, zerkając na zegarek.

Dochodziła ósma, a wizja porannego prysznica oddalała się z każdą minutą. W pracy nie mógł pojawić się później niż za godzinę. Z Lasu Kabackiego do centrum Warszawy miał prawie piętnaście kilometrów i nieco ponad pół godziny samochodem. Kiedy podszedł, by złapać pupila za obrożę, ten wycofał się, pobiegł w głąb lasu i przystanął kilka metrów dalej.

– Na wygłupy ci się zbiera? – burknął mężczyzna, próbując ominąć kolczaste pędy gęstych zarośli.

Był już kilka metrów od psa, ale on ruszył właśnie w kierunku powalonego spróchniałego drzewa. Biegacz z rosnącą irytacją podążał za nim, złorzecząc pod nosem. Gdy próbował ominąć omszały pień, zauważył, że w jego pobliżu leży jakaś biała kartka. Wziął ją do ręki. Po jednej stronie była zupełnie gładka. Odwrócił ją. Okazało się, że to zdjęcie wykonane polaroidem: fotografia jakiegoś obrazu, na którym widać mężczyznę przy rozłożystym drzewie. Postać znajdowała się w mrocznym lesie i stała na rozstaju dróg.

– O co tu chodzi? – mruknął pod nosem. Usłyszał szczekanie psa. Zwierzak krył się w gęstych zaroślach. Widać było jedynie jego uniesiony ogon, którym merdał na boki. – Co tam masz? – rzucił z mieszaniną zniecierpliwienia i zaciekawienia w głosie.

Pies zaczął ujadać i warczeć. Mężczyzna położył zdjęcie na pniu i odgarnął gałęzie.

– O kurwa – przeklął, instynktownie odskakując do tyłu jak oparzony.

Stopa ugrzęzła mu w spróchniałym drzewie, a ciało wygięło się nienaturalnie i runęło ciężko do tyłu. Gdyby nie mech, który zamortyzował upadek, mogłoby nie skończyć się na kilku zadrapaniach i siniakach. Oddychał płytko, starając się opanować silne emocje. Próbował wstać, ale nie udało mu się uwolnić nogi ze spróchniałego drzewa.

– Ja pierdolę! Jest tu ktoś?! – zawołał ile sił w płucach.

Był coraz bliższy paniki, nijak nie mógł oswobodzić kończyny. Dłonie ślizgały mu się po zroszonym mchu. Drżącą ręką próbował wyjąć telefon, ale ten jak na złość ugrzązł w poprzek kieszeni blokowany przez materiał. Gdy w końcu mu się to udało, nie był go w stanie odblokować. System rozpoznawania twarzy nie działał, gdyż jego mimika daleko odbiegała od tej zapamiętanej przez urządzenie. Roztrzęsiony nie potrafił mokrymi palcami wpisać kodu dostępu do komórki. Poczuł się całkiem bezradny. Brutus lizał go namiętnie po twarzy i niemiłosiernie szczekał. Wtem znieruchomiał. Obaj usłyszeli trzask łamanych gałęzi w oddali. Po chwili źródło hałasu znalazło się bliżej.

– Ktoś tu jest? – zapytał chłopak drżącym głosem.

Miał świadomość, że nic nie może zrobić. Przełknął głośno ślinę.

Wtem zza gęstych krzaków wyłoniły się dwie postaci i stanęły nieruchomo. Przetarł twarz, próbując złapać ostrość widzenia. Serce biło mu jak szalone.

– Nic panu nie jest? – pierwszy odezwał się przybysz, który trzymał w ręce solidny kij, a za jego plecami kryła się kobieta.

– Dzwońcie na policję, natychmiast! – krzyknął po chwili uwięziony biegacz.

– Co się stało? Możemy panu jakoś pomóc? – zapytała kobieta, podchodząc nieco bliżej.

Brutus, jak to labrador, polizał ją pojednawczo w rękę.

– Tam jest trup, dzwońcie – wydukał biegacz, ale już nieco spokojniej, gdy doszło do niego, że nikt nie chce go skrzywdzić.

– Marek, sprawdź, o co chodzi – powiedziała po chwili kobieta, przeskakując spojrzeniem z zarośli na próbującego utrzymać równowagę chłopaka.

Na jej pobladłej twarzy malował się strach. Mężczyzna podszedł do krzaków i odgarnął gałęzie swoim kijem.

– Nie podchodź tu. Ciało jest nagie i jakoś dziwnie wygięte – mruknął ostrzegawczo do partnerki, nie spuszczając wzroku ze zwłok. Przetarł ręką twarz i utkwił wzrok w bliżej niezidentyfikowanym miejscu. – Dzwoń na policję, natychmiast!ROZDZIAŁ 1

Marcin Koch właśnie przekroczył mury uczelni. Do wykładów miał jeszcze prawie pół godziny, więc postanowił zahaczyć o stołówkę. Miał nadzieję zjeść coś na szybko. Rozejrzał się i z radością zauważył, że jego ulubiony stolik pod oknem jest jeszcze wolny. Niespiesznie rozpiął kurtkę motocyklową i wraz z kaskiem zawiesił ją na stojaku na ubrania. Podszedł do lady i zamówił sobie sałatkę warzywną, sok z wyciskanych pomarańczy i czarną kawę. Czekając na posiłek, zerknął za okno. Był początek maja, a w powietrzu czuło się wiosnę w pełnej krasie.

– Proszę, coś jeszcze, panie doktorze? – Dziewczyna przy kasie uśmiechnęła się zachęcająco.

– To wszystko, dziękuję – odpowiedział, odwzajemniając uśmiech.

Przemykając się pomiędzy stolikami, stawiał uważnie kroki po podłodze usianej plecakami i torbami studentów. Taca, którą trzymał w rękach, skutecznie blokowała mu ruchy, a przesuwające się na niej przedmioty ostrzegały przed brawurą. Wymagało to nie lada zdolności ekwilibrystycznych i trochę przypominało jazdę motocyklem po zakorkowanym do granic możliwości Poznaniu. Kiedy w końcu dotarł do swojego stolika, poczuł, że właśnie osiągnął bezpieczną strefę.

– Dzień dobry – zagadnął go jeden ze studentów.

– Cześć. My chyba mamy niedługo zajęcia? – Koch łapał się ostatniej szansy, by zjeść w spokoju posiłek.

– Tak, wiem, grupa już czeka. Ja tylko chciałem dopytać o zaliczenie – wymamrotał student.

Marcin spojrzał na niego i domyślił się, że to jedynie pretekst, by porozmawiać.

– Warunki zaliczenia omawiałem na początku. Aktywność, obecności i praca zaliczeniowa dla chętnych na wyższą ocenę. Pamięta pan?

– No tak, pamiętam, chciałem napisać o używkach – kontynuował chłopak.

– O wszystkich używkach? – Marcin pokazał gestem, by usiadł przy stoliku.

– No, a czemu nie – zgodził się przybysz, drapiąc się w głowę.

– Kawa to także używka. Oddziałuje na ośrodkowy układ nerwowy, pobudza go poprzez blokowanie receptorów adenozyny.

– Tego nie wiedziałem.

– W skrócie, nie czujemy zmęczenia. – Marcin dokończył myśl i zdał sobie sprawę, że kilka miesięcy temu ktoś inny mu to tłumaczył, popisując się dogłębną wiedzą toksykologiczną.

Zmieszał się, a głos lekko mu zadrżał. Wziął łyk kawy, zasłaniając kubkiem twarz.

– Myślałem raczej o narkotykach – wydukał student.

– W porządku, dobry temat. Dziś trochę będę o tym mówił. Może to się panu przyda do pracy – dodał porozumiewawczo. – Zaraz zaczynamy, zgadza się? – Wykładowca zerknął niezbyt dyskretnie na zegarek.

– Tak, widzimy się na zajęciach, dziękuję. – Student wstał od stołu i zniknął za rogiem.

Koch wyjął komputer i sprawdził prezentację, jedną ręką przerzucając slajdy, a drugą niezdarnie nabierając sałatkę. Pomimo już prawie dekady spędzonej na uczelni czasami bywały takie dni, kiedy zajęcia lekko go stresowały. Także dzisiaj czuł się spięty, zwłaszcza że tym razem doszła do tego ostatnia sprawa z Kucharzem. Temat narkotyków zawsze był pełen niuansów. Kiedyś potrafił opowiadać o tym bez skrępowania, teraz był już bardziej uważny, zwłaszcza na pytania kursantów. Wiedział, że to, co przesądza o popularności jego wykładów, jednocześnie sprawia, że musi się do nich przygotowywać staranniej niż kiedyś, by ominąć pułapki zastawiane przez ciekawskich studentów. Przeklikał całość i zamknął laptop, a wraz z nim wszystkie wątpliwości. Dopił sok i kawę, po czym ruszył na wykład. Po drodze usłyszał dźwięk nadchodzącego SMS-a. Zawsze otrzymywał przed zajęciami wiadomość o treści: Powodzenia. Uśmiechnął się do siebie, wziął klucz i wjechał windą na trzecie piętro. Drugi rok już czekał na niego tłumnie przed salą.

– Powie pan coś o tej akcji sprzed roku? – zapytała jedna ze studentek, żując gumę i skrolując komórkę w wolnej ręce.

– O jakiej akcji? – droczył się Koch, otwierając drzwi do auli.

– No przecież pan wie – dodał ktoś inny.

– Zobaczymy, wchodźcie do auli. – Prowadzący gestem ręki zaprosił zebranych do środka.

Właśnie tego się obawiał. Zanosiło się na publiczną wiwisekcję. Podszedł do katedry, włączył komputer i rzutnik. Tematyka wykładu dotyczyła zażywania narkotyków przez nastolatków. Koch zgrabnie posiłkował się statystykami i własnymi obserwacjami, tłumacząc, jak młodzi ludzie w Polsce sięgają po narkotyki.

– Paczkomaty, sprzedaż poprzez konta na Telegramie i płatności blikiem. Tak dochodzi do codziennych transakcji narkotykowych wśród nastolatków i młodych dorosłych. Ta grupa wiekowa zarówno handluje prochami, jak i je kupuje.

– Niezłe badania – skomentował jeden ze studentów z przodu.

– Te akurat nie moje. Jeśli chcecie wiedzieć więcej, to polecam wam śledztwo kilku polskich redakcji i artykuł w „Newsweeku”. – Wskazał źródło pod jedną z tabelek.

Artykuł nosił tytuł _Siema, chciałbym ogarnąć matiego_.

– I co tam jest? – zapytał ktoś z boku sali.

– Sami zobaczycie, ale to kawał dobrego dziennikarstwa śledczego. – Omiótł wzrokiem zaciekawione twarze młodych ludzi. – No dobrze – westchnął, świadomy, że tylko nieliczni sięgną po tę lekturę bez dodatkowej zachęty. – Grupa dziennikarzy pod przykrywką klientów zebrała i przeanalizowała setki tysięcy informacji od dilerów narkotyków. Poznali ich sposób działania i myślenia. Ktoś chętny do zaprezentowania tego na przyszłych zajęciach? Las rąk – mruknął pod nosem, gdy nikt się nie zgłosił. – Polecam wam także książkę _Noski. Tak ćpają polskie dzieci_ Magdy i Piotra Mieśników. Dziennikarze badali nastolatków, którzy sięgają po substancje psychoaktywne. Może tym razem ktoś się zgłosi? – zapytał, patrząc wyczekująco na grupę. Kątem oka zauważył studentkę podnoszącą rękę – Jest pani moją ostatnią nadzie… – dodał cierpko.

– Nie zgłaszam się do omówienia książki, ale także znalazłam coś ciekawego – przerwała dziewczyna, która wcześniej zagadnęła Marcina przed wejściem do auli.

– Co takiego?

– Artykuł z zeszłego roku pod tytułem _W Poznaniu grasuje nowy Kucharz_.

Na twarzy Marcina przez ułamek sekundy malowała się złość, nad którą nie udało mu się zapanować. Zacisnął dłoń w pięść. Najgorsze było to, że wiedział, co będzie dalej, i nie mógł temu zaradzić.

– Powstało wiele artykułów na ten temat, swego czasu to była głośna sprawa – skomentował uspokajającym tonem.

– Ten jest najbardziej szczegółowy. – Dziewczyna uśmiechnęła się wymownie.

W auli zapadła kompletna cisza.

– Wiadomo, autorka miała bezpośrednie dojście do źródeł – zauważył ktoś z ostatnich rzędów.

– Nazwisko zobowiązuje – dodał ktoś z boku.

– Szanowni państwo, zajęcia dobiegają końca – przerwał Klein, zerkając wymownie na zegarek.

Koniec zajęć oznaczał dla niego wybawienie od trudnych pytań, ale wiedział, że nie dadzą mu spokoju. Studenci opuszczali salę wykładową, a on pakował już swoje rzeczy do plecaka, gdy dziewczyna, która wywołała całą tę dyskusję, stanęła tuż przy katedrze z nieodłączną komórką w dłoni.

– Ja się mogę zgłosić – odezwała się.

– Do czego? – Koch czuł narastający niepokój.

Miał wrażenie, że studentka chce coś udowodnić i jemu, i grupie.

– Do tematu Kucharza, który grasował u nas w mieście i produkował narkotyki. – Jej twarz przybrała dziwny grymas.

– Już trochę czasu minęło – burknął Marcin zniechęcająco.

– Tak, i powstało wiele artykułów, ale ja chciałabym się zająć serią reportaży jednej autorki. – Dziewczyna spojrzała wymownie na wykładowcę.

Marcin próbował wyczytać nieco informacji z jej zagadkowego uśmiechu i na wpół przymrużonych oczu, ale bezskutecznie.

– W porządku, będzie pani miała kwadrans na prezentację, a teraz proszę mi wybaczyć, spieszę się do domu. – Wskazał dłonią drzwi wyjściowe.

Był opanowany i uprzejmy, ale musiał przemyśleć, w jaki sposób mówić o wydarzeniach, by chronić Natalię. Wiedział doskonale, że ona zniosła to zdecydowanie gorzej i wszystko, czego teraz potrzebowała, to nie wracać do tej sprawy, która uwierała ją jak kamyk w bucie.ROZDZIAŁ 2

Marcin wjechał motocyklem do podziemnego garażu swojego apartamentowca, wyłączył silnik ścigacza i zdjął kask. Przez chwilę siedział jeszcze i słuchał, jak stygnąca rura wydechowa wydaje z siebie charakterystyczne trzaski. Zazwyczaj podróż jednośladem działała na niego kojąco i rozwiewała czarne myśli. Ciasne zakręty i balansowanie na granicy przyczepności dawały mu niezmiennie dużo frajdy i zapewniały dobry nastrój na resztę dnia.

– Kiedy wreszcie ta cała sprawa przyschnie? – szepnął do siebie, wyciągając kluczyki ze stacyjki.

W tej chwili usłyszał sygnał SMS-a. Spojrzał na komórkę. Ja i pół osiedla już wiemy, że jesteś na miejscu. Wpadniesz na górę?

Uśmiechnął się pod nosem i przywołał windę. Po kilkunastu sekundach naciskał już klamkę.

– Jak ci poszło? – usłyszał kobiecy głos dobywający się z łazienki.

– Nawet nieźle – odpowiedział Koch i od razu ugryzł się w język.

Wyraz „nawet” był jak osobiste zaproszenie do gry w kalambury.

– Co masz na myśli?

Drzwi łazienki uchyliły się delikatnie.

– Sama wiesz, zawsze uważam, że mogło pójść lepiej – odparł, by uniknąć wchodzenia w szczegóły na temat zajęć, bo wiedział, że rana spowodowana ostatnim śledztwem jest dla Natalii jeszcze zbyt świeża.

– Jesteś wobec siebie zbyt krytyczny – dodała teraz, uruchamiając suszarkę do włosów.

Marcin już nie skomentował jej słów, tym bardziej że i tak jego głos nie przebiłby się przez głośny warkot urządzenia. Wyjął z torby laptop i korzystając z tego, że jeszcze jest sam w pokoju, zaczął szukać w internecie serii artykułów Diany vel Natalii Klein, które powstawały jak grzyby po deszczu, gdy śledztwo w sprawie Kucharza nabierało tempa. Po kilku artykułach, kiedy autorka dostała pracę jako dziennikarka śledcza, przestała ukrywać się za pseudonimem. Kryminolog skanował kolejne tytuły, które już kiedyś czytał z zapartym tchem:

_Kucharz nadal na wolności_

_Syntetyki zbierają krwawe żniwo_

_Czy ktoś powstrzyma ludzi stojących za nowym narkotykiem?_

Po kolejnym z serii „Policja na tropie Kucharza” nastąpiła prawie półroczna przerwa. Ostatni artykuł _Groźna siatka handlarzy śmiercią rozbita_ był najobszerniejszy. Przypominał reportaż, w którym szczegółowo opisano nie tylko śledztwo, ale i schwytanie poszczególnych członków grupy z Kucharzem na czele. Pod artykułem widniała informacja, że autorka cyklu otrzymała prestiżową nagrodę Grand Press, gdyż „wspięła się na szczyty dziennikarskiego obiektywizmu i profesjonalizmu”. Marcin usłyszał, że suszarka przestała pracować. Pospiesznie nacisnął dobrze znaną kombinację klawiszy „command” i „q”, po czym zamknął laptop.

– A ty się nie przebierasz? – Do jego ucha dobiegł damski głos z nutką wyrzutu.

– Cholera, na śmierć zapomniałem! – Zerwał się na równe nogi.

Zawiesił spojrzenie na kolorowej jedwabnej sukience z głębokim rozporkiem. Kreacja uwydatniała świetną figurę jego narzeczonej. Rozpuszczone włosy i delikatny makijaż dodawały jej powabu. Zupełnie nie przypominała tej skonfliktowanej wewnętrznie i irytującej dziewczyny, która wtykała mu jeszcze rok temu szpilę jedną za drugą. Wyciągnięty sweter i glany zastąpiły materiałowe spodnie, dopasowane sukienki i modne ostatnio ramoneski stylizowane na lata osiemdziesiąte. Biły od niej pewność siebie i spokój. Koch wiedział jednak, jaka jest cena tej transformacji. Zgodnie z niepisaną umową, jaką zawarli zaraz po jej terapii, konsekwentnie dbał o to, by niektóre tematy tymczasowo zniknęły z ich codziennych rozmów. Niepokoiło go jednak, że umowa nadal obowiązywała wbrew temu, co radzili terapeuci. Wiedział, że nie da się wyrzucić z pamięci kogoś tak znaczącego jak ojciec.

– Mamy rezerwację na osiemnastą, a stolik dostaliśmy tylko dzięki moim szemranym kontaktom. Jak się spóźnimy, to trafimy na czarną listę.

– Co mam włożyć? – zapytał, bezradnie rozkładając ręce.

– Przewidziałam to. – Uśmiechnęła się przekornie. – Weź szybki prysznic, koszulę masz na wieszaku w sypialni. Na łóżku znajdziesz marynarkę i spodnie.

– Co ja bym bez ciebie zrobił? – mruknął pod nosem.

– Z pewnością ktoś już by się o ciebie zatroszczył. Laski lubią czasami zgrywać siostry miłosierdzia, jeśli ktoś nie przesadza. – Na jej twarzy wykwitł ledwo skrywany uśmiech.

Marcin nic nie odpowiedział, tylko pocałował ją w szyję. Na jej ciele pojawiła się gęsia skórka. Dokładnie wiedział, co lubi i jak jej ciało reaguje na jego pieszczoty. Uwielbiał czuć zapach jej skóry i to, jak prawie niewidzialne włoski podnoszą się, gdy jej dotyka.

– Na to przyjdzie czas, teraz się zbieraj, lowelasie – mruknęła, odsuwając go delikatnie, i popchnęła w kierunku łazienki.

Mniej więcej po dziesięciu minutach był już gotowy. Jasnobeżowe spodnie, granatowa koszula i płócienna marynarka w tym samym kolorze oraz mokasyny nadawały mu jachtowy sznyt.

– Na przejażdżkę motocyklem pewnie nie ma szans? – zapytał, chwytając kluczyki do pojazdu.

– Pomijając okoliczności, to siedzenie pasażera twojej bestii ma wielkość znaczka pocztowego i wrzyna się w tyłek bardziej niż siodełko kolarskie.

– A gdybym kupił kiedyś turystyka?

– To wtedy zobaczymy, marzycielu. Teraz czeka na nas taksówka.

– Kiedy ją zamówiłaś? Jest idealnie na czas.

– Przewidziałam, że będziesz potrzebował chwili dla siebie – odpowiedziała, puszczając do niego oko.

Zjechali windą i wsiedli do taksówki. Niespełna pół godziny później dotarli do ulicy Świętosławskiej tuż koło poznańskiego Starego Rynku, w pobliżu kamienicy, w której mieściła się restauracja. Jej nowoczesne i klasyczne wnętrze oraz jasne kolory tworzyły przytulną atmosferę.

– Dzień dobry. Czy mają państwo rezerwację?

– Tak, na nazwisko Koch, Marcin Koch – odpowiedziała Natalia pewnym siebie głosem.

– Już czeka na państwa stolik w piwniczce. – Kelner szerokim gestem zaprosił gości do wejścia.

– Nie wiedziałem, że zarezerwowałem nam stolik – mruknął Marcin zaskoczony, podając towarzyszce ramię, by mogła bezpiecznie zejść po schodach.

Zerknął na dziewczynę. Lubił w niej to, jak działała, panując nad wszystkim dookoła. Miał wrażenie, jakby znali się zdecydowanie dłużej niż niespełna rok.

– Twoje nazwisko bardziej mi się podoba niż moje – burknęła, a delikatny uśmiech w mgnieniu oka zniknął z jej twarzy.

– To chyba ten stolik. – Koch chwycił ją za rękę, by podprowadzić ją do krzesła.

– Zaraz do ciebie dołączę. – Dziewczyna uwolniła delikatnie dłoń, po czym przełożyła torebkę przez ramię i udała się do łazienki.

Kryminolog usiadł ciężko na krześle. Wziął do ręki menu, ale miał wrażenie, że czyta nazwy potraw, jakby były napisane po chińsku. Przekartkował strony i zawiesił oko na napojach alkoholowych. Zastanawiał się nad wyborem, gdy przy stole pojawiła się jego towarzyszka. Miał wrażenie, że mimo identycznego stroju, wzrostu i fryzury jest to ktoś inny. Na twarzy Natalii gościł filuterny uśmiech.

– Zamówiłeś już? – zapytała.

– Jeszcze nie, czekałem na ciebie – mruknął Koch, uważnie obserwując nową odsłonę swojej narzeczonej.

Po smutku wypisanym na jej twarzy nie zostało nawet śladu. Teraz rozpromieniała ją radość. Trudno mu się było przyzwyczaić do tych szybkich przemian, które u niej obserwował. Były one efektem wielomiesięcznej terapii. Poddała się jej zaraz potem, gdy wyszła ze szpitala, niespełna rok temu. Nigdy nie otworzyła się przed nim na tyle, by dowiedział się, na czym polegała. Zauważył jednak, że za każdym razem, gdy pojawiał się temat jej ojca, szukała odosobnienia, by po chwili wyjść z niego całkiem odmieniona. Na początku trochę go to przerażało, potem już tylko dziwiło, a teraz robił wszystko, by do tego przywyknąć. Nie było to jednak proste i miał świadomość, że temat Bogusława wróci, i to ze zdwojoną siłą.

– Zamówmy sobie owoce morza na spółkę i butelkę wina. Co ty na to?

– Dobry plan – odpowiedział, chwytając ją za rękę.

– Daj mi jeszcze chwilkę. – Uśmiechnęła się delikatnie, wysuwając dłoń z uścisku. – Jak było na zajęciach? – zmieniła temat.

– Mam kilka ambitnych osób, które rozważają pisanie u mnie pracy licencjackiej.

– Na jaki temat?

– Przecież wiesz. – Marcin uśmiechnął się wymijająco.

Robił, co mógł, by nie kierować uwagi na narkotyki, które nadal stanowiły przedmiot jego badań. Choć terapeuta kazał jej przepracować wydarzenia sprzed roku i się z nimi skonfrontować, to udawało jej się to ze zmiennym szczęściem. Natalia rzuciła się w wir pracy, tropiąc biznes _trophy hunters_. Ujawniała biznesmenów, polityków i inne osoby ze świecznika, które oddawały się polowaniom na chronione gatunki zwierząt, starannie kryjąc swoje sekrety po przyjeździe do Polski. Zdemaskowała nawet kilka „prywatnych” muzeów z trofeami, w tym jedno w północnej Wielkopolsce należące do lokalnego biznesmena z ciemną przeszłością. Była dumna ze swojej pracy, choć przybywało jej cichych wrogów z różnych środowisk. Marcin z kolei kontynuował swoje studia nad latynoamerykańskimi grupami przestępczymi, konsekwentnie trzymając się z dala od lokalnego podwórka narkotyków syntetycznych.

– Tak, wiem. Oboje zawdzięczamy mu karierę – szepnęła głośniej, niż by chciała.

Do oczu napłynęły jej łzy, które szybko otarła chusteczką. Koch próbował dotknąć jej dłoni, ta jednak szybko zniknęła pod stołem. Postanowił zatem wnikliwie studiować sekcję drinków w menu, czym dał jej chwilę prywatności, by mogła uporać się z emocjami. Wiedział doskonale, że w tej chwili może patrzeć wszędzie, gdzie tylko chce, tylko nie na nią.

– Pozwól, że wybiorę wino. Może być białe wytrawne?

– Może.

– Mam pomysł. Zamówię cztery szoty przy barze. Zaraz wrócę.

– Niech będzie – mruknęła i posłała mu buziaka.

Koch zgrabnie przemknął pomiędzy stolikami i znalazł się przy szerokiej ławie, gdzie miał widok na podświetlone ledowym światłem alkohole. Ich wybór przyprawiał o zawrót głowy. Im bardziej się starał, tym jego wewnętrzny głos donośniej szeptał mu na temat toksyczności drinków i długoterminowych konsekwencji spożywania etanolu dla organizmu. Choć bardzo tego nie chciał, reakcja Natalii i jej ostatnie stwierdzenie przywołały postać profesora Kleina. Nie potrafił wyprzeć ze świadomości tego, że uwielbiał rozmowy z nim i jego nieoceniający styl bycia. Potem dopiero wyjaśniło się, dlaczego Bogusław nie był skłonny do przywoływania zasad etycznych tam, gdzie były one potrzebne. Z rozmyślań wyrwał go sygnał SMS-a. Był pewien, że to jego dziewczyna pogania go, by wrócił do stołu, jednocześnie wysyłając mu jasny znak, że jest ponownie gotowa na jego towarzystwo. Wyjął telefon z lewej kieszeni marynarki.

Mamy trupa, zainteresowany? Nadawcą była komisarz Marzena Branicka.

------------------------------------------------------------------------

_KONIEC DARMOWEGO FRAGMENTU
ZAPRASZAMY DO ZAKUPU PEŁNEJ WERSJI_
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij