Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Marcowy drink - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
26 sierpnia 2026
30,99
3099 pkt
punktów Virtualo

Marcowy drink - ebook

MARCOWY DRINK-początek erotycznej sagi, mieszanka wybuchowa DOTYKU CROSSA i poruszającego LISTU W BUTELCE. PATRYK RAIZER to właściciel sieci siłowni. A do tego bajerant z idealnie wyrzeźbionym ciałem, marzenie niemal każdej kobiety. Gdy na jednej z imprez traci na chwilę kontrolę, dostrzega tajemniczą nieznajomą, która sprawia, że może tej kontroli już nigdy nie odzyskać. W końcu jednak alkohol wyparowuje z głowy, a wraz z nim wizja lady in red. SARA BEREZOWSKI jest fotografką z bogatym doświadczeniem i renomą na rynku. To silna, niezależna kobieta, a przy tym samotna matka. Córka i praca są jej całym światem, z którego już dawno wyrzuciła wszystkich mężczyzn. Kiedy jednak do jej studia wpada facet z gładką gadką i bez zahamowań, w dodatku nieznośnie pewny siebie i nieziemsko przystojny, jej umysł i ciało zaczynają wariować, a przyrzeczenie sprzed lat staje się mgliste.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Erotyka
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788398068710
Rozmiar pliku: 642 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ 1

W po­miesz­cze­niu pa­no­wał gwar. Wiel­kie na całą ścia­nę okna, przez któ­re za­zwy­czaj wpa­da­ło mnó­stwo świa­tła i za któ­ry­mi roz­po­ście­rał się wi­dok na cen­tral­ną część mia­sta, tym ra­zem były prze­sło­nię­te czar­ny­mi za­sło­na­mi. Nie wpusz­cza­ły one do środ­ka ani gra­ma pro­mie­ni sło­necz­nych. Przy ścia­nie po dru­giej stro­nie sta­ło dwóch męż­czyzn – pili kawę z eks­pre­su znaj­du­ją­ce­go się na bla­cie i ści­szo­ny­mi gło­sa­mi wy­mie­nia­li mię­dzy sobą uwa­gi. Na środ­ku prze­strze­ni sta­ła duża, czar­na ka­na­pa. Mia­ła już po­nad rok. Sia­da­jąc na niej, na­dal czu­ło się jed­nak jej in­ten­syw­ny, skó­rza­ny za­pach, jak­by ku­pio­no ją za­le­d­wie wczo­raj. Za­ję­ta była przez dwie ko­bie­ty i jed­ne­go męż­czy­znę. Nie roz­ma­wia­li, a je­dy­nie z za­cie­ka­wie­niem pa­trzy­li na wprost, na sto­ją­cy na sto­li­ku włą­czo­ny lap­top, któ­ry w pa­nu­ją­cej tu ciem­no­ści bił po oczach nie­bie­skim świa­tłem. „Gło­wa pro­sto, wy­suń bro­dę do przo­du, spójrz na mnie. O tak, wła­śnie tak” – od­zy­wał się co ja­kiś czas de­li­kat­ny, ko­bie­cy głos. Był mięk­ki, ale jed­no­cze­śnie sta­now­czy.

Sły­szal­ny w tle dźwięk strze­la­ją­cej mi­gaw­ki in­for­mo­wał, iż two­rzy się coś no­we­go. „Ręce na bio­dra, stań bo­kiem, te­raz tył i od­wróć gło­wę. Okej, ale po­zo­stań w tej sa­mej po­zy­cji, nie zmie­niaj jej. Su­per”. Sara była w swo­im ży­wio­le.

Uwiel­bia­ła pra­co­wać z za­wo­dow­ca­mi, a jed­no­cze­śnie wtrą­cać coś od sie­bie. Przez te wszyst­kie lata na tyle so­lid­nie wy­pra­co­wa­ła swo­ją wła­sną re­no­mę, iż mo­gła so­bie po­zwo­lić na two­rze­nie pro­jek­tów z naj­lep­szy­mi. Mia­ła tę prze­wa­gę, że było jej dane de­cy­do­wać w znacz­nej mie­rze o tym, z kim chce pra­co­wać, a z kim nie. Nie lu­bi­ła tych, jak to ich na­zy­wa­ła, kloc­ków, któ­rym mu­sia­ła po­pra­wiać każ­dy pa­lec. Na szczę­ście ten etap mia­ła już daw­no za sobą.

Sara Be­re­zow­ski nie przyj­mo­wa­ła pry­wat­nych zle­ceń, nie pra­co­wa­ła z ro­dzi­na­mi i nie ro­bi­ła se­sji lu­dziom z tak zwa­nej uli­cy. Nie chcia­ła ba­wić się z wy­bred­ny­mi klien­ta­mi, bo­wiem już z do­świad­cze­nia wie­dzia­ła, że po­mi­mo za­wie­ra­nych z nimi umów, świa­do­mo­ści na te­mat sty­lu jej zdjęć oraz tego, w jaki spo­sób pra­cu­je i jak je ob­ra­bia, to i tak trzy czwar­te klien­tów do­ma­ga­ło się zmian i po­pra­wek. Ab­so­lut­nie tego nie to­le­ro­wa­ła. Chcia­ła two­rzyć ta­kie ka­dry, ja­kie naj­le­piej współ­gra­ły z jej ar­ty­stycz­ną du­szą. Je­śli ko­muś to nie od­po­wia­da­ło, mógł prze­cież pójść do in­ne­go stu­dia i wy­brać in­ne­go fo­to­gra­fa. Dro­ga wol­na. Na ryn­ku aż ro­iło się od pro­fe­sjo­na­li­stów w każ­dym calu, osób po stu­diach i kur­sach. Oczy­wi­ście nie bra­ko­wa­ło też tych, któ­rzy chcie­li po pro­stu za­bły­snąć w świe­cie apa­ra­to­wych fle­szy, ta­kich ama­to­rów, in­ter­ne­to­wych sa­mo­uków. Trend był pro­sty: wie­lu, za­uwa­ża­jąc, że ko­muś coś idzie, że „in­te­res się krę­ci”, pró­bo­wa­ło tego sa­me­go, ale czę­sto, nie­ste­ty, z mar­nym skut­kiem. Bez ja­kiej­kol­wiek wie­dzy, bez do­świad­cze­nia w pra­cy z ludź­mi, ogła­sza­li się jako fo­to­gra­fo­wie i ofe­ro­wa­li zdję­cia za pół­dar­mo, psu­jąc ry­nek i ucząc po­ten­cjal­nych przy­szłych klien­tów, że nie li­czy się ja­kość, a ilość. Wy­cho­dzi­li bo­wiem z za­ło­że­nia, że aby usłu­ga była za­do­wa­la­ją­ca, wy­star­czy za­ofe­ro­wać mul­tum fo­to­gra­fii, czę­sto na­wet prze­świe­tlo­nych, nie­ostrych, byle jak naj­ta­niej. A klien­ci przyj­mo­wa­li je wszyst­kie z uśmie­chem na ustach, nie wi­dząc, iż więk­szość z nich to przy­sło­wio­we obier­ki z ziem­nia­ków, któ­re w po­rząd­nej re­stau­ra­cji wy­lą­do­wa­ły­by w ko­szu.

W związ­ku z tym mia­ła już ser­decz­nie dość wy­gła­dza­nia ust pa­niom, któ­rym nie chcia­ło się użyć cho­ciaż­by błysz­czy­ka. Na­stęp­nie wręcz bła­ga­ły, by ich war­gi były po­nęt­ne i peł­ne, i aby Sara coś z tym zro­bi­ła. Mia­ła dość li­kwi­da­cji na­pi­sów z mę­skich ko­szu­lek, bo po­mi­mo wcze­śniej­szych usta­leń co do ubio­ru se­syj­ne­go pan i tak wło­żył T-shirt z logo ja­kiejś mar­ki na całą kla­tę. Po­tem żona, pra­wie pła­cząc, żą­da­ła jego usu­nię­cia, tłu­ma­cząc, że nie pa­su­je do resz­ty sty­li­za­cji ro­dzin­ki. Jak­by o tym wcze­śniej nie wie­dzia­ła. Mąż naj­czę­ściej ole­wa­ją­co pod­cho­dził do te­ma­tu, a ko­bie­ta od­pusz­cza­ła i tak wku­rzo­ne­mu na sam wjazd panu, chy­ba my­śląc, że ja­koś to bę­dzie. Za­zwy­czaj nie było. Do­brze nie było. Be­re­za krzy­wi­ła się tyl­ko z bez­rad­no­ści i klę­ła w du­chu. Mia­ła po dziur­ki w no­sie usu­wa­nia bru­du spod pa­znok­ci w Pho­to­sho­pie, co też nie­ste­ty jej się zda­rza­ło. Po pro­stu draż­ni­ło ją, że klien­ci na­gmin­nie ła­ma­li re­gu­la­min, a póź­niej wy­my­śla­li mi­lio­ny ab­sur­dal­nych po­wo­dów, by ob­ni­ży­ła cenę, cho­ciaż jesz­cze przed pod­pi­sa­niem umo­wy za­po­zna­li się prze­cież z jej pra­ca­mi oraz z licz­bą zdjęć, jaką za­wie­rał dany pa­kiet. Po­tem uda­wa­li głu­pich, że cze­goś nie do­czy­ta­li, nie do­sły­sze­li, że w ogó­le wszyst­ko za­po­wia­da­ło się ina­czej. Mia­ła do­syć ta­kich lu­dzi i naj­zwy­czaj­niej w świe­cie szko­da jej było cza­su na pi­sa­nie po raz set­ny wy­ja­śnia­ją­cych li­ta­nii. Stąd szyb­ko doj­rza­ła men­tal­nie i zmie­ni­ła o sto osiem­dzie­siąt stop­ni swo­ją klien­te­lę. Po­sta­no­wi­ła współ­pra­co­wać wy­łącz­nie z pro­fe­sjo­na­li­sta­mi, przede wszyst­kim z fir­ma­mi odzie­żo­wy­mi i z cza­so­pi­sma­mi, wy­ko­nu­jąc zle­ce­nia na więk­szą ska­lę. Pra­co­wa­ła z za­wo­do­wy­mi mo­del­ka­mi i mo­de­la­mi. Czę­sto jed­nak po­dej­mo­wa­ła rów­nież współ­pra­cę z nowo two­rzo­ny­mi mar­ka­mi, a tym sa­mym i z oso­ba­mi nie­ma­ją­cy­mi zbyt wie­le wspól­ne­go z modą, przy­naj­mniej do mo­men­tu roz­po­czę­cia przez nich przy­go­dy z tego typu dzia­łal­no­ścią. Jed­nak to był, jak­kol­wiek na to pa­trzeć, zu­peł­nie inny typ klien­ta. Wie­dział, cze­go chciał, wie­dział, jak ta­kie zdję­cia po­win­ny wy­glą­dać, miał swo­je wy­obra­że­nia i wi­zje, by to­war do­brze pre­zen­to­wał się na bil­l­bo­ar­dach, w ga­ze­tach czy w ka­ta­lo­gach. Przez to i ona zy­ski­wa­ła dość dużą swo­bo­dę w two­rze­niu tego typu fo­to­gra­fii. Mo­gła pod­po­wia­dać, po­wo­łu­jąc się na wła­sne kil­ku­let­nie już do­świad­cze­nie. Wszyst­ko było od sa­me­go po­cząt­ku kla­row­ne, bez nie­do­mó­wień. Ona wie­dzia­ła, jak ma pra­co­wać, a klient, de­cy­du­jąc się na pod­pi­sa­nie z nią umo­wy, wie­dział, co do­sta­nie, cze­go może się spo­dzie­wać, ak­cep­tu­jąc styl jej zdjęć i sa­mej pra­cy oraz jej po­dej­ścia do fo­to­gra­fii.

*

Ol­brzy­mie lam­py, z któ­rych część wy­glą­da­ła jak duże, roz­ło­żo­ne na desz­czu pa­ra­sol­ki, oświe­tla­ły tło i mo­del­kę. Do­dat­ko­we, bi­ją­ce od tyłu, przy­dy­mio­ne świa­tło two­rzy­ło ta­jem­ni­czy kli­mat.

To wiel­kie stu­dio było speł­nie­niem ma­rzeń Sary. Sta­ło się jej „dru­gim dziec­kiem”, tyl­ko że star­szym, już wy­piesz­czo­nym, wy­chu­cha­nym, wy­dmu­cha­nym, nie­mal­że per­fek­cyj­nym. Pa­nu­ją­ce w nim wszech­obec­na czerń i biel spra­wia­ły, iż wcho­dząc do nie­go, czło­wiek za­sta­na­wiał się po­cząt­ko­wo, czy na pew­no do­brze tra­fił. Wy­star­czył jed­nak je­den krok do świa­ta kil­ku­dzie­się­ciu mi­go­czą­cych ze wszyst­kich stron świa­te­łek przy­po­mi­na­ją­cych gwiaz­dy na bez­chmur­nym nie­bie, by ni­g­dy nie chcia­ło się już z nie­go wyjść. O tym, że jest to stu­dio fo­to­gra­ficz­ne, świad­czy­ły tyl­ko za­mon­to­wa­ny na su­fi­cie elek­trycz­ny sys­tem do za­wie­sza­nia teł oraz kil­ka sto­ją­cych lamp: okty, dy­fu­zo­ry, so­ft­bo­xy i strip­bo­xy. Sara nie lu­bi­ła ba­ła­ga­nu, dla­te­go mniej­szy ga­ba­ry­to­wo sprzęt, jak apa­ra­ty, ha­lo­ge­ny, cza­sze czy blen­dy, wy­cią­ga­ła ze spe­cjal­nej sza­fy do­pie­ro na po­trze­by se­sji.

W tym miej­scu czu­ło się ma­gię, przy­cią­ga­ło swo­im kli­ma­tem po­wsta­łym wy­łącz­nie z wy­obraź­ni Sary. To była oso­bi­sta, czar­na dziu­ra w ota­cza­ją­cym ją wszech­świe­cie i wy­łącz­nie wy­bra­ni mo­gli mieć do niej do­stęp. Je­dy­nie ci, któ­rzy w peł­ni ak­cep­to­wa­li jej wa­run­ki, mo­gli wnik­nąć za jej zgo­dą w głąb prze­strze­ni, jaką stwo­rzy­ła. Kto­kol­wiek mi­nął ho­ry­zont zda­rzeń, już na za­wsze po­zo­sta­wał poza stwo­rzo­nym przez nią jej świa­tem i poza nią samą.

Sara urzą­dzi­ła to wnę­trze w nie­ba­nal­nym sty­lu. W prze­ci­wień­stwie do swo­je­go miesz­ka­nia, któ­re ema­no­wa­ło cie­płem i do­mo­wym ogni­skiem, stu­dio to, bę­dą­ce po­łą­cze­niem me­ta­lu i szkła, było chłod­ne, wręcz zim­ne, jak jej już daw­no za­mar­z­nię­te ser­ce. Przy tym gu­stow­ne i z wy­ra­fi­no­wa­nym sma­kiem. Za­le­ża­ło jej na tym, aby klien­ci byli trak­to­wa­ni przez nią i jej pra­cow­ni­ków wy­jąt­ko­wo i by tak się czu­li. Cho­ciaż w jej domu prze­wa­ża­ły z ko­lei drew­no i biel, a styl lo­fto­wy mie­szał się ze skan­dy­naw­skim, to rów­nież ta prze­strzeń za­pew­nia­ła jej kom­fort. Owa luk­su­so­wa przy­stań była pier­wot­ną wer­sją jej wła­sne­go miesz­ka­nia. Kie­dyś, daw­no temu, nie wy­obra­ża­ła so­bie ży­cia w in­nym niż ciem­ne wnę­trzu. Zmien­ny gust czło­wie­ka spra­wił, że po paru la­tach, mimo iż nie po­tra­fi­ła roz­stać się z my­śla­mi o czer­ni wo­kół sie­bie, nie mo­gła już w niej prze­by­wać na co dzień. To roz­wią­za­nie było więc dla niej ide­al­ne. Dwa w jed­nym. Wi­zu­ali­za­cja prze­szło­ści prze­nie­sio­na do stu­dia i pla­ny przy­szło­ści stwo­rzo­ne w obec­nym miesz­ka­niu. Jak­by eg­zy­sto­wa­ła w dwóch róż­nych świa­tach. Jej ży­cie po­nie­kąd przy­po­mi­na­ło sce­na­riusz fil­mu „Wy­śnio­na na­mięt­ność” z Demi Mo­ore w roli głów­nej, tyl­ko bez mę­skie­go obiek­tu w tle. Za dnia w sty­lo­wej baj­ce z por­ce­la­ny, a wie­czo­ra­mi i ran­ka­mi w siel­skim kli­ma­cie boho, z utka­ny­mi ze wspo­mnień przed­mio­ta­mi.

*

Uno­szą­cy się w po­wie­trzu za­pach ude­rzał w noz­drza, coś na wzór po­łą­cze­nia mroź­ne­go po­wie­wu z ja­ki­miś nie­zna­ny­mi ni­ko­mu wcze­śniej per­fu­ma­mi. Nie było to jed­nak świe­że po­wie­trze, a włą­czo­na kli­ma­ty­za­cja plus obce pol­skim no­som spe­cy­fi­ki, któ­re do fir­my przy­wo­zi­ły ra­zem z Ma­tyl­dą z róż­nych stron świa­ta. Obie lu­bi­ły wszel­kie­go ro­dza­ju ka­dzi­dła, olej­ki, żele oraz bal­sa­my o eg­zo­tycz­nym i orien­tal­nym aro­ma­cie. Klien­ci czę­sto py­ta­li, co to za za­pach. Tyl­ko uśmie­cha­ły się wte­dy do sie­bie.

Wszech­ota­cza­ją­cy luk­sus Fly­2Mo­on, bo tak na­zwa­ła swo­je kró­le­stwo, ku­sił, by wejść głę­biej, tak jak ona sama stwa­rza­ła wo­kół sie­bie aurę po­cią­ga­ją­cą męż­czyzn. To trze­ba jej było przy­znać: Be­re­za mia­ła świet­ny gust za­rów­no je­śli cho­dzi­ło o zdję­cia, jak i wła­sny styl. Wie­dzia­ła, że się po­do­ba. Zda­wa­ła so­bie spra­wę z tego, że cią­gnie za sobą łunę po­żą­da­nia jak ob­ło­ki sre­brzy­ste prze­mie­rza­ją­ca wszech­świat ko­me­ta. Była tego świa­do­ma, lecz mia­ła to głę­bo­ko gdzieś. Już lata temu po­sta­no­wi­ła, że żyje tyl­ko dla swo­jej có­recz­ki. Uwiel­bia­ła do­brze wy­glą­dać, ale ro­bi­ła to wy­łącz­nie dla sie­bie i dla Ma­łej, by ta ni­g­dy nie mu­sia­ła się jej wsty­dzić. Była prze­ciw­ni­kiem me­dy­cy­ny es­te­tycz­nej. Wo­la­ła za­in­we­sto­wać w droż­szy krem i za­bie­gi pie­lę­gna­cyj­ne, niż kłuć się igłą lub po­ciąć skal­pe­lem. Za bar­dzo ko­cha­ła swo­je cia­ło, by je na­ra­żać na ból, a po­nad­to wy­cho­dzi­ła z za­ło­że­nia, że le­piej dbać o nie, cho­dząc na si­łow­nię i pro­wa­dząc zdro­wy tryb ży­cia, niż iść dro­gą na skró­ty. Uwa­ża­ła, że skró­ty nie ist­nie­ją, a na­wet je­śli, to co naj­wy­żej moż­na wpaść przez nie w po­krzy­wy. Tego sa­me­go od naj­młod­szych lat uczy­ła cór­kę. Po pro­stu mia­ła wła­sne zda­nie na ten te­mat, choć nie wda­wa­ła się z ni­kim w dys­ku­sje. Pra­wo do róż­nią­cych się od sie­bie opi­nii było prze­cież wpi­sa­ne w ludz­ką na­tu­rę. Inny po­gląd na wszyst­ko, co nas do­ty­czy­ło i co nas ota­cza­ło, ko­lo­ro­wał świat i wła­śnie to spra­wia­ło, że sta­wał się pięk­ny w każ­dym zna­cze­niu tego sło­wa. Stąd nie po­dej­mo­wa­ła roz­mów o gu­stach i prze­ko­na­niach, dzię­ki cze­mu mia­ła spo­koj­niej­szą gło­wę i mniej stre­su. Żyła we­dług wła­snych za­sad i twier­dzi­ła, że każ­dy po­wi­nien pil­no­wać swo­je­go tył­ka. Choć uwa­ża­ła, że nie za­wsze trze­ba sie­dzieć ci­cho i mieć za­mknię­tą ja­dacz­kę.

Przez to była inna niż więk­szość ko­biet, któ­re zna­ła, za­rów­no te­raz, jak i kie­dyś, w prze­szło­ści. Nie każ­dy z jej bli­skie­go oto­cze­nia w stu pro­cen­tach zga­dzał się z jej po­glą­da­mi i ona do­sko­na­le o tym wie­dzia­ła. Nie­któ­rzy nie na­dą­ża­li za jej spo­so­bem my­śle­nia, ale była tak miłą i to­le­ran­cyj­ną oso­bą, że bar­dzo szyb­ko wy­ba­cza­li jej po­nie­kąd dziw­ne cza­sem spoj­rze­nie na dany te­mat. Pie­nią­dze nie mia­ły dla niej zna­cze­nia. Uwa­ża­ła, że są one tyl­ko faj­nym do­dat­kiem do ży­cia i do pra­cy. Niby każ­dy zda­je so­bie spra­wę, iż nie dają one szczę­ścia, a jed­nak wszy­scy dążą do tego, aby zdo­być ich jak naj­wię­cej, na­wet gdy już mają ich wy­star­cza­ją­co dużo. Sara prze­bie­ra­ła w ofer­tach. Wy­bie­ra­ła te we­dług niej naj­lep­sze, naj­cie­kaw­sze i naj­bar­dziej war­to­ścio­we, mimo że cza­sem wią­za­ło się to z mniej­szym wy­na­gro­dze­niem dla jej fir­my. Nie ku­po­wa­ła naj­droż­szych ubrań, cho­ciaż mo­gła so­bie na to po­zwo­lić. Sku­pia­ła wzrok na tych, któ­re jej się po­do­ba­ły i pa­so­wa­ły do syl­wet­ki. Cza­sem by­wa­ła w lum­pek­sach, za­wsze uda­wa­ło jej się wy­szpe­rać coś, co było uni­ka­to­we i je­dy­ne w swo­im ro­dza­ju. Nie oce­nia­ła lu­dzi po gru­bo­ści ich port­fe­la i licz­bie zer na kon­cie ban­ko­wym. Mia­ła jed­nak zdol­ność do wła­ści­wej ich oce­ny. Była kon­kret­na. Bez zbęd­ne­go pi­to­le­nia mó­wi­ła in­nym, co my­śli o nich i o ich za­cho­wa­niu czy po­dej­ściu. Bez owi­ja­nia w ba­weł­nę wy­kła­da­ła kar­ty na stół. Całe ży­cie ro­dzi­ce mó­wi­li jej, że trze­ba w każ­dej sy­tu­acji być czło­wie­kiem szcze­rym, nie oszu­ki­wać i nie kła­mać, a te wpo­jo­ne od dziec­ka za­sa­dy były dla niej świę­te. Szcze­rość to nie cham­stwo, od za­wsze każ­de­mu to po­wta­rza­ła. Praw­da, na­wet je­śli nie­zbyt miła czy wy­god­na, po­win­na być do­ce­nio­na i przy­tu­lo­na do klat­ki pier­sio­wej. Z bie­giem lat na­uczy­ła się tyl­ko, że dla jej świę­te­go spo­ko­ju sło­wa pew­nych lu­dzi na­le­ży prze­pusz­czać przez nie­wi­dzial­ny filtr.

Nie do­pusz­cza­ła do sie­bie zbyt wie­lu osób, zna­cze­nie mia­ła dla niej do­słow­nie ich garst­ka. Od­kąd roz­sta­ła się z oj­cem swo­jej có­recz­ki, świat, w któ­rym żyła, zmie­nił się dia­me­tral­nie. Zro­bi­ła se­lek­cję zna­jo­mo­ści jak­by były jabł­ka­mi: od­rzu­ci­ła prze­gni­łe i wy­bra­ła je­dy­nie te naj­tward­sze i naj­słod­sze. Ze­psu­te wy­rzu­ci­ła do ko­sza, nie chcąc zgnić tak jak one, gdy­by tkwi­ła obok nich. Zro­bi­ła ge­ne­ral­ne po­rząd­ki w sza­fach swo­je­go ży­cia, po­zby­wa­jąc się tych prze­rdze­wia­łych od za­zdro­ści i za­wi­ści ko­le­ża­nek, oraz otwo­rzy­ła na prze­strzał okna w sza­rych ko­mór­kach. Kil­ka lat wstecz po­sta­no­wi­ła, że bę­dzie sa­mo­wy­star­czal­na i że już ni­g­dy nie do­pu­ści do sie­bie żad­ne­go męż­czy­zny. To na­wet nie było tak, że nie wie­rzy­ła w mi­łość, ale zwy­czaj­nie bała się ko­lej­ny raz ko­muś za­ufać i od­dać swo­je ser­ce w obce ręce.

– Okej, star­czy. Ko­niec na dziś. Dzię­ku­ję – po­wie­dzia­ła, koń­cząc zdję­cia. Nie lu­bi­ła słów „mamy to”, były dla niej prze­re­kla­mo­wa­ne.

Od­wró­ci­ła się w stro­nę osób sie­dzą­cych na ka­na­pie. Sara wy­ję­ła kar­tę pa­mię­ci z apa­ra­tu i po­da­ła ją jed­nej z ko­biet, pro­stu­ją­cej wła­śnie nogi. Naj­wy­raź­niej tkwi­ła zbyt dłu­go w tej sa­mej po­zy­cji. To była jej przy­ja­ciół­ka, Ma­tyl­da. Jej pra­wa ręka i jed­no­cze­śnie ma­na­ger­ka. Od­kąd tyl­ko się­ga­ła pa­mię­cią, Ma­tyl­da trwa­ła obok niej. Ufa­ła tej ko­bie­cie bez­gra­nicz­nie. Była je­dy­ną, poza ro­dzi­ca­mi i cór­ką, isto­tą na tej zie­mi, któ­ra mia­ła do­stęp do nie­mal ni­ko­mu nie­zna­nych po­kła­dów pła­tów mó­zgo­wych Sary.

– Zgraj zdję­cia, a ja się prze­bie­ram i lecę. Obie­ca­łam cór­ce, że spę­dzę z nią cały dzień – rzu­ci­ła tyl­ko.

– Ja­sne. A, za­po­mnia­łam ci po­wie­dzieć. W po­nie­dzia­łek o dzie­wią­tej rano masz se­sję. – Mati uśmiech­nę­ła się, po czym do­da­ła: – Bie­li­zna mę­ska. Ja­kiś in­sta­gra­mo­wy ce­le­bry­ta ma się po­ja­wić.

– O, to już czu­ję, że bę­dzie cie­ka­wie. Oby tyl­ko był ku­ma­ty. – Sara się za­śmia­ła.

– Po­dob­no to spe­cy­ficz­ny klient. Gdy do­sta­nę wszyst­kie szcze­gó­ły, to prze­ślę ci je wie­czo­rem. – Po­wie­dziaw­szy to, wzię­ła się za zgry­wa­nie zdjęć.

Stu­dio za­czy­na­ło pu­sto­szeć. Mo­del­ka prze­bie­ra­ła się w gar­de­ro­bie, a eki­pa, któ­ra do­star­czy­ła ubra­nia, już daw­no zdą­ży­ła się spa­ko­wać i wyjść. Oprócz nich po­zo­sta­ły jesz­cze dwie oso­by: fry­zjer­ka Mag­da i ma­ki­ja­ży­sta Mi­chał. Współ­pra­co­wa­li z dziew­czy­na­mi od wie­lu lat. Cała czwór­ka trak­to­wa­ła się po kum­pel­sku.

– Do­bra, ja zbie­ram ko­sme­ty­ki i też spa­dam. Ko­lej­ny show już za nami. – Mag­da cho­wa­ła swo­je szpar­ga­ły do ku­fra o dość znacz­nych wy­mia­rach.

Be­re­za prze­sła­ła Ma­tyl­dzie ca­łu­sa na po­że­gna­nie, po czym znik­nę­ła w holu. Zjeż­dża­jąc win­dą na sam dół, my­śla­ła już tyl­ko o tym, jak spę­dzi ten dzień z cór­ką.ROZDZIAŁ 2

Wiel­kie szkla­ne drzwi roz­su­nę­ły się. Sara po­czu­ła na cie­le po­dmuch cie­płe­go po­wie­trza. Wio­sna zbli­ża­ła się wiel­ki­mi kro­ka­mi, ale ona nie mo­gła do­cze­kać się już lata. Mia­ło być w tym roku bar­dzo go­rą­ce. Sara lu­bi­ła lato, lu­bi­ła go­rąc i ukrop. Wręcz od­ży­wa­ła w taką po­go­dę i ni­g­dy nie mo­gła się nią na­sy­cić. Tak jak inni umie­ra­li wte­dy z bra­ku po­wie­trza, tak ona wła­śnie wte­dy czu­ła się do­pie­ro jak ryba w wo­dzie. Nie­na­wi­dzi­ła tych wszyst­kich mal­kon­ten­tów, któ­rzy wciąż na­rze­ka­li, jak to jest par­no, dusz­no i że nie ma czym od­dy­chać. Wte­dy mó­wi­ła w my­ślach do sie­bie: „To się prze­pro­wadź, czło­wie­ku, na Sy­be­rię”. I uśmie­cha­ła się, kon­ty­nu­ując roz­my­śla­nie: „Tam byś za­pew­ne na­rze­kał na wiecz­ny chłód”.

W po­łu­dnie w okna z tej stro­ny za­glą­da­ło słoń­ce, dla­te­go pod­czas przed­po­łu­dnio­wych se­sji czę­sto mu­sia­ły iść w ruch za­sło­ny i kli­ma­ty­za­cja. Dwa wiel­kie fi­la­ry sto­ją­ce na wprost sie­bie wi­ta­ły ją, gdy tyl­ko wcho­dzi­ła do bu­dyn­ku, i że­gna­ły, kie­dy go opusz­cza­ła. Lu­bi­ła te ol­brzy­mie ko­lum­ny. Uwiel­bia­ła pa­trzeć, jak na ich ele­wa­cji two­rzy się żół­ta­wa po­świa­ta, gdy obej­mo­wa­ły je zło­te ra­mio­na słoń­ca. Ko­cha­ła też tę ru­chli­wą i dłu­gą uli­cę, te skle­py i re­stau­ra­cje, całe to tęt­nią­ce ży­ciem duże mia­sto, choć cza­sa­mi tę­sk­ni­ła za sta­rą ma­ło­mia­stecz­ko­wo­ścią, gdzie się wy­cho­wa­ła i gdzie do­ra­sta­ła. Żyła jed­nak tu i te­raz, a prze­szłość zo­sta­ła tyl­ko jej pięk­nym wspo­mnie­niem.

Auto naj­czę­ściej par­ko­wa­ła w bocz­nej uli­cy po le­wej stro­nie bu­dyn­ku. Nie chcia­ła wjeż­dżać na pod­ziem­ny par­king. Wła­ści­wie to ni­g­dy go nie lu­bi­ła. Było tam zim­no i wil­got­no. Tego typu miej­sca pa­skud­nie jej się ko­ja­rzy­ły, ze zbrod­nia­mi i mor­der­stwa­mi ro­dem z fil­mów czy ksią­żek. Ocza­mi wy­obraź­ni wi­dzia­ła już, że ktoś ją tam goni, wię­zi czy za­bi­ja, dla­te­go uni­ka­ła ich jak ognia. Jak na swo­je za­rob­ki po­sia­da­ła dość skrom­ny sa­mo­chód. Miał być po pro­stu prze­stron­ny, wy­god­ny i eko­no­micz­ny. Po­sta­wi­ła więc na SUV-a, bia­łe­go Re­nault Cap­tur. Wy­bie­ra­ła go ra­zem z cór­ką, a Ma­łej od razu spodo­bał się jego tro­chę ko­smicz­ny wy­gląd.

Uwiel­bia­ła jeź­dzić nocą. Ob­ser­wo­wać zza szyb ko­lo­ro­we świa­tła ulic i oświe­tlo­ne wi­try­ny skle­po­we. Zresz­tą, ma­jąc ar­ty­stycz­ną du­szę, na kra­jo­bra­zy za oknem pa­trzy­ła jak na fo­to­gra­fie. Wy­obraź­nia na­tych­miast pod­po­wia­da­ła jej naj­róż­niej­sze sce­na­riu­sze, do któ­rych mo­gła­by wy­ko­rzy­stać mi­ja­ne miej­sca. Włą­cza­ła swo­je­go ulu­bio­ne­go roc­ka z lat osiem­dzie­sią­tych i dzie­więć­dzie­sią­tych. Roz­my­śla­ła. Ta mu­zy­ka ją od­prę­ża­ła i wy­ci­sza­ła, a w domu wiecz­nie było coś do zro­bie­nia. Tu tyl­ko mknę­ła przed sie­bie i w nie­zna­nym na­wet so­bie kie­run­ku. Cza­sem za­bie­ra­ła na taką prze­jażdż­kę swo­ją małą dziew­czyn­kę, któ­ra z rów­nie wiel­kim za­cie­ka­wie­niem wpa­try­wa­ła się w to, co prze­my­ka­ło za szy­bą. Cza­sem śpie­wa­ły też gło­śno zna­ne dziec­ku pio­sen­ki. Cza­sem śpie­wa­ła sama, a Mała z za­chwy­tem słu­cha­ła. Były wte­dy wol­ne, szczę­śli­we i tyl­ko dla sie­bie. Be­re­za mia­ła ład­ny głos. Taki ła­god­ny i cie­pły, choć gdy śpie­wa­ła moc­niej­sze ka­wał­ki, za­mie­niał się w ostry i chry­pli­wy. Ona sama za nim nie prze­pa­da­ła. Lu­bi­ła śpie­wać, ale tyl­ko dla sie­bie, dla cór­ki i ra­zem z naj­bliż­szy­mi. Sce­na ni­g­dy jej nie po­cią­ga­ła. Je­dy­nie jako na­sto­lat­ka czę­sto wy­stę­po­wa­ła z ko­le­żan­ka­mi w ba­rach ka­ra­oke.

*

Było pra­wie po­łu­dnie. Na uli­cach nie pa­no­wał jesz­cze prze­sad­nie wiel­ki ruch. Sara za­zwy­czaj tak sta­ra­ła się koń­czyć se­sje, by móc ode­brać Małą z przed­szko­la, a wcze­śniej zro­bić za­ku­py po dro­dze. Wy­cho­wy­wa­ła ją sama. Nie mo­gła po­zwo­lić so­bie na pra­cę w go­dzi­nach po­po­łu­dnio­wych ani na taką miesz­czą­cą się w sztyw­nych ra­mach cza­so­wych. Nie mia­ła­by z kim zo­sta­wiać wte­dy cór­ki, a za­trud­nie­nie opie­kun­ki kłó­ci­ło się z jej wy­obra­że­nia­mi na te­mat wy­cho­wy­wa­nia dziec­ka.

Usły­sza­ła dźwięk te­le­fo­nu.

– Tak, mamo? – ode­bra­ła, jed­no­cze­śnie ści­sza­jąc mu­zy­kę.

– Cześć, skar­bie – od­po­wie­dzia­ła mama.

– Wła­śnie jadę po Na­cię do przed­szko­la. Dziś mamy dzień dla sie­bie. Nie przy­je­dzie­my więc w pią­tek i Mała nie zo­sta­nie u was – przy­po­mnia­ła ma­mie. Co dru­gi ty­dzień na cały week­end za­wo­zi­ła có­recz­kę do swo­ich ro­dzi­ców.

– Ja­sne, wiem. Je­dzie­cie na wieś – rze­kła ko­bie­ta.

– Może po­je­dzie­cie z nami? – za­pro­po­no­wa­ła Be­re­za.

– In­nym ra­zem, ko­cha­nie. Wy­bie­ra­my się z oj­cem do kina w so­bo­tę. Stwier­dził, że daw­no nie by­li­śmy.

– Okej, no to ca­łu­ję. Pa, bo już wy­sia­dam. – Nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź z dru­giej stro­ny, roz­łą­czy­ła się.

Ro­dzi­ce Sary miesz­ka­li na dru­gim koń­cu mia­sta. Gdy tyl­ko mo­gli, wszy­scy ra­zem jeź­dzi­li tam, gdzie kie­dyś miesz­ka­li dziad­ko­wie od stro­ny mamy. To było jej miej­sce na zie­mi. Sara ko­cha­ła je mi­ło­ścią ogrom­ną i ni­czym przez lata nie­zmą­co­ną. Tam były jej wspo­mnie­nia i tam było jej dzie­ciń­stwo. Oba­wia­ła się, że ro­dzi­na, do któ­rej na­le­ża­ła te­raz zie­mia, bę­dzie kie­dyś zmu­szo­na ją sprze­dać. Nie­ste­ty od ja­kie­goś cza­su do­cho­dzi­ły ich słu­chy o bu­do­wie w tam­tych oko­li­cach ob­wod­ni­cy. Była zła, sama myśl o tej niby to po­trzeb­nej tech­ni­ce bu­dzi­ła w niej od­ra­zę i nie­chęć. Jak ktoś mógł chcieć znisz­czyć ich prze­szłość? Ja­kim pra­wem ktoś obcy pró­bo­wał ode­brać im wciąż na­ma­cal­ną oj­co­wi­znę? Dur­ne i bez­dusz­ne prze­pi­sy. Bab­cia w gro­bie by się prze­wra­ca­ła, gdy­by to sły­sza­ła. Za­wsze tra­fia­ły ją szlag i ja­sna cho­le­ra, gdy tyl­ko so­bie o tym przy­po­mi­na­ła.

Pa­mię­ta­ła sta­ry, drew­nia­ny dom z dłu­gą sie­nią i duże po­dwór­ko z gór­ką za stro­mą dla tak ma­łej dziew­czyn­ki. Po­tem dom zo­stał zbu­rzo­ny, a tuż obok po­sta­wio­no mu­ro­wa­ny. Prze­stał być taki wiel­ki. Sio­stry do­ra­sta­ły, a i oczy już wte­dy ina­czej wi­dzia­ły. Za ogro­dze­niem bie­gła dro­ga. Kie­dyś była ona po­lna, gdzie la­tem spod kół prze­jeż­dża­ją­cych z rzad­ka sa­mo­cho­dów sy­pał się pia­sko­wy pył. No a po­tem wy­la­li tam as­falt i ja­koś tak z upły­wa­ją­cy­mi la­ta­mi to miej­sce prze­sta­ło być już ta­kie za­cza­ro­wa­ne. Za dro­gą mie­ścił się ma­leń­ki sad, gdzie wiel­ka cze­re­śnia co roku o tej sa­mej po­rze ku­si­ła swo­imi wręcz bor­do­wy­mi owo­ca­mi. Roz­kła­da­ły pod nią koc i le­ża­ły. Kil­ka ja­bło­nek pach­nia­ło pa­pie­rów­ka­mi, a nie­któ­re obok kosz­te­la­mi. Wy­mie­sza­ne za­pa­chy pa­mię­ta­ła do dziś. Uwiel­bia­ła te jabł­ka. Smak zie­lo­nej pa­pie­rów­ki przy­wo­ły­wał w my­ślach zbyt dłu­go już za­mknię­te tam ob­ra­zy, a sam za­pach kosz­te­li do tej pory ra­nił tym, cze­go już tam nie było i ni­g­dy nie bę­dzie. Jak za do­tknię­ciem cza­ro­dziej­skiej różdż­ki prze­no­si­ła się w cza­sie, by na krót­ką chwi­lę po­now­nie stać się małą dziew­czyn­ką. Czu­ła smak dzie­ciń­stwa oraz go­rą­ce­go i par­ne­go lata. Wi­dzia­ła te jabł­ka wszę­dzie na zie­lo­nej tra­wie pod drze­wa­mi. Wy­bie­ra­ły zdro­we i ład­ne. Było ich tak wie­le, że nie dało się nie­któ­rych nie po­de­ptać.

Na pra­wo roz­po­ście­ra­ła się wiel­ka łąka ze ścież­ką pro­wa­dzą­cą nad dwa sta­wy. Ileż razy ką­pa­ły się w nich, uda­jąc, że umie­ją pły­wać, a w rze­czy­wi­sto­ści po kil­ku­dzie­się­ciu cen­ty­me­trach małe nóż­ki do­ty­ka­ły mu­la­ste­go dna. Mo­gły tam spę­dzać cały dzień, gdy­by tyl­ko do­ro­śli nie wo­ła­li. To tam na­uczy­ła się za­rzu­cać węd­kę i nie było istot­ne, że nic nie uda­ło jej się zło­wić. Ca­łym dzie­cię­cym do­rob­kiem sta­ły się je­dy­nie trzy li­che ja­poń­ce. I tak była dum­na. Rów­nież i z tego, że sama szu­ka­ła dżdżow­nic, wkła­da­ła je pal­ca­mi do po­jem­ni­ka, a po­tem za­kła­da­ła na ha­czyk. Le­pi­ła tak­że kul­ki z chle­ba. Za­wsze się za­sta­na­wia­ła, na co ryby szyb­ciej bio­rą. Po­mię­dzy sta­wa­mi tkwi­ła pro­wi­zo­rycz­na, drew­nia­na kład­ka, któ­rą i tak bała się prze­cho­dzić ze wzglę­du na prze­świ­ty mię­dzy de­ska­mi. Od­no­si­ła wra­że­nie, że za­raz się za­wa­li, a ona wpad­nie do głę­bo­kiej wody. Jed­nak moż­na było nią dojść do ma­leń­kiej rzecz­ki w dole. Dużo ciem­no­zie­lo­nych drzew rzu­ca­ło na zim­ną wodę wiecz­ny cień. Do dziś Sara pa­mię­ta­ła uczu­cie chło­du i wil­go­ci w upal­ny dzień, gdy w niej bro­dzi­ły. Wkła­da­ły szkla­ne sło­icz­ki z na­dzie­ją, że wpły­nie do nich ja­kaś ślicz­na ryb­ka. Raz się uda­ło. Była taka ko­lo­ro­wa.

Wcze­sną wio­sną po­la­na nad rze­ką usia­na była prze­bi­śnie­ga­mi pró­bu­ją­cy­mi uto­ro­wać so­bie dro­gę przez bia­ły puch. Wy­żej znaj­do­wał się już tyl­ko las. A wła­ści­wie la­sek, z wą­ską i stro­mą dróż­ką pro­wa­dzą­cą w jego głąb. Nie bała się go. Po­mię­dzy ro­sną­cy­mi drze­wa­mi wi­dzia­ły w od­da­li po­dwór­ko. Były sa­mo­dziel­ne i nikt ich nie pil­no­wał. Nie z bra­ku za­in­te­re­so­wa­nia, może z bra­ku cza­su po pro­stu. Na wsi za­wsze zna­la­zło się coś do zro­bie­nia. A być może wte­dy były inne cza­sy. Ta­kie bez­piecz­niej­sze i spo­koj­ne. Obec­nie Sara nie wy­obra­ża­ła so­bie, by cór­ka znik­nę­ła jej z oczu na cały dzień.

*

Sara za­par­ko­wa­ła auto i uda­ła się alej­ką w stro­nę przed­szko­la. Za­wsze sta­ra­ła się przy­cho­dzić po Małą trosz­kę póź­niej niż za­raz po obie­dzie, by nie na­tra­fić na tłu­my ro­dzi­ców cze­ka­ją­cych przed drzwia­mi na otwar­cie wej­ścia przez pa­nią woź­ną. Wy­glą­da­li jak po­ten­cjal­ni klien­ci skle­pu RTV cze­ka­ją­cy na me­ga­pro­mo­cję. Po­tem za­zwy­czaj sama dzwo­ni­ła do­mo­fo­nem po cór­kę, gdyż nie było na sta­no­wi­sku już żad­nej oso­by z per­so­ne­lu.

– Cześć, skar­bie. – Wy­cią­gnę­ła ręce do scho­dzą­cej po scho­dach ma­łej istot­ki.

– Cześć, mami. – Wiel­kie, nie­bie­skie oczę­ta wpa­try­wa­ły się w nią ni­czym w ob­raz, po czym dziew­czyn­ka rzu­ci­ła się jej na szy­ję i ob­ję­ła ją z całą siłą, jaką mia­ła w swo­ich ma­lut­kich rącz­kach.

Sara od­wza­jem­ni­ła uścisk z wiel­ką ostroż­no­ścią, by nie zro­bić krzyw­dy ma­łe­mu ży­ciu. Przy­tu­li­ła cór­kę do sie­bie, wdy­cha­jąc za­pach jej szyi, jak­by chcia­ła go za­pa­mię­tać już na za­wsze, i po­ca­ło­wa­ła jej ide­al­ną wręcz skó­rę. Ko­cha­ła ją całą. Tak bar­dzo, że jak­by mo­gła, to by ją zja­dła z tej mi­ło­ści. Sara wło­ży­ła Na­tce kurt­kę i wy­szły z bu­dyn­ku. Ma­lut­ka rącz­ka wto­pi­ła się cała w ma­mi­ną dłoń.

– Co ro­bi­łaś dzi­siaj w przed­szko­lu, mysz­ko? – Sara z za­cie­ka­wie­niem spoj­rza­ła na ma­leń­ką twa­rzycz­kę dziec­ka.

– Ma­mu­siu, ma­lo­wa­li­śmy ro­dzi­nę i uczy­li­śmy się śpie­wać pio­sen­kę – od­po­wie­dzia­ła Mała. Sara uwiel­bia­ła to jej dzie­cię­ce se­ple­nie­nie. Było ta­kie słod­kie. Dziew­czyn­ka wró­ci­ła do swo­ich pod­sko­ków, przy oka­zji wy­ma­chu­jąc rów­nież ręką Sary.

– Co na­ma­lo­wa­łaś, ko­cha­nie? – Be­re­za za­du­ma­ła się nad sło­wem „ro­dzi­na”, bo­jąc się od­po­wie­dzi có­recz­ki.

– By­li­śmy ja, ty, bab­cia, dzia­dziuś i… – Mała się za­trzy­ma­ła, a Sara aż się wzdry­gnę­ła. Spoj­rza­ła w dal i po chwi­li do­da­ła: – …i Ka­myk.

Ko­bie­ta ode­tchnę­ła z ulgą.

Ka­myk był psem rasy gol­den re­trie­ver, któ­re­go dziad­ko­wie przy­gar­nę­li, gdy Mała się uro­dzi­ła, by dziec­ko nie wy­cho­wy­wa­ło się samo. Chcie­li, by pies przy­zwy­cza­ił się do Ma­łej od szcze­nia­ka, by wie­dział, kto w domu jest naj­waż­niej­szy, i nie był o nią za­zdro­sny. Mała go uwiel­bia­ła, ro­bi­ła z nim, co tyl­ko chcia­ła, ale wie­dzia­ła, że nie może go krzyw­dzić, jak to na­wet pod­czas za­ba­wy po­tra­fi­ły czy­nić inne dzie­cia­ki w sto­sun­ku do swo­ich zwie­rząt.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij