Małżeństwa mieszane - ebook
„Małżeństwa mieszane” to książka, która robi coś niezwykłego — opowiada o miłości jako akcie filozoficznym. Nie jako o uczuciu, które spada na człowieka jak deszcz, lecz jako o świadomym, odważnym, niekiedy heroicznym wyborze, który wymaga od dwojga ludzi czegoś więcej niż wzajemnej atrakcji. Wymaga od nich odwagi bycia niezrozumianymi. Książka została utworzona z pomocą AI
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Proza |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8440-941-1 |
| Rozmiar pliku: | 1,1 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Książka, którą Czytelnik trzyma w dłoniach, jest jedną z tych rzadkich pozycji, które wymykają się prostej klasyfikacji gatunkowej — i właśnie dlatego zasługują na szczególną uwagę. Nie jest to monografia naukowa, choć czerpie z nauki garściami. Nie jest to zbiór reportaży, choć każda historia ma w sobie reporterską dociekliwość i uważność wobec detalu. Nie jest to powieść, choć literacka jakość narracji mogłaby zawstydzić niejednego prozaika. „Małżeństwa mieszane” to książka, która robi coś niezwykłego — opowiada o miłości jako akcie filozoficznym. Nie jako o uczuciu, które spada na człowieka jak deszcz, lecz jako o świadomym, odważnym, niekiedy heroicznym wyborze, który wymaga od dwojga ludzi czegoś więcej niż wzajemnej atrakcji. Wymaga od nich odwagi bycia niezrozumianymi.
Przez lata mojej pracy akademickiej — najpierw jako socjologa rodziny, potem jako filozofa etyki relacyjnej — miałem okazję czytać setki publikacji o małżeństwach międzykulturowych, międzyrasowych, międzyreligijnych. Większość z nich traktowała te związki jako problemy do rozwiązania, jako źródła napięć, jako studia przypadków ilustrujące mechanizmy konfliktu kulturowego. Ujęcie to, choć naukowo uzasadnione, zawsze wydawało mi się niepełne — jak opis symfonii ograniczony do analizy częstotliwości dźwięków, bez jednego słowa o tym, jak muzyka brzmi. „Małżeństwa mieszane” robią coś odwrotnego: zaczynają od brzmienia. Od ludzi. Od ich głosów, zapachów, dotyku, milczenia. A potem, delikatnie i bez dydaktyzmu, prowadzą Czytelnika ku refleksji, która jest jednocześnie głęboko osobista i uniwersalna.
To, co uderza w tej książce od pierwszych stron, to radykalna uczciwość wobec ciała. W akademickiej literaturze o małżeństwach międzykulturowych ciało jest zazwyczaj nieobecne — albo obecne jedynie jako nośnik „rasy”, jako kategoria klasyfikacyjna, jako abstrakcja. Tutaj ciało jest konkretne, żywe, niedoskonałe — i właśnie dlatego piękne. Autorska decyzja, by uczynić bohaterów ludźmi z niepełnosprawnościami, ludźmi, których ciała odbiegają od normy — jakiejkolwiek normy — jest gestem o głębokim znaczeniu etycznym. Nie chodzi tu o eksploatację cierpienia ani o inspiracyjną pornografię, przed którą tak słusznie przestrzegała Stella Young w swoim słynnym wystąpieniu TED z 2014 roku. Chodzi o coś znacznie subtelniejszego: o pokazanie, że miłość nie jest nagrodą za doskonałość, lecz odpowiedzią na istnienie drugiego człowieka w całej jego złożoności — z garbem, z protezą, z wózkiem, z ciszą, w której żyje osoba niesłysząca, z mgłą, przez którą patrzy osoba słabowidząca.
Emmanuel Lévinas, filozof, którego myśl stanowi — choć nigdy nie jest tu cytowana wprost — niewidzialny fundament tej książki, pisał, że etyka zaczyna się od twarzy Innego. Nie od zasady moralnej, nie od przykazania, nie od rozumowego wywodu — od twarzy. Od momentu, w którym patrzysz na drugiego człowieka i rozpoznajesz w nim kogoś, wobec kogo masz odpowiedzialność, zanim jeszcze zdecydujesz, czy chcesz tę odpowiedzialność podjąć. W „Małżeństwach mieszanych” każda historia jest właśnie takim momentem rozpoznania — momentem, w którym dwoje ludzi, oddzielonych od siebie wszystkim, co kultura, religia, fizjologia i geografia mogą między ludzi wstawić, patrzy na siebie i mówi: „Widzę cię. Jesteś.” Nie „rozumiem cię” — bo zrozumienie jest procesem, nie momentem. Nie „akceptuję cię” — bo akceptacja zakłada, że jest coś do zaakceptowania, coś, co domyślnie powinno być odrzucone. Po prostu: „Jesteś.” I to wystarczy, żeby zacząć.
Szczególnie wartościowym aspektem tej książki jest sposób, w jaki traktuje religię. W epoce, w której dyskurs publiczny oscyluje między wojowniczym ateizmem a fundamentalizmem religijnym, w której religia jest albo obiektem drwiny, albo narzędziem władzy — ta książka proponuje coś trzeciego. Proponuje traktowanie wiary jako doświadczenia, nie jako ideologii. Bohaterowie tych historii modlą się do różnych bogów — albo do żadnego. Zapalają ogień Ahura Mazdy, okrążają święte księgi sikhów, składają ofiary orisha, medytują w zen, wznoszą modlitwy do Tengri pod otwartym niebem. I w żadnym momencie autor nie sugeruje, że jedna z tych ścieżek jest lepsza od innej. Ani że wszystkie są takie same — bo nie są. Każda tradycja duchowa ma swoją specyfikę, swoją historię, swoją gramatykę sacrum. Książka szanuje te różnice z rzetelnością, która świadczy o dogłębnej znajomości religioznawstwa porównawczego, a jednocześnie z empatią, która świadczy o czymś więcej niż wiedza — o mądrości.
Jako socjolog muszę podkreślić jeszcze jeden aspekt, który czyni tę książkę wyjątkową w kontekście współczesnych badań nad rodziną. Każde z opisanych małżeństw jest mikrokosmosem globalnych procesów — migracji, akulturacji, hybrydyzacji kulturowej, renegocjacji tożsamości. Bohaterowie tych historii nie żyją w próżni. Żyją w świecie, w którym ich związki są jednocześnie prywatnym wyborem i publicznym oświadczeniem — oświadczeniem, że kategorie, którymi świat dzieli ludzi na „swoich” i „obcych”, są arbitralne, kruche i — ostatecznie — niewystarczające. Zygmunt Bauman pisał o „płynnej nowoczesności”, w której tożsamość jest negocjowalna, zmienna, wielowarstwowa. Bohaterowie „Małżeństw mieszanych” są tego żywym dowodem — ale nie w sensie postmodernistycznej gry pozorów. Ich tożsamości nie są płynne z wyboru ani z mody. Są płynne z konieczności — z konieczności życia z kimś, kto jest inny, i z konieczności budowania wspólnego języka z materiału dwóch odrębnych światów.
Nie mogę nie wspomnieć o literackiej jakości tej prozy. W czasach, gdy książki non-fiction coraz częściej pisane są językiem raportów korporacyjnych, a książki o tematyce społecznej toną w żargonie akademickim — „Małżeństwa mieszane” czytają się jak literatura najwyższej próby. Dialogi — liczne, żywe, pełne humoru i bólu jednocześnie — brzmią prawdziwie, co jest najtrudniejszą rzeczą w pisarstwie i jednocześnie najrzadszą. Opisy — ciał, krajobrazów, zapachów, dźwięków, a nawet ciszy — mają gęstość poetycką, która nie obciąża narracji, lecz ją wzbogaca. Autor ma rzadki dar: potrafi pisać o rzeczach trudnych — o niepełnosprawności, o rasizmie, o samotności, o stracie — bez sentymentalizmu i bez cynizmu. Znalezienie tej równowagi jest kunsztem, który wymaga nie tylko talentu literackiego, ale także dojrzałości etycznej.
Książka ta jest również ważnym głosem w debacie o inkluzywności — słowie, które w ostatnich latach było tak nadużywane, że niemal straciło znaczenie. „Małżeństwa mieszane” przywracają mu sens, nie przez deklaracje, lecz przez narrację. Pokazują, że inkluzywność nie jest polityką ani programem — jest praktyką codziennego życia. Jest w tym, jak mąż zapina guziki żonie, która nie ma rąk. W tym, jak żona opisuje świat mężowi, który go nie widzi. W tym, jak dwoje ludzi uczy się nawzajem swoich modlitw, swoich kuchni, swoich ciszy. Inkluzywność — prawdziwa, nie deklaratywna — jest brudna, trudna, zmęczona, zabawna, nudna, cudowna. Jest jak małżeństwo. I ta książka o tym wie.
Chciałbym również zwrócić uwagę na odwagę, z jaką autor podejmuje temat rasy. W epoce, w której samo słowo „rasa” jest polem minowym — w której jedni twierdzą, że rasy nie istnieją (co jest biologicznie prawdziwe), a inni, że rasizm nie istnieje (co jest społecznie fałszywe) — ta książka nawiguje między tymi skrajnościami z precyzją i wrażliwością. Używa starych kategorii antropologicznych — rasa nordycka, alpejska, drawidyjska, mongoloidalna — nie po to, żeby je walidować, lecz po to, żeby je obnażyć. Pokazuje, że te kategorie były narzędziami klasyfikacji, a nie opisu — i że ludzie, których miały opisywać, zawsze byli bardziej złożeni, bardziej piękni i bardziej ludzcy niż jakakolwiek kategoria mogła uchwycić. Jest w tym gest jednocześnie naukowy i humanistyczny: szacunek dla historii nauki, nawet wtedy — zwłaszcza wtedy — gdy nauka się myliła.
Na koniec chciałbym powiedzieć coś osobistego. Czytając tę książkę, myślałem o swoich rodzicach — o ich małżeństwie, które nie było „mieszane” w żadnym z sensów opisanych w tej książce, ale które było — jak każde małżeństwo — spotkaniem dwóch obcych sobie światów. Każde małżeństwo jest mieszane. Każdy związek dwojga ludzi jest aktem translacji — tłumaczenia jednego języka na drugi, jednego ciała na drugie, jednej samotności na drugą. I każdy taki akt translacji jest jednocześnie stratą i zyskiem — coś się gubi w tłumaczeniu, ale coś się rodzi, coś, co nie istniało w żadnym z oryginalnych języków. Ta książka opowiada o tym narodzeniu. O tym, co rodzi się między ludźmi, kiedy zdecydują się być razem mimo wszystkiego, co ich dzieli. Rodzi się coś, co nie ma nazwy w żadnej religii, w żadnej nauce, w żadnej filozofii — ale co każdy rozpoznaje, kiedy je zobaczy. Coś jak ogród, którego nie widać, ale który jest. Coś jak dźwięk lasu, kiedy nikt go nie słyszy. Coś jak światło przez szczelinę.
Polecam tę książkę każdemu, kto kiedykolwiek kochał kogoś innego niż on sam. Czyli każdemu.
PROF. DR HAB. ANDRYJ NÓRE
_Katedra Filozofii Społecznej i Etyki Teoretycznej,_ _Uniwersytet Jagielloński, Kraków_ _Wiosna 2024_Rozdział 1: Ogród, którego nie widać
MAŁŻEŃSTWO: KENJI I SAKIKO
Są takie historie, które zaczynają się od spojrzenia. Ta nie mogła. Kenji Álvarez de la Cruz nie widział od urodzenia. Przyszedł na świat w Lizbonie w roku 1989, w rodzinie, która od pokoleń dzieliła się między portugalską melancholię fado a hiszpański temperament flamenco. Jego matka, Beatriz, pochodziła z Alentejo, z wioski, w której oliwki dojrzewały wolniej niż gdziekolwiek indziej w Europii — przynajmniej tak twierdziła. Ojciec, Ramón, był Andaluzyjczykiem, który uciekł z Sewilli przed oczekiwaniami rodziny, by zostać prawnikiem, i zamiast tego został lutnikiem w Lizbonie. Kenji odziedziczył po ojcu smukłe, mocne dłonie i głęboki, rezonujący głos. Po matce — upór, który graniczył z hardością. Po obojgu — skórę koloru starego złota, charakterystyczną dla mieszkańców Półwyspu Iberyjskiego, którzy przez stulecia mieszali w sobie krew Wizygotów, Maurów i Sefardyjczyków.
Sakiko Kayano miała sto czterdzieści jeden centymetrów wzrostu i całą bezmierność świata w oczach. Te oczy były jej najbardziej rozpoznawalną cechą — duże, o kształcie migdałów, ale głębsze i bardziej okrągłe niż u większości Japończyków, osadzone pod łukami brwiowymi, które zdradzały pochodzenie z jednego z najstarszych ludów Azji. Sakiko była Ainu. Należała do etnicznej mniejszości, której historia na japońskich wyspach sięga tysięcy lat przed przybyciem ludów z kontynentu, a której tożsamość przez wieki była systematycznie wymazywana, wchłaniana, spychana na margines. Jak pisał Richard Siddle w swojej przełomowej pracy „Race, Resistance, and the Ainu of Japan” z 1996 roku: „Ainu byli jednocześnie obecni i niewidzialni — zamieszkiwali tę samą przestrzeń geograficzną, ale zostali wypchnięci poza ramy japońskiej tożsamości narodowej.” Sakiko nosiła tę niewidzialność w sobie jak kamień w kieszeni — czasami zapominała o nim, ale zawsze czuła jego ciężar.
Achondroplazja — to słowo brzmi jak nazwa greckiego bóstwa albo zaginionej wyspy. W rzeczywistości jest to najczęstsza forma karłowatości, zaburzenie wzrostu kości długich, które sprawia, że świat wokół staje się o połowę za wysoki. Półki w sklepach są za wysoko. Blaty kuchenne są za wysoko. Lustro w łazience jest za wysoko. Automaty do biletów, bankomaty, klamki — wszystko projektowane dla ciał, które postanowiły rosnąć dalej. Sakiko nauczyła się żyć w tym za dużym świecie z gracją, która zdumiewała obserwatorów, i z wściekłością, która zdumiewała ją samą.
Poznali się w Kioto. To brzmi jak początek sentymentalnej powieści i Kenji sam by tak powiedział — gdyby nie gardził sentymentalizmem jak każdy prawdziwy sentymentalista.
Był kwiecień 2017 roku. Kenji przyjechał do Japonii na konferencję międzyreligijną organizowaną przez wspólnotę bahá'í w Kioto. Wyznanie bahá'í — religia, o której większość ludzi wie tyle, co nic, albo myli ją z jakąś odmianą New Age — była dla Kenjego nie tyle wiarą, co mapą rzeczywistości. Odkrył ją jako dwudziestolatek, w Coimbrze, gdzie studiował muzykologię. Przypadkiem — choć bahá'í nie wierzą w przypadki — trafił na książkę Bahá'u’lláha, „Ukryte Słowa”, zostawioną przez kogoś na ławce w uniwersyteckiej bibliotece.
— Jakbyś to opisał? — zapytała go kiedyś Sakiko, lata później, gdy leżeli w ciemnościach ich wspólnej sypialni w Sapporo. Ciemność, w której oboje byli sobie równi.
— To było tak — odpowiedział Kenji, przesuwając palcami po jej ramieniu, po skórze, która pod dotykiem była jak ciepły piaskowiec — jakbym przez dwadzieścia lat słuchał orkiestry, w której brakowało jednego instrumentu. I nagle ktoś go dodał. Nie wiedziałem, że go brakowało, dopóki nie usłyszałem, jak brzmi całość.
— Który instrument?
— Fagot — powiedział bez wahania.
— Fagot? — Sakiko parsknęła śmiechem. Ten śmiech — niski, chraplący, zaskakujący jak wszystko w niej — był jednym z dźwięków, dla których Kenji chciał żyć.
— Fagot jest niedoceniany — odpowiedział z godnością. — Tak jak prawda.
Bahá'u’lláh pisał: „Ziemia jest jednym krajem, a ludzkość — jego obywatelami.” Kenji nosił te słowa nie jak slogan, ale jak kompas. Wierzył — z uporem, który graniczył z naiwnością, a może właśnie dlatego nie był naiwnością — że jedność ludzkości nie jest utopijnym postulatem, lecz opisem rzeczywistości, której większość ludzi po prostu nie potrafi dostrzec. On, ślepy od urodzenia, miał w tym pewną przewagę. Nie widział granic. Nie widział kolorów skóry. Nie widział wzrostu.
— To jest trochę za łatwe — powiedziała mu kiedyś Sakiko, z tą bezwzględną szczerością, która była jej formą miłości. — Mówisz, że nie widzisz różnic. Ale ja je widzę. Widzę, jak ludzie patrzą na mnie na ulicy. Widzę, jak patrzą na nas razem.
— Co widzisz? — zapytał.
— Widzę zdezorientowanie — odpowiedziała po chwili milczenia. — Nie potrafią nas sklasyfikować. Ślepy Europejczyk z brodą jak pirat i mała Azjatka. Nie pasujemy do żadnej szufladki.
— Dobrze — powiedział Kenji. — Szufladki są dla skarpetek.
Ale cofnijmy się do Kioto, do kwietnia 2017 roku, do momentu, w którym ta historia właściwie się zaczyna.
Konferencja odbywała się w centrum kongresowym, ale Kenji — znużony panelami, na których ludzie rozmawiali o jedności ludzkości, jednocześnie siedząc w oddzielnych grupach językowych — wymknął się po południu i z białą laską w ręce ruszył przed siebie. Jego oprogramowanie nawigacyjne prowadziło go w stronę świątyni Kiyomizu-dera, ale Kenji, jak to miał w zwyczaju, zboczył ze ścieżki. Dosłownie. Potknął się o kamień na chodniku, stracił orientację i zamiast na szlaku turystycznym znalazł się na wąskiej uliczce prowadzącej w dół, w stronę, której jego telefon nie rozpoznawał.
Właśnie tam, przed małą herbaciarnią o nazwie, której nigdy nie poznał, usłyszał coś, co zatrzymało go w pół kroku.
Ktoś grał na tonkori.
Tonkori to instrument Ainu — pięciostrunowa cytra szarpana, o dźwięku jednocześnie surowym i łagodnym, przypominającym rozmowę wiatru z drewnem. Kenji, muzykolog z wykształcenia i obsesji, rozpoznał go natychmiast. Napisał o nim pracę semestralną na trzecim roku studiów. Czytał artykuły Ohnuki-Tierney o muzyce Ainu, słuchał nagrań archiwalnych. Ale nigdy nie słyszał tonkori na żywo. Dźwięk z nagrań był echem echa. To, co teraz docierało do jego uszu, było ogniem.
— Przepraszam — powiedział po japońsku, bo nauczył się tego języka dwa lata wcześniej, z uporem fagocisty, który postanowił nauczyć się partii skrzypiec. — Czy mogę zapytać, kto gra?
Muzyka ucichła. Usłyszał szuranie nóg. Odgłos kroków — krótkich, szybkich, zdecydowanych.
— Ja gram — odpowiedział głos. Był niski jak na kobiecy głos, z lekką chrypką, z akcentem, którego Kenji nie potrafił umiejscowić.
— To tonkori, prawda?
Cisza. Dłuższa niż oczekiwał.
— Większość ludzi myśli, że to shamisen — powiedziała w końcu kobieta. W jej głosie było zdumienie i coś jeszcze. Może ostrożność. Może głód.
— Shamisen ma trzy struny i zupełnie inny rezonans — odpowiedział Kenji. — Pani instrument ma ich pięć i nie ma progów. Dźwięk rezonuje przez korpus, a nie przez membranę. To jest jak różnica między ludzkim oddechem a podmuchem z miecha.
Kolejna cisza. Potem:
— Pan nie jest Japończykiem.
— Nie. Jestem Portugalczykiem. Albo Hiszpanem. Zależy, którego z moich rodziców pan zapyta. — Uśmiechnął się. — Jestem Kenji.
— Kenji? To japońskie imię.
— Mój ojciec był lutnikiem i kochał japońskie drewno. Nazwał mnie na cześć mistrza Kenjiego Nakagawę, który robił najlepsze pudła rezonansowe na świecie. Przynajmniej według mojego ojca.
Kolejna cisza. A potem śmiech. Ten śmiech — niski, chraplący, zaskakujący. Kenji poczuł, jak coś w jego klatce piersiowej przesuwa się na swoje miejsce, jak element układanki, o której braku nie wiedział.
— Jestem Sakiko — powiedziała kobieta. — Wejdź. Napijesz się herbaty.
Potem opowiadali tę historię na zmianę, jak duet, który od lat ćwiczy ten sam utwór. Kenji mówił o dźwięku tonkori. Sakiko mówiła o ślepym mężczyźnie, który rozpoznał jej instrument. On mówił, że wiedział od pierwszej minuty. Ona mówił, że jest sentymentalny i kłamie — że wiedział od pierwszej herbaty, bo ta pierwsza minuta spędzona była na niezręcznym milczeniu, kiedy próbowała zrozumieć, jak pomóc mu wejść po schodach, a on próbował udowodnić, że nie potrzebuje pomocy.
— Uparty jak osioł — mówiła Sakiko.
— Mówi się: wytrwały jak fagot — odpowiadał Kenji.
Herbaciarnia należała do jej ciotki Haruki, jednej z niewielu osób w rodzinie Sakiko, które otwarcie identyfikowały się jako Ainu. Sakiko przyjechała do Kioto z Sapporo, ze stolicy Hokkaido, wyspy, która była historyczną ojczyzną Ainu. Przyjechała na warsztaty tkackie — robiła tradycyjne tkaniny Ainu, attushi, z łyka wiązu, według technik, których uczyła się od babci. To było coś więcej niż rzemiosło. To był akt oporu.
— Rozumiesz — tłumaczyła Kenjemu tego pierwszego popołudnia, gdy herbata stygła w jego dłoniach — mój naród prawie zniknął. Nie fizycznie. Demograficznie wciąż jesteśmy, trzydzieści tysięcy, może więcej, bo wielu się nie przyznaje. Ale kulturowo… Język ainu jest klasyfikowany przez UNESCO jako „krytycznie zagrożony”. Kiedy moja babcia umrze, straci jedną z ostatnich osób, które myślą w tym języku. Nie mówią — myślą. To jest różnica.
Kenji słuchał. Był w tym dobry. Ludzie, którzy nie widzą, albo uczą się słuchać, albo giną — może nie fizycznie, ale wewnętrznie tak. Kenji nauczył się słuchać nie tylko słów, ale przestrzeni między nimi, oddechów, zmian tonu, drobnych wahań, które zdradzają to, czego rozmówca nie chce powiedzieć.
— Dlaczego wielu się nie przyznaje? — zapytał.
Sakiko milczała przez chwilę, która w jej przypadku oznaczała, że formułuje odpowiedź tak precyzyjnie jak splot tkaniny.
— Bo łatwiej jest być Japończykiem — powiedziała w końcu. — Mój ojciec jest Ainu, ale na jego koseki — akcie rejestracji rodzinnej — nie ma o tym wzmianki. Przez pokolenia rząd japoński prowadził politykę asymilacji. Zakazywano języka, tradycji, polowań, rybołówstwa. W 1899 roku uchwalono „Ustawę o ochronie byłych tubylców Hokkaido” — sam tytuł mówi wszystko. „Byli tubylcy”. Jakbyśmy przestali istnieć mocą aktu prawnego.
— „Byli” — powtórzył Kenji. — To jedno z najbardziej okrutnych słów, jakie można zastosować wobec żywych ludzi.
— Tak — zgodziła się Sakiko. — A potem jest jeszcze kwestia wyglądu. Ainu wyglądają inaczej niż większość Japończyków. Mamy więcej owłosienia, inne rysy twarzy, głębsze oczodoły. Przez lata to było powodem do wstydu. Dzieci Ainu były prześladowane w szkołach. Moja mama, która jest Japonką Yamato — etniczną Japonką — musiała bronić mnie przed innymi dziećmi, które nazywały mnie kumagirl. Niedźwiedzica.
— Niedźwiedź to święte zwierzę Ainu — powiedział Kenji. Czytał o ceremonii Iomante, rytualnym odesłaniu ducha niedźwiedzia do świata bogów, kamuy.
Sakiko nie odpowiedziała od razu. Kiedy się odezwała, jej głos był miększy:
— Tak. Ale dzieci tego nie wiedziały. A ja… ja byłam nie tylko Ainu. Byłam małą Ainu. Dosłownie.
To było pierwsze odniesienie do jej wzrostu. Kenji nie skomentował. Nie dlatego, że był taktowny — choć był — ale dlatego, że nie widział jej. Nie wiedział, jak wygląda. Wiedział, jak brzmi. Wiedział, jak pachnie — zieloną herbatą, łykiem wiązu i czymś, co potem nazwał „zapachem skupienia”. Wiedział, że jej dłonie, kiedy podała mu filiżankę, były małe, ciepłe i szorstkie od pracy z tkaniną.
— Ile masz wzrostu? — zapytał po drugiej filiżance herbaty, z prostotą, którą mógł sobie pozwolić, bo zadawanie pytań było jedynym sposobem, w jaki poznawał świat.
— Sto czterdzieści jeden centymetrów — odpowiedziała. Bez wahania, bez wstydu, bez wyzwania. Fakt.
— To dużo — powiedział.
— Słucham?
— Sto czterdzieści jeden centymetrów to bardzo dużo centymetrów — wyjaśnił. — Każdy z nich zawiera komórki, kości, naczynia krwionośne, zakończenia nerwowe. Każdy centymetr ciała to cały wszechświat. Masz sto czterdzieści jeden wszechświatów. Większość ludzi nie wie, co zrobić z jednym.
Sakiko roześmiała się po raz drugi. I po raz drugi Kenji poczuł ten przesuwający się element.
Ich relacja rozwijała się w sposób, który znajomi obojga opisywali jako „niemożliwy”, „piękny”, „kompletnie szalony” lub — w przypadku matki Sakiko — „niepokojący”. Kenji wrócił do Portugalii po konferencji, ale zaczął pisać do Sakiko e-maile, które były tak długie i szczegółowe, że Sakiko żartowała, iż powinien je publikować jako kolejne tomy Proustowskiego „W poszukiwaniu straconego czasu”.
Pisali do siebie po japońsku — Kenji uparcie doskonalił swój japoński, a Sakiko nie znała portugalskiego. Rozmawiali przez telefon po trzy, cztery godziny, mimo różnicy ośmiu stref czasowych. Kenji opisywał jej Lizbonę dźwiękami: turkot tramwaju numer 28, szczekanie lisów w Parku Monsanto, echo fado w Alfamie. Sakiko opisywała mu Sapporo kolorami, których nie mógł zobaczyć, ale które umiał poczuć przez jej słowa: biel śniegu, która nie jest białą pustką, ale białym pełnią; czerwień liści klonu, która jest jak powolne wyznanie; zieleń lasu, która jest jak obietnica.
— Jesteś poetką — powiedział jej kiedyś.
— Nie — odpowiedziała. — Jestem tkaczką. To prawie to samo, tylko ręce bardziej bolą.
Po sześciu miesiącach korespondencji Kenji wrócił do Japonii. Tym razem na dłużej. Zamieszkał w Sapporo, w kawalerce, którą znalazła mu Sakiko, dwie przecznice od jej mieszkania. Pierwszy tydzień spędzili, ucząc się nawzajem swoich światów. Sakiko uczyła się prowadzić Kenjego po mieście — nie za rękę, bo on tego nienawidził, ale głosem, opisami, drobnymi wskazówkami. „Teraz skręcamy w lewo, chodnik się zwęża, po prawej jest kwiaciarnia, pachnie liliami i ziemią.” Kenji uczył ją modlitw bahá'í, których melodyjność zaskakiwała Sakiko.
— To brzmi jak yukar — powiedziała, mając na myśli epickie pieśni Ainu, przekazywane ustnie przez pokolenia, udokumentowane między innymi przez Bronisława Piłsudskiego, polskiego zesłańca, który na przełomie XIX i XX wieku żył wśród Ainu na Sachalinie i stał się jednym z pierwszych europejskich badaczy ich kultury. Piłsudski pisał: „Pieśni Ainu nie są jedynie sztuką — są oddechem wspólnoty, pamięcią, która oddycha.”
— Może dlatego — odpowiedział Kenji — że wszystkie prawdziwe modlitwy mają wspólny rdzeń. Bahá'u’lláh mówił, że religie są jak rozdziały jednej księgi. Twoje yukar i moje modlitwy — to może ten sam język, tylko zapisany różnymi alfabetami.
Sakiko zmarszczyła brwi. Buddyzm, w którym wyrosła — specyficzny, synkretyczny buddyzm Hokkaido, przemieszany z tradycjami Ainu i japońskim szyntoizmem — nauczył ją ostrożności wobec wielkich uogólnień. Ale też nauczył ją, że prawda często ukrywa się tam, gdzie umysł chce protestować.
— Może — powiedziała. — Ale nie upraszczaj. Nasze tradycje są różne. Kamuy — duchy Ainu — nie są tym samym co Bóg bahá'í. Budda nie jest tym samym co Bahá'u’lláh. Szanuj różnice, nie roztapiaj ich w jedności.
To był ich pierwszy poważny spór — i wzorzec dla wszystkich następnych. Kenji, z bahá'íjskim zapałem do jedności, miał tendencję do łączenia, syntezy, harmonizacji. Sakiko, z doświadczeniem kogoś, czyja kultura była „harmonizowana” z dominującą kulturą japońską aż do granic zniknięcia, broniła granic, różnic, odrębności. Ich małżeństwo, gdy do niego doszło, było nieustanną negocjacją między tymi dwoma impulsami.
Oświadczyny miały miejsce w marcu 2018 roku, podczas festiwalu śnieżnego w Sapporo. Kenji nie widział lodowych rzeźb, ale czuł zimno, które od nich biło, i słyszał okrzyki tłumu. Uklęknął — co, biorąc pod uwagę jego wzrost sto osiemdziesiąt dwa centymetry i fakt, że klęczenie sprowadziło go mniej więcej na poziom oczu stojącej Sakiko, stworzyło scenę, którą oboje potem wspominali z rozbawieniem.
— Nie widzę cię — powiedział — ale widzę z tobą. Chcę z tobą widzieć do końca życia.
— To jest strasznie sentymentalne — odpowiedziała Sakiko. Płakała.
— Wiem. Odpowiedz.
— Tak.
— Tak?
— Tak, ty uparty, sentymentalny, za wysoki fagociście.
Ślub był wyzwaniem logistycznym i kulturowym jednocześnie. Bahá'í wymaga zgody rodziców obojga narzeczonych — to jeden z fundamentalnych wymogów religijnych, niezależnie od wieku małżonków. „Abdu’l-Bahá, syn Bahá'u’lláha i autorytatywny interpretator jego nauk, pisał: „Małżeństwo bahá'í wymaga zgody wszystkich żyjących rodziców, aby wzmocnić więzi między rodzinami i budować jedność.” Rodzice Kenjego, którzy nigdy nie opuścili Półwyspu Iberyjskiego i dla których Japonia była czymś z filmów Kurosawy, musieli nie tylko zgodzić się na małżeństwo, ale zrozumieć, z kim ich syn chce je zawrzeć.
Beatriz, matka Kenjego, miała wątpliwości, które wyrażała w formie pytań.
— Czy ona jest buddystką? — zapytała przez telefon.
— Tak, mamo.
— A czy w buddyzmie jedzą wieprzowiną?
— Mamo, to nie jest istotne.
— Jak to nie jest istotne? Zamierzam przyjechać na ślub i chcę wiedzieć, co będę mogła jeść.
— Będziesz mogła jeść wszystko, mamo. To Japonia, nie klasztor.
— A jak wysoka jest ta dziewczyna?
Kenji milczał chwilę zbyt długo.
— Sto czterdzieści jeden centymetrów — odpowiedział.
— To… mało.
— To sto czterdzieści jeden wszechświatów, mamo.
— Nie mów do mnie zagadkami, Kenji. Mówisz, że jest niska?
— Mówię, że jest dokładnie takiej wysokości, jakiej potrzebuje.
Beatriz wzdychała tak, że Kenji słyszał to przez osiem tysięcy kilometrów i połączenie telefoniczne. Ale zgodziła się. Ramón, ojciec, zgodził się jeszcze szybciej — zapytał tylko, czy Sakiko lubi muzykę, i kiedy usłyszał, że gra na tonkori, powiedział: „Muzyk to muzyk. Bierz ją.”
Trudniejsze były negocjacje po stronie Sakiko. Jej ojciec, Takeshi Kayano — daleki krewny słynnego Shigeru Kayano, pierwszego posła Ainu w japońskim parlamencie, autora przełomowej autobiografii „Our Land Was a Forest” z 1994 roku — nie miał nic przeciwko Kenjemu jako osobie. Miał coś przeciwko wszystkiemu innemu.
— On jest gaijin — powiedział Takeshi, używając japońskiego słowa na obcokrajowca, które w zależności od kontekstu może być neutralne lub pogardliwe. W ustach Takeshiego było obojgiem.
— On jest Kenji — odpowiedziała Sakiko.
— Jest ślepy.
— Wiem, tato. To nie jest choroba zakaźna.
— Jak będzie pracował? Jak się o ciebie zatroszczy?
— Nie potrzebuję, żeby ktoś się o mnie troszczył. Potrzebuję kogoś, z kim będę mogła rozmawiać o trzeciej w nocy, kiedy nie mogę spać.
Takeshi patrzył na córkę — tę drobną, twardą, piękną kobietę, której ciało nie chciało rosnąć, ale której duch nie znał granic — i widział w niej swoją matkę, swoją babkę, pokolenia kobiet Ainu, które przetrwały wszystko: dyskryminację, biedę, zapomnienie. Widział w niej to, co antropolog Katarina Sjöberg opisała w swojej pracy „The Return of the Ainu” z 1993 roku jako „cichą siłę kulturowego przetrwania — zdolność do zachowania tożsamości nie poprzez opór, lecz poprzez nieustanne odnawianie tradycji w codziennych gestach.”
— A co z dziećmi? — zapytał ciszej.
— Dzieci będą tym, kim zechcą być — odpowiedziała Sakiko. — Ainu, Portugalczykami, bahá'í, buddystami, kosmonautami. Nie zamierzam ich programować. Za dużo tego było w naszej historii.
Takeshi zgodził się. Nie powiedział „tak” — powiedział „rób, co uważasz”, co w jego przypadku było najwyższą formą aprobaty.
Ślub odbył się w lipcu 2018 roku w Sapporo. Ceremonia bahá'í jest prosta, niemal ascetyczna — wymaga jedynie wypowiedzenia przez oboje małżonków wersetu: „Zaprawdę, wszyscy trwamy przy woli Bożej” w obecności dwóch świadków wyznaczonych przez Lokalne Zgromadzenie Duchowe. Nie ma księdza, imama, rabina. Nie ma ołtarza. Jest werset, zgoda, świadkowie. Ta prostota — tak odległa od rozbudowanych rytuałów katolickich, w których Kenji dorastał, nim odkrył bahá'í — miała w sobie coś, co Sakiko niespodziewanie uznała za bliskie buddyzmowi. „W zen też chodzi o odarcie ze zbędnego”, powiedziała. „Zostaje tylko to, co istotne.”
Po ceremonii bahá'í odbyła się celebracja, która była już czymś zupełnie innym — wielokulturowym, wielojęzycznym, cudownie chaotycznym widowiskiem. Beatriz płakała i jadła sushi. Ramón próbował nauczyć kuzyna Sakiko grać na gitarze flamenco. Ciotka Haruki podała ceremonialną herbatę. Sakiko zagrała na tonkori starą pieśń Ainu — upopo, pieśń wspólnotową, przy której goście kołysali się, nie znając słów, ale rozpoznając coś w melodii, co było starsze niż język.
Kenji stał obok żony — stał, bo siedząca Sakiko sięgała mu do pasa, a stojąca do piersi — i słuchał. Słuchał muzyki, rozmów w czterech językach, śmiechu, brzęku naczyń, wiatru z Hokkaido, który wpadał przez otwarte okna. I myślał o słowach Bahá'u’lláha: „O Synu Ducha! Moim pierwszym doradcą jest ten: posiadaj czyste, dobre i promienne serce.”
Zamieszkali w Sapporo, w mieszkaniu, które Sakiko zaprojektowała z precyzją architekta i uporem tkaczki. Wszystko miało podwójną wysokość: blaty kuchenne na poziomie wygodnym dla niej, półki na jej książki — niżej, półki na jego książki (w brajlu, więc zajmujące trzykrotnie więcej miejsca) — wyżej. Łazienka miała poręcze. Korytarz miał prowadnice dotykowe na podłodze. Próg między kuchnią a salonem był oznaczony fakturą — Kenji rozpoznawał go stopami. Dom był mapą kompromisów, zapisaną w drewnie, metalu i tkaninie.
Sakiko tkała. Kenji pisał — artykuły o etnomuzykologii, o muzyce Ainu, o relacjach między dźwiękiem a duchowością. Nauczył się ainu itak — języka Ainu — od babci Sakiko, Fuchi, która miała dziewięćdziesiąt dwa lata i mówił o nim: „Ten język jest jak las. Każde słowo jest drzewem. Kiedy wyrąbujesz drzewo, las się kurczy. Kiedy las zniknie, zniknie cały świat.”
Fuchi — której imię w języku Ainu oznacza po prostu „babcia”, ale też „bogini ognia domowego” — była jedną z ostatnich native speakerów ainu itak. Lingwiści, tacy jak Anna Bugaeva z Uniwersytetu w Tokio, dokumentowali jej mowę jak archeolodzy dokumentują wykopaliska — ze świadomością, że każdy dzień może być ostatnim. Fuchi traktowała Kenjego z mieszanką rozbawienia i szacunku, która była jej standardowym podejściem do wszystkiego, co niezwykłe.
— Ten twój mąż — powiedziała kiedyś do Sakiko, w języku ainu, który Kenji już rozumiał, choć Fuchi udawała, że nie wie — jest jak niedźwiedź. Duży, ciemny, nie widzi dobrze i idzie prosto przed siebie, nie patrząc, gdzie stawia łapy.
— Niedźwiedź to święte zwierzę — odpowiedziała Sakiko.
— Wszystkie zwierzęta są święte — odparła Fuchi. — Ale niedźwiedź najbardziej. Więc pilnuj go.
Mieli dwoje dzieci. Pierwsza, Mariana — imię po portugalskiej babci — urodziła się w 2020 roku, w środku pandemii, w szpitalu w Sapporo, gdzie Kenji nie mógł być obecny przy porodzie z powodu restrykcji covidowych. Siedział na korytarzu i modlił się — modlitwą bahá'í o ochronę — i słuchał. Kiedy usłyszał płacz córki, po raz pierwszy w życiu zrozumiał, czym jest widzenie. „To było tak”, powiedział później, „jakbym nagle zobaczył — nie oczami, ale czymś innym, czymś, co jest głębsze niż oczy.”
Mariana odziedziczyła po matce achondroplazję. Nie odziedziczyła ślepoty ojca — jego ślepota nie była genetyczna, lecz wynikiem wrodzonej atrofii nerwu wzrokowego. Kiedy lekarze powiedzieli im o diagnozie córki, Sakiko skinęła głową.
— Wiedziałam — powiedziała. — Było pięćdziesiąt procent szans.
— Jak się czujesz? — zapytał Kenji.
— Czuję się tak, jakbym dała jej najpiękniejszą i najtrudniejszą rzecz, jaką mogłam dać. Swoje ciało. Ze wszystkim, co ono jest.
— To jest dokładnie to — powiedział Kenji. — Dokładnie to.
Drugie dziecko, syn Kaito, urodził się w 2022 roku. Nie miał achondroplazji. Był, jak ujęła to Sakiko z typowym dla siebie czarnym humorem, „standardowym rozmiarem”. Kenji, który nigdy nie widział ani jednego, ani drugiego ze swoich dzieci, rozpoznawał je po zapachu, po dźwięku oddechu, po kształcie dłoni, które chwytały jego palce.
— Mariana pachnie jak ty — powiedział kiedyś Sakiko. — Zieloną herbatą i łykiem wiązu.
— A Kaito?
— Kaito pachnie jak świat. Jak wszystko naraz. Trochę mlekiem, trochę słońcem, trochę kurzem. Jak przyszłość.
Ta historia nie ma zakończenia, bo nie jest skończona. Kenji i Sakiko żyją w Sapporo, w domu z podwójnymi blatami i prowadnicami na podłodze. Sakiko tka i gra na tonkori. Kenji pisze i modli się. Mariana, trzyletnia, biega po mieszkaniu na krótkich nóżkach i śpiewa piosenki, które są mieszanką portugalskiego fado, japońskiego pop i czegoś, co brzmi jak upopo, choć Sakiko twierdzi, że to jest po prostu bełkot dziecka, który przypadkiem trafia w tradycję. Kaito, roczny, je wszystko, co znajdzie.
Są rodziną, która nie pasuje do żadnej szufladki. Ślepy Iberyjczyk wyznający religię, o której mało kto słyszał. Kobieta Ainu o wzroście stu czterdziestu jeden centymetrów, która tka na krośnie starszym niż japońskie państwo. Dwoje dzieci, które są jednocześnie europejskie i azjatyckie, bahá'í i buddyjskie, duże i małe, widzące i — przynajmniej jedno z nich — widzące świat z perspektywy, której większość ludzi nigdy nie doświadczy.
Bahá'u’lláh pisał: „Bądźcie jak palce jednej ręki, jak części jednego ciała.” Kenji cytuje te słowa często. Sakiko przewraca oczami — ale potem dodaje, ciszej, cytat z Dhammapady, zbioru nauk Buddy: „W całym wszechświecie nie ma nikogo, kto zasługiwałby na miłość bardziej niż ty sam.” I mówi: „Ale zaraz po tobie — ty.”
Patrzą na siebie. To znaczy — Sakiko patrzy. Kenji słucha. I w tej przestrzeni między patrzeniem a słuchaniem, między widzeniem a byciem widzianym, między stu osiemdziesięcioma dwoma centymetrami a stu czterdziestoma jednym, między Lizboną a Sapporo, między bahá'í a buddyzmem, między ślepotą a wzrokiem — w tej przestrzeni rośnie ogród.
Ogród, którego nie widać. Ale który jest.
_„Różnorodność ludzkiej rodziny powinna być przyczyną miłości i harmonii, tak jak w muzyce wiele różnych nut łączy się, tworząc doskonały akord.”_
— „Abdu’l-Bahá, „Promulgacja Powszechnego Pokoju”Rozdział 3: Głos, którego nie słyszysz
MAŁŻEŃSTWO: ARJUN I MEREANI
Pierwszy raz zobaczył ją na targu rybnym w Suwie, stolicy Fidżi, i pomyślał o Artemidzie. Nie dlatego, że Mereani Naivalu polowała — choć, jak się później okazało, doskonale rzucała oszczepem, bo jej dziadek nauczył ją tego, zanim skończyła osiem lat. Nie dlatego, że była dziewicza i niedostępna — bo nie była ani jednym, ani drugim, i nie miała najmniejszego zamiaru się w związku z tym tłumaczyć. Arjun Sharma pomyślał o Artemidzie, bo Mereani poruszała się po tłocznym, hałaśliwym, cuchnącym rybami targu z gracją kogoś, kto istnieje w innym wymiarze niż otaczający go chaos. Ludzie krzyczeli, targowali się, kłócili, przeklinali. Mereani szła między nimi jak przez ciszę. I rzeczywiście — choć Arjun tego jeszcze nie wiedział — szła przez ciszę. Mereani Naivalu nie słyszała ani jednego dźwięku od dnia swoich narodzin.
Było to w styczniu 2016 roku. Arjun miał dwadzieścia dziewięć lat, łysą głowę, która lśniła w fidżijskim słońcu jak wypolerowana miedź, i notes pełen rysunków greckich bogów, które szkicował obsesyjnie, jak modlitwy. Przyjechał na Fidżi z Mumbaju, via Ateny, via Auckland — trasa, która miała sens tylko w logice człowieka, który podróżował nie po świecie, lecz po ideach. Na Fidżi szukał czegoś, czego sam nie potrafił nazwać, ale co wiązało się z oceanem, z boskością wody, z Posejdonem i z czymś, co przeczytał u Waltera F. Otto w „Die Götter Griechenlands” — że greccy bogowie nie są postaciami z mitów, lecz sposobami doświadczania rzeczywistości. „Bogowie greccy”, pisał Otto w tym przełomowym dziele z 1929 roku, „nie są projekcjami ludzkich lęków ani pragnień — są objawieniami samego bytu, formami, w jakich świat ukazuje swoją świętość.”
Arjun Sharma wierzył w greckich bogów. Dosłownie. Bez cudzysłowu, bez ironii, bez intelektualnej kokieterii, która pozwala powiedzieć „wierzę w Zeusa” i jednocześnie mrugnąć do rozmówcy, że przecież chodzi o metaforę. Arjun nie mrugał. Składał ofiary Apollinowi z lauru i miodu. Modlił się do Ateny przed egzaminami. Zapalał kadzidło Hestii przy domowym ognisku. Był hellenistą — wyznawcą religii hellenistycznej odrodzonej, ruchu, który od lat dziewięćdziesiątych XX wieku odbudowywał starożytny grecki politeizm jako żywą, praktykowaną tradycję duchową.
Ruch ten — znany w Grecji jako Hellenismos, a wśród swoich wyznawców na całym świecie pod różnymi nazwami: Dodekatheism, Hellenic Reconstructionism, Olimpianizm — był jednym z najciekawszych zjawisk religijnych przełomu tysiącleci. Jak dokumentował Vlassis G. Rassias, jeden z pionierów współczesnego hellenizmu w Grecji, autor „Ypsilantou 1828” i wielu tekstów polemicznych, starożytna religia grecka nie zginęła — została zabita. Edykt Teodozjusza z 380 roku naszej ery, ustanawiający chrześcijaństwo jedyną legalną religią Cesarstwa Rzymskiego, a potem systematyczne niszczenie świątyń, prześladowania wyznawców, palenie tekstów — to był kulturowy genocyd, który trwał stulecia. Odrodzenie hellenizmu w XX i XXI wieku było, według Rassiasa, nie tyle powrotem do przeszłości, ile odzyskaniem skradzionej teraźniejszości.
Arjun nie był Grekiem. Był Hindusem — a raczej, jak sam by powiedział, był człowiekiem urodzonym w Indiach, o skórze koloru ciemnego bursztynu, z kośćmi policzkowymi odziedziczonymi po pokoleniach ludzi, których zachodni antropolodzy klasyfikowali jako „rasę wedyjską” albo „indo-aryjską” — terminy równie niedoskonałe co mapy rysowane przez ludzi, którzy nigdy nie odwiedzili terytoriów, które kartografowali. Termin „rasa wedyjska” był sam w sobie problematyczny, obarczony historią kolonialnej antropologii, w której europejscy uczeni dzielili mieszkańców Azji Południowej na „rasy” z precyzją entomologów klasyfikujących motyle. Arjun znał te klasyfikacje i odrzucał je — ale jednocześnie nie mógł zaprzeczyć, że jego ciało nosiło w sobie historię subkontynentu, jego kolory, proporcje, linie.
Łysina nie była wyborem. Arjun zaczął tracić włosy w wieku dwudziestu dwóch lat — alopecia androgenetica, pospólita łysina, nie więcej — i zamiast walczyć, ogolił głowę do zera. W Indiach łysa głowa miała konotacje ascetyczne. W Grecji, wśród hellenistów, żartowano, że wygląda jak posąg z epoki archaicznej, z którego odpadły pomalowane na czarno loki. Arjun nosił łysinę z godnością, która — zdaniem jego matki Priji — graniczyła z próżnością.
— Przynajmniej nie musisz wydawać na szampon — powiedziała Prija, kiedy Arjun zadzwonił do niej z Suwy, żeby powiedzieć, że zakochał się w głuchej Melanezyjce na targu rybnym.
— Mamo, to poważna rozmowa.
— Wiem, synku. Ale ja się śmieję, żeby nie płakać. Najpierw mówisz nam, że modlisz się do Zeusa. Potem wyjeżdżasz do Grecji. Potem do Fidżi. A teraz mówisz mi, że zakochałeś się w kobiecie, z którą nie możesz nawet porozmawiać.
— Mogę z nią porozmawiać. Uczę się języka migowego.
— Którego języka migowego? Jest ich chyba ze sto.
— Fidżijskiego. I międzynarodowego.
— Mój syn, wyznawca greckich bogów, uczy się fidżijskiego języka migowego, żeby rozmawiać z Melanezyjką na targu rybnym. Twój ojciec dostanie zawału.
— Tata dostaje zawału raz w tygodniu od czasu, gdy skończyłem osiemnaście lat. Jest już wprawiony.