Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

Mamo, tato nie musicie być idealni. O rodzicielstwie bez presji - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
29 maja 2026
39,90
3990 pkt
punktów Virtualo

Mamo, tato nie musicie być idealni. O rodzicielstwie bez presji - ebook

Jak budować z dzieckiem relację, która daje mu poczucie bezpieczeństwa i własnej wartości? Jak stawiać granice, nie tracąc bliskości?

Jak wspierać dziecko, kiedy samemu brakuje sił, cierpliwości i pewności siebie? Jak uwolnić się od presji bycia idealnym rodzicem, nauczycielem, wychowawcą?

Maria Berlińska, terapeutka uzależnień, mama pięciorga dzieci, która przez niemal dwadzieścia lat prowadziła rodzinny dom dziecka, oraz Marta Kawalec, dziennikarka, psycholożka i mama, pokazują, że rodzic nie musi być idealny. Nie warto się zadręczać, bo dzieci wcale nie potrzebują perfekcji, tylko prawdziwej obecności.

Ta książka to szczera i pełna humoru rozmowa o tym, co w rodzicielstwie trudne i piękne – która przynosi ulgę, daje wsparcie i przywraca nadzieję.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Poradniki
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-65532-86-2
Rozmiar pliku: 1,3 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

WSTĘP OD WYDAWCY

Gdybyś ktoś nas zapytał, czy istnieją sposoby, żeby przygotować się do rodzicielstwa, bez wahania odpowiedzielibyśmy, że jednym z najlepszych są warsztaty umiejętności wychowawczych z panią Marią Berlińską. Ci, którzy ją znają, nie potrzebują rekomendacji, a ci, którzy dopiero teraz dowiadują się o niej czegoś więcej – z pewnością się nie zawiodą.

Pani Maria latami wzbraniała się przed napisaniem książki. Dlatego podwójnie się cieszymy – bo nie dość, że w końcu powstała, to jeszcze mamy ogromną przyjemność oddać ją w ręce rodziców, którzy chcą nieustannie zwiększać swoje kompetencje, żeby świadomie wychowywać swoje dzieci i budować z nimi pełne zaufania, oparte na wzajemnym zrozumieniu relacje.

Forma wywiadu rzeki – choć może się wydawać osobliwa jak na książkę o wychowywaniu – naszym zdaniem świetnie oddaje kwintesencję podejścia i doświadczenia pani Marii, które niezmiennie budzą w nas podziw. Jej sposób myślenia o rodzicielstwie jest nam wyjątkowo bliski i czerpiemy z niego pełnymi garściami. Pani Maria – jak sama mówi – długo poszukiwała odpowiednich rozwiązań, a przy tym nie boi się przyznać do błędów, więc jej głos wydaje się nam, jako rodzicom, szczególnie ważny. I chociaż ta książka nie jest typowym poradnikiem, jesteśmy przekonani, że może posłużyć za bardzo praktyczny przewodnik po codziennych rodzicielskich wyzwaniach. Pytania pani Marty Kawalec, która sama jest mamą, i odpowiedzi pani Marii stanowią spójną, wielowątkową, okraszoną humorem i dystansem opowieść o byciu rodzicem we współczesnym świecie.

Pani Maria jako mama biologiczna i zastępcza doświadczyła wielu trudności i wyzwań. W tej książce wraca do sytuacji, które zna każdy rodzic: kiedy dziecko nie słucha, emocje wymykają się spod kontroli, pojawia się złość, bezradność albo wyrzuty sumienia – i pokazuje, jak można przez te momenty przejść spokojniej.

Ta wyjątkowa rozmowa porządkuje wiele problemów, inspiruje do bycia lepszym rodzicem i dodaje odwagi w budowaniu relacji z dziećmi. A przede wszystkim, co w dzisiejszych czasach okazuje się szczególnie istotne, pozwala się uwolnić od presji doskonałości, nierealnych oczekiwań i nieustającego poczucia winy.

Pani Maria całą swoją postawą dowodzi, że bardziej niż rodziców doskonałych dzieci potrzebują rodziców obecnych.

Z wdzięcznością i radością zapraszamy Państwa do lektury!

Dominika i Aleksander Bajowie – wydawcy

Maria Zając – redaktorkaPOZNAJMY SIĘ

Wysyp poradników dla rodziców

Dziennikarstwo i rodzicielstwo łączy sztuka zadawania sobie właściwych pytań i… szukania ekspertów, którzy już znaleźli na nie odpowiedź.

W warsztatach Marii Berlińskiej brałam udział kilka lat temu, a jej rady wiele zmieniły w funkcjonowaniu mojej rodziny. Teraz postanowiłyśmy wspólnie napisać książkę, a do mnie szybko dotarło, że czas uporządkować swoją wiedzę. Zmierzyć się z myślą, że nadal nie wszystko robię dobrze, ale nigdy nie jest za późno, aby zacząć to zmieniać.

Nie lubię poradników i choć przeczytałam ich w życiu mnóstwo, to przy niewielu dotarłam do ostatniej strony. Ta książka jest inna – to nie poradnik, ale rozmowa o rodzicielstwie i nie tylko, w której staram się nie zadawać tendencyjnych pytań, a Pani Maria nigdy nie unika odpowiedzi, nie zbywa mnie krótkim: „To zależy”.

Obie jesteśmy matkami. Ja wciąż jeszcze szukam odpowiedzi, a Pani Maria ma niesamowite doświadczenie – nie tylko jako rodzic biologiczny, ale także zastępczy, który przez lata miał do czynienia z bardzo trudnymi przypadkami dzieci porzuconych. Chciała im pomóc, aby nie zostawiać ich z różnymi problemami samych. Początkowo nie zawsze wiedziała, jak to robić. Metod, które testowała na swoim rodzinnym poligonie, nie wymyśliła sama. Latami szukała ich na zajęciach psychologicznych, warsztatach, terapiach i w literaturze. Dziś odważnie mówi: „Jeśli u mnie się sprawdziło, sprawdzi się wszędzie”.

W tej książce dalekie jesteśmy od wskazywania jedynej możliwej i słusznej drogi. Na przykładach z życia pokazujemy jednak, jak pewne rady sprawdzają się w praktyce. Ale ponieważ przykład idzie z góry, musimy zacząć od siebie. Życzę Państwu, aby słowa tej książki miały moc sprawczą. Abyśmy uwierzyli w siebie i to, że wszystko możemy zmienić w dowolnej chwili! Pani Mario – dziękuję!

Marta KawalecNIE ZADRĘCZAJ SIĘ!

Swoje warsztaty często zaczynam od słów, że bycie rodzicem to najbardziej wymagająca i nieprzewidywalna rola w życiu. Nie ma nic trudniejszego niż bycie rodzicem. Wszystkiego nas w życiu uczą: samodzielnego chodzenia, obsługi komputerów, zasad budowy mostów czy satelitów. A tego, jak być rodzicem – nie. Możesz przeczytać dziesiątki książek, przesłuchać setki podcastów, a i tak masz wrażenie, że nie wiesz, co robisz. I to jest w porządku. Bo nie ma perfekcyjnych rodziców. Są za to tacy, którzy się mylą, czasem krzyczą, a potem nie śpią pół nocy, zadręczając się: „Jak mogłem skrzywdzić własne dziecko!”. Nie brakuje także takich, którzy utknęli między ideałem z mediów społecznościowych a codziennością pełną bałaganu, braku czasu i wątpliwości.

Są też dzieci, które nie mając dostępu do perfekcji, uczą się więcej, gdy dostają prawdziwą obecność i szansę na bycie wysłuchanymi.

Chcę Ci opowiedzieć, dlaczego nie musisz być rodzicem idealnym. Dlaczego wystarczy, że będziesz „wystarczająco dobry”. Bez tabelek, checklist ani złotych rad.

Nie będę Ci mówić, jak masz wychowywać. Zamiast tego podzielę się tym, jak ja sobie z tym radziłam przez lata. Tych metod nie znajdziesz w internecie, ale nie są one też opatentowane. Możesz z nich korzystać tak, jak robiło to do tej pory wielu uczestników moich warsztatów, którzy po latach dziękują za nie, bo pomogły im przetrwać najtrudniejsze okresy. Cieszę się, że przyszedł czas, gdy mogę zebrać wszystkie swoje przemyślenia i zawrzeć je w tej książce, aby przysłużyły się kolejnym rodzicom.

Maria BerlińskaKIM JEST MARIA BERLIŃSKA?

Ty to zawsze będziesz coś miała na agrafkę.

Pani Mario, zacznijmy od początku…

Proszę bardzo! Urodziłam się siedemdziesiąt pięć lat temu. Moi rodzice to repatrianci. Część mojego rodzeństwa urodziła się w Wilnie. A ja już w Polsce. Pochodzę z rodziny, w której zawsze było dużo dzieci. Na święta potrafiło się zjechać nawet kilkadziesiąt osób. Może dlatego sama też chciałam mieć dużą rodzinę. Ale wszystko przyszło z czasem. Nie zawsze byłam taka „ogarnięta”. Moja mama była wspaniałą kobietą, ale kiepską gospodynią. Mieliśmy zatem szczęśliwe dzieciństwo, bo nikt nie wymagał od nas utrzymywania porządku czy umiejętności gotowania… Stopniowo sama się wszystkiego uczyłam. Początki oczywiście nie były łatwe, szczególnie dla mnie, bo miałam, jak to się mówi, dwie lewe ręce.

Moja mama zawsze powtarzała, że do sprzątania nie trzeba szczególnego talentu, ale chęci.

Chęci to może i miałam, ale umiejętności żadnych. Moja nauczycielka od prac ręcznych, gdy widziała, jak pracuję, ciągle mówiła: „Ty to zawsze będziesz coś miała na agrafkę”. Inni w klasie dziergali szaliki, haftowali, a ja? Cokolwiek bym zrobiła… to same supełki… „Co z ciebie za gospodyni będzie!” – słyszałam. Ale te agrafki przydają się do dziś, bo jak się wszystko pruje, to zawsze można chociaż złapać, a potem się zaszyje, jak trzeba. Jak w życiu, nie wszystko trzeba od razu robić perfekcyjnie. Czasem potrzeba kilku podejść, czasem nie obejdzie się bez łaty, trzeba coś dosztukować. Byleby się wszystko nie rozsypało, bo potem trudno dojść, jak to naprawić.

Pani nauczycielka pewnie by się uśmiała, gdyby zobaczyła, jak z czasem doprowadziła Pani swój warsztat do perfekcji…

Życiowo na pewno, bo nie zapowiadałam się na gospodynię. Zresztą jestem też z wykształcenia budowlańcem, więc początkowo krawiectwo było mi zbędne, ale to bieda uruchomiła moją zaradność. Kiedy zostałam matką, chciałam wyglądać dobrze i zależało mi, żeby moje dzieci też nie musiały się wstydzić. Zaczęłam szyć, przerabiać. Moje początkowe kroje były fatalne, ale z czasem stawały się coraz lepsze. Nauczyłam się, bo mnie życie zmusiło…

Nie zmusiło jednak do takiego trudu. Mieli Państwo już odchowane dzieci, kiedy zdecydowali się na wzięcie pod opiekę tych, które nie miały szans na normalny dom. Większość rodziców w wieku czterdziestu lat zamyka swój „warsztat”, a nie go rozwija…

Nigdy nie mieliśmy za dużo pieniędzy, ale mieliśmy duży dom, który jakimś cudem udało nam się zbudować. Pomieścił on najpierw pięcioro naszych biologicznych dzieci, a kiedy one stopniowo dorastały, nagle zaczął pustoszeć. Kolejne dzieci szły na swoje, zwalniały pokoje, a my coraz częściej siadaliśmy do kolacji sami. Myślałam, żeby wykorzystać tę przestrzeń, aby pomagać kobietom będącym ofiarami przemocy albo osobom starszym. To mój mąż zaproponował, żebyśmy zostali rodziną zastępczą dla tych dzieci, których nikt nie chce, bo znalazły się w życiowym rozkroku – rodzice nie są w stanie się nimi zajmować, ale nie zamierzają też zrzec się praw rodzicielskich. Dom więc odpada, adopcja także. Pozostaje placówka…

Dlaczego tacy rodzice nie chcą się zrzec praw rodzicielskich, skoro nie mogą się zajmować swoimi dziećmi?

Bo to nie przystoi! W wielu rodzinach dysfunkcyjnych, którym odebrano dzieci z uwagi na jakiś problem, oddanie ich do adopcji to dyshonor. Tacy rodzice inaczej pojmują dobro dzieci. A mimo że mają prawo się z nimi kontaktować, rzadko to robią. W ten sposób porzucają je dwa razy – najpierw emocjonalnie, bo nie zaspokajają ich potrzeb, a potem fizycznie, opuszczając je. W ośrodkach dzieci często nie mają warunków do prawidłowego rozwoju. I tak do rodzin zastępczych trafiają często zaniedbane, po traumach. To my powinniśmy im pomóc. Dlatego zdecydowaliśmy się przyjąć te, które nie miały żadnych szans na dorastanie w normalnej rodzinie. A jeszcze wiele z nich miało różne zaburzenia rozwojowe, od FAS (alkoholowy zespół płodowy) po ograniczenia intelektualne.

Czyli dodatkowo zdecydowaliście się Państwo na te najtrudniejsze przypadki. Musiała Pani być naprawdę zdeterminowana.

To nie wynikało z nudów, ale z doświadczeń mojego męża, który sam był w domu dziecka. Niecałe dwa lata, bo potem wrócił do rodziny, ale to wspomnienie zaważyło na całym jego późniejszym życiu i odcisnęło swoje piętno. Pewnych rzeczy po prostu nie da się cofnąć, a uczucie odrzucenia pozostaje już na zawsze. Kiedy mój mąż w końcu sam uporał się z tym wspomnieniem, stwierdził, że może uda nam się uchronić przed tym doświadczeniem inne dzieci.

I to Panią przekonało?

Nie od razu, bo to by było szaleństwo. Długo się nad tym zastanawialiśmy. Wiedziałam, że to będzie trudne, bo te dzieci są bardzo wymagające. Powiedziałam do męża: „Musielibyśmy być idealnym małżeństwem. A nie jesteśmy”. Wtedy mój mąż odparł, że idealne małżeństwa nie istnieją, ale nawet najgorsza rodzina jest lepsza niż bidul. I to zdanie przeważyło szalę.

Co najbardziej zaskoczyło Panią w tym doświadczeniu bycia rodzicem zastępczym?

Jeśli ktoś nie był w domu dziecka, nie zdoła pojąć, że każdemu małemu człowiekowi najpotrzebniejsza jest w życiu relacja. Nawet zła relacja jest lepsza niż jej brak. Bo nad tą złą zawsze można później popracować, a jeśli jej nie ma? To pozostawia w człowieku pustkę, której nie da się niczym wypełnić. Dzieci, które trafiały do nas czy innych rodzin zastępczych, zdawały sobie sprawę, że mogą nie zagrzać tam miejsca. Bardziej niż powrotu do swoich patologicznych domów bały się jednak powrotu do bidula. Tam nic na nich nie czekało i to było najgorsze.

Jak przygotowywali się Państwo do przyjęcia dzieci?

Mieliśmy trochę doświadczenia związanego z wychowaniem pięciorga własnych dzieci. Jesteśmy też wykształceni w tym kierunku. Mój mąż pracował wtedy jako nauczyciel, a ja przecież skończyłam psychologię. Do tego pełniłam funkcję koordynatorki dla miasta stołecznego Warszawy do spraw przeciwdziałania przemocy w rodzinie, byłam również instruktorką umiejętności wychowawczych. Tak jak wszyscy kandydaci na rodzinę zastępczą, musieliśmy jednak zaliczyć wymaganą liczbę sześćdziesięciu godzin przeznaczonych wówczas na szkolenia. A mimo to, kiedy formalnie staliśmy się rodziną zastępczą i zostaliśmy rzuceni na głęboką wodę, nie wiedzieliśmy, co robić. Od razu trafiło do nas troje dzieci. Bardzo zaburzonych, z licznymi traumami. Nikt ich nie nauczył, jak się zachowywać nawet w zwyczajnych sytuacjach. Nie potrafiły się bawić inaczej, niż sprawiając sobie ból. Nie chcę tego szerzej wyjaśniać, ale proszę sobie wyobrazić, że dzieci, które trafiają do rodzin zastępczych, nie rzucają się nikomu na szyję i nie dziękują, że ktoś je wziął.

A co robią?

Zwykle zaczynają od odreagowywania na dorosłych całej swojej złości do świata. To pierwsze wyzwanie, które trzeba wziąć na klatę. Takie dzieci potrzebują przytulania i zrozumienia, ale zaraz po tym mogą wybuchnąć złością. Niewiele to ma wspólnego z wdzięcznością. Na początku mają ogromne pragnienia. Bywają roszczeniowe, bo w ten sposób próbują sobie zrekompensować pewne braki. Oczekują, że teraz zaspokojone zostaną wszystkie ich potrzeby: najlepsze ubrania, nowe zabawki, dużo jedzenia. Chcieliśmy zrozumieć ten mechanizm, zaczęliśmy się więc intensywnie szkolić. Ostatecznie poświęciliśmy na to wiele lat. Choć gdy zaczynaliśmy, byliśmy już po pięćdziesiątce. Okazało się, że wcale nie jest tak łatwo pomóc dzieciom po porzuceniu i po traumach. Pierwszy rok to był koszmar. Zastanawialiśmy się, czy nie zrezygnować, bo okazało się, że to jest inny świat. Ja tu wielka instruktorka, własne dzieci wychowane, a na te w pieczy zastępczej nie działały żadne nasze dotychczasowe metody. Nic! Nie uczyły się, nie sprzątały, a do tego jeszcze kłamały, kradły i robiły wiele znacznie gorszych rzeczy. No po prostu dramat! Przez cztery lata zrealizowaliśmy z mężem prawie pięćset godzin szkoleń. Robiliśmy to na zmianę. Ja wracałam ze szkolenia, mąż wyjeżdżał. Kiedy w końcu poznaliśmy przyczyny zachowań tych dzieciaków, było już dużo łatwiej, bo nie patrzyliśmy na to, co robią, ale zastanawialiśmy się, d l a c z e g o to robią.

Co to znaczy?

Ta sama reakcja może mieć zupełnie różne przyczyny. Wyobraźmy sobie dwoje dzieci, które w trudnej sytuacji używają agresji: kopią, biją, krzyczą. Ale jedno robi to dlatego, że chce się zemścić, a drugie ze strachu. Zdaliśmy sobie sprawę, że najważniejsze jest, żeby docierać do źródła problemu. Nie reagować na skutek, tylko znaleźć powód takich zachowań i pracować nad ich zmianą.

Co było najtrudniejsze na początku Państwa pracy?

Nierzadko to była praca u podstaw. Bo dzieci, które do nas trafiały, często nie miały podstawowych umiejętności.

To znaczy jakich?

Właściwie wszystkich, jakie można sobie wyobrazić. Z dziedziny kultury, edukacji, a nawet higieny. Nie wiedziały, jak uruchomić spłuczkę, zrobić pranie, a nawet zaparzyć herbatę.

Jak to możliwe?

Możliwe! I do tego jako opiekunowie nie powinniśmy się temu dziwić ani lamentować: „Jak możesz tego nie wiedzieć?!”. Te dzieci i tak czują się inne, gorsze, nie można im o tym na każdym kroku przypominać. Bo najbardziej potrzebują akceptacji. Przy tych wszystkich swoich brakach. Trochę to trwało, zanim dogoniły peleton, ale jedne równały do drugich i po kilku tygodniach, czasem miesiącach, zaczynały się uczyć i radzić sobie w nowym otoczeniu. Potem wiele z nich wszystko potrafiło już zrobić samodzielnie. Czasem nawet lepiej niż ja!

A co z Państwa biologicznymi dziećmi? Nie bywały zazdrosne?

Część była już wtedy na swoim. Zostało dwoje najmłodszych. Starsza córka od razu odnalazła się w tej nowej rzeczywistości i zaczęła pomagać. Wraz z kuzynami organizowała zabawy, aby swoje nowe, przybrane rodzeństwo uczyć podstawowych zasad. Mimo to, kiedy tylko się dało, pytała: „Mamo, naprawdę można się tak zachowywać…?”. Jedynie ona potrafiła się z nimi skutecznie uczyć i cierpliwie tłumaczyć im pewne podstawy. Była dla nich autorytetem, a przy tym jednym z nich. Żaden fachowiec z dyplomami z psychologii czy pedagogiki nie potrafił tak z nimi rozmawiać.

A jak Państwu udawało się do nich dotrzeć?

Najważniejszą i najskuteczniejszą metodą była rozmowa. Siadaliśmy więc razem przy stole, ze wszystkimi domownikami, i ustalaliśmy zasady. „To jest wasz dom. Jaki on ma być waszym zdaniem, żeby każdemu dobrze się tutaj żyło?” – pytaliśmy. Co ciekawe, chociaż te dzieci pochodziły z różnych zdemoralizowanych środowisk, zawsze chciały dobrze. One tylko nie potrafiły tego realizować w praktyce. Ustalaliśmy zatem wszystko wspólnie, punkt po punkcie.

A co, jeśli ktoś nie będzie przestrzegał tych zasad?

No właśnie, te dzieci też o to pytały, a my pytaliśmy je. „Powinien ponosić konsekwencje!” – odpowiadały zgodnie.

I były konsekwencje?

Konsekwencje były, ale nie kary. I to tylko wtedy, kiedy ktoś naprawdę przekroczył granice. Za inne występki nie, bo wszyscy wiedzieli, że to jest ich czas na naukę i mają prawo popełniać błędy. Ciągle im powtarzałam: „Tu macie przestrzeń na rozbieg, ale kiedy wyjdziecie z tego domu, jako dorosłe osoby, nikt nie da wam już taryfy ulgowej”.

Udało się pomóc tym dzieciom?

Nie wszystkim, a już na pewno nie tak, jak byśmy chcieli. Ale mieliśmy wychowankę, która przed osiemnastym rokiem życia wróciła z dwuletniego odwyku, zrezygnowała z nałogów i życia na krawędzi. Już jako dorosła osoba skończyła liceum, zdobyła pracę, a teraz jest wspaniałą żoną i matką.

Wszystkie dzieci są już na swoim. Nie brakuje ich Pani?

Wiele z nich wracało jeszcze po tym, jak doświadczyły dorosłego życia. Wracały do swoich pokoi i zostawały nawet na kilka lat. Pisały maturę, kończyły jakieś kursy, a nawet szły na studia. Dziś też nam się nie nudzi, bo wciąż mamy do opieki wnuki – te biologiczne i te „zastępcze”.

Czego nauczyły Panią te doświadczenia?

Kiedyś usłyszałam: „Chcecie pracować nad sobą? Zostańcie rodziną zastępczą, to wymusi pracę”. I tak z biegiem lat, kiedy tworzyliśmy rodzinny dom dziecka, poznaliśmy każdą swoją słabą stronę, bo te dzieci obnażały wszystko. To nie był spacer po łące. Człowiek rezygnuje z własnego życia, ale robi coś, co ma wartość. Wiele razy chcieliśmy się wycofać. Ale to nie takie proste, bo to nie sklep, gdzie można złożyć reklamację. W okresie dojrzewania niektóre z tych dzieci naprawdę jechały po bandzie. Wiedzieliśmy jednak, że trzeba je przez ten czas prowadzić za rękę, a czasem przeczekać, bo one muszą odreagować. Teraz uczę tego na warsztatach umiejętności rodzicielskich, podczas których opieram się na wiedzy i ustaleniach Adele Faber i Elaine Mazlish, autorek książek z serii Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały, i wielu innych ekspertów z dziedziny psychologii. To, że ich rady działają, mam już przetestowane na własnych dzieciach i na dzieciach „szczególnej troski”, którymi się zajmowałam. W warunkach normalnych i ekstremalnych. Opieram się na teorii, ale mówię o jej zastosowaniu w praktyce. Może właśnie dlatego moje warsztaty przynoszą jakieś efekty, bo wierzę w to, czego staram się uczyć innych, a wierzę, bo tego doświadczyłam. Na tych warsztatach rodzice uświadamiają sobie, że każdy popełnia błędy i że pewne rzeczy można zrobić lepiej. Nie da się idealnie, ale można lepiej.PRZEDMOWA

Zatrzymajmy się na chwilę przy tytule naszej książki: „Mamo, tato, nie musicie być idealni”.

Kiedy rodzina przeżywa kryzys, trzeba zdiagnozować problem. Psycholog sporządza wtedy opinię, w której na koniec stwierdza, czy rodzic jest wystarczająco dobry¹, czy nie. I o to chodzi. Nie ma stopniowania. Ma być w y s t a r c z a j ą c o dobry! Zresztą uważam, że dzieci naprawdę nie potrzebują idealnego dzieciństwa, ale szczęśliwych rodziców. Cieszących się z macierzyństwa i ojcostwa, cieszących się życiem – zwłaszcza w dzisiejszych czasach. Dlaczego jest tyle depresji u dzieci? One patrzą na tych rodziców, którzy nie potrafią się cieszyć. Pracoholików, którzy każdą wolną chwilę spędzają z telefonem w ręku i wciąż załatwiają jakieś sprawy… Dorosłych pędzących ciągle za czymś, a nie do domu, do dzieci. Jak one to widzą, to wiele z nich wcale nie chce dorastać. Tylko nie mają wyjścia… Kiedyś moja wychowanka, która będzie wkrótce magistrem psychologii, powiedziała mi w dniu imienin: „Ciociu, życzę ci, żebyś była zawsze uśmiechnięta. Ale nie tylko buzią! Żebyś nareszcie zaczęła śmiać się oczami”. A był to czas, kiedy zginęła nasza córka i rzeczywiście przez długi czas śmiałam się jedynie buzią…

Co sprawia, że rodzice nie cieszą się swoimi obowiązkami, nie czerpią satysfakcji ze swojej roli?

Bo wciąż uważają, że nie odgrywają swojej roli wystarczająco dobrze. Lepiej czują się jako menadżerowie czy urzędnicy. W pracy im wychodzi, to tam angażują swoje zasoby. Dużo osób ma do siebie pretensje, że nie nadąża, że chce, ale się nie udaje. Tymczasem podstawą bycia dobrym rodzicem jest lubienie samych siebie. Ze wszystkimi zaletami i wadami.

Uważa Pani, że rodzice nie akceptują się w swojej roli?

Oczywiście, nie akceptują samych siebie, bo czują, że są niedoskonali. Mają mnóstwo kompleksów, niepewności, wyrzutów sumienia i żalu. I ciągle powtarzają sobie w głowie: „Mogłabym/mógłbym inaczej”. I niewiele z tym robią, bo nie są w stanie. Ale pretensje do siebie mają. Czy ktoś, kto ciągle ma do siebie pretensje, będzie dobrym ojcem czy dobrą matką? Jak? Jeśli on(a) jest cały czas na siebie wściekły(-ła)? A co potem? Chwila nieuwagi. Zdarzy się jemu czy jej wybuchnąć z byle powodu, krzyknąć na dziecko, no to ma bezsporny dowód, że słusznie się na siebie złości.

To musi być koszmarnie obciążające, ale na pewno można coś z tym zrobić.

Możesz przyznać sobie w duchu, że rzeczywiście nie ze wszystkim sobie radzisz. Ale nie tylko ty! Nie ma idealnych rodziców. Znajdź zatem swoje mocne strony, skoncentruj się na nich i je wykorzystaj. Panowie często mówią, że mają „krótki lont”. Dobrze, to powiedz to dzieciom, że szybko się denerwujesz i nie zawsze sobie z tym radzisz. Że to nie jest ich wina i że z góry je przepraszasz, jeśli czasami wybuchniesz za szybko. I one to zrozumieją, a przy okazji nie będą siebie obciążać, że tata denerwuje się z ich winy…

Możesz przyznać sobie w duchu, że rzeczywiście nie ze wszystkim sobie radzisz. Ale nie tylko ty! Nie ma idealnych rodziców. Znajdź zatem swoje mocne strony, skoncentruj się na nich i je wykorzystaj.

Jak uwolnić się od perfekcjonizmu?

Przyjrzeć się swoim reakcjom w trudnych sytuacjach i się odciążyć. Jeżeli dziecko płacze, jest niegrzeczne, to nie jest twoja wina. To naturalne. Ono płacze, bo nie zna innego sposobu komunikacji. Jest labilne emocjonalnie i nie zawsze wie, co się z nim dzieje. Nie rozumie, że zamiast płakać, krzyczeć, wkurzać się, robić sceny, rzucać się na podłogę, może powiedzieć, że z czymś się nie zgadza albo nie ma na coś ochoty. Nawet jeśli jest starsze. Nie dlatego, że ty jesteś złym rodzicem, tylko dlatego, że twoje dziecko sobie nie radzi.

Dlaczego sobie nie radzi?

No bo ma taki temperament, potrzebuje akceptacji i zrozumienia. Ty też tego potrzebujesz. Pewne sytuacje u ciebie również mogą wzbudzać jakieś negatywne reakcje, ale uświadamiasz to sobie dopiero w momencie, kiedy to się dzieje, i jeśli w porę to wyłapiesz, łatwiej ci będzie to przerwać.

Z czym nie radzą sobie rodzice?

To już znacznie szerszy temat. Na pewno strasznie wyniszczające jest porównywanie się. Patrzenie z zazdrością, kto ma lepiej, i dążenie do tego, aby mieć tak samo. Potem nieświadomie przekazujemy takie mechanizmy dzieciom. A one wymuszają na nas markowe ciuchy, najnowsze modele telefonów i wczasy w zagranicznych kurortach.

Niektórzy robią to z własnej woli. Jeśli ich stać, to chcą, aby ich dziecku było lepiej. Żeby ono miało to, czego oni nie mieli…

To oczywiste, że wszyscy rodzice do tego dążą, ale to nie może być najważniejszy cel. Jak się uda, to super… Ja wychowałam się w domu pod Warszawą. Pięćset metrów od granicy miasta, bez światła, pralki, a telefon dostałam, dopiero jak byłam dorosłą kobietą.

Te czasy już nie wrócą.

Oczywiście, zgadzam się z tym. Ale to od nas zależy, w jakim stopniu korzystamy z cywilizacji. Tymczasem ludzie tak się zapędzili, że już się gubią w tym świecie. Gubią się i niestety dzieci to widzą, i brną w to samo. Moi znajomi wyjechali niedawno z trzyletnią córeczką w podróż życia. Jakaś premia się trafiła, więc wybrali Bali czy Seszele… Bardzo drogie wczasy, luksusowy hotel, wykwintne jedzenie. Wrócili, pytam, jak było, a oni załamani. Mówią: „Maria! To był najgorszy wyjazd, więcej tam nie pojedziemy. A mała była najbardziej rozczarowana. Przez dziesięć dni nie nawiązała kontaktu z żadnym rówieśnikiem. Żadnym! A to był hotel dla rodzin!”.

Dlaczego?

Też ich o to zapytałam! Stołówka duża, przy każdym stoliku rodzina. I co? Wszystkie dzieci, poczynając od tych, co ledwie trzymają widelec w ręku, a kończąc na nastolatkach, siedziały z tabletami. Rodzice tylko talerze podsuwali. Mogło tam być najgorsze świństwo, a te dzieci by to zjadły, bo nawet nie wiedziały, co jedzą. Ta ich córeczka biegała od dziecka do dziecka, próbowała zaczepić, bo jest odważna i towarzyska. Ale bez skutku. Mało tego, po śniadaniu wszyscy szli na plażę, a te dzieciaki siedziały w wózkach, w których były zamontowane specjalne uchwyty do tabletów. Jakby to był jakiś film science fiction! To byli bogaci rodzice. Wielu ludzi chce się zachowywać jak ci bogaci, więc choćby nie było z czego czynszu zapłacić, to tablet musi być. Dlaczego nie porozmawiają z tym dzieckiem, tylko je zakorkowują ekranem, żeby mieć święty spokój?

Kiedyś też ludzie nie poświęcali dzieciom specjalnie dużo czasu. Nie było takiej technologii, ale świadomości, żeby z dzieckiem usiąść i porozmawiać, też nie. Jeszcze sto lat temu dzieci były wykorzystywane do pracy i nikt się nie roztkliwiał nad ich problemami.

Od tego czasu bardzo zmieniła się przede wszystkim rola, jaką ma odgrywać rodzina. Jeszcze sto lat temu dawała ona szansę przetrwania biologicznego. Wdowa czy sierota musiała zostać otoczona opieką rodziny, bo inaczej zginęłaby z głodu. W tej chwili zmienia się spojrzenie na życie, na świat, na rzeczywistość. Tylko jedno zmienia się bardzo powoli – metody wychowawcze. Dziś nie wystarczy dziecka nakarmić, ubrać i wysłać do szkoły. Trzeba je wyposażyć w coś więcej niż plecak z przyborami szkolnymi i kanapkę na drugie śniadanie. Tony słodyczy ani nieograniczony dostęp do internetu nie sprawią, że dziecko poczuje się kochane. Co możemy dać swoim dzieciom? Wiedzę? One często przerastają nas w tym zakresie. Dostęp do najnowszych technologii też nie zastąpi im tego, co najpotrzebniejsze – r e l a c j i! Będę to ciągle powtarzać: w obecnych czasach nie mamy nic bardziej wartościowego do przekazania swoim dzieciom.

Tylko jedno zmienia się bardzo powoli – metody wychowawcze. Dziś nie wystarczy dziecka nakarmić, ubrać i wysłać do szkoły. Trzeba je wyposażyć w coś więcej niż plecak z przyborami szkolnymi i kanapkę na drugie śniadanie.

Dawniej rodzice nie budowali relacji ze swoimi dziećmi?

Budowali, ale na innych fundamentach. Co innego było ważniejsze – przetrwanie! Instynkt zachowania gatunku. Teraz też potrzebny jest nam taki instynkt, żebyśmy przetrwali. Ale potrzebne nam są do tego właśnie relacje. Współczesny człowiek potrzebuje ich teraz najbardziej na świecie. Bo człowiek jest istotą społeczną. Musi mieć więzi. Nie dacie ich wy, to kto da? Świat wirtualny! Tam, gdzieś po drugiej stronie światłowodu, w końcu znajdzie się ktoś, kto to dziecko zrozumie. Pyk, włączam i tu, w realnym życiu, już mnie nie ma. Jak nie pokażemy, jaką wartość mają prawdziwe relacje, to stracimy swoje dzieci. W pewnym momencie będzie zwyczajnie za późno.

Od czego zacząć budować relacje?

Żeby zbudować relację z dzieckiem, trzeba się nauczyć za nim podążać. Poznawać je, pytać, czego potrzebuje, w czym można mu pomóc. Jedno dziecko jest nieśmiałe i wycofane. Nie puści tak szybko mamusinej czy tatusiowej nogawki. Trzeba z nim będzie powoli przechodzić kolejne etapy. Towarzyszyć mu, ale go nie wyprzedzać, żeby samo powoli wchodziło w świat i nabierało odwagi. Inne okaże się nadpobudliwe, to rodzic będzie je musiał nauczyć, jak może się wyciszać. Mama czy tata nie może go ciągnąć za rękę dlatego, że wydaje mu się, że najlepiej wie, gdzie to dziecko chce iść, co robić i z kim się bawić. Rodzic powinien je raczej stymulować, obserwować, jak się zachowuje. Ale uda mu się to zrobić tylko wtedy, gdy będzie dwa kroki za nim. Poza tym r o z m a w i a ć, nigdy nie zapominać o rozmowie.------------------------------------------------------------------------

¹ Termin „wystarczająco dobra” matka pochodzi od Johna Bowlby’ego, brytyjskiego psychologa i psychoanalityka. Odnosi się do koncepcji opieki rodzicielskiej, która odgrywa kluczową rolę w rozwoju stylów przywiązania u dziecka. Wystarczająco dobra matka (lub inny opiekun) jest w stanie odczytywać potrzeby dziecka i odpowiednio na nie reagować, co sprzyja tworzeniu się spójnego, prawdziwego „ja” i kształtowaniu się bezpiecznego stylu przywiązania. Istotna różnica między tym podejściem a nadmierną opieką, albo wręcz przeciwnie – ignorowaniem potrzeb dziecka, sprowadza się do skupiania się na jakości reakcji, a nie dążeniu do ideału.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij