Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Margines winy - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 czerwca 2026
40,38
4038 pkt
punktów Virtualo

Margines winy - ebook

Rose Hartley i Matt Whitby, uwięzieni w lodowatym archiwum przed zbliżającą się Wizytacją, zostają zmuszeni do ocenzurowania dokumentów z 1976 roku. Gdy w ich przestrzeń bezczelnie wkracza Theodore Davenport, siostrzeniec dyrektora, pragmatyczny pakt zamienia się w niebezpieczną, potrójną rozgrywkę sekretów i pożądania. #enemiestolovers #tajemnica #thriller #romans #youngadult #newadult #darkacademia #toksycznytrojkat.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Dla młodzieży
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8455-609-2
Rozmiar pliku: 2,0 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Patroni Medialni

Dziękuję tym, którzy zdecydowali się ponieść echo St. Oswald’s dalej w świat. Za wiarę w mrok tej opowieści, odwagę do szukania prawdy w popiele i za to, że nie pozwalacie tym sekretom zniknąć w archiwach ciszy.

• Natalia ∞ @NAVICZYTA ∞ [email protected]

• Justyna ∞ @BOOKSWITHPYSIAA ∞ [email protected]

• Maja ∞ @ZAKLETE.W.KSIAZKACH ∞ [email protected]

• Charlotte ∞ @CHARLOTTE.WILLOW.CZYTA ∞ [email protected]

CHCESZ ZOSTAĆ PATRONEM MEDIALNYM TOMU III: „REQIUM DLA AMBICJI”?

Napisz do nas na [email protected]ł 1 — Puste łóżko i zapach wełny

Drzwi do pokoju zaskrzypiały tak samo jak zawsze. Różnica polegała na tym, że tym razem nikt nie powiedział energicznie „już jestem”, zanim w ogóle zdążyła wejść.

Rose wślizgnęła się do środka i przez moment stała na progu, jakby sprawdzała, czy adres się zgadza.

Ten sam prostokątny układ: dwie szafy, dwa biurka, dwa łóżka rozdzielone pasem wykładziny w kolorze, który ktoś w broszurze nazwałby „bezpieczną zielenią”.

Tylko „dwa” przestało istnieć.

Po lewej stronie — jej część. Biurko z równo ustawionymi książkami, pamiątkowy kubek z Horacym, stos notatek spięty klipsem. Na łóżku pościel zagnieciona od tego, jak w ostatnim tygodniu przed feriami zasypiała w ubraniu.

Po prawej — pustka. Łóżko, które jeszcze do niedawna należało do Caroline, było zasłane podręcznikowo. Koc złożony w kostkę, poduszka gładka. Żadnych swetrów przewieszonych przez oparcie krzesła, żadnych listów wciśniętych między książki, żadnego chaosu, który zawsze zdradzał jej obecność.

Na szafie nie było już naklejki „WALKER”. Na biurku Caroline nie stał już żaden kubek.

Zamiast zdjęcia z morzem, które kiedyś zasłaniało fragment ściany, wisiała czysta tablica korkowa z jedną pinezką w rogu. Czekała na nową historię.

Rose zrobiła krok w głąb pokoju. Dywanik pod jej butami wydał cichy, tłumiony odgłos, jakby nawet on próbował zachować się dyskretnie.

Z szafy wystawał róg znajomego kartonu. Rose nie musiała go otwierać, żeby wiedzieć, co tam jest: Caroline przyniosła go ostatniego dnia poprzedniego semestru pełnego „obcych rzeczy”, które oddawała jak dowody zebrane w sprawie. Teraz stał po drugiej stronie wykładziny. Jak archiwum, nad którym straciła kontrolę.

Z korytarza dochodziły odgłosy powrotu uczniów — otwierane drzwi, śmiech za ścianą, tupot wzdłuż biegu. Rose odcięła je w głowie, nie chcąc myśleć o tym, że w jej pokoju już takich odgłosów nie ma; tutaj jest aż nienaturalnie jak na początek semestru.

W kuchni w domu też zostały tylko ślady. Kubek z niedopitą herbatą, krzesło odsunięte o kilka centymetrów od stołu, złożony na pół rachunek. I zdanie, które teraz wracało jej w głowie szybciej niż jakikolwiek wiersz.

„Nie wracajmy do tego, Rose.”

Matka powiedziała to lodowato spokojnym tonem, nawet nie podnosząc głosu. Jej nóż zatrzymał się nad marchewką, ręka ruszyła dopiero po chwili, jakby cała rozmowa była tylko zakłóceniem rytmu gotowania. Rose zdążyła wypowiedzieć imię Juliana do połowy. Resztę połknęła razem z parą znad garnka.

_Nie wracajmy do tego._

Spodziewała się: „skąd wiesz?” albo „to nieprawda”. Ale nie: _nie wracajmy do tego._

Teraz, patrząc na puste łóżko Caroline, Rose poczuła dokładnie tę samą mieszankę złości i rozpaczy.

Zdjęła płaszcz dopiero po dłuższej chwili. Powiesiła go w szafie tak równo, jakby ktoś miał przyjść z inspekcją. Potem otworzyła torbę. Książki ułożyła w stos przy biurku, notatniki w identyczny stos obok. Każda rzecz znalazła swoje miejsce szybciej, niż jej myśli. W głowie wciąż miała to jedno, niewypowiedziane do końca pytanie: „Dlaczego nikt nie chce o nim mówić?”.

Matka nie chciała. Claire nie chciała. Szkoła też nie chciała.

Inaczej niż o starym raporcie sprzed dwóch lat — o nim rozmawiali nazbyt chętnie. To, że Rose wtedy poszła do dyrektora, stało się w domu czymś w rodzaju rodzinnej wpadki, o której chętnie jej przypominano. Regularnie powtarzano, że to niedopuszczalne, aby jeszcze kiedykolwiek wpadła na podobny pomysł.

Teraz wszystko zdawało się ustawiać w jednym szeregu: raport, Julian, pożar, nazwisko Whitby, stypendium Cavendish. Jak kolumna strat, o której nie pozwalano jej zapomnieć.

Usiadła przy biurku. Wyjęła zeszyt i otworzyła go na ostatniej zapisanej stronie. Po lewej — notatki z grudnia. Po prawej czekała czysta kartka. Przez chwilę patrzyła na kremową powierzchnię, czując, jak coś w środku niej próbuje się poruszyć, a zaraz potem cofa.

Mogła zapisać datę. Mogła zapisać: „Powrót po feriach. Łóżko Caroline puste. Matka nie chce mówić o Julianie”. Zamiast tego narysowała mały, równy kwadrat w górnym rogu strony. Symbol rubryki bez podpisu.

Na korytarzu ktoś krzyknął coś o walizkach, gdzieś trzasnęły drzwi od łazienki, jakaś młodsza uczennica roześmiała się za głośno jak na tę porę dnia. Ten hałas istniał, ale jakby za szybą. Tutaj wciąż były tylko dwa łóżka, dwa biurka i jedna dziewczyna, która nagle poczuła się jak zbędny element w równaniu.

Apatia nie była u niej spektakularna. Nie płakała, nie rzucała niczym o ścianę. Po prostu zmniejszała liczbę rzeczy, na których jej zależało. W domu przestało jej zależeć na tym, aby matka była z niej zadowolona. Tutaj coraz mniej obchodziło ją to, czy ktoś z korytarza jeszcze pamięta, że to ona dwa lata temu poszła do dyrektora.

Liczyło się już tylko jedno: liczby, które mogły ją stąd wynieść. Procenty, punkty, nazwisko w odpowiedniej rubryce przy Cavendish Grant. Reszta była szumem.

Przesunęła spojrzeniem po pustej pościeli Caroline jeszcze raz.

Wstała w końcu. Z szuflady biurka wyjęła list z herbem szkoły — ten o tym, że „Rada Powiernicza musi formalnie ratyfikować tę bezprecedensową decyzję podczas wiosennej Wizytacji”. Papier był już lekko zagięty na rogach, od czytania. Przesunęła palcem po kwocie. To był jedyny fragment, który wciąż potrafił wywołać w niej coś w rodzaju przyspieszonego pulsu.

Wsunęła list z powrotem. Zamknęła szufladę zdecydowanym ruchem, ale ciężar papieru wciąż wydawał się wyczuwalny pod jej palcami.

W jej głowie pojawiło się to samo, paranoiczne pytanie, które towarzyszyło jej od pierwszego apelu w St. Oswald’s.

_Czy ja w ogóle mam prawo tu siedzieć?_

Cała jej mordercza praca, setki idealnie równych marginesów i chorobliwy perfekcjonizm nie były walką o sprawiedliwość — były rozpaczliwą próbą udowodnienia, że to krzesło przy stole nie zostało jej podarowane przez pomyłkę w rekrutacji. Bała się, że jeśli jej średnia spadnie o ułamek procenta, system natychmiast wypluje ją na żwir, a elita nawet nie zarejestruje wolnego miejsca w hierarchii klasowej.

— Przetrwam ten rok — powiedziała szeptem, nie wiadomo, czy do siebie, czy do pustego łóżka obok. — A resztą zajmę się potem.

Brzmiało to rozsądnie. Zbyt rozsądnie jak na kogoś, kto właśnie wrócił do miejsca, w którym spalono archiwum.

Bezsilność usiadła jej na ramionach jak dodatkowy, niewidoczny płaszcz.



Dziedziniec przed skrzydłem administracji był pusty, jeśli nie liczyć czarnego, lśniącego jaguara zaparkowanego tuż przy krawężniku. Silnik pracował cicho, wyrzucając w wilgotne powietrze regularne pasma spalin. Sir Alastair wyszedł z gabinetu dyrektora jako ostatni, zapinając środkowy guzik płaszcza z precyzją, która nie dopuszczała żadnych poprawek.

Matt czekał na niego przy żywopłocie, z dłońmi głęboko w kieszeniach.

Przez moment żaden z nich się nie odezwał. Wiatr przeszedł po kamieniu, poruszając liśćmi w żywopłocie. Z daleka dobiegł śmiech z pokoju wspólnego, przytłumiony szybami.

— Wyglądasz… stosownie — skomentował w końcu Sir Alastair, przesuwając spojrzeniem po mundurku. — Przynajmniej tym razem nie muszę się wstydzić, mijając nauczycieli.

— Zawsze możesz powiedzieć, że to nie twoja rodzina — rzucił Matt.

Kącik ust ojca drgnął, ale nie na tyle, żeby można to było nazwać uśmiechem.

— Och, Matthew. — Westchnął cicho. — Nawet kiedy próbujesz być impertynencki, cytujesz rodzinę. To twoja matka mówi tak o kuzynach.

Zrobił krok w jego stronę, zatrzymując się dokładnie na granicy, która oddzielała prywatną rozmowę od oficjalnego pożegnania widocznego z okien gabinetu Davenporta.

— Rachunki zawsze rosną — mruknął Matt.

— Bo wszystko jest rachunkiem — odparł bez wahania ojciec. — Ta szkoła, Cavendish, twoja nauka, każdy bankiet, na którym wymieniane jest nazwisko Whitby. To inwestycje. Wizerunek, wpływy, partnerstwa. — Przeniósł na niego wzrok. — Ciebie też zaliczam do inwestycji, Matthew. Nie do spontanicznych wydatków.

Słowo „inwestycja” trafiło dokładnie tam, gdzie miało — w to samo miejsce, w które kiedyś wchodziło „ultimatum”. Matt poczuł, jak coś zaciska mu się pod mostkiem, ale nie zareagował.

— Miło wiedzieć, że nie jestem impulsywnym zakupem — mruknął.

— Nie byłoby mnie stać na impulsywne zakupy w tej skali — skwitował Sir Alastair. — Jeden semestr waszego amatorstwa kosztował mnie więcej niż roczne utrzymanie przeciętnego ucznia. — Nie podniósł głosu. — Pamiętasz warunki naszego rozejmu?

_„Waszego amatorstwa.”_

Nie musiał doprecyzować. Matt poczuł w ustach suchy, cierpki smak dymu. Ojciec doskonale wiedział, co wydarzyło się w poprzednim semestrze — wiedział, że razem z Rose Hartley dokopali się do prawdy o Julianie i Arthurze, a pożar w archiwum był tylko rozpaczliwą próbą dyrektora zatarcia śladów. Wiedział, że ta dziewczyna trzyma w dłoni zapalnik do ich rodowego fundamentu.

— Jesteś prawie pełnoletni i za rok kończysz tę szkołę — kontynuował Sir Alastair, a jego głos stał się jeszcze chłodniejszy, pozbawiony jakichkolwiek ozdobników. — W tym roku już nie interesują mnie twoje drobne wybryki, alkohol w internacie czy puste butelki w szafce. Jeśli chcesz kupić sobie prawo do tych ostatnich miesięcy względnej wolności, warunek jest jeden. Trzymasz się od Hartley na dystans mili. Ona jest bezpośrednim zagrożeniem dla tej rodziny, a twoim jedynym zadaniem jest utrzymać stypendium Cavendish i nienaganny profil. Jeden krok w jej stronę, Matthew, a status dziedzica przestanie ci przysługiwać w jakiejkolwiek rubryce. Zostaniesz z niczym. Rozumiemy się?

Matt zacisnął zęby tak mocno, że aż zabolała go żuchwa. Spojrzał ojcu prosto w oczy, nie pozwalając, by choćby jedno drgnienie powieki zdradziło, jak bardzo to uderzenie pozbawiło go tlenu.

— Rozumiemy się — powiedział krótko.

— Nie po to wisi tu nasze nazwisko, żeby ktoś grzebał w jego marginesach. — Skinął lekko głową w stronę tablicy. — Tam nikt nie dopisuje przypisów. Tylko daty i funkcje.

— Mówisz, jakby ona miała dłuto — syknął Matt. — To tylko dziewczyna, która liczy procenty lepiej niż my.

— Dziewczyna, która ma powód, żeby się z nami rozliczyć — odparł ojciec. — A ty jesteś uczniem, którego twarz pojawia się w każdej opowieści o tym, co poszło źle. — Wzruszył minimalnie ramionami. — Nie muszę ci niczego powtarzać. Wiesz, jak to działa. W tej historii ty zawsze byłeś na pierwszej linii ognia.

— Więc przyszedłeś mi o tym przypomnieć? — zapytał Matt. — Przejściowo, między jednym bankietem a drugim?

— Przyszedłem zobaczyć, czy rozumiesz, w czym bierzesz udział — poprawił go. — I upewnić się, że nie zaczynasz mylić lojalności z sentymentem.

Matt parsknął krótko.

Wiedział, że to jest ten moment, w którym kurtyna musi opaść idealnie. Ojciec szukał buntu, żeby mieć powód do domknięcia klatki, albo całkowitego posłuszeństwa, by móc odjechać z poczuciem dobrze zabezpieczonego kapitału. Matt powoli wyprostował ramiona. Uniósł podbródek o milimetr, a na jego twarz wrócił ten nienaganny, chłodny uśmiech, który Sir Alastair tak chętnie pokazywał na zdjęciach w kronice fundacji.

— Wszystko jest pod kontrolą, sir — powiedział w końcu. Głos miał czysty, stabilny, idealnie skrojony pod standardy St. Oswald’s.

Sir Alastair przyglądał mu się jeszcze przez kilka sekund, szukając pęknięcia pod tą gładką powierzchnią. Nie znalazł nic. Wyciągnął rękę i protekcjonalnie poklepał syna po ramieniu — krótko, sucho, jakby klepał dobrze utrzymany element dekoracji.

— Tego od ciebie oczekuję, Matthew — podsumował, po czym odwrócił się i wsiadł na tylne siedzenie jaguara.

Drzwi zatrzasnęły się z głuchym, kosztownym kliknięciem. Samochód ruszył gładko, zostawiając na żwirze idealne ślady opon. Matt stał nieruchomo przy żywopłocie, odprowadzając go wzrokiem, dopóki czarny lakier nie zniknął za bramą szkoły. Dopiero wtedy pozwolił, by jego ramiona opadły o milimetr, a oddech uderzył w zimne powietrze z całą wściekłością, którą przed chwilą tak perfekcyjnie zamroził.



Jadalnia pachniała ciepłym jedzeniem i mokrymi płaszczami. Rzędy stołów ciągnęły się od drzwi aż pod wysokie okna. Za szybami deszcz ciął dziedziniec skośnymi liniami, rozbijając się o kamienne płyty.

Rose wzięła tacę. Zupa, ziemniaki, kawałek mięsa, kromka chleba, kubek herbaty. Wszystko identyczne jak na tackach przed nią i za nią.

Przeszła między stołami do miejsca mniej więcej w połowie sali, po prawej stronie przejścia. To był odruch — codzienna trasa, wydeptana od pierwszego semestru.

Postawiła tacę. Odsunęła krzesło. Usiadła.

Po obu stronach stołu miejsca były wolne. Na blacie — tylko jej talerz, jej kubek, jej sztućce.

Kawałek dalej, bliżej ściany, dziewczyny z jej skrzydła siedziały ściśnięte razem. Amy mówiła szybko, nie odrywając wzroku od Caroline.

— Mówię ci, widzieli go z Victorem przed samym pożarem — urywek zdania doleciał do Rose ponad szumem. — Nie ma opcji, żeby to była przypadkowa akcja.

— Przestań — mruknęła Caroline. — Nie w stołówce.

— A gdzie? — ktoś z drugiej strony stołu prychnął. — Victor znika, Matt zostaje, Hartley dostaje Cavendish. To nie jest plotka.

Śmiech. Krótki, za głośny, natychmiast stłumiony, kiedy jedna z nauczycielek spojrzała w ich stronę.

Rozmowy w pobliżu przycichły na moment, jakby ktoś ściszył dźwięk. Potem ruszyły dalej, ale wokół Rose zrobiło się jakby więcej przestrzeni.

Zanurzyła łyżkę w zupie. Nie spróbowała. Tylko zamieszała, patrząc, jak cienka warstwa tłuszczu układa się w nieregularne kręgi.

Dziewczyna z naprzeciwka podeszła z tacą, spojrzała na wolne krzesło przy Rose, zawahała się ułamek sekundy, po czym minęła je i usiadła dalej, przy grupie.

Stoły w pobliżu w jednej chwili znalazły nowe środki ciężkości. Śmiech przesunął się o kilka miejsc w lewo, jakby ktoś ustawił go ręką.

Szmer rozmów narósł przy wejściu.

Matt wszedł do jadalni w otoczeniu dwóch prefektów z ich roku. Mundurek miał zapięty podręcznikowo, krawat idealnie na środku. Włosy jeszcze lekko wilgotne od deszczu. Mówił coś do jednego z chłopaków, ale słowa gubiły się w hałasie.

Ktoś przy drzwiach rzucił półgłosem:

— Patrz, pan Cavendish.

— W połowie — poprawił go drugi.

Parsknięcie. Nerwowe.

Matt szedł korytarzem między stołami. Uśmiechnął się na jakąś uwagę, tym szkolnym, nienagannym uśmiechem, który dobrze wyglądał na zdjęciach.

Kiedy mijał jej ławkę, spojrzał prosto przed siebie. Ani drgnął. Jakby jej tam nie było.

Rose oparła przedramiona na blacie, żeby nikt nie widział, jak dłoń zaciska jej się na uchu kubka.

Przy końcu stołu ktoś szepnął:

— No i proszę. Whitby w towarzystwie, Hartley solo. System działa.

— System zawsze działa — odparła sucho jedna z dziewczyn. — Inaczej nie mielibyśmy tej szkoły.

Matt usiadł przy stole po przekątnej, pod ścianą. Chwilę później otoczyła go mała grupa — koledzy z drużyny, ktoś z klasy wyżej, jeden z prefektów. Ktoś rzucił mu bułkę jak piłkę. Złapał bez problemu.

Śmiech przy jego stole był czysty, bez zacięć. Przy jej stole były jedynie wolne miejsca.

Rose zjadła pierwszą łyżkę zupy. Smak był letni, nijaki, jakby kuchnia odhaczała obowiązki tak samo jak oni.

W domu matka powiedziała tylko: „Masz szkołę. Rób, co trzeba, żeby ją skończyć”. Wyprostowała plecy. Łyżkę odkładała spokojnie, nie trzaskając o talerz. Nie zamierzała dłużej udawać, że ktoś jeszcze do niej usiądzie.

Kiedy w końcu wstała, żeby odnieść tacę, krzesło odsunęło się z pojedynczym skrzypnięciem. Nikt nie zajął wolnego miejsca, zanim wyszła z sali.



Wieczorem, gdy wracała z biblioteki chwilę przed ciszą nocną, deszcz nie padał — ciął. Ukośnymi liniami, bez ostrzeżenia, bez żadnego meteorologicznego wstępu. Rose wyszła przez boczne drzwi ze skrzydła internatu z zamiarem sprawdzenia godziny na tablicy ogłoszeń i zamiast tego dostała ulewę prosto w twarz.

Dziedziniec był pusty.

Żwir przy krawężniku nosił jeszcze ślady opon — dwa idealne, równoległe rowki po czarnym jaguarze. Lśniły w świetle latarni jak podpis kogoś, kto wyszedł z pomieszczenia, nie zamykając za sobą temperatury.

Rose zatrzymała się pod okapem i odruchowo policzyła: czterdzieści minut od wyjazdu Sir Alastaira. Tyle czasu Matt miał na to, żeby wrócić do internatu. Nie wrócił.

Pomnik Cavendisha stał na końcu bocznej alejki jak zawsze — solidny, marmurowy, absolutnie obojętny na pogodę. Fundator patrzył w dal z wyrazem twarzy człowieka, który nigdy nie miał problemu z wilgotnością powietrza. Za jego cokołem była wnęka — Rose wiedziała o niej, ponieważ Matt palił tam papierosy po wieczornej ciszy i zostawiał niedopałki poustawiane rzędem jak dowody rzeczowe.

Zobaczyła ruch, zanim zobaczyła go samego. Biała koszula w ciemności. Marynarka nigdzie.



Kiedy weszła w tę wąską szczelinę między kamieniem a murem ogrodzenia, deszcz natychmiast przyciął o połowę. Tutaj było sucho tylko teoretycznie — marmur oddawał wodę z każdej strony, a powietrze smakowało mokrym lodem i czymś ostrym, co Rose skojarzyła bez opóźnienia: alkohol.

Matt siedział na niskim murku przy postumencie. Koszulę miał przemoczoną do nitki, przylepioną do ramion z precyzją, która nie zostawiała złudzeń co do temperatury tego wieczoru. Włosy lepiły mu się do czoła i karku. Krawat był rozluźniony o więcej niż jeden centymetr. To był zły znak — Matt Whitby wyglądał na pokonanego.

Nie spojrzał na nią, gdy podeszła.

— Internaty zamykają za jedenaście minut — powiedziała i starała się, żeby do jej głosu nie wdarł się żal.

Nic.

— Matt.

— Wiem, kiedy zamykają internaty — odparł cicho. Głos miał czysty, szkolny, perfekcyjnie pozbawiony czegokolwiek poza literami. To było gorsze niż krzyk.

Rose zrobiła krok w jego stronę. Mokry żwir zaskrzypiał pod stopą.

— Wstawaj. Pójdziemy tylnym wejściem, Hobson i tak nigdy nie sprawdza listy przed…

— Zostaw mnie.

— Nie ma opcji, żebyś spędził noc…

— Zostaw. Mnie.

Wstał. Szybciej niż powinna się spodziewać, szybciej niż wynikało z pozycji, w której siedział — jeden ruch, płynny i nieprzyjemnie precyzyjny jak zamknięcie sejfu. Rose cofnęła się odruchowo, ale nie zdążyła, bo jego dłonie chwyciły ją za nadgarstki. Uchwyt nie był bolesny, ale był bardzo stabilny.

Zanim zdążyła przetworzyć całą sekwencję, jej plecy uderzyły w mokry marmur cokołu.

Kamień był lodowaty nawet przez materiał mundurku. Cavendish za jej głową trzymał swój niezmieniony wyraz i był jej w tej chwili doskonale obojętny.

Matt stał bardzo blisko. Za blisko, żeby nazwać to przypadkiem. Jego mokre włosy musnęły jej czoło — jeden krótki kontakt, który Rose zarejestrowała z opóźnieniem — a oddech uderzał w jej twarz w nieregularnych falach, za ciepły jak na ten wieczór.

Pachniał alkoholem i czymś pod spodem, czymś metalicznym i ostrym, co Rose kojarzyła z archiwum, z późnymi wieczorami nad teczkami, których nie można było otworzyć bez szkody. Z wściekłością, która nie znalazła jeszcze rubryki, do której można by ją wpisać.

Oddychał ciężko. Jego klatka piersiowa poruszała się z nieregularnością kogoś, kto przez ostatnie czterdzieści minut aktywnie starał się nie oddychać i właśnie teraz przestał.

Nie widać tego było na jego twarzy, która utrzymywała jeszcze tę spłukaną wersję oficjalnego wyrazu — szczęka zaciśnięta, spojrzenie skupione gdzieś pośrodku między jej czołem a horyzontem — ale Rose czuła to przez nadgarstki. Wibracja, drobna i miarowa, jakby coś wewnątrz niego pracowało pod zbyt wysokim ciśnieniem i szukało ujścia przez każdą dostępną szczelinę.

— Matt, puść mnie — powiedziała cicho.

Nie puścił. Zacisnął palce mocniej — nie boleśnie, ale wyraźnie, jakby to był jedyny punkt, który jeszcze trzymał.

— Inwestycja — syknął.

Słowo wyszło z niego jak coś, co siedziało od godzin między żebrami i właśnie znalazło drogę przez zęby. Nie był to krzyk. Był cichszy od krzyku, i przez to znacznie gorszy.

— Słyszałaś? — Jego twarz była teraz tak blisko, że Rose mogła policzyć, ile wody ma na rzęsach. — Inwestycja. Tak to nazwał. Jeden semestr twoich wybryków. Powiedział to jak wiersz, który zna na pamięć. Jakby–

Urwał. Żuchwa drgała mu minimalnie.

Rose nie odpowiedziała. Instynkt kazał jej milczeć.

Matt opuścił głowę o centymetr. Mokre włosy znów musnęły jej skórę.

— Zostało mi przeżycie — wyszeptał, a w tym szepcie był taki ładunek, że Rose poczuła, jak coś napina się w powietrzu między nimi. — Żadnych impulsywnych zakupów. Żadnych rachunków, których nie przewidział. Żadnych — jego głos złamał się na ułamek sekundy, jeden jedyny, natychmiast zamrożony — żadnych _nieprawidłowości_ w rejestrze.

Deszcz walił o kamień za nimi. Gdzieś dalej skrzypnęły drzwi od strony dziedzińca.

Rose patrzyła na niego i widziała to po raz pierwszy — nie fasadę, nie tryb oficjalny, nie nagrodzony uśmiech z kroniki fundacji. Widziała kogoś, komu właśnie wyjęto kręgosłup i oddano z powrotem, i kto teraz stoi tylko dlatego, że nie ma gdzie upaść.

Drapieżnik, który wie, że jest w klatce.

Jego palce na jej nadgarstkach drżały razem z resztą ciała — tą samą, niewidzialną wibracją, która teraz Rose czuła też w marmurze za plecami, jakby kamień ją przewodził.

Przez sekundę — krótszą niż wiersz, dłuższą niż powinna — nikt się nie ruszał.

— Nie jesteś inwestycją — wyszeptała nagle.

Matt zamarł.

— Nie jesteś projektem do naprawy — ciągnęła, słysząc własny głos dziwnie wyraźnie mimo deszczu. — Nie jesteś nazwiskiem do ustawienia przy stole na koniec semestru. Nie jesteś dowodem na to, że Whitby zawsze wracają na swoje miejsce. Nie jesteś niczyim alibi.

Patrzył na nią z bliska, jakby próbował zdecydować, czy to kłamstwo, czy coś gorszego — prawda, której nie da się już cofnąć.

Uścisk zaczął się rozluźniać. Najpierw minimalnie, potem wyraźniej. Krew wróciła jej do dłoni gorącą falą.

Potem Matt odsunął się. Gwałtownie, jakby sparzył się o to, co przed chwilą trzymał. Cofnął się o krok, drugi, a uchwyt puścił tak nagle, że Rose musiała sama utrzymać równowagę przy murze.

Stał teraz z powrotem w deszczu, z rękami wzdłuż ciała, z mokrymi włosami i twarzą, na której coś zamykało się powoli, warstwa po warstwie. W końcu spojrzał na nią chłodno, bez żadnych emocji.

Rose oparła dłoń o marmur i złapała oddech. Nadgarstki pulsowały, a serce tłukło zbyt mocno.

— Osiem minut do zamknięcia internatów — powiedziała pewnie, chociaż głos jej zadrżał. Wyprostowała się i wyszła z wnęki w ulewę. Fundator Cavendish patrzył za nią obojętnie.Rozdział 2 — Niepokorny siostrzeniec

Następnego dnia jadalnia brzmiała jak zawsze: talerze uderzały o blat, krzesła zgrzytały po podłodze, rozmowy nakładały się na siebie, tworząc jednolity szum.

Rose siedziała z rozłożoną przed tacą książką. Po obu stronach ławki wciąż były wolne miejsca.

Od czasu do czasu ktoś przechodził obok, zwalniał na ułamek sekundy, po czym szedł dalej. Powietrze wokół niej było spokojniejsze niż przy innych stołach. Mniej śmiechu, mniej gestów. Przesunęła palcem po uchu kubka. Herbata była ciepła, ale nie gorąca. W powietrzu mieszał się zapach gotowanego mięsa i mokrej wełny.

Szmer rozmów przy wejściu lekko narósł.

Ktoś wszedł pewnym krokiem, jakby znał ten hałas od lat i wiedział dokładnie, jak się w niego wpasować. Zbyt dobrze znała mechanikę tej sali: jeśli coś było naprawdę warte uwagi, prędzej czy później dopłynie do niej echem.

— Patrz, „nowy Whitby” — powiedział ktoś półgłosem.

— Podobno jest z rodziny dyrektora.

— Ten w krzywym krawacie? Ładnie.

Ruch przy stołach przesunął się jak fala. Kilka głów odwróciło się w stronę drzwi, śledząc czyjś tor w głąb sali.

Rose uniosła wzrok.

Chłopak szedł wzdłuż przejścia, z tacką w jednej ręce. Mundurek miał poprawny, ale krawat był poluzowany o dobre dwa centymetry, górny guzik koszuli rozpięty. Na piersi — odznaka starszego oddziału, przypięta nieco krzywo. Włosy jasne, lekko potargane, jakby przesuwał po nich dłonią w drodze z dziedzińca.

Nie zwalniał przy zajętych stołach. Ktoś odsunął krzesło, robiąc mu miejsce, ktoś inny skinął głową. Przeszedł dalej i zatrzymał się prosto przy jej stole.

— Wolne? — zapytał zwyczajnie, jakby wcale nie chodziło o naruszenie niewidzialnej granicy.

Rose spojrzała na tacę, potem na niego.

— Wolne — odparła oschle. — Ale nie wiem, czy jadalnia doceni twoją odwagę.

Na dwóch sąsiednich stołach rozmowy przycichły. Kilka par oczu przerzuciło się z niego na nią i z powrotem.

Chłopak uśmiechnął się krótko, jednym kącikiem ust.

— Pewnie nie — stwierdził prosto.

Postawił tacę naprzeciwko niej i usiadł, jakby to był najbardziej naturalny wybór w tej sali. Krzesło zaskrzypiało.

— Theodore Davenport — przedstawił się spokojnie, zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, a na jej zaskoczone spojrzenie dodał: — Łatwiej siedzieć naprzeciwko kogoś, kogo się przynajmniej z grubsza kojarzy, choćby po nazwisku.

Nazwisko dyrektora zawisło nad stołem z lekkim brzękiem. Kilka osób w pobliżu odchrząknęło.

Rose poczuła, jak mięśnie karku napinają jej się odruchowo.

— Rose Hartley — odparła. — Skoro jednak zająłeś to krzesło, oficjalne powitanie i tak jest zbędne.

— Może. Ale jest uprzejme — stwierdził.

Sięgnął po łyżkę, ale jeszcze nie zanurzył jej w zupie. Trzymał ją między palcami, jakby sprawdzał jej wagę.

— Wiesz, że masz bardzo strategiczne miejsce? — zagadnął. — Środek sali, widzisz wszystko. Reszta udaje, że nie widzi ciebie.

— Widok jest przereklamowany — odparła. — Jedzenie i tak smakuje tak samo. — Zerknęła kątem oka na sąsiedni stół, jakby sprawdzała, ile sekund zostało im do momentu, w którym ktoś zainterweniuje.

— Spokojnie — powiedział cicho, zauważając jej ruch. — Nie przyszedłem robić eksperymentów.

— A co? — zapytała. — Kontrolę jakości?

Uśmiechnął się, ale bez rozbawienia.

— Powiedzmy, że chciałem zobaczyć, jak wygląda „legendarna izolacja Hartley” — odparł. — Z daleka wygląda jak pusty stół. Z bliska… — uniósł lekko ramiona — jest więcej szczegółów.

Spojrzał na jej tacę, na nieruszoną kromkę chleba, na herbatę, która zdążyła wystygnąć.

— Jeśli masz zamiar opisać to w raporcie — powiedziała — możesz zacząć od „je bardzo wolno”.

— Nie piszę raportów — stwierdził. — W rodzinie mamy ich już przesyt. — Zamilkł na moment. — Poza tym donosy są dla tych, którym się nie chce patrzeć samemu.

To było pierwsze zdanie, które brzmiało, jakby coś o nim zdradzało.

Rose przestawiła łyżkę bliżej środka talerza.

— Więc? — zapytała. — Zaspokoiłeś ciekawość? Siedzi sama, oddycha, czyta. Rozczarowany?

— Jeszcze nie — odpowiedział. — Dopiero zaczęliśmy zupę.

Przy sąsiednim stole ktoś znowu szepnął jej nazwisko, tym razem z „Davenport”, ale oboje to zignorowali. Brzmiało to jak tytuł rozdziału, którego jeszcze nikt nie napisał.

Rose poczuła znajome pieczenie w gardle, ale tym razem nie spróbowała go przełknąć przez natychmiastową ucieczkę.

Została na miejscu.

Theodore zanurzył łyżkę w zupie.

— Uprzedzam lojalnie — powiedział, zanim spróbował. — Jeśli miałbym cię „pilnować” w imieniu dyrektora, zacząłbym od mniej publicznego miejsca niż stołówka.

— Uspokoiłeś mnie.

— Staram się — odparł. — W końcu wszyscy mówią, że jesteś „trudna do upilnowania”. Lubię sprawdzać, czy szkoła się nie myli.

Wzięła w końcu własną łyżkę do ręki. Zupa nadal była letnia, ale dało się ją przełknąć.

Stół, który jeszcze dzień wcześniej był wyspą, stał się nagle punktem przecięcia dwóch nazwisk. I choć Rose chciała zignorować ten fakt, jej ciało już go zapamiętywało.

Horacy wylądował na blacie między nimi.

Szelest przewracanej kartki przeciął szum jadalni tylko dla tych, którzy słuchali blisko.

Theodore zerknął na tekst.

— To bardzo deklaratywny sposób na powiedzenie „nie interesuje mnie towarzystwo” — zauważył. — Horacy do obiadu.

— Jest lepszy niż rozmowa o pogodzie — odparła. — I bardziej konstruktywny niż plotki.

— A jednak siedzisz w samym środku tych plotek — powiedział.

Przesunął palcem po marginesie, tuż obok jej drobnego dopisku.

— „Pozory” — przeczytał. — Dobre słowo jak na ten budynek.

— Ma szerokie zastosowanie — skwitowała.

Chwilę czytali równolegle — on do góry nogami, ona bez pośpiechu, nie mogąc się skupić. Łyżka uderzała co jakiś czas o porcelanę, szelest kartek mieszał się z trzaskiem sztućców przy sąsiednich stołach.

— Wiesz — zaczął po chwili — że ludzie mówią o tobie, jakbyś była zjawiskiem pogodowym?

Nie oderwała wzroku od tekstu.

— Huragan Hartley? — spytała sucho. — Miło.

— Raczej front, ale „huragan” też brzmi ładnie — odparł. — Tam, gdzie siadasz, ludzie zawracają.

Jego spojrzenie było zbyt uważne jak na kogoś, kto tylko żartuje. Badał ją tak, jak ona badała kiedyś wykresy.

— A mimo to jesteś tutaj — zauważyła. — Gratuluję odporności na pogodę.

— Może lubię sprawdzać, czy szkolne mity mają pokrycie w faktach — stwierdził. — Na razie widzę dziewczynę, która je wolniej, niż czyta. Niedługo obiad zamieni ci się w kolację.

Spojrzał na tacę: kromka chleba wciąż nietknięta, zupa ledwo naruszona.

— Nie byłby to pierwszy raz, kiedy coś w tej szkole zmienia funkcję — odbiła.

Poczuła, że kącik ust drgnął jej minimalnie, zanim zdążyła to powstrzymać. Jego oczy błysnęły krótkim, cichym zadowoleniem.

— O, jest jednak życie na tej wyspie — skomentował. — A wszyscy mówili, że Hartley to martwy punkt stołówki.

Rose przewróciła kolejną stronę.

Słowo „nihil” pojawiło się w tekście i przykuło uwagę Theodore’a.

— Marność nad marnościami — skwitował. — Świetny komentarz do szkolnej stołówki.

— Pasuje też do niektórych nazwisk — dodała.

Przez sekundę patrzyli na siebie ponad brzegami talerzy, ponad linijką łacińskiego tekstu.

Na końcu sali otworzyły się drzwi. Dzwonek z poprzedniej lekcji dawno ucichł, więc teraz każde wejście było bardziej widoczne.

Matt szedł właśnie z tacą w dłoni. Szmer rozmów przy jego stole lekko narósł.

Nie szedł do nich, ale przejście środkiem jadalni zawsze oznaczało przecięcie osi stołu Rose. Jeśli spojrzał na nie przez ułamek sekundy, wystarczyło, by to zobaczyć: Horacy rozłożony między talerzem a kubkiem, Theodore naprzeciwko, z pochyloną głową, ich nazwiska już raz wypowiedziane w tej przestrzeni.

Zawahał się minimalnie przy skrzyżowaniu przejść, a jej puls przyśpieszył, choć siedziała bez ruchu. Theodore jakby to wyczuł.

— Możesz oficjalnie dodać do swojego grafiku — powiedział cicho — że nie jesteś już samotna przy obiedzie. To już jest statystycznie interesujące.

— Statystyka nie zawsze jest powodem do świętowania — odparła.

— Zależy, z czyjej perspektywy — stwierdził. — Z mojej: przynajmniej nie nudzę się przy jedzeniu.

Zanurzył łyżkę w zupie i w końcu spróbował. Grymas mignął na jego twarzy:

— Horacy ma lepszy smak niż to — mruknął.

— Mówiłam — odparła z suchym parsknięciem. — Dlatego siedzi w centrum jadalni.

Przesunęła książkę odrobinę, tak że jego nadgarstek mógł swobodnie spocząć na blacie, tuż obok marginesu.

Świadomie nie spojrzała w stronę stołu pod oknem, gdzie Matt właśnie siadał. Widziała go przecież wystarczająco wyraźnie na peryferiach wzroku: profil, pochylona głowa, ruch, którym wsunął krzesło.

Rose przełknęła pierwszą normalną porcję zupy od dawna.

Nie nazwałaby tego jeszcze ciekawością — jej umysł wciąż stał na straży, gotowy sklasyfikować Theodore’a jako kolejne, systemowe zagrożenie. Ale jej ciało, dotąd napięte jak struna w pustym pokoju po Caroline, oszukiwało ją na własną rękę. Prawda, której nie zapisała w żadnym notesie, była potwornie prosta: Rose Hartley była wykończona. Ostracyzm St. Oswald’s nie był widowiskowy; był powolnym odcinaniem tlenu, a człowiek, któremu brakuje powietrza, w końcu weźmie wdech, nawet jeśli wie, że w danym pomieszczeniu unika się dymu.

Obecność chłopaka w rozpiętym kołnierzyku, samo twarde oparcie jego nadgarstka o ten sam drewniany blat, działało na jej zesztywniały kark jak narkotyk. Ktoś tu siedział. Ktoś mówił głosem, który nie schodził do szeptu na jej widok. To nie była kapitulacja przed jego uśmiechem — to była fizjologia organizmu, który po tygodniach spędzonych w próżni nagle poczuł obok siebie czyjeś ciepło i instynktownie zaczął zwalniać puls.

Kolejna linijka Horacego rozmazała się pod jej wzrokiem, gdy znów spojrzała na Matta. Rose nic nie powiedziała. Nie musiała. _Nieprawidłowość_ przestała być teorią — właśnie rozgościła się przy jej talerzu, pachniała deszczem i miała na imię Theodore.



Korytarz na pierwszym piętrze był w połowie pusty. Część uczniów wpadła już do klas, reszta dreptała w miejscu, udając, że nie słyszy pierwszego dzwonka.

Rose stała przy oknie, z otwartym zeszytem opartym o parapet. Patrzyła na linijki tekstu, ale z głowy i tak nie schodziły jej liczby z tablicy wyników.

— Rose.

Odwróciła się. Olivia Taylor wychodziła właśnie z sali obok, z plikiem kartek w ręku. Zatrzymała się na moment, jakby rozważała, czy się odezwać, czy po prostu przejść.

— Cześć — powiedziała w końcu.

— Cześć — Rose zamknęła zeszyt, przytrzymując kciukiem stronę.

Olivia uśmiechnęła się lekko.

— Jak… drugi sezon bycia „tą od Cavendish”? — zapytała pół żartem. — Lepiej niż pierwszy?

Rose parsknęła cicho.

— Bardziej duszno — przyznała. — Ale przynajmniej już nie mdleją na mój widok.

— To plus — Olivia skinęła głową. — Wiesz, że jeszcze w ferie moja ciotka pytała, „czy ta dziewczyna od stypendium dalej tam wytrzymuje”?

— Wytrzymuję — odparła Rose. — A ty?

— Też — Olivia wzruszyła ramionami. — Bez stypendium, za to z kompletem zajęć dodatkowych. Każdy ma swój sport.

Przez chwilę stały obok siebie, patrząc w okno. Na dziedzińcu ktoś biegł spóźniony, z kołnierzem niedopiętym pod krawatem.

— W każdym razie… — Olivia poprawiła plik kartek. — Dobrze, że jesteś. W tej szkole łatwo zapomnieć, że ktoś dostał Cavendish za pracę, nie za herb.

— To działa w dwie strony — powiedziała Rose, zanim zdążyła się powstrzymać. — Łatwo zapomnieć, że nie wszyscy przegrani są tu z własnej winy.

Olivia spojrzała na nią z ukosa. Na sekundę w jej oczach pojawił się ten sam cień, co w tamtym semestrze w auli, kiedy patrzyła na pustą sztalugę, zanim wywołano nazwisko Rose i Matta.

— Dzięki — mruknęła. — To chyba miało być komplementem.

— Było — potwierdziła Rose.

Dzwonek zadzwonił drugi raz, tym razem bardziej natarczywie.

— Muszę lecieć — Olivia cofnęła się o krok. — Do zobaczenia na literaturze.

— Jasne — odparła Rose.

Minęły się, wymieniając szybkie uśmiechy. Nie były sobie bliskie, ale było w tej krótkiej wymianie coś, co nie pasowało do oficjalnej opowieści o „zwyciężczyni” i „tej drugiej”.Rozdział 4 — Powolne, potworne napięcie

Jadalnia z każdym dniem coraz bardziej przypominała plan telewizyjnego programu.

Stoły miały swoje nieoficjalne dekoracje: tu drużyna debatancka, tam prefekci, dalej trzecioklasiści. Miejsca zmieniały właścicieli tak rzadko, że Rose mogłaby je oznaczyć na planie ewakuacyjnym.

Jej stół także się nie zmieniał.

Kromka chleba, zupa, Horacy. Pusta przestrzeń po obu stronach ławki.

Z jednym wyjątkiem.

— Wolne? — zapytał Theodore siódmego dnia z rzędu, stawiając tacę naprzeciwko niej jak ktoś, kto testuje granice, a nie prosi o pozwolenie.

— Wolne — odparła, przesuwając książkę odrobinę, żeby zrobić mu miejsce.

To stało się rutyną szybciej, niż przypuszczała. Rano — korytarze pełne szurających butów i krótkich spojrzeń; w południe — stołówka, w której jeden chłopak w krzywo zapiętym krawacie konsekwentnie siadał przy „martwym punkcie”.

Za każdym razem, gdy Theodore stawiał swoją tacę obok, Rose czuła, jak hałas wokół ich stołu zmienia ton. Nie cichł — ale przesuwał się o dwa, trzy miejsca dalej, jakby niewidzialne pole magnetyczne rozciągało się od ich ławki.

— Davenport! — zawołał przedwczoraj ktoś z rogu sali. — Mamy tu wolne!

Theodore nawet się nie odwrócił.

— Mam już miejsce — rzucił. — Dziękuję za troskę.

— Imponujące — skomentowała Rose tamtego dnia. — Trzecia propozycja w tym tygodniu.

— Oni lubią komplet — wzruszył ramionami. — Łatwiej się sprzedaje zdjęcia, kiedy wszyscy kandydaci siedzą w jednym kadrze.

— A ty? — zapytała. — Nie lubisz kompletu?

— Lubię _odstępstwa od normy_ — odparł. — W każdym pomieszczeniu jest co najmniej jedno. W tej szkole akurat przy tobie.

Dziś było podobnie.

Jeszcze zanim dotarł do stołu, ktoś z drużyny sportowej machnął w jego stronę ręką. Edward Crawford odsunął krzesło, robiąc mu miejsce. Dziewczyny przy oknie śmiały się z czegoś, używając jego nazwiska jak przecinka.

Theodore przeszedł obok tego wszystkiego z butelką soku w jednej ręce, tacką w drugiej i żadną reakcją na twarzy.

Rose odnotowała to z mieszaniną rozbawienia i czegoś, co niebezpiecznie przypominało uznanie. Jak na „nowego” z pierwszego tygodnia, zadziwiająco szybko odniósł pełen sukces w lokalnej ekonomii popularności. Musiało mieć to związek z faktem, że większość z nich znał z rozmaitych spotkań towarzyskich, w których uczestniczyły ich rodziny. Pomagało też to, że był na ostatnim roku.

Usiadł naprzeciwko niej z westchnieniem przesadzonej ulgi.

— Nie ma to jak spokojny stolik — mruknął. — Ten budynek powinien wypożyczać cię za opłatą godzinową jako generator strefy ochronnej.

— Nie jestem sprzętem — zauważyła.

— Wiem, sprzęt nie czyta Horacego — odbił. — Sprzęt co najwyżej brzęczy.

Zanurzyła łyżkę w zupie, tym razem naprawdę biorąc łyk, nie tylko mieszając.

— Jak idzie twoja kampania zapoznawcza? — zapytała. — Widzę, że zbierasz poparcie we wszystkich frakcjach.

— Kampania prowadzi się sama — stwierdził, sięgając po chleb. — W tej szkole wystarczy mieć odpowiednie nazwisko i nie przewracać się na korytarzu. Resztę robią ludzie, którym nudzi się przy jedzeniu.

— Czyli to nie ty jesteś popularny — podsumowała. — To oni są głodni.

— I spragnieni — dodał. — Plotek, nowych tematów… czegoś, co nie jest listą lektur.

Przez chwilę jedli w milczeniu.

Rose miała wrażenie, że przywykła już do jego obecności naprzeciwko siebie. Do rytuału: tacka, jedno ostre zdanie na wejście, kilka luźnych uwag, jakieś półżarty o systemie. A przede wszystkim… rozmowy. O wszystkim — o lekturach, o ulubionych filmach, o dobrej muzyce. Wczoraj Theodore nawet z wyjątkową dokładnością opowiedział jej o swoich feriach we Francji.

To było łatwiejsze niż myślała. Zbyt łatwe, jak na kogoś, kto powinien być po prostu kolejnym trybikiem w mechanizmie dyrektora.

Nie była naiwna, wiedziała, że pierwszego dnia on nie usiadł przy jej stole przypadkiem; ale była tak spragniona normalności, że nie zamierzała poruszać tego tematu.

A poza tym i tak nie zwierzała mu się z żadnych prywatnych spraw — jej sekrety były bezpieczne.

— Widziałam cię wczoraj na dziedzińcu — rzuciła, zanim zdążyła się powstrzymać. — Z Mattem.

— Podglądałaś nas? Uroczo.

— Po prostu wracałam z biblioteki — odparła. — Nie sądziłam, że dzielicie wnęki za Cavendishem.

Kącik jego ust drgnął.

— Czasami dzielimy — powiedział. — On tam pali, ja udaję, że rozumiem jego poczucie humoru.

— Udajesz? — uniosła brwi.

— Bo tak naprawdę go nie rozumiem — przyznał. — Ale doceniam.

— Po co tam chodzisz? — spytała.

Wzruszył ramionami.

— Wujek uważa, że dobrze jest trzymać się blisko gwiazd — odpowiedział lekko. — A ja uważam, że dobrze jest mieć z kim zapalić papierosa, kiedy wszyscy inni recytują regulamin.

— Czyli obaj macie swoje powody — skwitowała.

— Oczywiście — skinął głową. — On ćwiczy bycie legendą, ja ćwiczę utrzymywanie się w jej cieniu.

— Ambitny plan — mruknęła. — Jak na kogoś, kto twierdzi, że lubi _odstępstwa od normy_.

— Cienie też są _odstępstwem od normy_ — odparł. — Bez światła nie istnieją.

Zerknął na jej tacę.

— Zjadłaś dziś więcej niż wczoraj — zauważył.

— Prowadzisz statystyki? — skrzywiła się lekko.

— Raczej obserwacje terenowe — wyjaśnił spokojnie. — Jestem tu nowy, muszę rozumieć ekosystem.

— I co już wiesz? — zapytała, odruchowo odkładając łyżkę.

— Na przykład to — wyliczył na palcach — że jeśli siadam tutaj, ludzie przy tamtym stole zaczynają mówić ciszej. A jeśli jutro usiądę tam, tutaj zapadnie cisza absolutna.

— Gratuluję wpływu na klimat — skomentowała. — Zrobisz karierę w meteorologii.

— Już robię — uśmiechnął się pod nosem. — Każdy, kto siada przy „Huraganie Hartley”, może się takim tytułem pochwalić.

— Przestań — mruknęła. — To idiotyczne przezwisko.

— A ja uważam, że nawet urocze. A urocze przezwiska mają tę zaletę, że odciągają uwagę od poważnych rzeczy — stwierdził. — Wujek woli, żeby o tobie mówili „huragan”, niż żeby zadawali sobie trud przeczytania raportów.

Przez moment milczeli. Rose poczuła, jak napięcie na karku podnosi się o jeden stopień, ale nie na tyle, by kazać jej wstać od stołu.

— Myślałam, że nie dotykasz cudzych protokołów — powiedziała w końcu.

— Nie dotykam — odparł spokojnie. — Ale słucham, co mówią ci, którzy je piszą.

— Czyli jednak szpieg — podsumowała.

— Raczej tłumacz — poprawił. — Przekładam ich język na taki, z którym da się żyć.

Nie wiedziała, co na to odpowiedzieć, więc wróciła do zupy. Zorientowała się, że naprawdę zjadła więcej niż zwykle.

Theodore sięgnął po swój chleb.

— Wiesz, że to jest trochę zabawne? — zaczął. — Z tamtej strony sali chcą, żebym do nich usiadł, bo to dobrze wygląda. Z tej — tylko ty udajesz, że to nic nie zmienia.

— A zmienia? — spytała.

Zastanowił się przez ułamek sekundy.

— Trochę tak — przyznał. — Tamte stoły są potwornie duszne. Tutaj przynajmniej zapowiada się na porządną burzę.

Nie zabrzmiało to jak komplement. A jednak coś w środku Rose drgnęło.

Zamknęła Horacego i spojrzała mu w oczy:

— Nie przyzwyczajaj się — powiedziała cicho. — W tej szkole nie istnieją stałe wartości.

— Wiem — odparł łagodnie. — Dlatego siadam tu codziennie. Zamierzam korzystać, póki nie przeniosą cię na jakąś marmurową mównicę.

Uniósł kubek z herbatą w nienachalnym geście toastu.

— Za _odstępstwa od normy_ — mruknął.

Pomimo siebie, dotknęła własnego kubka do jego. Tylko raz, lekko, tak, żeby nikt nie usłyszał szczęku porcelany ponad hałasem sali.

Kiedy wracała do pokoju z zeszytem i Horacym pod pachą, złapała się na absurdalnej myśli: że w skali tutejszych cudów fakt, iż ktoś _prawdziwie_ rozmawia z nią przy obiedzie, jest równie nierealny, co oficjalne przeprosiny na tablicy fundatorów.

A jednak działo się. Codziennie. Coraz łatwiej.



Popołudniowe godziny nie płynęły — rozbijały się na sztywne, sześćdziesięciominutowe bloki, odmierzone mechanicznym stukotem zegara nad tablicą. Na lekcji historii powszechnej powietrze w sali było tak parne od zapachu starej politury, kredy i wilgotnych wełnianych mundurków, że Rose miała wrażenie, iż każdy wdech wymaga od niej precyzyjnego planu.

Siedziała w ostatniej ławce, starannie unikając jakiegokolwiek punktu stycznego z resztą klasy. Kilka rzędów przed nią Matt pisał coś miarowym, podręcznikowym ruchem nadgarstka, a Olivia Taylor z nudów raz po raz poprawiała idealnie symetryczny kołnierzyk. Profesor Llewellyn mówił o dynastycznych ugodach i transakcjach wymiennych z dziewiętnastego wieku — słowa, które w murach St. Oswald’s brzmiały jak cytaty z nieoficjalnego regulaminu dla siedzących w sali roczników. System od pokoleń uczył ich tego samego: jak zamieniać ludzi w kapitał i jak ładnie milczeć przy świadkach.

Rose nie robiła notatek z wykładu. Na marginesie czystej kartki odtwarzała z pamięci siatkę godzin, próbując zamknąć minione dni w bezpieczne, statystyczne ramy. Trzydzieści pięć minut lekcji. Dwadzieścia pięć do końca.

Kiedy podwójne uderzenie dzwonka wreszcie przecięło monotonię sali, tłum wylał się na korytarze z gwałtownością, która natychmiast odcięła jej dopływ powietrza. Hałas, wymuszony śmiech i trzask szafek gniotły ją w skroniach. Potrzebowała jakiegokolwiek fizycznego punktu oparcia. Zamiast ruszyć w stronę internatu, skręciła w stronę małego aneksu socjalnego przy klasach starszego oddziału. Zaparzyła herbatę — mechanicznie, wrzucając torebkę do grubego kubka, nie czekając, aż wrzątek przestanie bulgotać. Nie chciała wracać do pokoju wspólnego; tamtejsze ciepłe światło i rozstawione szachy wymagałyby od niej gry towarzyskiej, na którą nie miała już żadnych wolnych zasobów.

Szukała miejsca, w którym architektura szkoły rezygnowała z pozorów luksusu na rzecz czystego, surowego rygoru.

Boczny korytarz przy skrzydle biblioteki był zbyt wąski jak na ruch, który przez niego przechodził, i zbyt zimny, jak na budynek, który lubił udawać prestiż. Okno na końcu nie domykało się o centymetr, więc przeciąg wpadał tam jak stały lokator i robił z tej przestrzeni tunel. Kartki na tablicy ogłoszeń drżały przy każdym podmuchu, jak nerwowe ręce.

Rose stała pod oknem z kubkiem herbaty, trzymając go oburącz jak przenośny grzejnik. Herbata była za mocna, za gorzka i za szybko zaparzona, ale była ciepła. Wystarczyło.

Światło jarzeniówki nad drzwiami mrugało, jakby się wahało, czy opłaca się świecić tylko dla jednej uczennicy. Z daleka słychać było szum głównego korytarza — śmiech, trzask szafek, czyjeś przeciągłe „oddaj długopis, idioto”. Tutaj wszystko brzmiało, jakby ktoś ściszył dźwięk o połowę.

— To miejsce ma potencjał — odezwał się głos po lewej.

Drzwi do czytelni uchyliły się bezgłośnie, jakby nauczyły się tego od archiwum. Theodore wysunął się na korytarz z zeszytem pod pachą i dwiema książkami w ręku. Wyglądał, jakby naprawdę szedł w stronę biblioteki, ale zatrzymał się dokładnie w połowie drogi między drzwiami a oknem.

— Na co? — zapytała Rose, nie odsuwając kubka od ust.

— Na przeziębienia i prywatne rozmowy — odparł. — Idealne połączenie.

Przeszedł kilka kroków i stanął po tej samej stronie, co ona, ale w bezpiecznej odległości. Przeciąg od razu o niego zahaczył, unosząc mu róg krawata.

— Wujek powinien tu wieszać tablice pamiątkowe — ciągnął. — „Tu, na tym przeciągu, młodzież St. Oswald’s traci odporność i złudzenia”.

Rose parsknęła cicho w kubek.

— Większość złudzeń tracą w archiwum — zauważyła. — Tutaj co najwyżej czucie w palcach.

Theodore przesunął książki w jednej ręce, drugą wsunął do kieszeni marynarki.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij