Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Mapa pragnień - ebook

Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
11 maja 2026
42,00
4200 pkt
punktów Virtualo

Mapa pragnień - ebook

Przystojny nieznajomy, gra pełna emocji i miłość, która zmienia wszystko.

Wyobraź sobie, że twoim przeznaczeniem jest uratować siostrę, ale ona umiera i tym samym powód, dla którego przyszłaś na świat, znika. Właśnie to przytrafia się Grace Peterson. Zawsze czuła się niewidzialna, a teraz dodatkowo traci sens istnienia. Monotonię jej życia przerywa „Mapa pragnień”. Zgodnie z instrukcją, najpierw musi odnaleźć niejakiego Willa Tuckera, a następnie wyruszyć z nim w podróż – prosto do serca pełnego słabości i zapomnianych marzeń, pragnień i niespodziewanych uczuć. Tylko jak się poruszać w gąszczu sekretów?

Przeczytaj, zanim obejrzysz serial na platformie Netflix!

Kategoria: Dla młodzieży
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68625-58-5
Rozmiar pliku: 3,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

1

MAM NA IMIĘ
GRACE

Czasami kładę się na łóżku, zamykam oczy i wyobrażam sobie początek mojego życia. Widzę najszybszy plemnik, który z werwą dociera do jajowodu. Poruszając witką, toruje sobie drogę, po czym przebija błonę plazmatyczną i wnika do upragnionego jajeczka. I wtedy, po zapłodnieniu, na scenie pojawiam się ja. Nie mam jeszcze oczu ani ust, ani kończyn, ale istnieję.

Jest to istnienie, które ma swój cel.

Większość znanych mi ludzi zastanawia się, po co przyszli na ten świat, jaka jest ich misja albo czy ich życie ma sens. Nie mogę udzielić im odpowiedzi, ale mój cel był oczywisty od samego początku, tak jak to, że trawa rośnie, żeby karmić bydło, albo że pszczoły zapylają wszystko z niestrudzonym zapałem. Tak więc za każdym razem, kiedy w szkole miałam się przedstawić albo napisać wypracowanie na temat swojej rodziny, zawsze zaczynałam w ten sam sposób: „Nazywam się Grace Peterson i urodziłam się po to, żeby uratować moją siostrę”.

Dziadek często powtarza, że przyszłam na świat w pelerynie superbohaterki. W fioletowej pelerynie, rzecz jasna. Powiewała mi za plecami, chociaż nikt inny nie mógł jej dostrzec – nawet położna, która pierwsza wzięła mnie na ręce. Chociaż po urodzeniu darłam się wniebogłosy, jestem pewna, że wszystkich bardziej interesowało coś innego: cenna pępowina wypełniona krwią. Jej komórki macierzyste lekarze mieli przeszczepić Lucy, aby wyleczyć ostrą białaczkę szpikową, którą zdiagnozowano u niej, kiedy miała półtora roku.

Dorastając, nigdy za dużo o tym nie myślałam, ale sądzę, że dzięki temu utworzyła się między nami głęboka więź, chociaż nie mogłyśmy bardziej się od siebie różnić. Moja siostra była urocza i wszyscy mówili, że jej uśmiech jest szczery i zaraźliwy; lekarze ją uwielbiali, mama zwracała się do niej słowami „moje słoneczko”, a kiedy stan zdrowia pozwalał jej chodzić do szkoły, wszyscy w klasie się nią zachwycali. „Błyszczysz, Lucy – zapewniał ją tata. – Jesteś jak migocząca gwiazda”.

A kto by nie chciał, żeby porównywano go do gwiazd, księżyca, ciał niebieskich, konstelacji czy fascynujących i nieskończonych galaktyk?

Na przykład ja.

Ja, która od zawsze bardziej przypominałam czarną dziurę: nikt mnie zbyt dobrze nie rozumie, choć teoretycznie to, co robię, ma sens, i nawet sama dla siebie jestem zagadką z polem grawitacyjnym, które nie pozwala uciec żadnej cząsteczce.

Tak więc z dala od blasku Lucy muszę się nieustannie zmuszać do uśmiechu. „To tak, jakbym miała usta z kartonu”, wyznałam kiedyś dziadkowi. A on, tuląc mnie do snu, powiedział: „Wiesz, że karton mięknie, kiedy polejesz go odrobiną wody? Powinnaś spróbować, Grace. Zobaczymy, co się wtedy stanie”. Wstyd mi się przyznać, ale nigdy nie wkładałam w to zbyt wiele wysiłku. Jednak mam swoje powody: świat to nieprzyjazne miejsce. Nie potrafię wyobrazić sobie życia jako daru, postrzegam je jako kamienistą ścieżkę pełną bólu, niesprawiedliwości, chorób i różnych trudów.

Powiedziałam o tym Lucy pewnej bezsennej zimowej nocy, kiedy płatki śniegu wirowały za oknem, a ona wstała, żeby pójść po szklankę wody. Nasze pokoje znajdowały się naprzeciwko siebie, więc kontrast mocno rzucał się w oczy – jej narzuta na łóżko była różowa, a moja fioletowa; ona wciąż trzymała pluszaki z dzieciństwa, a ja wyniosłam wszystkie na strych; ona miała na ścianach pastelowe obrazki, a u mnie wisiały pocztówki z fotografiami Vivian Maier oraz karteczki z pojedynczymi słowami, na punkcie których miałam obsesję.

– Lucy, nie rozumiem życia.

– Co masz na myśli?

– Jest przereklamowane.

Postawiła szklankę na mojej szafce nocnej, a ja zrobiłam jej miejsce na łóżku. Miała zimne dłonie. W ciemności ledwie widziałam jej sylwetkę, ale wyobrażałam sobie jej blond włosy rozrzucone na poduszce, bladą skórę, worki pod oczami i opuchniętą od leków twarz, która kontrastowała z chudymi jak u flaminga nogami.

– Może problem polega na tym, że próbujesz je zrozumieć. Życie to nie łamigłówka, Grace. Uwierz mi, wiele razy się nad tym zastanawiałam. Często myślałam o życiu jak o grze, ale to bez sensu, bo nie istnieje żadna instrukcja ani taktyka, chodzi tylko o to, by rzucać kostką i patrzeć, co wypadnie.

Nie było nic, co Lucy kochałaby bardziej niż wszelkie gry planszowe. Ma to swoje wytłumaczenie: szpital był jej drugim domem, więc żeby mieć zajęcie, czas spędzała z talią kart albo najnowszą planszówką, którą ktoś jej podarował. W mojej rodzinie wszyscy jesteśmy doświadczonymi graczami, ale ona nie miała sobie równych.

„Mam bardzo dobrą pamięć i sporo czasu na myślenie”, mówiła zwykle, kiedy pytałam, jak to możliwe, że odgaduje każdy mój ruch. Zamiast odpowiedzieć, po prostu ponownie ustawiałam figury szachowe.

Nie dało się oddzielić Lucy od jej choroby; to tak, jakby wziąć kilka tubek farby olejnej, wymieszać je, a następnie próbować przywrócić poszczególne kolory. Obie tworzyły pnącze z kwiatami i kolcami: czasami wiosna wygrywała batalię i Lucy lśniła przez pewien czas, ale wcześniej czy później i tak wracała zima.

– Powinna być już zdrowa – mówił tata.

Gwoli ścisłości, w zasadzie była. Wyzdrowiała. Ale kilka miesięcy później zdiagnozowano u niej GVHD, chorobę przeszczep przeciwko gospodarzowi. To poważne powikłanie po przeszczepie allogenicznym, które sprowadzało się do nieustającej walki moich komórek z układem odpornościowym Lucy. Podawano jej kortykosteroidy i leki immunosupresyjne, żeby nie dopuścić do odrzucenia przeszczepu, ale z drugiej strony jej odporność tak się obniżyła, że moja siostra ciągle była narażona na różne zakażenia oportunistyczne, od zapalenia płuc po liczne infekcje układu moczowego.

Kiedy o tym mówiono, mogłam myśleć jedynie o wijących się robakach.

Najbardziej zdumiewało mnie to, że Lucy mimo wszystko nie była wściekła na świat z powodu tego, co jej się przytrafiło. Im bardziej akceptowała swoją chorobę, tym bardziej wkurzało mnie, że to robi. Zawsze towarzyszyło mi to jedno najważniejsze pytanie: „Dlaczego?”. Dziadek mówi, że już od najmłodszych lat było widać, że to się stanie problemem, bo bardzo intensywnie przeżywałam okres, w którym dzieci zadają miliony pytań. „Dlaczego nie mogą istnieć nowe kolory?”, „Dlaczego krowy mają czarne łaty, a nie fioletowe?”, „Dlaczego wszyscy chłopcy w klasie mają krótkie włosy?”, „Dlaczego korniszony nazywa się korniszonami?”, „Dlaczego woda w morzu jest słona?”.

Na ścianie w moim pokoju do dziś wisi pierwsza zapisana przeze mnie karteczka, na której można przeczytać: „DLACZEGO?”. Wszystkie inne słowa zmieniały się z biegiem lat; był taki czas, kiedy miałam obsesję na punkcie przymiotnika „żwawa”, później z kolei nie mogłam przestać się zachwycać pięknem, jakie kryją w sobie wyrazy „bakłażan”, „skarabeusz” czy „bugenwilla”. Moja ściana jest jak wąż, który zmienia skórę.

Jednak najważniejsze pytanie pozostaje. Nieważne, ile czasu mija, ono potrafi przetrwać na deszczu, niestraszne mu mrozy ani upały. Jest niezmienne.

„Dlaczego Lucy musiała zachorować?”.

Każdy mógłby powiedzieć: „Bo tak, bo takie jest życie, bo świat to przypadkowe i chaotyczne miejsce, nie obowiązują w nim reguły ani statystyki. Więc przestań już o tym myśleć, zerwij tę przeklętą karteczkę z tej przeklętej ściany i pogódź się z tym raz na zawsze”.

Ale ponieważ ja to nie każdy, obstaję przy swoim.

Czy to było jej pisane? Czy w rozległym wszechświecie istnieje jakiś sekretny kod dla każdego z nas, równie skomplikowany co samo DNA? Czy moglibyśmy zmienić nasze przeznaczenie, gdybyśmy zdołali przewidzieć, co się stanie w przyszłości? Czy to możliwe, że jakiś wyższy, boski byt postanawia, że dwuletnia dziewczynka zasługuje na to, by zmierzyć się z rakiem, powodzią, głodem czy innym podobnym nieszczęściem?

Mama opowiedziała mi kiedyś, jak to się wszystko zaczęło: od wybroczyn. Mały brzuszek Lucy zapełnił się czerwonawymi plamkami, a później pojawiły się siniaki. „Przewróciłaś się?”, zapytała ją mama. „Nie”, odpowiedziała. „Jakieś dziecko uderzyło cię w parku?”. A ona znów zaprzeczyła ruchem głowy. Po rutynowej wizycie u pediatry trafiła do szpitala, gdzie zaczęto jej robić badania.

Diagnoza była szybka. Chemioterapia też. Oraz moje triumfalne przyjście na świat, z tymi wszystkimi nadziejami pokładanymi w komórkach.

Szczęście trwało krótko.

Patrząc wstecz, wydaje mi się, że dorastałam w opuszczonym pałacu, który się zawalił i obrócił w hałdę gruzu.

Moi rodzice poznali się na imprezie zorganizowanej przez firmę, w której pracowali. Wyobrażam sobie, że w tamtym okresie salon wyimaginowanego pałacu prezentował się w całej okazałości, z żyrandolami i ścianami pokrytymi tapetą, a oni tańczyli na środku: on zawsze był bardzo atrakcyjnym mężczyzną (sąsiadki i przyjaciółki mamy ciągle to powtarzały), a ona była niebywale inteligentna. Razem tworzyli duet idealny – kiedy się ze sobą związali, w ogrodzie organizowali grille i byli uważani za „interesującą parę”. Niewiele przychodzi mi do głowy wspanialszych komplementów niż właśnie ten: być interesującym.

Oboje byli agentami nieruchomości.

Tata oczarowywał kupujących życzliwością, idealnym, śnieżnobiałym uśmiechem, pewnością siebie i tą uwodzicielskością w stylu lat pięćdziesiątych, którą emanował bez wysiłku.

Ale mama była znacznie lepsza. Miała ksywkę „Rekin”. Kiedy klienci wpadali w jej sidła, z miejsca stawali się ofiarami. Każdy dom potrafiła powiązać z potencjalnymi nabywcami. Sprzedawała domy w ruinie, te uważane za nawiedzone, a nawet parę takich, w których popełniono morderstwa. Dwa razy z rzędu została wybrana najlepszą agentką nieruchomości w całym stanie, a podczas bożonarodzeniowych bankietów w mieście zawsze olśniewała.

Wraz z przyjściem Lucy na świat Petersonowie stali się małżeństwem idealnym. Do momentu, aż w ich życiu zagościło słowo „rak” i pojawiły się pierwsze rysy. Kiedy się urodziłam, szkodę dało się jeszcze naprawić. Ale w miarę jak stan zdrowia mojej siostry się pogarszał, szczelina stawała się coraz większa, a mama przestała być gwiazdą firmy i musiała się zadowolić grą w _Monopoly_ w szpitalu, kiedy Lucy czuła się lepiej. Odeszła z pracy. Przestała śpiewać rankiem podczas parzenia kawy. Przestała się spotykać z przyjaciółkami. Przestała przeglądać się w lustrze. Porzuciła wszystko.

Jak już wspomniałam, czasami w szkole proszono nas, byśmy napisali wypracowanie o naszej rodzinie, skupiając się na jakimś wyjątkowym dniu, albo żebyśmy stworzyli rysunek. Najbardziej wyróżniającą się postacią mojego dzieła sztuki zawsze była postać dziadka: przedstawiałam go większego niż rodziców, ponieważ właśnie taką rolę odgrywał w moim życiu. Lucy często rysowałam ze słońcem nad głową i leżącą bezwładnie na łóżku. A obok stałam ja: malutka, niemal nic nieznacząca, kolorowa smuga, która mogłaby pozostać niezauważona.

Kiedy masz chorą siostrę, siłą rzeczy uczysz się radzić sobie w pojedynkę. Nie czekasz, aż rodzice przeczytają ci bajkę na dobranoc albo przyjadą na twoje najbliższe zawody łyżwiarskie, bo prawdopodobnie będą zajęci, starając się, żeby druga córka nie umarła z powodu infekcji.

Nie pamiętam, kiedy dokładnie uświadomili sobie, że udawanie rodzinnej normalności to żałosna utopia. Czasami zdarzały się dobre okresy, kiedy Lucy mogła nawet chodzić do szkoły i wtedy wszyscy czuliśmy się tak, jakbyśmy zastygli w środku idealnego obrazu Edwarda Hoppera przedstawiającego absurdalnie codzienny moment, lecz nigdy nie trwał on zbyt długo. Zawsze przychodził nawrót choroby i szpital stawał się centrum dowodzenia podczas bitwy, mama była wtedy w ciągłej gotowości, a tata pracował coraz dłużej, by pokryć koszty leczenia i odizolować się od bólu.

A gdzie w tym równaniu byłam ja?

Oczywiście u dziadka, który mieszkał kilka przecznic od naszego domu. Kiedy myślę o swoim dzieciństwie, widzę ciemny dwuspadowy dach, gniazda uwite przez ptaki na widocznym z okna w salonie drzewie, którego liście opadały z dnia na dzień wraz z nadejściem jesieni. Pamiętam to, ponieważ uwielbiałam po nich skakać i słuchać, jak szeleszczą pod stopami. Kawałek dalej Henry Tallon, jak zwracali się do niego wszyscy na osiedlu, obserwował mnie w milczeniu, siedząc na schodach ganku i popijając kawę. Nigdy nie był gadułą, żywił niezłomne przekonanie, że „tak” i „nie” są zupełnie wystarczające, żeby odpowiedzieć na wszystko i nie lubił strzępić sobie języka. Nadal posiada tę praktyczność, którą moje pokolenie całkiem utraciło. To znaczy idzie kupić sobie buty dopiero wtedy, kiedy stare się zniszczą, albo gdy nadchodzi sezon na dynie, przyjmuje je, ponieważ czuje się w obowiązku nigdy nie odmawiać tego, co oferują mu szczodrzy sąsiedzi, więc na stole lądują potem krem dyniowy, ciasta i ciastka dyniowe, piwo dyniowe, mięso nadziewane dynią, pankejki dyniowe z miodem, a nawet spaghetti z dynią.

Ale kiedy o nim myślę, widzę także, jak zabiera mnie na lodowisko albo odprowadza na przystanek szkolnego autobusu. I jak podarowuje mi mój pierwszy aparat fotograficzny. Albo jak uczy mnie jazdy na rowerze, co wyglądało mniej więcej tak:

– Mam postawić nogi na pedałach?

– Tak.

Zrobiłam to. Zdołałam przejechać metr, po czym wywaliłam się na końcu ulicy. Dziadek złapał mnie za łokieć, żeby pomóc mi wstać.

– Dobrze mi poszło?

– Nie.

– Spróbuję jeszcze raz.

– Tak.

– To jest hamulec?

– Tak.

– Dobrze.

I za sprawą kilku „tak” i „nie” nauczyłam się kontrolować równowagę. Od tamtej pory jeżdżę rowerem po Ink Lake, nieważne, czy jest zima, czy lato. Zawdzięczam to dziadkowi, podobnie jak wiele innych rzeczy. Nie żeby rodzice nie pragnęli w tym wszystkim uczestniczyć, po prostu zawsze mieli coś ważniejszego do zrobienia. Wyobraź sobie, że musisz zdecydować, czy spędzić popołudnie ze swoją umierającą córką, którą właśnie intubowano z powodu kolejnej komplikacji, czy pojeździć na rowerze z drugą córką. Szala była przechylona, jeszcze nawet zanim wpisano moje imię do aktu urodzenia.

Tak więc przywykłam do życia w cieniu, za kulisami.

Jeśli nie hałasujesz, jeśli nauczysz się poruszać na palcach, to nadchodzi taki moment, w którym stajesz się niewidzialna nawet wtedy, gdy patrzysz na siebie w lustrze. „Kim jesteś?”, pytałam siebie czasami, wpatrując się w swoje odbicie w wieku dwudziestu dwóch lat. Odpowiedź powtarzała się w mojej głowie, kiedy na przykład wracałam do domu w środku nocy i nie zastawałam nikogo, albo był tam tata, ale nawet nie zadawał sobie trudu, żeby mnie ochrzanić. Nigdy nie byłam sama: towarzyszyły mi o dwa drinki za dużo i dusząca samotność.

Padałam na łóżko z tamtym przekonaniem. „Nazywam się Grace Peterson i urodziłam się...” – Chwytałam słowa, które fruwały niczym ważki – „... urodziłam się po to, żeby...” – Zapisywałam je na karteczkach, szukałam pinezek, przybijałam je do ściany, żeby mi nie uciekły. – „...uratować moją siostrę”. I w końcu, kiedy po drugiej stronie okna wschodziło słońce, ogarniał mnie sen. Spałam spokojnie. Mogłam spać spokojnie, ponieważ moje poczucie pustki malało, kiedy przypominałam sobie, że mimo wszystko jestem dziewczyną, która zdołała zmienić czyjeś życie, rzucić wyzwanie przeznaczeniu, zostać bohaterką historii.

W świecie fantazji stałam na scenie w świetle reflektorów, zachwycona publiczność biła brawo, a Lucy patrzyła na mnie z szerokim uśmiechem i wyciągała rękę, żeby chwycić moją dłoń. Jednak akurat w chwili, gdy jej palce muskały opuszki moich palców, bajka zamieniała się w koszmar i ona zaczynała się rozpływać, jakby była stworzona z dymu: fioletowe spirale falowały i ona nagle znikała.

„Nazywam się Grace Peterson i urodziłam się po to, żeby uratować moją siostrę”.

Co się w takim razie dzieje, kiedy powód twojej egzystencji kończy pod ziemią z ponad stukilogramowym granitowym nagrobkiem w ciemnoszarym kolorze?

Dzieje się to, że dryfujesz pośrodku oceanu. Dzieje się to, że czujesz, jak unosisz się nad ziemią, a jednocześnie nosisz plecak wypełniony kamieniami. Dzieje się to, że świat wokół ciebie się zniekształca niczym fatamorgana na drodze w upalny dzień. Dzieje się to, że strach wygrywa starcie z rozumem. Dzieje się to, że wszystko zamiera.

Tak więc teraz Lucy nie żyje.

A ja już nie wiem, kim jestem.

------------------------------------------------------------------------

ZAPRASZAMY DO ZAKUPU PEŁNEJ WERSJI KSIĄŻKI

------------------------------------------------------------------------
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij