Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Malta - ebook

Wydawnictwo:
Seria:
Format:
EPUB
Data wydania:
12 sierpnia 2026
3672 pkt
punktów Virtualo

Malta - ebook

Jak to możliwe, że na tak małej wyspie mieści się tak wiele historii, języków i sprzeczności?

Malta większości kojarzy się z pocztówkowym rajem: słońcem, wapiennymi miastami i spokojem Morza Śródziemnego. Michał Potocki zagląda jednak pod powierzchnię tej sielanki i pokazuje wyspę naznaczoną kolejnymi falami podbojów, religijnych tarć i politycznych napięć.

To opowieść o miejscu, przez które przewinęli się Fenicjanie, Arabowie, joannici i Brytyjczycy, pozostawiając ślady widoczne do dziś w architekturze, kulturze i języku. Szczególnym bohaterem książki staje się język maltański – jedyny język semicki na świecie zapisywany alfabetem łacińskim.

Potocki pisze także o współczesnej Malcie: sporach wokół migracji, silnej pozycji Kościoła, korupcji i zabójstwie dziennikarki śledczej Daphne Caruany Galizii. Opowiada o nielegalnych polowaniach na ptaki, fiestach i nocnym życiu Paceville – dzielnicy pełnej klubów, pijanych turystów i hałasu.

To nie jest klasyczny reportaż z podróży ani przewodnik po śródziemnomorskiej wyspie. To wielowarstwowy esej-reportaż o miejscu, w którym historia nigdy nie pozostaje przeszłością.

Najciekawiej jest zawsze na pograniczach. W miejscach, gdzie nachodzą na siebie płyty tektoniczne cywilizacji, religii i języków i gdzie buzuje historia. W wyniku tych tarć powstają fascynujące tygle kulturowe, tak podobne, a zarazem niepodobne do siebie nawzajem. Nie zawsze żyło się tam spokojnie, karty historii zwykle przypominają tam korowód świętych i diabłów. Na peryferiach Europy jest kilka takich miejsc: Kaukaz, Bałkany. I Malta, serce Śródziemnomorza. Jej różnorodność i specyfika były dla mnie wielkim odkryciem.

Autor

Kategoria: Podróże
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8396-367-9
Rozmiar pliku: 1,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

JAK TO SIĘ CZYTA

W języku polskim brakuje wielu odpowiedników maltańskich nazw geograficznych. Do wyjątków, obok samych Wysp Maltańskich (po maltańsku Gżejjer ta’ Malta), należą nazwy ich części składowych: Comino (Kemmuna), Cominotto (Kemmunett), Gozo (Għawdex) i Wyspy Świętego Pawła (Gżejjer ta’ San Pawl). Ponadto Błękitna Grota (Ħnejja) i Błękitna Laguna (Bejn il-Kmiemen), Wielki Port (Port il-Kbir) i Zatoka Świętego Pawła (Bajja ta’ San Pawl il-Baħar). Konsekwentnie podaję je, podobnie jak nazwy spoza tego kraju, za _Urzędowym wykazem polskich nazw geograficznych świata_ Komisji Standaryzacji Nazw Geograficznych poza Granicami Rzeczypospolitej Polskiej przy Głównym Geodecie Kraju; posiłkuję się także suplementem do wykazu określającym polskie nazwy budynków.

Oficjalnie i praktycznie Malta jest dwujęzyczna. Zapytałem KSNG, którą wersję językową wybrać w sytuacji, gdy nie ma polskiej nazwy. Sekretarz Justyna Kasprzak odpisała mi, że instytucja kieruje się „zasadą, że wszystkie urzędowe języki ogólnopaństwowe są sobie równe”, ale nie zajmuje się „ustalaniem hierarchizacji nazw występujących w różnych językach urzędowych danego państwa”, a „każdy przypadek należy rozpatrywać indywidualnie”. Skoro tak, to z szacunku dla lokalnej kultury i historii uznałem, że będę stosować wersję maltańską, a nie angielską. Zwykle i tak są one podobne, ewentualnie różnią się obecnością znaków diakrytycznych, które pomagają poprawnie wymówić daną nazwę. Wyjątków jest niewiele, należą do nich: Bormla (po angielsku Cospicua), Isla (Senglea), Furjana (Floriana), Rabat (Victoria) na Gozo, Raħal Ġdid (Paola), San Ġiljan (Saint Julian’s) i San Pawl il-Baħar (Saint Paul’s Bay).

Obecna wersja alfabetu została zatwierdzona dopiero w 1934 roku, a w 2008 roku usunięto z niego i tak rzadko uwzględniany cyrkumfleks (jak w literze „ô”), który oznaczał wydłużoną samogłoskę¹. Dzięki późnej kodyfikacji języka co do zasady czytamy tak, jak piszemy, bo ustalone reguły pisowni nie zdążyły się rozejść z językiem mówionym. Wyjątki to: niema litera „h” (wymawiana tylko na końcu słowa), „w”, które wymawiamy jak /ł/, „z”, czyli nasze /c/ albo /dz/, „x” – polskie /sz/ i „v”, zgodnie z intuicją czytane jak /w/. „Q” to zwarcie krtaniowe. Brzmi tajemniczo, ale my też go używamy. Wystarczy porównać wymowę zwrotów „za nią” i „z Anią”. Bez zwarcia krtaniowego, czyli tej krótkiej przerwy oddzielającej „Anię” od przyimka, wymawialibyśmy je identycznie. W maltańskim to pełnoprawna spółgłoska. Bywa nawet podwojona, jak w nazwie ludowego instrumentu _żaqq_. W alfabecie funkcjonują też znaki diakrytyczne, dość niezwykłe na tle innych języków. „Ċ” to /cz/, „ħ” to głębiej niż po polsku wymawiane /ch/, „ġ” to /dż/, a „ż” to /z/.

Do tego dwa dwuznaki, oba podawane w alfabecie oddzielnie: „ie” to wydłużone /i/, czasem lekko przechodzące w /e/, zawsze akcentowane. „Għ” dawniej brzmiało jak trudny do opanowania przez Polaka dźwięk zapisywany przez Arabów literą _ajn_, fachowo nazywany spółgłoską szczelinową gardłową dźwięczną, albo jak litera _ghajn_, wymawiana między ukraińskim dźwięcznym /h/ a francuskim /r/. Do XVIII wieku język maltański rozróżniał te głoski, potem jednak zlały się w jedną. Dziś w większości dialektów dwuznak jest niemy, ale pełni istotną funkcję. Wydłuża stojące obok samogłoski „a”, „e” i „o”, tworzy dyftongi: /ej/ z „għi”, albo /ou/ z „għu”. Jeśli stoi na końcu wyrazu, brzmi jak /ch/, jeśli między dwiema samogłoskami – jak /j/, zaś w zbitce „għh” daje podwójne /ch/. Apostrof nie jest wymawiany i informuje, że niegdyś w tym miejscu był odpowiednik _ajn_. Akcent ukośny („à”, „è”, „ì”, „ò”, „ù”) stosuje się, tak jak we włoskim, do oznaczania akcentowanej samogłoski na końcu słowa.

Haczyk kryje się w imionach i nazwiskach. Część Maltańczyków używa angielskich wersji swoich imion, niektóre nazwiska pochodzą zaś z włoskiego, angielskiego czy francuskiego i wymawia się je zgodnie z zasadami dotyczącymi tych języków. Te pochodzenia semickiego zwykle zapisuje się bez znaków diakrytycznych, co bywa mylące. Przykładem niech będzie nazwisko Borg, które zgodnie z zasadami ortografii powinno mieć formę Borġ, albo Buttigieg, czyli Buttiġieġ. Jeśli konkretny bohater inaczej podpisuje się po angielsku (na przykład Michael), a inaczej po maltańsku (Mikiel bądź Kelinu), wybierałem tę drugą formę. Więcej o języku piszę w dalszej części książki, jego historia jest bowiem fascynująca.

Do oddania niełacińskich systemów pisma – arabskiego, białoruskiego, greckiego, perskiego, rosyjskiego, tigrinii i ukraińskiego – stosuję polskie zasady transkrypcji, do chińskiego – oficjalny system Pinyin. Wyjątkami są historyczni przywódcy Egiptu i Libii: Gamal Abdel Naser, którego zgodnie z zasadami powinno się zapisywać w formie „Dżamal Abd an-Nasir”, oraz Mu’ammar al-Kaddafi („al-Kazzafi”), ale walka z tymi uzusami została już przegrana. Języki zapisywane łacinką pozostawiam bez ingerencji. Dotyczy to także transkrybowanego czasem na polski języka azerbejdżańskiego. Z szacunku dla historii polszczyzny cytaty z dawnych źródeł pozostawiam w oryginalnym brzmieniu, niezależnie od późniejszych zmian rodzimej ortografii.EPOKI

Ok. 6500 p.n.e. – ok. 5400 p.n.e.: Maltę zasiedlają społeczności zbierackie z Sycylii. Mieszkają między innymi w jaskiniach, z których najsłynniejszą jest dostępna dla zwiedzających Għar Dalam w Birżebbuġy.

Ok. 5400 p.n.e. – ok. 3600 p.n.e.: pierwsi rolnicy doprowadzają do wyjałowienia gleby; wyspy praktycznie się wyludniają.

Ok. 3600 p.n.e. – ok. 2500 p.n.e.: ludzie kultury megalitycznej budują Ġgantiję, Ħaġar Qim, Mnajdrę i inne monumentalne świątynie, po czym – może w wyniku katastrofy naturalnej, inwazji albo epidemii – znikają równie niespodziewanie, jak się pojawili.

Ok. 2400 p.n.e. – ok. 700 p.n.e.: epoka brązu, po której pamiątkami są menhir w Ħal Kirkopie, dzisiaj stojący ot tak, na trawniku, i – najpewniej – rozsiane po obu wyspach wydrążone w skale tory o nieznanym przeznaczeniu. Ówcześni ludzie byli bardziej zacofani od budowniczych wspomnianych wyżej świątyń pod każdym względem poza metalurgią i produkcją broni, której w czasach Mnajdry nie znano. Istnieją dowody wskazujące na obecność wpływów kultury mykeńskiej pod koniec tej epoki.

Ok. 700 p.n.e. – 218 p.n.e.: Fenicjanie zakładają na Malcie faktorie handlowe i przywożą ze sobą pismo. Równolegle osiedlają się tu Grecy. Pod koniec tego okresu wyspy, zarządzane z Kartaginy, są pustoszone w trakcie wojen z Rzymem. Kompleks świątyń fenickich przetrwał w Tas-Silġu pod Żejtunem, ale nie jest udostępniony do zwiedzania.

218 p.n.e. – 455 n.e.: Malta znajduje się pod panowaniem Rzymu, który w 146 roku przed naszą erą burzy Kartaginę. Jak głosi dominująca na Malcie teoria, w 60 roku święty Paweł rozbija się u jej brzegów i nawraca mieszkańców. Między Mdiną a Rabatem znajdują się ruiny Domus Romana, rezydencji rodu z wyższych sfer, oraz muzeum z rzymskimi artefaktami.

455–535: wyspy opanowane przez Wandalów i Ostrogotów, pod których naporem pada starożytny Rzym. Z tych czasów pozostało trochę monet.

535–870: Malta pod panowaniem bizantyjskim, o którym niewiele wiadomo. W Tas-Silġu znajdują się pozostałości po zbudowanej wówczas bazylice.

870–1091: wyspy kontrolowane przez Arabów, którzy dziesiątkują dotychczasowych mieszkańców, a być może nawet ich wszystkich zabijają, sami jednak w pełni zasiedlają wyspy dopiero pod koniec tego okresu. Po arabskim panowaniu pozostały język, techniki uprawy bawełny i pomarańczy oraz rozwiązania irygacyjne.

1091–1530: po przybyciu Normanów początkowo istnieje dotychczasowa administracja lokalna, wyspy są jednak stopniowo chrystianizowane. Malta staje się częścią Królestwa Sycylii, które z kolei jest kontrolowane kolejno przez Normanów (do 1198 roku), Hohenstaufów ze Szwabii (1198–1266), Andegawenów (1266–1282) oraz władców Aragonii (1282–1469), a po jej połączeniu z Kastylią – zjednoczonej Hiszpanii (po 1469 roku).

1530–1798: cesarz Karol V przekazuje Maltę i Trypolis w lenno Zakonowi Świętego Jana (joannitom), w zamian oczekując opłaty w postaci jednego sokoła rocznie. Na okres zakonny przypada ekspansja języka włoskiego, a także rozbudowa umocnień i miast, w tym postawionej od zera Valletty, oraz kościołów. W 1565 roku zakon przetrzymuje Wielkie Oblężenie, hamując turecką ekspansję na Morzu Śródziemnym. W latach 1651–1665 joannici posiadają cztery kolonie na Karaibach, ostatecznie jednak sprzedają je Francuzom.

1798–1800: joannici bez walki kapitulują przed zmierzającym do Egiptu Napoleonem. Krótki okres francuski to czas przyspieszonych reform, ale i rosnącego niezadowolenia mieszkańców. Rewolucyjna sekularyzacja doprowadza do wybuchu powstania, które trwa do końca francuskiego panowania i zmusza najeźdźców do zabarykadowania się w Valletcie i Trójmieście (Birgu, Bormli i Isli). Maltańczycy zwracają się z prośbą o protekcję do Londynu, licząc, że ten powierzy lokalnym elitom bieżącą administrację.

1800–1964: Malta staje się częścią imperium brytyjskiego. Do 1813 roku pozostaje protektoratem z pewnym zakresem samorządności, potem staje się kolonią, która dopiero w 1921 roku odzyskuje autonomię (choć z przerwami). Szybkiemu rozwojowi gospodarczemu towarzyszy odrodzenie narodowe. Brytyjczycy sprzyjają kodyfikacji języka, a włoskie naloty podczas II wojny światowej sprawiają, że również elity porzucają włoski na rzecz mowy ojczystej. Pamiątkami po imperium są lewostronny ruch uliczny i wiele opuszczonych koszar. Te w Pembroke są rajem dla grafficiarzy, te w Mtarfie przekształcono w ciekawe architektonicznie osiedle mieszkalne.

1964–1974: Malta uzyskuje niepodległość, ale na czele państwa formalnie wciąż stoi królowa brytyjska reprezentowana przez gubernatora generalnego. Partia Nacjonalistyczna cieszy się z sukcesu, Partia Pracy (laburzyści), wcześniej starająca się o pełną integrację ze Zjednoczonym Królestwem, teraz żąda obalenia monarchii i wycofania brytyjskich wojsk.

1974–2004: Malta proklamuje republikę i zrywa związki z Londynem, w perspektywie także te wojskowe. Laburzyści, zwolennicy równych relacji z Zachodem, blokiem wschodnim i państwami rozwijającymi się, wymieniają się u sterów władzy z proeuropejskimi nacjonalistami.

Od 2004: Partia Nacjonalistyczna doprowadza do akcesji do Unii Europejskiej, a w 2008 roku także do stref euro i Schengen, co Partia Pracy ostatecznie akceptuje (nie bez znaczenia był prounijny zwrot jej elektoratu). Wyspy przeżywają boom turystyczny i inwestycyjny i należą do największych beneficjentów członkostwa we Wspólnocie.POMARAŃCZA

Ponoć Gozo jest tą wyspą, którą za czasów Homera nazywano Ogygią. Tak uważał już w III wieku przed naszą erą poeta Kallimach z Cyreny¹, nie jest to więc wymysł współczesnych marketingowców z resortu turystyki. Na Ogygii nimfa Kalypso zamieniła Odyseusza w seksualnego niewolnika i przetrzymywała go w jaskini.

Stąd daleko na morzach jest ostrów niewielki,

Zwan Ogygią, siedziba srogiej zwodzicielki,

Kalypso pięknowłosej, a córki Atlasa.

Każdy bóg jej unika, człek tam nie popasa;

Mnie tylko nieboraka demon zagnał do niej,

Kiedy piorun Zeusowy na pełnych mórz toni

Roztrzaskał mi łódź moją. W dom mnie swój przyjęła,

Gościnnie nakarmiła, potem wmawiać jęła,

Że mi da nieśmiertelność, a z nią młodość wieczną –

Lecz się broniłem od niej odmową stateczną.

Siedem lat mnie trzymała – i nieraz łza padła

Na ambrozyjne szatki, które na mnie kładła².

Gozytanie wskażą nawet miejsce tej niewoli. Trzeba odbić kilkaset metrów na zachód i w górę od słynnej czerwonej plaży Ramla. Jaskinia wrzyna się w wysokie zbocze. Homer nieco tylko przesadził z zazielenieniem okolicy.

Tę pieczarę maiły różnych drzew gaiki,

To woniące cyprysy, topole, osiki;

W ich liściach długoskrzydlny ptak nocą się skrywa:

Sowa, krogulec, morska wrona też krzykliwa,

Co tak rada się pluskać u przybrzeżnej wody.

Wino rozkosznolistne pięło się na wschody

Głazów sklepiennych, gronne zwieszając jagody.

Z czterech krynic srebrzyste biegły tam poniki,

To razem, to rozpierzchłe tam i sam w wężyki.

Miękkie łąki się słały, przetykane kwiatem

Fijołków i opichu³.

Niczego takiego na Gozo nie ma. To kawał skały pokryty wyblakłymi trawami, gdzieniegdzie tylko urozmaiconymi kępkami drzew.

Tropem homeryckiego opisu rajskiej Ogygii poszedł w 1699 roku François Fénelon. Arcybiskup Cambrai, a po godzinach pisarz, autor _Podroży i przypadków Telemaka syna Ulissesa_, zanurzonej w greckiej mitologii zawoalowanej krytyce francuskich porządków politycznych. Ten to dopiero dał się ponieść wyobraźni:

Rzeka na drugiey stronie ostrowy kształtowała, rozkwitłe ie lipy i wielkośne okrążały topole, ktore pyszne swoie wierzchołki pod same podnosiły obłoki. Zdawało się, iakby rożne z rzeki bieżące kanały po polu z sobą igrały. W tych klarowna woda bystrym pędziła nurtem, w tamtych cicho stała, w inszych długiemi manowcami wzad płynęła, iakoby się do zdroiu swego znowu powracała, i te roskoszne opuścić nie mogła brzegi⁴.

Stałych rzek na Gozo nie ma wcale. Czasem, po większym deszczu, woda spływa ze wzgórz uedami, czyli korytami rzek okresowych. Jedna z nich wpada do morza przez środek Ramli. Jeśli akurat płynie nią woda, lubią się w niej pluskać dzieci.

Fénelonem zaczytywano się przez kilka dekad, aż moda na _Telemaka_ umarła śmiercią naturalną. Jego – i Homera – opisami Ogygii zdążył się jeszcze zasugerować Patrick Brydone, który w 1770 roku odwiedził Wyspy Maltańskie. Szkocki podróżnik znalazł się na celowniku operacji informacyjno-psychologicznej. Padł ofiarą fake newsa. Dał się zdezinformować. I mocno go to wkurzyło.

Gozzo miana iest za dawną wyspę Kalipsy, znaną z pięknego dzieła _Telemak_, napisanego przez sławnego Fenelona. Homer o niey także wspomina w Odyssei. Pełną maiąc pamięć tych opisów, tworzyliśmy sobie w imaginacyi naypięknieysze iey wyobrażenia. Ale nasze nadzieie zostały zawiedzione; i nowy mieliśmy dowód, że świat taki, iaki iest rzeczywiście, różni się mocno od wystawionego nam przez poetów i romanse.

Szukaliśmy okiem owych darnin kwiatami ubarwionych, owych drzew niebotycznych, równie grot tych świeżych, gdzie bogini się kąpywała z swemi nimfami. Nie widząc nic odpowiadaiącego naszym nadzieiom, kazaliśmy przewoźnikom odbić od wyspy, tak mało zgodney z powziętemi o niey wyobrażeniami.

Gozzo, równie iak Malta, iest tylko skałą wzniesioną nad morzem⁵.

Ćwierć millenium później „naypięknieysze wyobrażenia” kształtują nam podróżujący youtuberzy. Nie to, że kłamią. Malta jest fantastycznym miejscem na wakacje, tygodniami można zwiedzać jej zabytki. Błąkać się uliczkami gozytańskich i maltańskich miasteczek, zaliczać barokowe kościoły, podążać śladami świątyń starszych niż egipskie piramidy, wypoczywać na zjawiskowo pięknych plażach, nurkować w Morzu Śródziemnym, zajadać się mięsem królika i słodyczami, popijać je narodowym napojem Maltańczyków, wytwarzanym z miejscowych pomarańczy gorzkawym Kinnie, urządzać fotosafari wśród ptaków, kotów i jaszczurek, uczyć się angielskiego w popularnych szkołach językowych, a po nocach przepijać oszczędności w klubach San Ġiljana. Ale poza obliczem przedstawianym na ulotkach biur podróży Malta ma też ciemniejszą stronę, bo „świat taki, iaki iest rzeczywiście, różni się mocno od wystawionego nam przez poetów i romanse”. Boryka się z problemami społecznymi, spiera o migrację, zmiany obyczajowe i swoje miejsce w Europie, polaryzuje i rozwija w nie zawsze zrównoważony sposób.

Ta książka nie jest przewodnikiem, choć piszę w niej o zabytkach. Nie jest wykładem historii ani kompendium wiedzy o polityce, choć nie uciekam tu od tych tematów. To raczej zbiór opowieści ze „skały wzniesionej nad morzem”, jednej z najciekawszych w Europie.

„Podobno szczęśliwe są te miasta i narody, które nie mają historyi, bo nikt ich nie pożądał i nikt o nie walk nie toczył – otóż Malta do szczęśliwych zaliczać się nie może, bo historyę ma. Burzliwą i krwawą”⁶ – pisał Stanisław Bełza, brat autora wiersza rozpoczynającego się od słów: __ „Kto ty jesteś? Polak mały”.

Na wyspach w poprzednich stuleciach bywało wielu naszych. Na Adamie Mickiewiczu, który zatrzymał się tu we wrześniu 1855 roku w drodze do Turcji, najwyraźniej nie zrobiły wielkiego wrażenia, skoro w wysyłanych z podróży listach do córki napisał tylko, że po opuszczeniu Malty skierował się ku brzegom Lakonii⁷.

Cyprianowi Kamilowi Norwidowi, podróżującemu w 1848 roku po Morzu Śródziemnym⁸, chyba spodobało się bardziej, a ślady po maltańskim przystanku można znaleźć w jego wierszach:

„Depesza ta – co? mówi… może pomarańczę?…

Lub może wody z cukrem?” – – „Upadły szarańcze

W Grecji – – na Cyprze brzeg się w otchłanie usunął –

W _Cyruliku sewilskim_ występuje _Pitta_ –

– Pomarańcza, jak widzę, z Malty – wyśmienita!”

„Może drugą?…”⁹

W ówczesnych pomarańczach musiało być coś, co działało na zmysły. Maltańczycy obdarowywali nimi królową Wiktorię, wspomina o nich także wielu odwiedzających wyspy. Wśród nich Stanisław Tarnowski, młodzieniec, który w 1857 roku wyprawił się do Ziemi Świętej na _grand tour_, jak to miały wtedy w zwyczaju magnackie rody, by odnaleźć przygodę i siebie:

Pierwsze swoje kroki na Malcie poświęca każdy podróżny pomarańczom, jak winu na Cyprze. Tego obowiązku miłego dla podniebienia dopełniwszy, idzie dopiero, gdzie chce¹⁰.

Idźmy i my. _Il-waqfa li jmiss hija Malta_. Następny przystanek: Malta.MEDITERRA

Mediterrą region śródziemnomorski nazywał Dom Mintoff, wieloletni premier Malty. Gdyby chcieć to dosłownie przełożyć na polski, trzeba by chyba sięgnąć po znany z _Władcy Pierścieni_ termin „Śródziemie”. Na potrzeby tej książki możemy przyjąć, że to właśnie od Śródziemia pochodzi nazwa Morza Śródziemnego – nawet jeśli w rzeczywistości jest inaczej, brzmi to przecież wiarygodnie, a Malta leży w samym jego centrum. Do Gibraltaru jest stąd tysiąc osiemset kilometrów, do wybrzeża Libanu – tysiąc dziewięćset. Traf chciał, że identyczna odległość dzieli wyspy od Warszawy. Trzysta pięćdziesiąt kilometrów jest z nich do Trypolisu, czterysta do Tunisu, siedemset do Rzymu, traktowanego trochę jak zastępcza, odległa metropolia. Można na tym budować – i budowano – szeroko zakrojone idee polityczne.

„Wyspa Malta, wydaje się dosyć przyjemnie: nie ma gór, i składa się tylko ze skał i wzgórzów” – pisał w połowie XIX wieku ksiądz Feliks Laassner¹.

Z satelity wygląda jak ptak kiwi patrzący w stronę zachodu. Jego ciałem jest wyspa Malta, głową – mniejsze Gozo. Łącznie Republika Malty ma trzysta szesnaście kilometrów kwadratowych, co czyni ją dziesiątym najmniejszym państwem na świecie i pierwszym najmniejszym w Unii Europejskiej – jest ośmiokrotnie mniejsza niż kolejny Luksemburg i niemal dokładnie tysiąc razy mniejsza niż Polska. Gdyby przenieść ją nad Wisłę i uczynić miastem, byłaby trzecia pod względem powierzchni po Warszawie i Krakowie.

Porównanie do miasta nie jest od rzeczy, Malta jest bowiem niesłychanie gęsto zaludniona. Tysiąc siedemset osiemdziesiąt osób na kilometr kwadratowy daje jej szóste miejsce za Monako, Singapurem, Bahrajnem, Watykanem i Malediwami. W granicach administracyjnych Warszawy mieszka trzy tysiące sześćset osób na kilometr kwadratowy, a w Szczecinie – tysiąc trzysta. W takim ujęciu Malta byłaby po prostu nieco słabiej zaludnionym miastem-państwem. Doskonale widać to na mapach satelitarnych – albo z pokładu samolotu z Polski, który przed lądowaniem przecina czasem całą wyspę na niedużej wysokości. W kraju mieszka pięćset sześćdziesiąt tysięcy ludzi. W Polsce miasto Malta pod względem wielkości populacji byłoby piąte za Warszawą, Krakowem, Łodzią i Wrocławiem.

To przeludnienie widać na tle innych śródziemnomorskich wysp. Malta, tym razem bez Gozo i mniejszych wysepek, ze swoimi dwustu czterdziestoma sześcioma kilometrami kwadratowymi jest dopiero trzydziesta czwarta. Wyprzedzają ją skrawki lądu znane tylko najbardziej oddanym fanom katalogów agencji turystycznych: grecka Ikaria, chorwacka Korčula czy turecka Gökçeada. One jednak mają raptem po kilka czy kilkanaście tysięcy mieszkańców. Pod względem populacji największa wyspa republiki jest szósta za Sycylią, Sardynią, Cyprem, Majorką i Kretą.

Gozo, choć rzadziej zaludnione, też się wyróżnia. Pod względem powierzchni jest sześćdziesiąte siódme, pod względem liczby mieszkańców (czterdzieści tysięcy) – osiemnaste. Jako miasto liczyłoby tylu ludzi, co równie wyspiarskie Świnoujście. Z mniejszych wysepek tylko na Comino mieszkają ludzie. Dokładnie dwoje emerytów: Salvu, fan dronów i polowań, oraz jego kuzynka Veggie, w ciepłe weekendy odwiedzają ich jednak tysiące turystów. Tak małego miasta w Polsce oczywiście nie ma, choć znalazłem wieś Luboszów w powiecie bolesławieckim, w której też żyją dwie osoby.

Reszta wysp jest bezludna. Siostra Comino imieniem Cominotto; dwie połączone wąskim, zalewanym przy większej fali przesmykiem Wyspy Świętego Pawła, gdzie miała się roztrzaskać łódź apostoła; połączony mostem z Maltą Manoel, który mógłby być zamieszkany, gdyby stary fort przebudować na lofty albo przywrócić obowiązek kwarantanny (na Manoelu odbywał ją choćby lord Byron); wreszcie Filfla, służąca Brytyjczykom jako cel podczas szkoleń artylerzystów.

Tę oddaloną od lądu o idealne z perspektywy artylerii pięć kilometrów wysepkę można podziwiać z klifów Dingli. Z daleka widać, gdzie dokładnie trafiały pociski. Teraz przejęła ją przyroda, nikt nie kieruje w jej stronę armat i jeśli cokolwiek w nią trafia, jest to ptasie guano. Legenda głosi, że Filfla powstała z grudy ziemi, którą aniołowie rzucili w morze. Wyrwali ją z miejsca, gdzie mieściła się wieś wielkich grzeszników. Poniosła zbiorową karę, niczym Sodoma i Gomora. Pozostałością po niej miałaby być Tal-Maqluba, lej krasowy spod Qrendi. Dziurę, która powstała w 1343 roku po tym, jak w wyniku trzęsienia ziemi osunął się grunt, można zwiedzać.

Gęsto zabudowany łańcuch miast porasta cały grzbiet naszego kiwi – tam, gdzie spodziewalibyśmy się skrzydeł, gdyby ptaki te miały je widoczne spod piór. Historycznie były to oddzielne miejscowości. Dziś stanowią gminy z silnym poczuciem odrębności, ale w terenie nie widać tych granic. Do skrzyżowania jest – dajmy na to – Ħal Balzan, a za nim zaczyna się już Birkirkara. Spośród sześćdziesięciu ośmiu gmin, na które podzielona jest republika, niemal połowa zlewa się w jeden organizm miejski, rozpościerający się od imprezowego San Ġiljana i postbrytyjskiego Pembroke na północy po lotniskową Ħal Luqę na południu i od Ħ’Attardu na zachodzie po brzeg Morza Śródziemnego na wschodzie, gdzie leżą miejscowości tworzące historyczny Wielki Port – na czele ze stołeczną Vallettą i jeszcze starszym Trójmiastem: Birgu, Bormlą i Islą.

Domy dawniej nie miały adresów, nadawano im za to nazwy – angielskie, maltańskie, włoskie lub francuskie. Często mają one religijny charakter, jak Qalb ta’ Ġesù, Serce Jezusa. Najczęstszą jest San Ġużepp bądź St Joseph, Święty Józef – w ten sposób nazwano co osiemdziesiąty budynek. Drugą najpopularniejszą nazwą jest Sea Breeze, czyli Bryza Morska, należąca do tej samej kategorii „romantyka”, co Xemx t’Awwissu, Sierpniowe Słońce². Rodziny z myśliwskimi tradycjami mieszkają w domach pod patronatem gatunków ptaków. W Ħamrunie jest na przykład Turtle Dove, Turkawka. Można znaleźć nazwy odwołujące się do geografii bliskiej sercu właścicieli, od Mt. Fuji po Wyoming, często wskazujące na powrót z emigracji. Nie jestem pewien, czy Nysa w Żejtunie to pomysł wielbicieli Dolnego Śląska, czy raczej fanów peerelowskiej motoryzacji. Illya wygląda na białoruski albo ukraiński (bo przez dwa „l”) stempel w Ħaż-Żabbarze. Gorbachev z Birżebbuġy upamiętnia ojca pieriestrojki, który wraz z prezydentem Stanów Zjednoczonych zakończył tu zimną wojnę. Są i inni bohaterowie popkultury, jak Rolling Stones we Fgurze. Rodzina Mintoffów, z której wywodził się premier, mieszka w Żebbuġ Żgħir, Małej Oliwce, a Caruanowie Galiziowie, bliscy najsłynniejszej maltańskiej dziennikarki – w Dar Riħana, Domu Mirty, rośliny, którą w dawnej Grecji dekorowano głowy zwycięzców olimpijskich.

Jest też po prostu House, Dom. Aby dostać się do Domu i innych domów, należy zastukać kołatką. Te kołatki to małe dzieła sztuki – nawiązują do kultury i historii, czasem są wariacją na temat krzyża maltańskiego. W wielu miejscach, które odwiedziłem, nie ma dzwonka do drzwi. Gospodarze mogą sprawdzić, kto idzie, korzystając z zabudowanego, drewnianego bądź kamiennego balkoniku, choć może to słowo nieco na wyrost, jeśli spojrzymy na wystające czasem na parędziesiąt centymetrów poza obrys domu wykusze, w które niekiedy można najwyżej wsunąć głowę, do tego zakryte zdobioną drewnianą kratą.

W Tunezji noszą one nazwę _maszrabijja_. Służyły do trzymania wody i mleka w zacienionym i przewiewnym, a więc relatywnie chłodnym miejscu³. Kobiety obserwowały z nich otoczenie bez zwracania na siebie uwagi i konieczności zakładania strojów wymaganych przez islam w przestrzeni publicznej. Przyznajmy, że to znacznie wygodniejsze niż parapet z poduszką pod łokieć. Mniejszy wykusz można więc nazwać z semicka _muxrabija_. Te większe, przypominające zabudowane drewnianymi kratami balkony, określa się romańskim słowem _gallarija_. Nie wiadomo, skąd się wzięły. Może pamiętają arabskie panowanie – choć w takim wypadku można by je pewnie odnaleźć także na Sycylii – a może to joannici przywieźli pomysł z krucjat w Palestynie.

„Domy ich obszérne i ładnie zbudowane, wszystkie z kamiénia i terassami zamiast dachów opatrzone”⁴ – pisał Laassner – a na nich baniaki z wodą zbieraną podczas pory deszczowej. Dachy są płaskie, bo śniegu tu nie uświadczysz, i służą też do wieszania prania. Ciągnące się jedna przy drugiej oficyny tworzą pierzeje ulic. Od strony podwórek – ogrody, w których rosną kwiaty, oliwki i drzewa owocowe. Jednym z przejawów patodeweloperki, zwłaszcza w modnych miejscowościach wybrzeża, jest zabudowywanie tych ogrodów. A przecież i bez tego zieleni tu jak na lekarstwo, nawet jeśli w ostatnich dekadach na placach chętnie sadzi się kwitnące na fioletowo jakarandy, dające efekt silnego kontrastu na tle piaskowo-wapiennych murów. _Jacaranda mimosifolia_ to wprawdzie gatunek inwazyjny z Ameryki Południowej, jednak nie tak groźny jak _homo sapiens_.

W każdym domu znajduje się oddzielne pomieszczenie do przyjmowania gości spoza rodziny i kręgu przyjaciół. To _salott_, pokój do siedzenia. Maltańczycy są otwarci, często się uśmiechają i chętnie nawiązują kontakt z obcokrajowcami – Jules Verne dodawał, że są też „pracowici, oszczędni, zapobiegliwi, wstrzemięźliwi, ale również gwałtowni, mściwi, zazdrośni”⁵. Jasno wyznaczają granice: ich świat dzieli się na swoich, _ġewwieni_, i obcych, zwanych _barrani_. To drugie słowo może oznaczać cudzoziemca, obcego, outsidera, wyrzutka, kogoś spoza naszego grona, ale też Ministerstwo Spraw Zagranicznych to po maltańsku Ministeru għall-Affarijiet Barranin. Bywałem przez rozmówców zapraszany do domów, ale gawędziliśmy w ogrodzie, biblioteczce albo gabinecie. _Barrani_ nie mają dostępu zbyt blisko domowego ogniska.

Miasteczka poprzecinane są siatką wąskich ulic wijących się niczym górskie potoki. Tymi średniowiecznymi szlakami, zwykle dwukierunkowymi nawet tam, gdzie choćby jeden kierunek to przesada, meandrują publiczne autobusy. Są miejscowości, jak Siġġiewi albo Żurrieq, gdzie przeciskają się one między domami jak ciężarówka z _Listonosza Pata_. Maszyna zajmuje całą przestrzeń między domami, bo i na chodniki zarezerwowano tam czasem pół metra, a czasem okrągłe nic. Wzdłuż krawężników albo na nich stoją gęsto zaparkowane auta. Malta to kraj zakażony samochodozą o ostrym przebiegu, a jej najbardziej kuriozalnym obrazem jest pewne przejście dla pieszych w Tal-Piecie. Niby są na nim światła, ale jeśli kierowcy naprawdę się spieszy, może je ominąć. Jeden z pasów został oddzielony od reszty wysepkami – i na nim światła nie obowiązują.

W miasteczkach jest czysto. Kontrastuje to z położonymi po sąsiedzku przez morze miastami Sycylii czy Tunezji. We Włoszech z północy na południe robi się coraz bardziej chaotycznie, na przeciwległych krańcach skali znajdują się Tyrol Południowy i Sycylia. Maltę na mapie italochaosu umieściłbym gdzieś na wysokości Toskanii. I nie jest to cecha, która pojawiła się po wejściu do Unii Europejskiej czy odzyskaniu niepodległości.

„Miasto La Valette nie wielkie, ale schludne, między włoskiemi, bardzo odznacza się ochędostwem, do którego jak się zdaje, Anglicy ich wdrożyli. Szewcy, krawcy i stolarze nie robią tu na ulicy jak w Neapolu” – pisał dwa wieki temu Michał Wiszniewski. „Zdziwiłem się, iż tu na ulicach tak czysto, spokojnie i przyzwoicie, wrzasków i krzyków neapolitańskich nie słychać. Fakini tu nie wrzeszczą z taką wściekłością jak w Neapolu, gdy im się podróżny obedrzeć nie daje”⁶ – dodawał.

Pośrodku każdej miejscowości, często na wzgórzu, stoi kościół. Na dwóch wieżach dwa zegary, z których jeden obowiązkowo pokazuje nieprawdziwą godzinę – żeby zmylić diabła. Przed kościołem _pjazza_, placyk, na którym podczas dorocznych festynów zbierają się mieszkańcy. Wokół niego mieszczą się kawiarnie, restauracje, kluby zespołów muzycznych i partii politycznych. Budynki są zbudowane z tego samego materiału co reszta wyspy – z wapienia w kolorze piasku. Z góry miasta wyglądają nieco jaśniej niż skały, bo wapień przeznaczony do produkcji cegieł się obrabia, a ten maltański, globigerynowy, dodatkowo różowieje i brązowieje pod wpływem powietrza, ale to wciąż ten sam kolor, jaki mają niezagospodarowane pustkowia. Mury domów odbijają i rozpraszają światło słoneczne w stopniu niespotykanym na naszych szerokościach geograficznych. Bez okularów ani rusz.

Lata są gorące i suche, zimy za to wilgotne. Wieje tu przez cały rok, zmienia się tylko kierunek wiatru. Luty zwiastuje Grigal, chłodny i gwałtowny, z północnego wschodu. Wiosną przychodzi wschodni Lvant i przynosi deszcz. W okolicach Zielonych Świątek zastępuje go Ħamsin – suchy, nawiewający piach znad Sahary. Z jesienią kojarzony jest wilgotny, lepki Xlokk, który sprawia, że pranie nie schnie i samochody nie odpalają, a nawet, jak twierdził Wiszniewski, „pękają meble, okładki od książek się paczą”⁷.

Wiedza o naturalnym rytmie przyrody była przekazywana z jednego niepiśmiennego pokolenia na kolejne za pomocą przysłów. Nawet dziecko wie, że _il-Lvant jimla l-vagant_, „wschodni wiatr chmury przynosi”, a _sal-Qaddisin Kollha, ir-riħ jiġi bil-bolla_, „na Wszystkich Świętych wiatr nadchodzi jak byk”⁸. Maltańczycy uważają, że kierunek wiatru wpływa na ich samopoczucie. Północny dodaje energii, południowy wpędza w ponury nastrój⁹.

Nad wszystkimi miejscowościami góruje Valletta. O stolicy mówi się po prostu Il-Belt, Miasto, a o jej mieszkańcach – Beltin, miastowi. Słowo ma etymologię tożsamą z arabskim _balad_, oznaczającym kraj albo naród. Wynikałoby z tego, że na Malcie nie ma innych prawdziwych miast. Podział na miastowych – nie tylko z Valletty – i wieśniaków do dziś pozostaje bazą wzajemnych stereotypów. Miastowi w oczach wsi wywyższają się, stroją i we wszystkim małpują Anglików. Wieśniacy zdaniem tych z miasta trwonią pieniądze na wino i fajerwerki, nie myślą o przyszłości i są nieokrzesani. W literaturze wieś przedstawiana jest jako czysta, nieskażona kosmopolityzmem i zepsuciem. Społeczeństwo dzieli się na _poplu_, lud, pogardliwie zwany _ħamalli_, czyli ludźmi niegrzecznymi, oraz elity: _puliti_, grzecznych, _tal-mustaċċi_, wąsaczy. Miasto używa obcych słów, wieś woli rodzime, prasemickie. Miasto mówi _mama_, wieś – _omm_¹⁰.

Vallettę wznieśli joannici dla tych, co mówią _mama_. Stolicą uczyniono ją w 1571 roku i nazwano na cześć zmarłego trzy lata wcześniej wielkiego mistrza Jeana de Valette’a. To on polecił założenie jej na wystającym na półtora kilometra w morze półwyspie Xiberras, oddzielającym Wielki Port od innej naturalnej przystani, Marsamxett, nad którą parę wieków później elity zbudują sobie letniska. Il-Belt leży więc nad dwoma z czterech dużych naturalnych portów Malty. Dwa pozostałe to Birżebbuġa na południu i San Pawl il-Baħar na północy.

W Valletcie zatrzymują się dziś wodne taksówki, promy z Włoch, wodoloty z Gozo oraz wielkie statki wycieczkowe. Zdarza się, że za jednym zamachem przywożą więcej kilkugodzinnych, nielubianych tu wycieczkowiczów, niż stolica liczy mieszkańców. W 2025 roku do maltańskich portów przybiło trzysta osiemdziesiąt siedem takich jednostek, średnio ponad jedna dziennie, z ośmiuset siedemdziesięcioma tysiącami pasażerów na pokładach¹¹. Przenikliwe syreny statków, słyszalne dobrych parę kilometrów w głębi lądu, budzą mieszkańców i wywołują ich irytację. Płynąłem raz takim; klientelę stanowili amerykańscy, brytyjscy i niemieccy emeryci, którym usługiwała filipińska załoga. Portów, do których się zawija, nie da się porządnie zwiedzić, można za to kupić magnes i napić się lokalnego piwa. Wycieczkowce bywają tak wysokie, że ostatnimi piętrami sięgają dachów budynków stojących na skarpie, na której leży górna część Il-Belt.

„Właściwe zaś miasto, leży zupełnie na wysokości: trzeba więc dużo razy iśdź to w górę to na dół. Ulice są szérokie i bardzo pięknie brukowane”¹² – pisał w 1855 roku Feliks Laassner. Chodniki zamieniające się nagle w schody doprowadzały do szewskiej pasji skarżącego się na problemy z chodzeniem George’a Byrona. W wierszu _Farewell to Malta_ narzekał: _Adieu, ye cursed streets of stairs! / (How surely he who mounts you swears!)_, czyli: „Przeklęte schody dróg, adieu! / (Kto nimi kroczy, pewnie klnie)”. A jednak warto się trochę powspinać, bo, jak relacjonował ksiądz Laassner,

ulice są piękne i czysto utrzymywane, szczególniéj zaś jedna przecinająca miasto, a niektóre nawet bywają zléwane wodą dla chłodu. Gabiloty przy sklepach, mieszczą w sobie najwyszukańsze wyborowe towary, słowem, widać już wszędzie, że się jest na Europejskiéj ziemi¹³.

Pół wieku później Stanisław Bełza dodawał:

Nazwałem La Valettę skarbem, nazwałem i cackiem. Skarbem była od swego założenia i dziś jest, dzięki zatoce, stanowiącej wyborny, przestronny port, mogący dać bezpieczną przystań olbrzymiej flocie; jest i cackiem, bo z miast włoskich wyróżnia się tak znacząco, że kto ją raz widział, nie zapomni jej chyba nigdy . Ma place czyste, ulice powietrzne i widne, domy uderzające jakąś wyszukaną kokieteryą, a nawet tam, gdzie swoim arteryom miejskiego ruchu każe piąć się ku górze, i po kamiennych schodach unosi ciekawego przybysza coraz wyżej, nie daje oku takiego zaniedbania, jakie spotyka w innych portowych miastach ojczyzny Dantego i Petrarki . Stolica Malty ma w sobie jakiś magnes, który pociąga ku niej z niezwykłą siłą, i że ten magnes, jak raz kogo do siebie przylepi, już go nie łatwo puści precz w świat¹⁴.

Trzydzieści lat po inauguracji Valletty joannicki historyk Giacomo Bosio zapisał prorocze słowa, które zgodnie z obecną wiedzą są najstarszym przykładem drukowanego maltańskiego: _iegi zimen en fel wardia col sceber raba iesue uquie_ (w dzisiejszej ortografii: _jiġi żmien li fil-Wardija kull xiber raba’ jiswa uqija_)¹⁵, czyli „nadejdzie czas, gdy każda piędź Wardii będzie na wagę złota”. Miał rację: Valletta drożeje i szybko się gentryfikuje. Ludzie uciekają z niej nie tylko przed wzrostem cen nieruchomości. Zgodnie ze spisem powszechnym z 2021 roku Il-Belt zamieszkiwało jedynie pięć tysięcy dwustu mieszkańców. Aż trzydzieści dwie inne gminy były bardziej ludne. W mieście od rana do nocy przepełnionym turystami, którzy wraz z kolejnymi drinkami stają się coraz głośniejsi, mieszka się po prostu źle. Jeden z moich rozmówców, rdzenny Belti, narzekał, że tam, gdzie kiedyś były mieszkania, targi i punkty usługowe, dziś są jedynie hostele, knajpy i sklepy z pamiątkami. Jeszcze trochę i w Valletcie zostaną tylko one.

Znają to mieszkańcy śródmieścia Barcelony, znają ostatni Mohikanie z krakowskiego Starego Miasta. Podobny proces zachodzi też w innych nadmorskich miasteczkach przylegających do stolicy. Tony Zahra, urodzony w 1945 roku w Tas-Sliemie, opowiadał mi, że w czasach jego młodości ludzie znali sąsiadów, a dzieci z danego kwartału wychowywały się razem na ulicy. Podwórko, w przeciwieństwie do szkoły, było koedukacyjne. Starsi wieczorami wystawiali przed domy stoliki i biesiadowali do późna. Zahra z nostalgią wspominał tamto, jak to określił, „poczucie wspólnoty”. Mówił o tym ze smutkiem – wciąż pamięta żal, gdy pierwszy z domów jednorodzinnych przy jego ulicy zburzono i zastąpiono ośmiopiętrowym blokiem. Teraz tak wygląda znaczna część Tas-Sliemy. Ludzie już nie znają sąsiadów, a duża ich część to zachodnioeuropejscy – _excusez le mot_ – ekspaci, jak nazywa się bogatych imigrantów, którzy nie chcą siedzieć w jednej szufladzie z gastarbeiterami.

Mario de Marco, nacjonalistyczny polityk i były minister, syn prezydenta, pisał o stolicy:

Wyciskamy drobniaki z każdego rogu jej wspaniałych budowli. Robiąc to, niszczymy esencję miasta: jego obywateli. Valletta stała się smutnym odzwierciedleniem chciwej mentalności, która w ostatnich latach przejęła nasze wyspy i stawia pieniądze ponad wszystkich innym. Ktoś powiedział: „Kuj żelazo, póki gorące”.

Staliśmy się jak nomadzi, traktujemy naszą ziemię, jakby była wędrującymi wydmami Sahary. Nie czujemy szacunku ani przywiązania do tego, co istniało przed nami i co przyjdzie po nas. Rozwadniamy naszą tożsamość, aż staje się nierozpoznawalna. Nigdzie nie jest to tak ewidentne jak w Valletcie.

Czy naprawdę musimy zastawiać każdą ulicę stolikami i krzesłami? Potrzebujemy markiz i parasoli, które chronią odwiedzających przed doświadczaniem piękna barokowych budynków Valletty? Musimy pompować głośną muzykę w każdej godzinie dnia i nocy? Czasem wyobrażam sobie, jak Jean de Valette robi to, co Jezus na schodach świątyni, wybuchając i pytając: „Coście zrobili mojemu miastu?”.

Cośmy zrobili temu krajowi?¹⁶

Trudno było pewnie tego uniknąć, podobnie wyglądają wszystkie śródziemnomorskie mekki wakacyjnych turystów, od Barcelony po Dubrownik. Z wojskowej perspektywy Valletta też jest idealnie położona – jak inaczej zresztą mieliby myśleć przedstawiciele rycerskiego zakonu? Stołeczny półwysep góruje nad okolicą; w najwyższym punkcie Xiberras wznosi się na pięćdziesiąt sześć metrów nad poziomem morza. Pozwoliło to zakonnikom na zbudowanie twierdzy, której nie da się zdobyć inaczej niż głodem, podstępem albo zdradą. Postawiono wysokie mury, doprowadzono akwedukty ze źródeł w głębi wyspy. Forty strzegły wejścia do Wielkiego Portu także z drugiej strony zatoki. Od reszty lądu miasto oddziela dwudziestometrowa fosa. Parę lat temu przerzucono nad nią nowy most, na którym stoi teraz pewien facet i pobiera (dobrowolne) myto, grając na gitarze _Wonderwall_ Oasis i podobne hity. Biedota dawniej mieszkała pod skarpą, jak na warszawskim Powiślu. Ostatnie slumsy rozebrano już w czasach republiki, a ich mieszkańców przesiedlono.

Przed Vallettą siedzibą władz było Birgu, położone po drugiej stronie Wielkiego Portu, a jeszcze wcześniej Mdina, ulokowana w głębi lądu, na wzgórzu, skąd łatwo było planować obronę. Jej nazwa też znaczy „miasto”, tyle że pochodzi od słowa _madina_, z którego wywodzi się nasza „medyna”, czyli określenie arabskiej starówki. Ona także setki lat temu przeżyła exodus mieszkańców. Dzisiaj w Città Notabile, szlachetnym mieście, mieszka zaledwie dwieście osób; pod koniec XV wieku żyło ich tam tysiąc sto pięćdziesiąt¹⁷. Dzięki tej bezludności wspaniałe są za to spacery po pustych średniowiecznych uliczkach, zwłaszcza poza sezonem, o świcie albo w deszczu. Cisza, ja i czas. I mury. Miasto jak matka z sonetu Rużara Briffy _L-Imdina_, wciąż piękna, choć utraciła dziewiczą świeżość¹⁸. Dzisiaj odnowiona i porządna, przez stulecia „fortecza nienagorsza ale iakosz od Turków napsowana zaniedbana”¹⁹ albo, jak pisał w klasycznym arogancko-pogardliwym stylu wspominany już hrabia Tarnowski,

miasteczko małe, nędzne, brudne, z ciasnymi ulicami, pełne brudnych rozczochranych dzieci, które o ile by się ślicznie wydawały na obrazie, o tyle w naturze nikt by się ich przez rękawiczkę nie dotknął, kobiet nie mniej rozczochranych²⁰.

Jeśli chodzi o gęstość zaludnienia, na przeciwległym biegunie jest brzuszek naszego ptaka kiwi i jego głowa – Gozo – choć i tu trudno znaleźć miejsce, z którego nie byłoby widać śladów cywilizacji. Pisarz Trevor Żahra opowiadał mi, że z lat dzieciństwa najbardziej brakuje mu przyrody i miejsc oddalonych od zabudowy. Zwykle w odstępie kilkuset metrów wznoszą się jakiejś domy, a ponad ich dachami prześwitują świątynie.

Dziś te wszystkie barokowe i neobarokowe, piaskowe jak wszystko wokół kościoły wyglądają na mocno przeskalowane. Większość warto odwiedzić, z wieloma wiążą się ciekawe legendy. Na przykład świątynia w Mġarrze miała powstać z pieniędzy zebranych przez proboszcza dzięki podatkowi jajecznemu. Ksiądz co tydzień zbierał jajka od każdej rodziny należącej do parafii, sprzedawał je na targu, a zyski inwestował w budowę. Daniny te upamiętnia kościół skonstruowany na planie elipsy.

Prowincja ciągle żyje trochę tak jak Tony Zahra i Trevor Żahra w latach sześćdziesiątych. W niedzielne przedpołudnia mężczyźni zapełniają wiejskie puby zwane _każin_ i wymieniają nowiny przy piwie Cisk albo whisky. W nadmorskiej części Birżebbuġy, tam gdzie przechodzi ona w Qajjenzę, po robocie, zwłaszcza w piątki, ludzie wciąż biesiadują na ławeczkach przy butelce wina, a ich dzieci z czołówkami na głowach łowią w tym czasie ryby na nabrzeżu.

Do takiego rytmu wieczora nawiązują imigranci. Smutno na nich patrzeć. Przesiadują w pojedynkę na skałach, patrzą w morze, jedzą kolację z plastikowych pudełek na wynos, popijają colą i godzinami rozmawiają przez wideokomunikatory z czekającymi w dalekiej ojczyźnie żonami i dziećmi. Potem puszczają sobie na YouTubie muzykę brzmiącą domem. Niczym modlitwy w powietrze wznoszą się piosenki po bengalsku i tamilsku, a wraz z nimi wysoko wzbija się dojmujące poczucie samotności gastarbeitera. Poczucie znane wielu pokoleniom Polaków, o którym ci, którzy już się dorobili, szybko zapominają.

Mnie też zdarzało się siadać między nimi z książką i zimnym gorzkawym Kinnie. Rozmyślałem o tym, że można by nas było umieścić w podręczniku angielskiego, gdzie wyjaśnia się różnicę między _loneliness_ a _solitude_, czyli samotnością wymuszoną a taką z wyboru. Późniejszym wieczorem ja wracałem do hotelu po drugiej stronie ulicy, oni zaś znikali w głębi Birżebbuġy i szli dalej w stronę ośrodków dla cudzoziemców w Ħal Farze.

Po drodze mijali wiejskie poletka. Na prowincji mieszkańcy uprawiają oliwki albo pomarańcze. W porównaniu z resztą gospodarki rolnictwo ma tu znaczenie marginalne i odpowiada za jeden procent całej produkcji, ale jego kulturowa rola jest większa. „Najwięksi ludzie na świecie zawsze byli i będą tymi, którzy obrabiają ziemi攲¹ – dowodził Alessandru w powieści Ġużègo Aquiliny _Taħt Tliet Saltniet_ , tłumacząc matce, dlaczego chce popełnić mezalians i pojąć za żonę chłopkę Pawlinę. Przekonywał, że to rolnicy są prawdziwą arystokracją, bo byli tu na długo przed możnymi.

Zresztą kto by nie chciał zjeść pomarańczy z własnego ogródka?

Poletka otoczone są kamiennymi murkami. Ogrodzenia zwane _ħitan tas-sejjieħ_ to kolejny symbol prowincji. Ciągną się kilometrami, pieczołowicie ułożone z kamieni, cegieł i ociosanego wapienia, kiedyś bez zaprawy, chyba że uznać za nią powciskane tu i tam fragmenty drewna, mniejsze kamyki – odpryski z kamieniołomów, w których obrabiano większe bloki – czy piach. Dzięki murkom deszcze nie wypłukują ziemi z pól; ogrodzenia stabilizują grunt i dają cień. Gdzieniegdzie, choćby pod Ta’ Kerċemem na Gozo, z daleka przypominają azjatyckie pola ryżowe. Poza tym w razie konfliktu z sąsiadem mur trudniej zaorać niż zwykłą miedzę. Wygrzewające się na kamieniach jaszczurki też wyglądają na wdzięczne.

Drzew, które mogłyby pomóc w stabilizowaniu gruntu, nie ma tu zbyt wiele. Po pierwsze, na maltańskiej skale brakuje gleby. Czasem wystarczy pokopać pół metra w głąb, by dotrzeć do litego kamienia. Po drugie, te, które były, zakonnicy pocięli na deski do budowy statków. Czternastowieczny historyk Abd al-Munin al-Himjari pisał, że gdy Arabowie najechali Maltę, wyspa słynęła jeszcze z sosen i była chętnie odwiedzana przez „szkutników, gdyż jej drewno było najtwardszego rodzaju”²². Może więc Homer aż tak bardzo nie nazmyślał?

Wspomnienie dawnych lasów można znaleźć pod Siġġiewi. Na trzydziestu hektarach leży tam ogród Buskett, zachowany przez władze zakonne, by wielki mistrz miał gdzie polować na jelenie (tych już nie ma) i króliki. Gaj leży u stóp Pałacu Verdala, letniej siedziby prezydentów, a niegdyś właśnie wielkich mistrzów. Verdala wygląda jak Potala – tak samo góruje nad okolicą i nawet nieco przypomina dumę Lhasy, gdyby skrzyżować ją z zamkiem w Bratysławie.

Michałowi Wiszniewskiemu skojarzyła się zaś z pałacem w krakowskim Łobzowie. „Dosyć wspaniały”²³ – napisał.

Maltańczycy odwiedzają Buskett wiosną i urządzają tam pikniki. Latem nie, bo duszno. To miejsce przyjemne dla oka, można nawet upolować niecodzienny artefakt w postaci tabliczki upamiętniającej ćwierćwiecze Organizacji Narodów Zjednoczonych, ale jednak „las” to określenie na wyrost.

_Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży._
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij