-
nowość
Marcowy drink - ebook
Marcowy drink - ebook
MARCOWY DRINK-początek erotycznej sagi, mieszanka wybuchowa DOTYKU CROSSA i poruszającego LISTU W BUTELCE. PATRYK RAIZER to właściciel sieci siłowni. A do tego bajerant z idealnie wyrzeźbionym ciałem, marzenie niemal każdej kobiety. Gdy na jednej z imprez traci na chwilę kontrolę, dostrzega tajemniczą nieznajomą, która sprawia, że może tej kontroli już nigdy nie odzyskać. W końcu jednak alkohol wyparowuje z głowy, a wraz z nim wizja lady in red. SARA BEREZOWSKI jest fotografką z bogatym doświadczeniem i renomą na rynku. To silna, niezależna kobieta, a przy tym samotna matka. Córka i praca są jej całym światem, z którego już dawno wyrzuciła wszystkich mężczyzn. Kiedy jednak do jej studia wpada facet z gładką gadką i bez zahamowań, w dodatku nieznośnie pewny siebie i nieziemsko przystojny, jej umysł i ciało zaczynają wariować, a przyrzeczenie sprzed lat staje się mgliste.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Erotyka |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788398068710 |
| Rozmiar pliku: | 642 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
W pomieszczeniu panował gwar. Wielkie na całą ścianę okna, przez które zazwyczaj wpadało mnóstwo światła i za którymi rozpościerał się widok na centralną część miasta, tym razem były przesłonięte czarnymi zasłonami. Nie wpuszczały one do środka ani grama promieni słonecznych. Przy ścianie po drugiej stronie stało dwóch mężczyzn – pili kawę z ekspresu znajdującego się na blacie i ściszonymi głosami wymieniali między sobą uwagi. Na środku przestrzeni stała duża, czarna kanapa. Miała już ponad rok. Siadając na niej, nadal czuło się jednak jej intensywny, skórzany zapach, jakby kupiono ją zaledwie wczoraj. Zajęta była przez dwie kobiety i jednego mężczyznę. Nie rozmawiali, a jedynie z zaciekawieniem patrzyli na wprost, na stojący na stoliku włączony laptop, który w panującej tu ciemności bił po oczach niebieskim światłem. „Głowa prosto, wysuń brodę do przodu, spójrz na mnie. O tak, właśnie tak” – odzywał się co jakiś czas delikatny, kobiecy głos. Był miękki, ale jednocześnie stanowczy.
Słyszalny w tle dźwięk strzelającej migawki informował, iż tworzy się coś nowego. „Ręce na biodra, stań bokiem, teraz tył i odwróć głowę. Okej, ale pozostań w tej samej pozycji, nie zmieniaj jej. Super”. Sara była w swoim żywiole.
Uwielbiała pracować z zawodowcami, a jednocześnie wtrącać coś od siebie. Przez te wszystkie lata na tyle solidnie wypracowała swoją własną renomę, iż mogła sobie pozwolić na tworzenie projektów z najlepszymi. Miała tę przewagę, że było jej dane decydować w znacznej mierze o tym, z kim chce pracować, a z kim nie. Nie lubiła tych, jak to ich nazywała, klocków, którym musiała poprawiać każdy palec. Na szczęście ten etap miała już dawno za sobą.
Sara Berezowski nie przyjmowała prywatnych zleceń, nie pracowała z rodzinami i nie robiła sesji ludziom z tak zwanej ulicy. Nie chciała bawić się z wybrednymi klientami, bowiem już z doświadczenia wiedziała, że pomimo zawieranych z nimi umów, świadomości na temat stylu jej zdjęć oraz tego, w jaki sposób pracuje i jak je obrabia, to i tak trzy czwarte klientów domagało się zmian i poprawek. Absolutnie tego nie tolerowała. Chciała tworzyć takie kadry, jakie najlepiej współgrały z jej artystyczną duszą. Jeśli komuś to nie odpowiadało, mógł przecież pójść do innego studia i wybrać innego fotografa. Droga wolna. Na rynku aż roiło się od profesjonalistów w każdym calu, osób po studiach i kursach. Oczywiście nie brakowało też tych, którzy chcieli po prostu zabłysnąć w świecie aparatowych fleszy, takich amatorów, internetowych samouków. Trend był prosty: wielu, zauważając, że komuś coś idzie, że „interes się kręci”, próbowało tego samego, ale często, niestety, z marnym skutkiem. Bez jakiejkolwiek wiedzy, bez doświadczenia w pracy z ludźmi, ogłaszali się jako fotografowie i oferowali zdjęcia za półdarmo, psując rynek i ucząc potencjalnych przyszłych klientów, że nie liczy się jakość, a ilość. Wychodzili bowiem z założenia, że aby usługa była zadowalająca, wystarczy zaoferować multum fotografii, często nawet prześwietlonych, nieostrych, byle jak najtaniej. A klienci przyjmowali je wszystkie z uśmiechem na ustach, nie widząc, iż większość z nich to przysłowiowe obierki z ziemniaków, które w porządnej restauracji wylądowałyby w koszu.
W związku z tym miała już serdecznie dość wygładzania ust paniom, którym nie chciało się użyć chociażby błyszczyka. Następnie wręcz błagały, by ich wargi były ponętne i pełne, i aby Sara coś z tym zrobiła. Miała dość likwidacji napisów z męskich koszulek, bo pomimo wcześniejszych ustaleń co do ubioru sesyjnego pan i tak włożył T-shirt z logo jakiejś marki na całą klatę. Potem żona, prawie płacząc, żądała jego usunięcia, tłumacząc, że nie pasuje do reszty stylizacji rodzinki. Jakby o tym wcześniej nie wiedziała. Mąż najczęściej olewająco podchodził do tematu, a kobieta odpuszczała i tak wkurzonemu na sam wjazd panu, chyba myśląc, że jakoś to będzie. Zazwyczaj nie było. Dobrze nie było. Bereza krzywiła się tylko z bezradności i klęła w duchu. Miała po dziurki w nosie usuwania brudu spod paznokci w Photoshopie, co też niestety jej się zdarzało. Po prostu drażniło ją, że klienci nagminnie łamali regulamin, a później wymyślali miliony absurdalnych powodów, by obniżyła cenę, chociaż jeszcze przed podpisaniem umowy zapoznali się przecież z jej pracami oraz z liczbą zdjęć, jaką zawierał dany pakiet. Potem udawali głupich, że czegoś nie doczytali, nie dosłyszeli, że w ogóle wszystko zapowiadało się inaczej. Miała dosyć takich ludzi i najzwyczajniej w świecie szkoda jej było czasu na pisanie po raz setny wyjaśniających litanii. Stąd szybko dojrzała mentalnie i zmieniła o sto osiemdziesiąt stopni swoją klientelę. Postanowiła współpracować wyłącznie z profesjonalistami, przede wszystkim z firmami odzieżowymi i z czasopismami, wykonując zlecenia na większą skalę. Pracowała z zawodowymi modelkami i modelami. Często jednak podejmowała również współpracę z nowo tworzonymi markami, a tym samym i z osobami niemającymi zbyt wiele wspólnego z modą, przynajmniej do momentu rozpoczęcia przez nich przygody z tego typu działalnością. Jednak to był, jakkolwiek na to patrzeć, zupełnie inny typ klienta. Wiedział, czego chciał, wiedział, jak takie zdjęcia powinny wyglądać, miał swoje wyobrażenia i wizje, by towar dobrze prezentował się na billboardach, w gazetach czy w katalogach. Przez to i ona zyskiwała dość dużą swobodę w tworzeniu tego typu fotografii. Mogła podpowiadać, powołując się na własne kilkuletnie już doświadczenie. Wszystko było od samego początku klarowne, bez niedomówień. Ona wiedziała, jak ma pracować, a klient, decydując się na podpisanie z nią umowy, wiedział, co dostanie, czego może się spodziewać, akceptując styl jej zdjęć i samej pracy oraz jej podejścia do fotografii.
*
Olbrzymie lampy, z których część wyglądała jak duże, rozłożone na deszczu parasolki, oświetlały tło i modelkę. Dodatkowe, bijące od tyłu, przydymione światło tworzyło tajemniczy klimat.
To wielkie studio było spełnieniem marzeń Sary. Stało się jej „drugim dzieckiem”, tylko że starszym, już wypieszczonym, wychuchanym, wydmuchanym, niemalże perfekcyjnym. Panujące w nim wszechobecna czerń i biel sprawiały, iż wchodząc do niego, człowiek zastanawiał się początkowo, czy na pewno dobrze trafił. Wystarczył jednak jeden krok do świata kilkudziesięciu migoczących ze wszystkich stron światełek przypominających gwiazdy na bezchmurnym niebie, by nigdy nie chciało się już z niego wyjść. O tym, że jest to studio fotograficzne, świadczyły tylko zamontowany na suficie elektryczny system do zawieszania teł oraz kilka stojących lamp: okty, dyfuzory, softboxy i stripboxy. Sara nie lubiła bałaganu, dlatego mniejszy gabarytowo sprzęt, jak aparaty, halogeny, czasze czy blendy, wyciągała ze specjalnej szafy dopiero na potrzeby sesji.
W tym miejscu czuło się magię, przyciągało swoim klimatem powstałym wyłącznie z wyobraźni Sary. To była osobista, czarna dziura w otaczającym ją wszechświecie i wyłącznie wybrani mogli mieć do niej dostęp. Jedynie ci, którzy w pełni akceptowali jej warunki, mogli wniknąć za jej zgodą w głąb przestrzeni, jaką stworzyła. Ktokolwiek minął horyzont zdarzeń, już na zawsze pozostawał poza stworzonym przez nią jej światem i poza nią samą.
Sara urządziła to wnętrze w niebanalnym stylu. W przeciwieństwie do swojego mieszkania, które emanowało ciepłem i domowym ogniskiem, studio to, będące połączeniem metalu i szkła, było chłodne, wręcz zimne, jak jej już dawno zamarznięte serce. Przy tym gustowne i z wyrafinowanym smakiem. Zależało jej na tym, aby klienci byli traktowani przez nią i jej pracowników wyjątkowo i by tak się czuli. Chociaż w jej domu przeważały z kolei drewno i biel, a styl loftowy mieszał się ze skandynawskim, to również ta przestrzeń zapewniała jej komfort. Owa luksusowa przystań była pierwotną wersją jej własnego mieszkania. Kiedyś, dawno temu, nie wyobrażała sobie życia w innym niż ciemne wnętrzu. Zmienny gust człowieka sprawił, że po paru latach, mimo iż nie potrafiła rozstać się z myślami o czerni wokół siebie, nie mogła już w niej przebywać na co dzień. To rozwiązanie było więc dla niej idealne. Dwa w jednym. Wizualizacja przeszłości przeniesiona do studia i plany przyszłości stworzone w obecnym mieszkaniu. Jakby egzystowała w dwóch różnych światach. Jej życie poniekąd przypominało scenariusz filmu „Wyśniona namiętność” z Demi Moore w roli głównej, tylko bez męskiego obiektu w tle. Za dnia w stylowej bajce z porcelany, a wieczorami i rankami w sielskim klimacie boho, z utkanymi ze wspomnień przedmiotami.
*
Unoszący się w powietrzu zapach uderzał w nozdrza, coś na wzór połączenia mroźnego powiewu z jakimiś nieznanymi nikomu wcześniej perfumami. Nie było to jednak świeże powietrze, a włączona klimatyzacja plus obce polskim nosom specyfiki, które do firmy przywoziły razem z Matyldą z różnych stron świata. Obie lubiły wszelkiego rodzaju kadzidła, olejki, żele oraz balsamy o egzotycznym i orientalnym aromacie. Klienci często pytali, co to za zapach. Tylko uśmiechały się wtedy do siebie.
Wszechotaczający luksus Fly2Moon, bo tak nazwała swoje królestwo, kusił, by wejść głębiej, tak jak ona sama stwarzała wokół siebie aurę pociągającą mężczyzn. To trzeba jej było przyznać: Bereza miała świetny gust zarówno jeśli chodziło o zdjęcia, jak i własny styl. Wiedziała, że się podoba. Zdawała sobie sprawę z tego, że ciągnie za sobą łunę pożądania jak obłoki srebrzyste przemierzająca wszechświat kometa. Była tego świadoma, lecz miała to głęboko gdzieś. Już lata temu postanowiła, że żyje tylko dla swojej córeczki. Uwielbiała dobrze wyglądać, ale robiła to wyłącznie dla siebie i dla Małej, by ta nigdy nie musiała się jej wstydzić. Była przeciwnikiem medycyny estetycznej. Wolała zainwestować w droższy krem i zabiegi pielęgnacyjne, niż kłuć się igłą lub pociąć skalpelem. Za bardzo kochała swoje ciało, by je narażać na ból, a ponadto wychodziła z założenia, że lepiej dbać o nie, chodząc na siłownię i prowadząc zdrowy tryb życia, niż iść drogą na skróty. Uważała, że skróty nie istnieją, a nawet jeśli, to co najwyżej można wpaść przez nie w pokrzywy. Tego samego od najmłodszych lat uczyła córkę. Po prostu miała własne zdanie na ten temat, choć nie wdawała się z nikim w dyskusje. Prawo do różniących się od siebie opinii było przecież wpisane w ludzką naturę. Inny pogląd na wszystko, co nas dotyczyło i co nas otaczało, kolorował świat i właśnie to sprawiało, że stawał się piękny w każdym znaczeniu tego słowa. Stąd nie podejmowała rozmów o gustach i przekonaniach, dzięki czemu miała spokojniejszą głowę i mniej stresu. Żyła według własnych zasad i twierdziła, że każdy powinien pilnować swojego tyłka. Choć uważała, że nie zawsze trzeba siedzieć cicho i mieć zamkniętą jadaczkę.
Przez to była inna niż większość kobiet, które znała, zarówno teraz, jak i kiedyś, w przeszłości. Nie każdy z jej bliskiego otoczenia w stu procentach zgadzał się z jej poglądami i ona doskonale o tym wiedziała. Niektórzy nie nadążali za jej sposobem myślenia, ale była tak miłą i tolerancyjną osobą, że bardzo szybko wybaczali jej poniekąd dziwne czasem spojrzenie na dany temat. Pieniądze nie miały dla niej znaczenia. Uważała, że są one tylko fajnym dodatkiem do życia i do pracy. Niby każdy zdaje sobie sprawę, iż nie dają one szczęścia, a jednak wszyscy dążą do tego, aby zdobyć ich jak najwięcej, nawet gdy już mają ich wystarczająco dużo. Sara przebierała w ofertach. Wybierała te według niej najlepsze, najciekawsze i najbardziej wartościowe, mimo że czasem wiązało się to z mniejszym wynagrodzeniem dla jej firmy. Nie kupowała najdroższych ubrań, chociaż mogła sobie na to pozwolić. Skupiała wzrok na tych, które jej się podobały i pasowały do sylwetki. Czasem bywała w lumpeksach, zawsze udawało jej się wyszperać coś, co było unikatowe i jedyne w swoim rodzaju. Nie oceniała ludzi po grubości ich portfela i liczbie zer na koncie bankowym. Miała jednak zdolność do właściwej ich oceny. Była konkretna. Bez zbędnego pitolenia mówiła innym, co myśli o nich i o ich zachowaniu czy podejściu. Bez owijania w bawełnę wykładała karty na stół. Całe życie rodzice mówili jej, że trzeba w każdej sytuacji być człowiekiem szczerym, nie oszukiwać i nie kłamać, a te wpojone od dziecka zasady były dla niej święte. Szczerość to nie chamstwo, od zawsze każdemu to powtarzała. Prawda, nawet jeśli niezbyt miła czy wygodna, powinna być doceniona i przytulona do klatki piersiowej. Z biegiem lat nauczyła się tylko, że dla jej świętego spokoju słowa pewnych ludzi należy przepuszczać przez niewidzialny filtr.
Nie dopuszczała do siebie zbyt wielu osób, znaczenie miała dla niej dosłownie ich garstka. Odkąd rozstała się z ojcem swojej córeczki, świat, w którym żyła, zmienił się diametralnie. Zrobiła selekcję znajomości jakby były jabłkami: odrzuciła przegniłe i wybrała jedynie te najtwardsze i najsłodsze. Zepsute wyrzuciła do kosza, nie chcąc zgnić tak jak one, gdyby tkwiła obok nich. Zrobiła generalne porządki w szafach swojego życia, pozbywając się tych przerdzewiałych od zazdrości i zawiści koleżanek, oraz otworzyła na przestrzał okna w szarych komórkach. Kilka lat wstecz postanowiła, że będzie samowystarczalna i że już nigdy nie dopuści do siebie żadnego mężczyzny. To nawet nie było tak, że nie wierzyła w miłość, ale zwyczajnie bała się kolejny raz komuś zaufać i oddać swoje serce w obce ręce.
– Okej, starczy. Koniec na dziś. Dziękuję – powiedziała, kończąc zdjęcia. Nie lubiła słów „mamy to”, były dla niej przereklamowane.
Odwróciła się w stronę osób siedzących na kanapie. Sara wyjęła kartę pamięci z aparatu i podała ją jednej z kobiet, prostującej właśnie nogi. Najwyraźniej tkwiła zbyt długo w tej samej pozycji. To była jej przyjaciółka, Matylda. Jej prawa ręka i jednocześnie managerka. Odkąd tylko sięgała pamięcią, Matylda trwała obok niej. Ufała tej kobiecie bezgranicznie. Była jedyną, poza rodzicami i córką, istotą na tej ziemi, która miała dostęp do niemal nikomu nieznanych pokładów płatów mózgowych Sary.
– Zgraj zdjęcia, a ja się przebieram i lecę. Obiecałam córce, że spędzę z nią cały dzień – rzuciła tylko.
– Jasne. A, zapomniałam ci powiedzieć. W poniedziałek o dziewiątej rano masz sesję. – Mati uśmiechnęła się, po czym dodała: – Bielizna męska. Jakiś instagramowy celebryta ma się pojawić.
– O, to już czuję, że będzie ciekawie. Oby tylko był kumaty. – Sara się zaśmiała.
– Podobno to specyficzny klient. Gdy dostanę wszystkie szczegóły, to prześlę ci je wieczorem. – Powiedziawszy to, wzięła się za zgrywanie zdjęć.
Studio zaczynało pustoszeć. Modelka przebierała się w garderobie, a ekipa, która dostarczyła ubrania, już dawno zdążyła się spakować i wyjść. Oprócz nich pozostały jeszcze dwie osoby: fryzjerka Magda i makijażysta Michał. Współpracowali z dziewczynami od wielu lat. Cała czwórka traktowała się po kumpelsku.
– Dobra, ja zbieram kosmetyki i też spadam. Kolejny show już za nami. – Magda chowała swoje szpargały do kufra o dość znacznych wymiarach.
Bereza przesłała Matyldzie całusa na pożegnanie, po czym zniknęła w holu. Zjeżdżając windą na sam dół, myślała już tylko o tym, jak spędzi ten dzień z córką.ROZDZIAŁ 2
Wielkie szklane drzwi rozsunęły się. Sara poczuła na ciele podmuch ciepłego powietrza. Wiosna zbliżała się wielkimi krokami, ale ona nie mogła doczekać się już lata. Miało być w tym roku bardzo gorące. Sara lubiła lato, lubiła gorąc i ukrop. Wręcz odżywała w taką pogodę i nigdy nie mogła się nią nasycić. Tak jak inni umierali wtedy z braku powietrza, tak ona właśnie wtedy czuła się dopiero jak ryba w wodzie. Nienawidziła tych wszystkich malkontentów, którzy wciąż narzekali, jak to jest parno, duszno i że nie ma czym oddychać. Wtedy mówiła w myślach do siebie: „To się przeprowadź, człowieku, na Syberię”. I uśmiechała się, kontynuując rozmyślanie: „Tam byś zapewne narzekał na wieczny chłód”.
W południe w okna z tej strony zaglądało słońce, dlatego podczas przedpołudniowych sesji często musiały iść w ruch zasłony i klimatyzacja. Dwa wielkie filary stojące na wprost siebie witały ją, gdy tylko wchodziła do budynku, i żegnały, kiedy go opuszczała. Lubiła te olbrzymie kolumny. Uwielbiała patrzeć, jak na ich elewacji tworzy się żółtawa poświata, gdy obejmowały je złote ramiona słońca. Kochała też tę ruchliwą i długą ulicę, te sklepy i restauracje, całe to tętniące życiem duże miasto, choć czasami tęskniła za starą małomiasteczkowością, gdzie się wychowała i gdzie dorastała. Żyła jednak tu i teraz, a przeszłość została tylko jej pięknym wspomnieniem.
Auto najczęściej parkowała w bocznej ulicy po lewej stronie budynku. Nie chciała wjeżdżać na podziemny parking. Właściwie to nigdy go nie lubiła. Było tam zimno i wilgotno. Tego typu miejsca paskudnie jej się kojarzyły, ze zbrodniami i morderstwami rodem z filmów czy książek. Oczami wyobraźni widziała już, że ktoś ją tam goni, więzi czy zabija, dlatego unikała ich jak ognia. Jak na swoje zarobki posiadała dość skromny samochód. Miał być po prostu przestronny, wygodny i ekonomiczny. Postawiła więc na SUV-a, białego Renault Captur. Wybierała go razem z córką, a Małej od razu spodobał się jego trochę kosmiczny wygląd.
Uwielbiała jeździć nocą. Obserwować zza szyb kolorowe światła ulic i oświetlone witryny sklepowe. Zresztą, mając artystyczną duszę, na krajobrazy za oknem patrzyła jak na fotografie. Wyobraźnia natychmiast podpowiadała jej najróżniejsze scenariusze, do których mogłaby wykorzystać mijane miejsca. Włączała swojego ulubionego rocka z lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Rozmyślała. Ta muzyka ją odprężała i wyciszała, a w domu wiecznie było coś do zrobienia. Tu tylko mknęła przed siebie i w nieznanym nawet sobie kierunku. Czasem zabierała na taką przejażdżkę swoją małą dziewczynkę, która z równie wielkim zaciekawieniem wpatrywała się w to, co przemykało za szybą. Czasem śpiewały też głośno znane dziecku piosenki. Czasem śpiewała sama, a Mała z zachwytem słuchała. Były wtedy wolne, szczęśliwe i tylko dla siebie. Bereza miała ładny głos. Taki łagodny i ciepły, choć gdy śpiewała mocniejsze kawałki, zamieniał się w ostry i chrypliwy. Ona sama za nim nie przepadała. Lubiła śpiewać, ale tylko dla siebie, dla córki i razem z najbliższymi. Scena nigdy jej nie pociągała. Jedynie jako nastolatka często występowała z koleżankami w barach karaoke.
*
Było prawie południe. Na ulicach nie panował jeszcze przesadnie wielki ruch. Sara zazwyczaj tak starała się kończyć sesje, by móc odebrać Małą z przedszkola, a wcześniej zrobić zakupy po drodze. Wychowywała ją sama. Nie mogła pozwolić sobie na pracę w godzinach popołudniowych ani na taką mieszczącą się w sztywnych ramach czasowych. Nie miałaby z kim zostawiać wtedy córki, a zatrudnienie opiekunki kłóciło się z jej wyobrażeniami na temat wychowywania dziecka.
Usłyszała dźwięk telefonu.
– Tak, mamo? – odebrała, jednocześnie ściszając muzykę.
– Cześć, skarbie – odpowiedziała mama.
– Właśnie jadę po Nacię do przedszkola. Dziś mamy dzień dla siebie. Nie przyjedziemy więc w piątek i Mała nie zostanie u was – przypomniała mamie. Co drugi tydzień na cały weekend zawoziła córeczkę do swoich rodziców.
– Jasne, wiem. Jedziecie na wieś – rzekła kobieta.
– Może pojedziecie z nami? – zaproponowała Bereza.
– Innym razem, kochanie. Wybieramy się z ojcem do kina w sobotę. Stwierdził, że dawno nie byliśmy.
– Okej, no to całuję. Pa, bo już wysiadam. – Nie czekając na odpowiedź z drugiej strony, rozłączyła się.
Rodzice Sary mieszkali na drugim końcu miasta. Gdy tylko mogli, wszyscy razem jeździli tam, gdzie kiedyś mieszkali dziadkowie od strony mamy. To było jej miejsce na ziemi. Sara kochała je miłością ogromną i niczym przez lata niezmąconą. Tam były jej wspomnienia i tam było jej dzieciństwo. Obawiała się, że rodzina, do której należała teraz ziemia, będzie kiedyś zmuszona ją sprzedać. Niestety od jakiegoś czasu dochodziły ich słuchy o budowie w tamtych okolicach obwodnicy. Była zła, sama myśl o tej niby to potrzebnej technice budziła w niej odrazę i niechęć. Jak ktoś mógł chcieć zniszczyć ich przeszłość? Jakim prawem ktoś obcy próbował odebrać im wciąż namacalną ojcowiznę? Durne i bezduszne przepisy. Babcia w grobie by się przewracała, gdyby to słyszała. Zawsze trafiały ją szlag i jasna cholera, gdy tylko sobie o tym przypominała.
Pamiętała stary, drewniany dom z długą sienią i duże podwórko z górką za stromą dla tak małej dziewczynki. Potem dom został zburzony, a tuż obok postawiono murowany. Przestał być taki wielki. Siostry dorastały, a i oczy już wtedy inaczej widziały. Za ogrodzeniem biegła droga. Kiedyś była ona polna, gdzie latem spod kół przejeżdżających z rzadka samochodów sypał się piaskowy pył. No a potem wylali tam asfalt i jakoś tak z upływającymi latami to miejsce przestało być już takie zaczarowane. Za drogą mieścił się maleńki sad, gdzie wielka czereśnia co roku o tej samej porze kusiła swoimi wręcz bordowymi owocami. Rozkładały pod nią koc i leżały. Kilka jabłonek pachniało papierówkami, a niektóre obok kosztelami. Wymieszane zapachy pamiętała do dziś. Uwielbiała te jabłka. Smak zielonej papierówki przywoływał w myślach zbyt długo już zamknięte tam obrazy, a sam zapach koszteli do tej pory ranił tym, czego już tam nie było i nigdy nie będzie. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki przenosiła się w czasie, by na krótką chwilę ponownie stać się małą dziewczynką. Czuła smak dzieciństwa oraz gorącego i parnego lata. Widziała te jabłka wszędzie na zielonej trawie pod drzewami. Wybierały zdrowe i ładne. Było ich tak wiele, że nie dało się niektórych nie podeptać.
Na prawo rozpościerała się wielka łąka ze ścieżką prowadzącą nad dwa stawy. Ileż razy kąpały się w nich, udając, że umieją pływać, a w rzeczywistości po kilkudziesięciu centymetrach małe nóżki dotykały mulastego dna. Mogły tam spędzać cały dzień, gdyby tylko dorośli nie wołali. To tam nauczyła się zarzucać wędkę i nie było istotne, że nic nie udało jej się złowić. Całym dziecięcym dorobkiem stały się jedynie trzy liche japońce. I tak była dumna. Również i z tego, że sama szukała dżdżownic, wkładała je palcami do pojemnika, a potem zakładała na haczyk. Lepiła także kulki z chleba. Zawsze się zastanawiała, na co ryby szybciej biorą. Pomiędzy stawami tkwiła prowizoryczna, drewniana kładka, którą i tak bała się przechodzić ze względu na prześwity między deskami. Odnosiła wrażenie, że zaraz się zawali, a ona wpadnie do głębokiej wody. Jednak można było nią dojść do maleńkiej rzeczki w dole. Dużo ciemnozielonych drzew rzucało na zimną wodę wieczny cień. Do dziś Sara pamiętała uczucie chłodu i wilgoci w upalny dzień, gdy w niej brodziły. Wkładały szklane słoiczki z nadzieją, że wpłynie do nich jakaś śliczna rybka. Raz się udało. Była taka kolorowa.
Wczesną wiosną polana nad rzeką usiana była przebiśniegami próbującymi utorować sobie drogę przez biały puch. Wyżej znajdował się już tylko las. A właściwie lasek, z wąską i stromą dróżką prowadzącą w jego głąb. Nie bała się go. Pomiędzy rosnącymi drzewami widziały w oddali podwórko. Były samodzielne i nikt ich nie pilnował. Nie z braku zainteresowania, może z braku czasu po prostu. Na wsi zawsze znalazło się coś do zrobienia. A być może wtedy były inne czasy. Takie bezpieczniejsze i spokojne. Obecnie Sara nie wyobrażała sobie, by córka zniknęła jej z oczu na cały dzień.
*
Sara zaparkowała auto i udała się alejką w stronę przedszkola. Zawsze starała się przychodzić po Małą troszkę później niż zaraz po obiedzie, by nie natrafić na tłumy rodziców czekających przed drzwiami na otwarcie wejścia przez panią woźną. Wyglądali jak potencjalni klienci sklepu RTV czekający na megapromocję. Potem zazwyczaj sama dzwoniła domofonem po córkę, gdyż nie było na stanowisku już żadnej osoby z personelu.
– Cześć, skarbie. – Wyciągnęła ręce do schodzącej po schodach małej istotki.
– Cześć, mami. – Wielkie, niebieskie oczęta wpatrywały się w nią niczym w obraz, po czym dziewczynka rzuciła się jej na szyję i objęła ją z całą siłą, jaką miała w swoich malutkich rączkach.
Sara odwzajemniła uścisk z wielką ostrożnością, by nie zrobić krzywdy małemu życiu. Przytuliła córkę do siebie, wdychając zapach jej szyi, jakby chciała go zapamiętać już na zawsze, i pocałowała jej idealną wręcz skórę. Kochała ją całą. Tak bardzo, że jakby mogła, to by ją zjadła z tej miłości. Sara włożyła Natce kurtkę i wyszły z budynku. Malutka rączka wtopiła się cała w maminą dłoń.
– Co robiłaś dzisiaj w przedszkolu, myszko? – Sara z zaciekawieniem spojrzała na maleńką twarzyczkę dziecka.
– Mamusiu, malowaliśmy rodzinę i uczyliśmy się śpiewać piosenkę – odpowiedziała Mała. Sara uwielbiała to jej dziecięce seplenienie. Było takie słodkie. Dziewczynka wróciła do swoich podskoków, przy okazji wymachując również ręką Sary.
– Co namalowałaś, kochanie? – Bereza zadumała się nad słowem „rodzina”, bojąc się odpowiedzi córeczki.
– Byliśmy ja, ty, babcia, dziadziuś i… – Mała się zatrzymała, a Sara aż się wzdrygnęła. Spojrzała w dal i po chwili dodała: – …i Kamyk.
Kobieta odetchnęła z ulgą.
Kamyk był psem rasy golden retriever, którego dziadkowie przygarnęli, gdy Mała się urodziła, by dziecko nie wychowywało się samo. Chcieli, by pies przyzwyczaił się do Małej od szczeniaka, by wiedział, kto w domu jest najważniejszy, i nie był o nią zazdrosny. Mała go uwielbiała, robiła z nim, co tylko chciała, ale wiedziała, że nie może go krzywdzić, jak to nawet podczas zabawy potrafiły czynić inne dzieciaki w stosunku do swoich zwierząt.