-
nowość
Margines winy. Cienie ambicji. Tom 2 - ebook
Margines winy. Cienie ambicji. Tom 2 - ebook
W szkole St. Oswald’s oficjalna wersja historii nie znosi sprzeciwu, a kłamstwo staje się jedyną obowiązującą rzeczywistością. Rose Hartley i Matt Whitby, uwięzieni w lodowatym archiwum przed zbliżającą się Wizytacją, zostają zmuszeni do ocenzurowania dokumentów z 1976 roku. Gdy w ich przestrzeń bezczelnie wkracza Theodore Davenport, siostrzeniec dyrektora, pragmatyczny pakt zamienia się w niebezpieczną, potrójną rozgrywkę sekretów i pożądania. Kiedy na jaw wychodzi brutalna prawda o cenie milczenia jej własnej rodziny, Rose musi zdecydować: stać się idealną dekoracją systemu czy spłonąć razem z nim? Drugi tom dusznej serii Dark Academia, w której błędy poza sceną kosztują najwięcej. #enemiestolovers #tajemnica #thriller #romans #youngadult #newadult #darkacademia #toksycznytrojkat
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Young Adult |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788384556092 |
| Rozmiar pliku: | 633 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Dziękuję tym, którzy zdecydowali się ponieść echo St. Oswald’s dalej w świat. Za wiarę w mrok tej opowieści, odwagę do szukania prawdy w popiele i za to, że nie pozwalacie tym sekretom zniknąć w archiwach ciszy.
• Natalia ∞ @naviczyta ∞ [email protected]
• Justyna ∞ @bookswithpysiaa ∞ [email protected]
• Maja ∞ @zaklete.w.ksiazkach ∞ [email protected]
• Charlotte ∞ @charlotte.willow.czyta ∞ [email protected]
Chcesz zostać Patronem Medialnym tomu III: „Reqium dla ambicji”?
Napisz do nas na [email protected]Ł 1 – PUSTE ŁÓŻKO I ZAPACH WEŁNY
Drzwi do pokoju zaskrzypiały tak samo jak zawsze. Różnica polegała na tym, że tym razem nikt nie powiedział energicznie „już jestem”, zanim w ogóle zdążyła wejść.
Rose wślizgnęła się do środka i przez moment stała na progu, jakby sprawdzała, czy adres się zgadza.
Ten sam prostokątny układ: dwie szafy, dwa biurka, dwa łóżka rozdzielone pasem wykładziny w kolorze, który ktoś w broszurze nazwałby „bezpieczną zielenią”.
Tylko „dwa” przestało istnieć.
Po lewej stronie – jej część. Biurko z równo ustawionymi książkami, pamiątkowy kubek z Horacym, stos notatek spięty klipsem. Na łóżku pościel zagnieciona od tego, jak w ostatnim tygodniu przed feriami zasypiała w ubraniu.
Po prawej – pustka. Łóżko, które jeszcze do niedawna należało do Caroline, było zasłane podręcznikowo. Koc złożony w kostkę, poduszka gładka. Żadnych swetrów przewieszonych przez oparcie krzesła, żadnych listów wciśniętych między książki, żadnego chaosu, który zawsze zdradzał jej obecność.
Na szafie nie było już naklejki „WALKER”. Na biurku Caroline nie stał już żaden kubek.
Zamiast zdjęcia z morzem, które kiedyś zasłaniało fragment ściany, wisiała czysta tablica korkowa z jedną pinezką w rogu. Czekała na nową historię.
Rose zrobiła krok w głąb pokoju. Dywanik pod jej butami wydał cichy, tłumiony odgłos, jakby nawet on próbował zachować się dyskretnie.
Z szafy wystawał róg znajomego kartonu. Rose nie musiała go otwierać, żeby wiedzieć, co tam jest: Caroline przyniosła go ostatniego dnia poprzedniego semestru pełnego „obcych rzeczy”, które oddawała jak dowody zebrane w sprawie. Teraz stał po drugiej stronie wykładziny. Jak archiwum, nad którym straciła kontrolę.
Z korytarza dochodziły odgłosy powrotu uczniów – otwierane drzwi, śmiech za ścianą, tupot wzdłuż biegu. Rose odcięła je w głowie, nie chcąc myśleć o tym, że w jej pokoju już takich odgłosów nie ma; tutaj jest aż nienaturalnie jak na początek semestru.
W kuchni w domu też zostały tylko ślady. Kubek z niedopitą herbatą, krzesło odsunięte o kilka centymetrów od stołu, złożony na pół rachunek. I zdanie, które teraz wracało jej w głowie szybciej niż jakikolwiek wiersz.
„Nie wracajmy do tego, Rose.”
Matka powiedziała to lodowato spokojnym tonem, nawet nie podnosząc głosu. Jej nóż zatrzymał się nad marchewką, ręka ruszyła dopiero po chwili, jakby cała rozmowa była tylko zakłóceniem rytmu gotowania. Rose zdążyła wypowiedzieć imię Juliana do połowy. Resztę połknęła razem z parą znad garnka.
Nie wracajmy do tego.
Spodziewała się: „skąd wiesz?” albo „to nieprawda”. Ale nie: _nie wracajmy do tego._
Teraz, patrząc na puste łóżko Caroline, Rose poczuła dokładnie tę samą mieszankę złości i rozpaczy.
Zdjęła płaszcz dopiero po dłuższej chwili. Powiesiła go w szafie tak równo, jakby ktoś miał przyjść z inspekcją. Potem otworzyła torbę. Książki ułożyła w stos przy biurku, notatniki w identyczny stos obok. Każda rzecz znalazła swoje miejsce szybciej, niż jej myśli. W głowie wciąż miała to jedno, niewypowiedziane do końca pytanie: „Dlaczego nikt nie chce o nim mówić?”.
Matka nie chciała. Claire nie chciała. Szkoła też nie chciała.
Inaczej niż o starym raporcie sprzed dwóch lat – o nim rozmawiali nazbyt chętnie. To, że Rose wtedy poszła do dyrektora, stało się w domu czymś w rodzaju rodzinnej wpadki, o której chętnie jej przypominano. Regularnie powtarzano, że to niedopuszczalne, aby jeszcze kiedykolwiek wpadła na podobny pomysł.
Teraz wszystko zdawało się ustawiać w jednym szeregu: raport, Julian, pożar, nazwisko Whitby, stypendium Cavendish. Jak kolumna strat, o której nie pozwalano jej zapomnieć.
Usiadła przy biurku. Wyjęła zeszyt i otworzyła go na ostatniej zapisanej stronie. Po lewej – notatki z grudnia. Po prawej czekała czysta kartka. Przez chwilę patrzyła na kremową powierzchnię, czując, jak coś w środku niej próbuje się poruszyć, a zaraz potem cofa.
Mogła zapisać datę. Mogła zapisać: „Powrót po feriach. Łóżko Caroline puste. Matka nie chce mówić o Julianie”. Zamiast tego narysowała mały, równy kwadrat w górnym rogu strony. Symbol rubryki bez podpisu.
Na korytarzu ktoś krzyknął coś o walizkach, gdzieś trzasnęły drzwi od łazienki, jakaś młodsza uczennica roześmiała się za głośno jak na tę porę dnia. Ten hałas istniał, ale jakby za szybą. Tutaj wciąż były tylko dwa łóżka, dwa biurka i jedna dziewczyna, która nagle poczuła się jak zbędny element w równaniu.
Apatia nie była u niej spektakularna. Nie płakała, nie rzucała niczym o ścianę. Po prostu zmniejszała liczbę rzeczy, na których jej zależało. W domu przestało jej zależeć na tym, aby matka była z niej zadowolona. Tutaj coraz mniej obchodziło ją to, czy ktoś z korytarza jeszcze pamięta, że to ona dwa lata temu poszła do dyrektora.
Liczyło się już tylko jedno: liczby, które mogły ją stąd wynieść. Procenty, punkty, nazwisko w odpowiedniej rubryce przy Cavendish Grant. Reszta była szumem.
Przesunęła spojrzeniem po pustej pościeli Caroline jeszcze raz.
Wstała w końcu. Z szuflady biurka wyjęła list z herbem szkoły – ten o tym, że „Rada Powiernicza musi formalnie ratyfikować tę bezprecedensową decyzję podczas wiosennej Wizytacji”. Papier był już lekko zagięty na rogach, od czytania. Przesunęła palcem po kwocie. To był jedyny fragment, który wciąż potrafił wywołać w niej coś w rodzaju przyspieszonego pulsu.
Wsunęła list z powrotem. Zamknęła szufladę zdecydowanym ruchem, ale ciężar papieru wciąż wydawał się wyczuwalny pod jej palcami.
W jej głowie pojawiło się to samo, paranoiczne pytanie, które towarzyszyło jej od pierwszego apelu w St. Oswald’s.
_Czy ja w ogóle mam prawo tu siedzieć?_
Cała jej mordercza praca, setki idealnie równych marginesów i chorobliwy perfekcjonizm nie były walką o sprawiedliwość – były rozpaczliwą próbą udowodnienia, że to krzesło przy stole nie zostało jej podarowane przez pomyłkę w rekrutacji. Bała się, że jeśli jej średnia spadnie o ułamek procenta, system natychmiast wypluje ją na żwir, a elita nawet nie zarejestruje wolnego miejsca w hierarchii klasowej.
– Przetrwam ten rok – powiedziała szeptem, nie wiadomo, czy do siebie, czy do pustego łóżka obok. – A resztą zajmę się potem.
Brzmiało to rozsądnie. Zbyt rozsądnie jak na kogoś, kto właśnie wrócił do miejsca, w którym spalono archiwum.
Bezsilność usiadła jej na ramionach jak dodatkowy, niewidoczny płaszcz.
∞
Dziedziniec przed skrzydłem administracji był pusty, jeśli nie liczyć czarnego, lśniącego jaguara zaparkowanego tuż przy krawężniku. Silnik pracował cicho, wyrzucając w wilgotne powietrze regularne pasma spalin. Sir Alastair wyszedł z gabinetu dyrektora jako ostatni, zapinając środkowy guzik płaszcza z precyzją, która nie dopuszczała żadnych poprawek.
Matt czekał na niego przy żywopłocie, z dłońmi głęboko w kieszeniach.
Przez moment żaden z nich się nie odezwał. Wiatr przeszedł po kamieniu, poruszając liśćmi w żywopłocie. Z daleka dobiegł śmiech z pokoju wspólnego, przytłumiony szybami.
– Wyglądasz… stosownie – skomentował w końcu Sir Alastair, przesuwając spojrzeniem po mundurku. – Przynajmniej tym razem nie muszę się wstydzić, mijając nauczycieli.
– Zawsze możesz powiedzieć, że to nie twoja rodzina – rzucił Matt.
Kącik ust ojca drgnął, ale nie na tyle, żeby można to było nazwać uśmiechem.
– Och, Matthew. – Westchnął cicho. – Nawet kiedy próbujesz być impertynencki, cytujesz rodzinę. To twoja matka mówi tak o kuzynach.
Zrobił krok w jego stronę, zatrzymując się dokładnie na granicy, która oddzielała prywatną rozmowę od oficjalnego pożegnania widocznego z okien gabinetu Davenporta.
– Rachunki zawsze rosną – mruknął Matt.
– Bo wszystko jest rachunkiem – odparł bez wahania ojciec. – Ta szkoła, Cavendish, twoja nauka, każdy bankiet, na którym wymieniane jest nazwisko Whitby. To inwestycje. Wizerunek, wpływy, partnerstwa. – Przeniósł na niego wzrok. – Ciebie też zaliczam do inwestycji, Matthew. Nie do spontanicznych wydatków.
Słowo „inwestycja” trafiło dokładnie tam, gdzie miało – w to samo miejsce, w które kiedyś wchodziło „ultimatum”. Matt poczuł, jak coś zaciska mu się pod mostkiem, ale nie zareagował.
– Miło wiedzieć, że nie jestem impulsywnym zakupem – mruknął.
– Nie byłoby mnie stać na impulsywne zakupy w tej skali – skwitował Sir Alastair. – Jeden semestr waszego amatorstwa kosztował mnie więcej niż roczne utrzymanie przeciętnego ucznia. – Nie podniósł głosu. – Pamiętasz warunki naszego rozejmu?
„Waszego amatorstwa.”
Nie musiał doprecyzować. Matt poczuł w ustach suchy, cierpki smak dymu. Ojciec doskonale wiedział, co wydarzyło się w poprzednim semestrze – wiedział, że razem z Rose Hartley dokopali się do prawdy o Julianie i Arthurze, a pożar w archiwum był tylko rozpaczliwą próbą dyrektora zatarcia śladów. Wiedział, że ta dziewczyna trzyma w dłoni zapalnik do ich rodowego fundamentu.
– Jesteś prawie pełnoletni i za rok kończysz tę szkołę – kontynuował Sir Alastair, a jego głos stał się jeszcze chłodniejszy, pozbawiony jakichkolwiek ozdobników. – W tym roku już nie interesują mnie twoje drobne wybryki, alkohol w internacie czy puste butelki w szafce. Jeśli chcesz kupić sobie prawo do tych ostatnich miesięcy względnej wolności, warunek jest jeden. Trzymasz się od Hartley na dystans mili. Ona jest bezpośrednim zagrożeniem dla tej rodziny, a twoim jedynym zadaniem jest utrzymać stypendium Cavendish i nienaganny profil. Jeden krok w jej stronę, Matthew, a status dziedzica przestanie ci przysługiwać w jakiejkolwiek rubryce. Zostaniesz z niczym. Rozumiemy się?
Matt zacisnął zęby tak mocno, że aż zabolała go żuchwa. Spojrzał ojcu prosto w oczy, nie pozwalając, by choćby jedno drgnienie powieki zdradziło, jak bardzo to uderzenie pozbawiło go tlenu.
– Rozumiemy się – powiedział krótko.
– Nie po to wisi tu nasze nazwisko, żeby ktoś grzebał w jego marginesach. – Skinął lekko głową w stronę tablicy. – Tam nikt nie dopisuje przypisów. Tylko daty i funkcje.
– Mówisz, jakby ona miała dłuto – syknął Matt. – To tylko dziewczyna, która liczy procenty lepiej niż my.
– Dziewczyna, która ma powód, żeby się z nami rozliczyć – odparł ojciec. – A ty jesteś uczniem, którego twarz pojawia się w każdej opowieści o tym, co poszło źle. – Wzruszył minimalnie ramionami. – Nie muszę ci niczego powtarzać. Wiesz, jak to działa. W tej historii ty zawsze byłeś na pierwszej linii ognia.
– Więc przyszedłeś mi o tym przypomnieć? – zapytał Matt. – Przejściowo, między jednym bankietem a drugim?
– Przyszedłem zobaczyć, czy rozumiesz, w czym bierzesz udział – poprawił go. – I upewnić się, że nie zaczynasz mylić lojalności z sentymentem.
Matt parsknął krótko.
Wiedział, że to jest ten moment, w którym kurtyna musi opaść idealnie. Ojciec szukał buntu, żeby mieć powód do domknięcia klatki, albo całkowitego posłuszeństwa, by móc odjechać z poczuciem dobrze zabezpieczonego kapitału. Matt powoli wyprostował ramiona. Uniósł podbródek o milimetr, a na jego twarz wrócił ten nienaganny, chłodny uśmiech, który Sir Alastair tak chętnie pokazywał na zdjęciach w kronice fundacji.
– Wszystko jest pod kontrolą, sir – powiedział w końcu. Głos miał czysty, stabilny, idealnie skrojony pod standardy St. Oswald’s.
Sir Alastair przyglądał mu się jeszcze przez kilka sekund, szukając pęknięcia pod tą gładką powierzchnią. Nie znalazł nic. Wyciągnął rękę i protekcjonalnie poklepał syna po ramieniu – krótko, sucho, jakby klepał dobrze utrzymany element dekoracji.
– Tego od ciebie oczekuję, Matthew – podsumował, po czym odwrócił się i wsiadł na tylne siedzenie jaguara.
Drzwi zatrzasnęły się z głuchym, kosztownym kliknięciem. Samochód ruszył gładko, zostawiając na żwirze idealne ślady opon. Matt stał nieruchomo przy żywopłocie, odprowadzając go wzrokiem, dopóki czarny lakier nie zniknął za bramą szkoły. Dopiero wtedy pozwolił, by jego ramiona opadły o milimetr, a oddech uderzył w zimne powietrze z całą wściekłością, którą przed chwilą tak perfekcyjnie zamroził.
∞
Jadalnia pachniała ciepłym jedzeniem i mokrymi płaszczami. Rzędy stołów ciągnęły się od drzwi aż pod wysokie okna. Za szybami deszcz ciął dziedziniec skośnymi liniami, rozbijając się o kamienne płyty.
Rose wzięła tacę. Zupa, ziemniaki, kawałek mięsa, kromka chleba, kubek herbaty. Wszystko identyczne jak na tackach przed nią i za nią.
Przeszła między stołami do miejsca mniej więcej w połowie sali, po prawej stronie przejścia. To był odruch – codzienna trasa, wydeptana od pierwszego semestru.
Postawiła tacę. Odsunęła krzesło. Usiadła.
Po obu stronach stołu miejsca były wolne. Na blacie – tylko jej talerz, jej kubek, jej sztućce.
Kawałek dalej, bliżej ściany, dziewczyny z jej skrzydła siedziały ściśnięte razem. Amy mówiła szybko, nie odrywając wzroku od Caroline.
– Mówię ci, widzieli go z Victorem przed samym pożarem – urywek zdania doleciał do Rose ponad szumem. – Nie ma opcji, żeby to była przypadkowa akcja.
– Przestań – mruknęła Caroline. – Nie w stołówce.
– A gdzie? – ktoś z drugiej strony stołu prychnął. – Victor znika, Matt zostaje, Hartley dostaje Cavendish. To nie jest plotka.
Śmiech. Krótki, za głośny, natychmiast stłumiony, kiedy jedna z nauczycielek spojrzała w ich stronę.
Rozmowy w pobliżu przycichły na moment, jakby ktoś ściszył dźwięk. Potem ruszyły dalej, ale wokół Rose zrobiło się jakby więcej przestrzeni.
Zanurzyła łyżkę w zupie. Nie spróbowała. Tylko zamieszała, patrząc, jak cienka warstwa tłuszczu układa się w nieregularne kręgi.
Dziewczyna z naprzeciwka podeszła z tacą, spojrzała na wolne krzesło przy Rose, zawahała się ułamek sekundy, po czym minęła je i usiadła dalej, przy grupie.
Stoły w pobliżu w jednej chwili znalazły nowe środki ciężkości. Śmiech przesunął się o kilka miejsc w lewo, jakby ktoś ustawił go ręką.
Szmer rozmów narósł przy wejściu.
Matt wszedł do jadalni w otoczeniu dwóch prefektów z ich roku. Mundurek miał zapięty podręcznikowo, krawat idealnie na środku. Włosy jeszcze lekko wilgotne od deszczu. Mówił coś do jednego z chłopaków, ale słowa gubiły się w hałasie.
Ktoś przy drzwiach rzucił półgłosem:
– Patrz, pan Cavendish.
– W połowie – poprawił go drugi.
Parsknięcie. Nerwowe.
Matt szedł korytarzem między stołami. Uśmiechnął się na jakąś uwagę, tym szkolnym, nienagannym uśmiechem, który dobrze wyglądał na zdjęciach.
Kiedy mijał jej ławkę, spojrzał prosto przed siebie. Ani drgnął. Jakby jej tam nie było.
Rose oparła przedramiona na blacie, żeby nikt nie widział, jak dłoń zaciska jej się na uchu kubka.
Przy końcu stołu ktoś szepnął:
– No i proszę. Whitby w towarzystwie, Hartley solo. System działa.
– System zawsze działa – odparła sucho jedna z dziewczyn. – Inaczej nie mielibyśmy tej szkoły.
Matt usiadł przy stole po przekątnej, pod ścianą. Chwilę później otoczyła go mała grupa – koledzy z drużyny, ktoś z klasy wyżej, jeden z prefektów. Ktoś rzucił mu bułkę jak piłkę. Złapał bez problemu.
Śmiech przy jego stole był czysty, bez zacięć. Przy jej stole były jedynie wolne miejsca.
Rose zjadła pierwszą łyżkę zupy. Smak był letni, nijaki, jakby kuchnia odhaczała obowiązki tak samo jak oni.
W domu matka powiedziała tylko: „Masz szkołę. Rób, co trzeba, żeby ją skończyć”. Wyprostowała plecy. Łyżkę odkładała spokojnie, nie trzaskając o talerz. Nie zamierzała dłużej udawać, że ktoś jeszcze do niej usiądzie.
Kiedy w końcu wstała, żeby odnieść tacę, krzesło odsunęło się z pojedynczym skrzypnięciem. Nikt nie zajął wolnego miejsca, zanim wyszła z sali.
∞
Wieczorem, gdy wracała z biblioteki chwilę przed ciszą nocną, deszcz nie padał – ciął. Ukośnymi liniami, bez ostrzeżenia, bez żadnego meteorologicznego wstępu. Rose wyszła przez boczne drzwi ze skrzydła internatu z zamiarem sprawdzenia godziny na tablicy ogłoszeń i zamiast tego dostała ulewę prosto w twarz.
Dziedziniec był pusty.
Żwir przy krawężniku nosił jeszcze ślady opon – dwa idealne, równoległe rowki po czarnym jaguarze. Lśniły w świetle latarni jak podpis kogoś, kto wyszedł z pomieszczenia, nie zamykając za sobą temperatury.
Rose zatrzymała się pod okapem i odruchowo policzyła: czterdzieści minut od wyjazdu Sir Alastaira. Tyle czasu Matt miał na to, żeby wrócić do internatu. Nie wrócił.
Pomnik Cavendisha stał na końcu bocznej alejki jak zawsze – solidny, marmurowy, absolutnie obojętny na pogodę. Fundator patrzył w dal z wyrazem twarzy człowieka, który nigdy nie miał problemu z wilgotnością powietrza. Za jego cokołem była wnęka – Rose wiedziała o niej, ponieważ Matt palił tam papierosy po wieczornej ciszy i zostawiał niedopałki poustawiane rzędem jak dowody rzeczowe.
Zobaczyła ruch, zanim zobaczyła go samego. Biała koszula w ciemności. Marynarka nigdzie.
∞
Kiedy weszła w tę wąską szczelinę między kamieniem a murem ogrodzenia, deszcz natychmiast przyciął o połowę. Tutaj było sucho tylko teoretycznie – marmur oddawał wodę z każdej strony, a powietrze smakowało mokrym lodem i czymś ostrym, co Rose skojarzyła bez opóźnienia: alkohol.
Matt siedział na niskim murku przy postumencie. Koszulę miał przemoczoną do nitki, przylepioną do ramion z precyzją, która nie zostawiała złudzeń co do temperatury tego wieczoru. Włosy lepiły mu się do czoła i karku. Krawat był rozluźniony o więcej niż jeden centymetr. To był zły znak – Matt Whitby wyglądał na pokonanego.
Nie spojrzał na nią, gdy podeszła.
– Internaty zamykają za jedenaście minut – powiedziała i starała się, żeby do jej głosu nie wdarł się żal.
Nic.
– Matt.
– Wiem, kiedy zamykają internaty – odparł cicho. Głos miał czysty, szkolny, perfekcyjnie pozbawiony czegokolwiek poza literami. To było gorsze niż krzyk.
Rose zrobiła krok w jego stronę. Mokry żwir zaskrzypiał pod stopą.
– Wstawaj. Pójdziemy tylnym wejściem, Hobson i tak nigdy nie sprawdza listy przed…
– Zostaw mnie.
– Nie ma opcji, żebyś spędził noc…
– _Zostaw._ Mnie.
Wstał. Szybciej niż powinna się spodziewać, szybciej niż wynikało z pozycji, w której siedział – jeden ruch, płynny i nieprzyjemnie precyzyjny jak zamknięcie sejfu. Rose cofnęła się odruchowo, ale nie zdążyła, bo jego dłonie chwyciły ją za nadgarstki. Uchwyt nie był bolesny, ale był bardzo stabilny.
Zanim zdążyła przetworzyć całą sekwencję, jej plecy uderzyły w mokry marmur cokołu.
Kamień był lodowaty nawet przez materiał mundurku. Cavendish za jej głową trzymał swój niezmieniony wyraz i był jej w tej chwili doskonale obojętny.
Matt stał bardzo blisko. Za blisko, żeby nazwać to przypadkiem. Jego mokre włosy musnęły jej czoło – jeden krótki kontakt, który Rose zarejestrowała z opóźnieniem – a oddech uderzał w jej twarz w nieregularnych falach, za ciepły jak na ten wieczór.
Pachniał alkoholem i czymś pod spodem, czymś metalicznym i ostrym, co Rose kojarzyła z archiwum, z późnymi wieczorami nad teczkami, których nie można było otworzyć bez szkody. Z wściekłością, która nie znalazła jeszcze rubryki, do której można by ją wpisać.
Oddychał ciężko. Jego klatka piersiowa poruszała się z nieregularnością kogoś, kto przez ostatnie czterdzieści minut aktywnie starał się _nie_ oddychać i właśnie teraz przestał.
Nie widać tego było na jego twarzy, która utrzymywała jeszcze tę spłukaną wersję oficjalnego wyrazu – szczęka zaciśnięta, spojrzenie skupione gdzieś pośrodku między jej czołem a horyzontem – ale Rose czuła to przez nadgarstki. Wibracja, drobna i miarowa, jakby coś wewnątrz niego pracowało pod zbyt wysokim ciśnieniem i szukało ujścia przez każdą dostępną szczelinę.
– Matt, puść mnie – powiedziała cicho.
Nie puścił. Zacisnął palce mocniej – nie boleśnie, ale wyraźnie, jakby to był jedyny punkt, który jeszcze trzymał.
– _Inwestycja_ – syknął.
Słowo wyszło z niego jak coś, co siedziało od godzin między żebrami i właśnie znalazło drogę przez zęby. Nie był to krzyk. Był cichszy od krzyku, i przez to znacznie gorszy.
– Słyszałaś? – Jego twarz była teraz tak blisko, że Rose mogła policzyć, ile wody ma na rzęsach. – _Inwestycja._ Tak to nazwał. Jeden semestr twoich wybryków. Powiedział to jak wiersz, który zna na pamięć. Jakby–
Urwał. Żuchwa drgała mu minimalnie.
Rose nie odpowiedziała. Instynkt kazał jej milczeć.
Matt opuścił głowę o centymetr. Mokre włosy znów musnęły jej skórę.
– Zostało mi _przeżycie_ – wyszeptał, a w tym szepcie był taki ładunek, że Rose poczuła, jak coś napina się w powietrzu między nimi. – Żadnych impulsywnych zakupów. Żadnych rachunków, których nie przewidział. Żadnych – jego głos złamał się na ułamek sekundy, jeden jedyny, natychmiast zamrożony – żadnych _nieprawidłowości_ w rejestrze.
Deszcz walił o kamień za nimi. Gdzieś dalej skrzypnęły drzwi od strony dziedzińca.
Rose patrzyła na niego i widziała to po raz pierwszy – nie fasadę, nie tryb oficjalny, nie nagrodzony uśmiech z kroniki fundacji. Widziała kogoś, komu właśnie wyjęto kręgosłup i oddano z powrotem, i kto teraz stoi tylko dlatego, że nie ma gdzie upaść.
Drapieżnik, który wie, że jest w klatce.
Jego palce na jej nadgarstkach drżały razem z resztą ciała – tą samą, niewidzialną wibracją, która teraz Rose czuła też w marmurze za plecami, jakby kamień ją przewodził.
Przez sekundę – krótszą niż wiersz, dłuższą niż powinna – nikt się nie ruszał.
– Nie jesteś inwestycją – wyszeptała nagle.
Matt zamarł.
– Nie jesteś projektem do naprawy – ciągnęła, słysząc własny głos dziwnie wyraźnie mimo deszczu. – Nie jesteś nazwiskiem do ustawienia przy stole na koniec semestru. Nie jesteś dowodem na to, że Whitby zawsze wracają na swoje miejsce. Nie jesteś niczyim alibi.
Patrzył na nią z bliska, jakby próbował zdecydować, czy to kłamstwo, czy coś gorszego – prawda, której nie da się już cofnąć.
Uścisk zaczął się rozluźniać. Najpierw minimalnie, potem wyraźniej. Krew wróciła jej do dłoni gorącą falą.
Potem Matt odsunął się. Gwałtownie, jakby sparzył się o to, co przed chwilą trzymał. Cofnął się o krok, drugi, a uchwyt puścił tak nagle, że Rose musiała sama utrzymać równowagę przy murze.
Stał teraz z powrotem w deszczu, z rękami wzdłuż ciała, z mokrymi włosami i twarzą, na której coś zamykało się powoli, warstwa po warstwie. W końcu spojrzał na nią chłodno, bez żadnych emocji.
Rose oparła dłoń o marmur i złapała oddech. Nadgarstki pulsowały, a serce tłukło zbyt mocno.
– Osiem minut do zamknięcia internatów – powiedziała pewnie, chociaż głos jej zadrżał. Wyprostowała się i wyszła z wnęki w ulewę. Fundator Cavendish patrzył za nią obojętnie.ROZDZIAŁ 2 – NIEPOKORNY SIOSTRZENIEC
Następnego dnia jadalnia brzmiała jak zawsze: talerze uderzały o blat, krzesła zgrzytały po podłodze, rozmowy nakładały się na siebie, tworząc jednolity szum.
Rose siedziała z rozłożoną przed tacą książką. Po obu stronach ławki wciąż były wolne miejsca.
Od czasu do czasu ktoś przechodził obok, zwalniał na ułamek sekundy, po czym szedł dalej. Powietrze wokół niej było spokojniejsze niż przy innych stołach. Mniej śmiechu, mniej gestów. Przesunęła palcem po uchu kubka. Herbata była ciepła, ale nie gorąca. W powietrzu mieszał się zapach gotowanego mięsa i mokrej wełny.
Szmer rozmów przy wejściu lekko narósł.
Ktoś wszedł pewnym krokiem, jakby znał ten hałas od lat i wiedział dokładnie, jak się w niego wpasować. Zbyt dobrze znała mechanikę tej sali: jeśli coś było naprawdę warte uwagi, prędzej czy później dopłynie do niej echem.
– Patrz, „nowy Whitby” – powiedział ktoś półgłosem.
– Podobno jest z rodziny dyrektora.
– Ten w krzywym krawacie? Ładnie.
Ruch przy stołach przesunął się jak fala. Kilka głów odwróciło się w stronę drzwi, śledząc czyjś tor w głąb sali.
Rose uniosła wzrok.
Chłopak szedł wzdłuż przejścia, z tacką w jednej ręce. Mundurek miał poprawny, ale krawat był poluzowany o dobre dwa centymetry, górny guzik koszuli rozpięty. Na piersi – odznaka starszego oddziału, przypięta nieco krzywo. Włosy jasne, lekko potargane, jakby przesuwał po nich dłonią w drodze z dziedzińca.
Nie zwalniał przy zajętych stołach. Ktoś odsunął krzesło, robiąc mu miejsce, ktoś inny skinął głową. Przeszedł dalej i zatrzymał się prosto przy jej stole.
– Wolne? – zapytał zwyczajnie, jakby wcale nie chodziło o naruszenie niewidzialnej granicy.
Rose spojrzała na tacę, potem na niego.
– Wolne – odparła oschle. – Ale nie wiem, czy jadalnia doceni twoją odwagę.
Na dwóch sąsiednich stołach rozmowy przycichły. Kilka par oczu przerzuciło się z niego na nią i z powrotem.
Chłopak uśmiechnął się krótko, jednym kącikiem ust.
– Pewnie nie – stwierdził prosto.
Postawił tacę naprzeciwko niej i usiadł, jakby to był najbardziej naturalny wybór w tej sali. Krzesło zaskrzypiało.
– Theodore Davenport – przedstawił się spokojnie, zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, a na jej zaskoczone spojrzenie dodał: – Łatwiej siedzieć naprzeciwko kogoś, kogo się przynajmniej z grubsza kojarzy, choćby po nazwisku.
Nazwisko dyrektora zawisło nad stołem z lekkim brzękiem. Kilka osób w pobliżu odchrząknęło.
Rose poczuła, jak mięśnie karku napinają jej się odruchowo.
– Rose Hartley – odparła. – Skoro jednak zająłeś to krzesło, oficjalne powitanie i tak jest zbędne.
– Może. Ale jest uprzejme – stwierdził.