-
nowość
Martwy punkt kontrolny - ebook
Martwy punkt kontrolny - ebook
Nocny ultramaraton. Samotna trasa prowadząca przez las. Elektroniczny system, który rejestruje każdy krok zawodników. Gdy w pobliżu jednego z punktów pomiarowych zostaje odnalezione ciało, zapis z chipa zapewnia głównemu podejrzanemu doskonałe alibi. Według oficjalnych wyników w chwili zbrodni znajdował się wiele kilometrów dalej. Organizatorzy próbują uniknąć skandalu, sponsorzy chronią swoje interesy, a ktoś usuwa kolejne dane z systemu. Czy elektroniczny pomiar czasu rzeczywiście jest nieomylny? A może wynik biegu można zaplanować równie precyzyjnie jak morderstwo? „Martwy punkt pomiarowy” to trzymający w napięciu thriller kryminalny o ambicji, pieniądzach i świecie, w którym cyfrowy zapis może zapewnić nie tylko zwycięstwo, lecz także doskonałe alibi.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Kryminał |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| Rozmiar pliku: | 2,3 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
OSTATNI ODCZYT
------------------------------------------------------------------------
Milena Radecka spojrzała na zegarek po raz czwarty w ciągu ostatnich pięciu minut.
Dochodziła dwudziesta trzecia. Za oknami panowała całkowita ciemność, rozcinana od czasu do czasu światłem czołówek zawodników biegnących leśną drogą po drugiej stronie doliny. Z tej odległości wyglądali jak błędne ogniki. Pojawiali się między drzewami, przesuwali przez kilka sekund, a potem znikali, jakby las otwierał się tylko po to, żeby ich połknąć.
Dom stał niecałe dwa kilometry od trasy Srebrnej Pętli. Adrian kupił go przed trzema laty, gdy jeszcze udawali, że wspólne weekendy mogą uratować ich małżeństwo. Mieli przyjeżdżać tutaj jesienią, spacerować po górach i zostawiać problemy w mieście. W rzeczywistości bywali w nim oddzielnie. Adrian organizował spotkania ze sponsorami, a Milena przyjeżdżała wtedy, gdy potrzebowała miejsca, w którym nikt nie zadawał pytań.
Tej nocy nie przyjechała odpocząć.
Na kuchennym stole leżała szara teczka. W środku znajdowały się kopie przelewów, zestawienia księgowe fundacji i umowy podpisane przez ludzi, którzy prawdopodobnie nawet nie wiedzieli, że widnieją na nich ich nazwiska. Każdy dokument osobno można było uznać za pomyłkę. Razem tworzyły historię, której Adrian nie zdołałby wytłumaczyć.
Milena odkryła pierwszą niezgodność przypadkiem. Faktura za transport sprzętu rehabilitacyjnego opiewała na kwotę pięć razy wyższą od ceny rynkowej. Zapytała o nią księgową. Następnego dnia dokument zniknął z systemu, a księgowa przestała odbierać telefon.
Wtedy zaczęła szukać.
Im więcej znajdowała, tym lepiej rozumiała, dlaczego Adrian tak chętnie opowiadał o fundacji przed kamerami. Pomagał dzieciom, wspierał młodych sportowców i finansował zakup wyposażenia dla szpitali. Na zdjęciach zawsze klękał obok wózka inwalidzkiego albo obejmował podopiecznego. Uśmiechał się łagodnie, jak człowiek, któremu cudze cierpienie naprawdę nie pozwala spać.
Milena wiedziała, że spał doskonale.
Pieniądze przechodziły przez kilka spółek. Część wracała do niego w postaci fikcyjnych usług marketingowych. Część znikała za granicą. Najgorsze było jednak to, że fundacja wykorzystywała nazwiska prawdziwych ludzi. Rodzin, które otrzymywały niewielką pomoc, a później służyły jako uzasadnienie wydatków wielokrotnie większych.
Milena odsunęła teczkę i podeszła do okna.
Deszcz spływał po szybie długimi strużkami. W świetle lampy widziała własne odbicie. Była blada, zmęczona i starsza, niż zapamiętała siebie ze zdjęcia zrobionego zaledwie rok wcześniej. Wtedy jeszcze nosiła obrączkę. Teraz leżała ona w kieszeni płaszcza razem z kluczami do mieszkania, którego Adrian nie znał.
Kobieta, na którą czekała, miała przyjechać o dwudziestej drugiej trzydzieści. Milena znała ją tylko z dwóch rozmów telefonicznych. Głos miała spokojny i rzeczowy. Nie obiecywała, że publikacja zniszczy Adriana. Powiedziała jedynie, że sprawdzi dokumenty i zabezpieczy ich kopie.
To Milenie wystarczało.
Telefon leżący na stole nie miał zasięgu. Przez chwilę pojawiała się jedna kreska, po czym znikała. Dom znajdował się w martwej strefie. Adrian zawsze uważał to za jego największą zaletę.
„Tutaj nikt nas nie znajdzie” powiedział, gdy przyjechali po raz pierwszy.
Wtedy brzmiało to jak obietnica.
Teraz jak groźba.
Milena wróciła do stołu. Obok teczki stało niewielkie czarne urządzenie z płaską anteną. Technik obsługujący bieg zostawił je po południu. Oficjalnie było zapasowym czytnikiem, który w razie awarii miał zostać przewieziony na jeden z punktów kontrolnych. Milena poprosiła, żeby umieszczono go właśnie tutaj. Powiedziała, że jako żona głównego sponsora chce mieć podgląd na przebieg zawodów.
Nikt jej nie odmówił.
Czytnik wychwytywał elektroniczne chipy z odległości kilku metrów. Gdy zawodnik zbliżał się do anteny, urządzenie zapisywało jego numer, dokładną godzinę i fabryczny identyfikator chipa. Technik wyjaśniał jej to cierpliwie, nie podejrzewając, że Milena słucha znacznie uważniej, niż powinna.
Na niewielkim ekranie widniał ostatni testowy odczyt wykonany kilka godzin wcześniej.
Milena dotknęła przycisku i wyłączyła wyświetlacz.
Nie chciała, żeby światło było widoczne z drogi.
Na piętrze coś zatrzeszczało.
Zamarła.
Przez kilka sekund słyszała tylko deszcz uderzający o dach. Dom był stary. Drewniane belki pracowały przy każdej zmianie temperatury, a wiatr wciskał się pod dachówki. Powinna się do tego przyzwyczaić.
Nie przyzwyczaiła się.
Podeszła do schodów i spojrzała w górę. Drzwi sypialni pozostawały zamknięte. Ciemny korytarz był pusty.
„Jesteś tu?” zawołała.
Nie otrzymała odpowiedzi.
Poczuła się głupio. Osoba, na którą czekała, nie weszłaby przez piętro. Nie pojawiłaby się też bez pukania.
Milena wróciła do kuchni i sprawdziła telefon. Nadal nie było zasięgu. Chciała podejść do okna, gdy w oddali dostrzegła światło.
Pojedyncza czołówka zbliżała się od strony lasu.
Nie poruszała się po trasie biegu. Ktoś szedł drogą prowadzącą prosto do domu.
Milena poczuła ulgę, która natychmiast ustąpiła niepokojowi. Dziennikarka wiedziała, że powinna przyjechać samochodem. Miała zostawić go przy starej kapliczce, a ostatnie kilkaset metrów przejść pieszo, żeby nie zwracać uwagi. Mogła więc korzystać z latarki czołowej.
Tylko dlaczego nadchodziła od strony przeciwnej do kapliczki?
Światło zniknęło.
Milena przysunęła się do szyby, ale widziała już wyłącznie odbicie własnej twarzy. Wyłączyła lampę w kuchni. Pomieszczenie pogrążyło się w ciemności.
Czekała.
Najpierw usłyszała szelest krzewów. Później cichy odgłos kroków na mokrym żwirze. Ktoś zatrzymał się przed domem.
Milena wsunęła dokumenty do teczki i ścisnęła ją obiema rękami.
Nie było pukania.
Klamka poruszyła się powoli.
Drzwi były zamknięte. Sprawdziła je po przyjeździe, a później jeszcze dwa razy. Mimo to klamka opadła ponownie. Tym razem mocniej.
Milena wyjęła telefon, chociaż wiedziała, że nie zdoła zadzwonić. Weszła do salonu i stanęła za ścianą oddzielającą go od przedpokoju.
Po drugiej stronie drzwi zabrzęczał metal.
Klucz wsunął się do zamka.
Milena przestała oddychać.
Tylko trzy osoby posiadały komplet. Ona, Adrian i zarządca, który od tygodnia przebywał u córki w Gdańsku.
Zamek obrócił się.
W tej samej chwili czarne urządzenie na kuchennym stole wydało krótki elektroniczny sygnał.
Pojedyncze piknięcie.
Czytnik wykrył chip.
Milena odruchowo spojrzała w stronę ekranu. Urządzenie samo się podświetliło. Na zielonym tle pojawił się numer zawodnika oraz dokładny czas odczytu.
Przeczytała nazwisko.
Poczuła, jak wszystko wewnątrz niej zamiera.
To nie było możliwe.
Ten zawodnik znajdował się teraz wiele kilometrów dalej. Widziała jego czas na poprzednim punkcie. Tysiące osób obserwowały go w aplikacji. Kamery transmitowały jego bieg. Każdy odczyt potwierdzał, że porusza się trasą w czołowej grupie.
A jednak chip był tutaj.
Tuż za drzwiami.
Milena położyła teczkę na fotelu i cofnęła się w stronę kominka. Rozejrzała się za czymś, czego mogłaby użyć do obrony. Jej dłoń zacisnęła się na ciężkim mosiężnym pogrzebaczu.
Drzwi otworzyły się bezszelestnie.
Do przedpokoju wszedł człowiek w nieprzemakalnej kurtce. Miał opuszczoną głowę, a twarz zasłaniał mu kaptur. Woda spływała z rękawów na drewnianą podłogę.
Milena nie widziała jego twarzy.
Zobaczyła buty.
Były pokryte błotem. Takie same jak obuwie zawodników, których mijała po południu przy starcie. Do sznurowadeł przyczepiły się świerkowe igły, a na lewej cholewce widniała świeża smuga jasnej gliny.
Człowiek zamknął za sobą drzwi.
„Miałaś nikomu o tym nie mówić” powiedział.
Milena rozpoznała głos.
Nie krzyknęła. Wiedziała, że nikt jej nie usłyszy. Najbliższy punkt obsługi znajdował się daleko, a zawodnicy biegli po drugiej stronie doliny.
„Oni już wiedzą” odpowiedziała.
To było kłamstwo. Dziennikarka nie przyjechała. Teczka leżała zaledwie kilka kroków od napastnika. Kopie zapisane w telefonie nie miały znaczenia, jeśli urządzenie spłonie razem z domem.
Mężczyzna odwrócił głowę w stronę kuchni. Zauważył świecący ekran czytnika.
Milena zobaczyła moment, w którym zrozumiał.
Ruszył do stołu.
Ona rzuciła się ku fotelowi.
Dopadli do teczki niemal jednocześnie. Mężczyzna chwycił ją za ramię i szarpnął tak mocno, że uderzyła plecami o ścianę. Pogrzebacz wypadł jej z dłoni. Próbowała dosięgnąć dokumentów, lecz napastnik odepchnął ją na podłogę.
Przez chwilę widziała jedynie jego zabłocone buty.
Potem poczuła zapach benzyny.
Nie przyniósł jej przypadkiem.
Przygotował wszystko wcześniej.
Mężczyzna zabrał teczkę i podszedł do czytnika. Wyrwał przewód z gniazdka, ale ekran nie zgasł. Urządzenie miało własną baterię. Numer nadal widniał na wyświetlaczu wraz z godziną i fabrycznym identyfikatorem chipa.
Ostatni odczyt.
Napastnik uniósł czytnik i uderzył nim o krawędź stołu. Plastikowa obudowa pękła. Spróbował ponownie, tym razem mocniej.
Milena podniosła się z podłogi. Nie pobiegła do drzwi. Wiedziała, że nie zdąży. Zamiast tego rzuciła się w stronę urządzenia i wyrwała z jego wnętrza małą kartę pamięci.
Zacisnęła ją w dłoni.
Mężczyzna odwrócił się gwałtownie.
Pierwsze płomienie pojawiły się przy zasłonach. Ogień wspiął się po materiale szybciej, niż Milena uznałaby za możliwe. Po chwili dotarł do drewnianej boazerii. Dym wypełnił sufit i zaczął opadać.
Napastnik ruszył w jej stronę.
Milena cofnęła się ku schodom. Ukryła kartę w zaciśniętej pięści, choć metalowe krawędzie wbijały się w skórę.
Wiedziała już, że nie wyjdzie z tego domu.
Mogła jedynie sprawić, żeby prawda nie spłonęła razem z nią.
Za oknem przesunęły się światła kolejnych zawodników. Biegli przez ciemność, nieświadomi, że jeden z uczestników znajdował się w dwóch miejscach jednocześnie.Rozdział 1
POWRÓT NA SREBRNĄ PĘTLĘ
------------------------------------------------------------------------
Iga zobaczyła wieżę kościoła kilka minut przed wjazdem do miasteczka. Wynurzyła się z mgły ponad czarną linią świerków, dokładnie tak, jak ją zapamiętała. Najpierw blaszany krzyż, później spiczasty dach i wreszcie jasna fasada przecięta wąskimi oknami. Przez siedem lat próbowała przekonać samą siebie, że nigdy więcej nie będzie oglądać tego widoku.
Zwolniła przed tablicą z nazwą miejscowości. Pod nią organizatorzy ustawili baner witający uczestników Srebrnej Pętli. Srebrne litery połyskiwały w światłach samochodu, a sylwetka biegnącego człowieka ciągnęła za sobą smugę przypominającą płomień.
Iga mimowolnie zacisnęła dłonie na kierownicy.
Mogła zawrócić. Wystarczyło minąć rondo, zjechać na drogę wojewódzką i po trzech godzinach znaleźć się we własnym mieszkaniu. Nikt nie miałby prawa jej osądzać. Opłata startowa przepadłaby, Marcin obraziłby się na kilka dni, a później przyznałby, że od początku podejrzewał, iż tak się to skończy.
Włączyła kierunkowskaz i skręciła w stronę centrum.
Nie przyjechała tu po to, żeby po raz kolejny uciec.
Rynek był zamknięty dla ruchu. Iga zostawiła samochód na prowizorycznym parkingu przy szkole, między kamperem z czeską rejestracją a terenowym autem oklejonym nazwami górskich biegów. Deszcz ustał, lecz powietrze nadal było ciężkie od wilgoci. Nad zboczami wisiały niskie chmury, a mokry asfalt odbijał czerwone i niebieskie światła namiotów sponsorów.
Po otwarciu bagażnika poczuła zapach kawy z termosu, maści rozgrzewającej i wilgotnych ubrań. Zapach każdego wyjazdu na zawody. Zwykle działał na nią uspokajająco. Tym razem przywołał wspomnienie małego pomieszczenia technicznego, w którym siedem lat wcześniej obserwowała kolejne rzędy danych i powtarzała Sebastianowi, że coś się nie zgadza.
Wyjęła plecak, narzuciła kurtkę i sprawdziła telefon.
Na ekranie widniały trzy nieodebrane połączenia od Marcina.
Oddzwoniła natychmiast. Sygnał rozległ się dwa razy, po czym połączenie zostało odrzucone. Chwilę później przyszła wiadomość.
„Jestem przy konfiguracji. Odbierz pakiet i poczekaj na mnie. Musimy porozmawiać”.
Iga przeczytała ją ponownie. Marcin prawie nigdy nie pisał, że musi porozmawiać. Zwykle od razu przechodził do rzeczy, nawet jeśli chodziło o coś, czego nie powinien przekazywać w wiadomości. Wysyłał zdjęcie, fragment pliku albo kilkuminutowe nagranie, w którym najpierw tłumaczył problem, a dopiero na końcu pytał, czy ma rację.
Schowała telefon i ruszyła w stronę rynku.
Decyzję o starcie podjęła pod koniec maja, po wspólnym biegu z Marcinem. Wybrali łatwą trasę nad rzeką, ale już po dziesięciu kilometrach brat zaczął opowiadać o Srebrnej Pętli. Najpierw wspomniał o nowym przebiegu trasy, później o widokach ze szczytu, a w końcu powiedział, że siedem lat to wystarczająco długo, żeby pozwalać jednemu miejscu decydować o reszcie życia.
Iga odmówiła. Tego samego wieczoru otworzyła stronę zapisów i przez niemal godzinę patrzyła na formularz. Następnego dnia opłaciła start.
Od tamtej chwili przygotowywała się tak, jakby chodziło wyłącznie o sport. Zwiększała dystans, trenowała nocą i uczyła żołądek przyjmowania jedzenia po wielu godzinach wysiłku. Nie powiedziała Marcinowi, że podczas każdego dłuższego biegu wyobrażała sobie ostatnie kilometry Srebrnej Pętli. Widziała siebie przekraczającą metę o świcie i odkrywającą, że miasteczko nie ma już nad nią żadnej władzy.
Teraz, gdy naprawdę tu była, ten plan wydawał się naiwny.
Miejsca nie przechowywały wspomnień w murach ani w kamieniach. To ludzie przywozili je ze sobą. Iga miała swoje w napiętych ramionach, przyspieszonym oddechu i odruchu, który kazał jej sprawdzać każdą twarz w tłumie. Mogła przebiec siedemdziesiąt osiem kilometrów, dostać medal i nigdy więcej nie wrócić. Nie oznaczało to jednak, że cokolwiek zostawi na mecie.
Mimo wszystko zamierzała spróbować.
Miasteczko zmieniło się bardziej, niż oczekiwała. Dawny sklep z pamiątkami zastąpiła restauracja, apteka zajęła lokal po banku, a na rogu pojawił się hotel ze szklaną fasadą, niepasującą do niskich kamienic. Tylko góry pozostawały takie same. Otaczały miejscowość ze wszystkich stron i sprawiały, że nawet otwarta przestrzeń rynku przypominała dno głębokiej studni.
Biuro zawodów mieściło się w domu kultury. Przed wejściem stała kolejka biegaczy w kurtkach przeciwdeszczowych. Niektórzy rozmawiali głośno, porównując prognozy i zawartość plecaków. Inni milczeli, skupieni na ekranach zegarków. Iga rozpoznawała ten rodzaj napięcia. Do startu pozostawały cztery godziny, więc nikt nie mógł już poprawić przygotowania. Można było jedynie zastanawiać się, o czym się zapomniało.
Stanęła na końcu kolejki.
Przed nią dwóch mężczyzn dyskutowało o trasie.
„Najgorzej będzie za szóstym punktem” powiedział wyższy. „Jeśli popada, zejście do starej stacji zrobi się niebezpieczne”.
„Gorsza jest martwa strefa” odpowiedział drugi. „Ostatnio zegarek stracił mi tam wszystko. Tempo, ślad, nawet wysokość oszalała”.
„Dlatego nazywają to Martwym Punktem”.
Obaj się roześmiali.
Iga spojrzała na mapę trasy wydrukowaną na ścianie budynku. Siedem punktów kontrolnych oznaczono srebrnymi okręgami. Ostatni znajdował się na pięćdziesiątym drugim kilometrze, w dolinie otoczonej stromymi zboczami. Kiedy pracowała przy biegu, dojazd tam wymagał samochodu terenowego i dobrej znajomości leśnych dróg. Zwykłe telefony traciły zasięg kilka kilometrów wcześniej. Radiowa transmisja danych też bywała kapryśna, dlatego punkt przechowywał odczyty lokalnie.
Siedem lat temu jeszcze go nie było. Trasa prowadziła wtedy drugą stroną grzbietu, obok domu należącego do Adriana Radeckiego.
Domu, który spłonął w noc zawodów.
Kolejka przesunęła się do przodu. Iga weszła do holu, gdzie zrobiło się ciasno i duszno. Wolontariusze kierowali zawodników do stolików oznaczonych zakresami numerów. Nad sceną wisiał ogromny ekran z odliczaniem do startu. Poniżej wyświetlano film promocyjny. Ujęcia wschodu słońca, błota rozpryskującego się pod butami i ludzi wpadających sobie w ramiona na mecie.
Na końcu pojawił się Adrian Radecki.
Stał na górskim grzbiecie w dopasowanej czarnej koszulce. Wyglądał niemal tak samo jak siedem lat wcześniej. Miał tylko więcej siwych włosów przy skroniach i kilka głębszych zmarszczek wokół oczu.
„Srebrna Pętla przypomina nam, że granice istnieją tylko do chwili, gdy zdecydujemy się je przekroczyć” powiedział z ekranu.
Jego głos zagłuszyła muzyka. Pojawiło się logo Fundacji Mileny Radeckiej, a pod nim informacja, że część opłat startowych zostanie przeznaczona na rehabilitację dzieci po ciężkich wypadkach.
Iga odwróciła wzrok.
Pamiętała nagłówki, które przez wiele tygodni pojawiały się w portalach informacyjnych. Tragiczny pożar. Śmierć młodej filantropki. Mąż, który dowiedział się o wszystkim po zejściu z trasy. Zdjęcia Adriana stojącego przed ruinami domu w kurtce finishera. Miał twarz człowieka, któremu odebrano cały świat, a na szyi medal potwierdzający, gdzie znajdował się przez większą część nocy.
Iga również pomogła to potwierdzić.
W oficjalnym raporcie podpisała się pod zdaniem, że wszystkie odczyty numeru Adriana tworzyły spójny zapis jego udziału w zawodach. Nie napisała o sygnale, który pojawił się zbyt wcześnie na jednym z urządzeń. Sebastian uznał, że był to test wykonany przez technika, a znacznik czasu został błędnie zsynchronizowany. Powiedział, że publikowanie niesprawdzonych podejrzeń podczas policyjnego dochodzenia zaszkodzi firmie i rodzinie zmarłej.
Miała wtedy trzydzieści jeden lat, kredyt i stanowisko, o które walczyła przez sześć sezonów. Pozwoliła mu zamknąć sprawę.
Trzy miesiące później odeszła z pracy.
„Nazwisko?” zapytała wolontariuszka przy stoliku.
Iga potrzebowała chwili, żeby zrozumieć, że pytanie jest skierowane do niej.
„Kierska. Iga Kierska”.
Dziewczyna przesunęła palcem po liście.
„Numer dwieście siedemnaście. Trasa długa”.
Wyjęła z pudełka kopertę i podała ją Idze razem z płócienną torbą. W środku znajdowały się ulotki, żel energetyczny, składany kubek i koszulka z nazwą biegu.
„Proszę sprawdzić dane na odwrocie numeru i podpisać odbiór. Chip jest przyklejony tutaj. Nie wolno go odrywać ani zginać”.
Iga obróciła numer. Do tylnej strony przymocowano cienki pasek tworzywa, niewiele grubszy od plastra. W jego środku wyczuła niewielkie zgrubienie anteny i układu pamięci.
Przez lata podobne chipy były dla niej zwyczajnymi przedmiotami. Zamawiała je tysiącami, programowała serie numerów, sprawdzała siłę sygnału i uczyła pracowników, jak rozpoznawać wadliwe sztuki. Teraz trzymała jeden z nich tak ostrożnie, jakby pod papierem ukryto ostrze.
„Coś się nie zgadza?” zapytała wolontariuszka.
„Nie. Wszystko w porządku”.
Iga podpisała listę.
Przy wyjściu z sali zauważyła Elizę Modrą. Dyrektorka biegu stała przy scenie z zestawem słuchawkowym na głowie i dwoma telefonami w dłoni. Wydawała polecenia jednocześnie wolontariuszowi, operatorowi kamery i komuś, kto odzywał się w słuchawce. Siedem lat wcześniej była odpowiedzialna za kontakty ze sponsorami. Już wtedy potrafiła uśmiechać się do człowieka, nie przerywając rozmowy z kimś ważniejszym.
Eliza dostrzegła Igę i na moment zamilkła.
Wahanie trwało najwyżej sekundę. Potem na jej twarzy pojawił się profesjonalny uśmiech.
„Iga Kierska. Nie wierzę”.
Podeszła i objęła ją krótko, jakby przed chwilą rozstały się po wspólnym treningu.
„Słyszałam, że wróciłaś do biegania, ale nie wiedziałam, że wybierasz się do nas”.
„Zapisałam się dwa miesiące temu”.
„Listy zawodników przegląda Marcin. Ja mam teraz prawie tysiąc nazwisk i każde staje się pilne na pięć minut przed startem”.
Eliza roześmiała się, lecz jej wzrok przesunął się na numer trzymany przez Igę.
„Długa trasa. Odważnie jak na powrót”.
„Nie wracam. Chcę tylko ukończyć jeden bieg”.
„Tak zwykle zaczynają ludzie, których później widuję co roku”.
Ktoś zawołał Elizę ze sceny. Dyrektorka uniosła dłoń, dając znak, że za moment podejdzie.
„Marcin jest w centrum pomiarowym?” zapytała Iga.
„Powinien być. Od rana zachowuje się tak, jakby od powodzenia tej imprezy zależało jego życie”.
Uśmiech Elizy nie zniknął, ale coś w jej głosie sprawiło, że Iga spojrzała na nią uważniej.
„Stało się coś?”
„Zapytaj jego. Może tobie powie, dlaczego przed każdą próbą transmisji żąda pełnego eksportu danych”.
„To nie jest standardowa procedura?”
„Nie w taki sposób. Robi kopie kopii, a potem porównuje każdą z poprzednią. Sebastian twierdzi, że Marcin szuka problemu, którego nie ma”.
Iga poczuła napięcie w karku.
„Sebastian tu jest?”
„Oczywiście. Jego firma nadal obsługuje cały pomiar. Myślałam, że wiesz”.
Nie wiedziała. Marcin zapewniał ją, że Sebastian prawie nie pojawia się na zawodach i zarządza firmą z biura. To był jeden z powodów, dla których zgodziła się przyjechać.
Eliza została ponownie wezwana. Tym razem odpowiedziała krótkim poleceniem i ruszyła w stronę sceny.
„Miło cię widzieć” rzuciła przez ramię. „Naprawdę”.
Iga wyszła z sali bocznymi drzwiami. Potrzebowała świeżego powietrza. Znalazła się na niewielkim dziedzińcu zastawionym skrzyniami, przewodami i składanymi barierkami. Pod ścianą stały dwa samochody firmy pomiarowej. Ich białe karoserie zdobił ten sam niebieski znak, który Iga zaprojektowała dwanaście lat wcześniej.
Stylizowany impuls przechodzący w linię mety.
Kiedyś była z niego dumna.
Drzwi jednego z samochodów otworzyły się i wysiadł z niego młody technik. Niósł zwiniętą matę pomiarową oraz czarną skrzynkę z kontrolerem. Iga odsunęła się, żeby zrobić mu miejsce. Na chwilę z wnętrza auta dobiegł znajomy zapach metalu, mokrej gumy i nagrzanej elektroniki.
Pomyślała o pierwszej edycji Srebrnej Pętli, którą obsługiwała. Całą noc spędziła wtedy w samochodzie, pijąc zimną kawę i odświeżając tabelę wyników. O świcie Sebastian usiadł obok niej i powiedział, że pewnego dnia poprowadzi wszystkie największe imprezy w kraju. Uwierzyła mu. Przez długi czas wierzyła we wszystko, co mówił.
Telefon zawibrował.
„Gdzie jesteś?” zapytał Marcin, zanim zdążyła się odezwać.
W tle słyszała szybkie stukanie klawiatury i urywane głosy kilku osób.
„Za domem kultury. Odebrałam numer”.
„Nie ruszaj się. Zaraz przyjdę”.
„Marcin, co się dzieje?”
Po drugiej stronie zapadła cisza.
„Nie przez telefon”.
„Eliza powiedziała, że robisz kopie wszystkich danych”.
„Eliza za dużo mówi”.
„A Sebastian podobno uważa, że szukasz problemu, którego nie ma”.
Tym razem cisza trwała dłużej.
„Widziałaś go?” zapytał Marcin.
„Jeszcze nie”.
„Dobrze. Poczekaj przy samochodach”.
Rozłączył się.
Iga patrzyła na wygaszony ekran. Nie pamiętała, kiedy ostatnio słyszała w głosie brata strach. Marcin bywał zdenerwowany, drażliwy i przemęczony, ale lęk zwykle zamieniał w ironię. Tym razem nie próbował żartować.
Po kilku minutach pojawił się w bocznych drzwiach budynku. Miał na sobie czarną bluzę z logo firmy, spod której wystawała pognieciona koszula. Włosy sterczały mu we wszystkie strony, jakby wielokrotnie przeczesywał je palcami. W jednej dłoni trzymał laptop, w drugiej pęk kluczy i krótkofalówkę.
Podszedł do Igi, rozejrzał się i dopiero wtedy ją przytulił.
„Dobrze, że jesteś” powiedział cicho.
„Dwa miesiące mnie namawiałeś. Powinieneś brzmieć na bardziej zaskoczonego”.
Nie odpowiedział. Cofnął się i spojrzał na jej numer startowy.
„Dwieście siedemnaście?”
„Podobno szczęśliwy”.
Marcin dotknął palcem miejsca, w którym znajdował się chip. Przez moment wyglądał tak, jakby chciał go oderwać.
„Programowałeś je osobiście?” zapytała.
„Część”.
„Mój też?”
„Nie wiem. To nie ma znaczenia”.
Iga odebrała mu laptop, zanim wysunął mu się spod ramienia.
„Od początku. Co znalazłeś?”
Marcin znów rozejrzał się po dziedzińcu. Technik, który wcześniej wyjmował sprzęt, zniknął w budynku. Po drugiej stronie metalowego ogrodzenia przechodzili zawodnicy, ale nikt nie zwracał na nich uwagi.
„Nie tutaj” powiedział.
„Przed chwilą kazałeś mi czekać właśnie tutaj”.
„Bo nie chciałem, żebyś wchodziła do centrum”.
„Dlaczego?”
„Sebastian siedzi przy głównym serwerze”.
Iga poczuła, że wraca do niej chłód, którego nie potrafiła pozbyć się od chwili wjazdu do miasteczka.
„Marcin, jeśli masz problem z systemem, zgłoś go organizatorom”.
„To nie jest problem z systemem”.
„Więc z czym?”
Brat spojrzał jej prosto w oczy. Był od niej młodszy o sześć lat, lecz w tej chwili wyglądał starzej. Pod oczami miał ciemne cienie, a na skroni drgał mu niewielki mięsień.
„Z kimś, kto wie, jak sprawić, żeby system pokazał dokładnie to, czego od niego oczekuje”.
Z głośników na rynku popłynął komunikat o odprawie technicznej. Głos prowadzącego odbił się od ścian kamienic i dotarł na dziedziniec jako niewyraźny pomruk.
Marcin wyjął Idze laptop, otworzył go i osłonił ekran własnym ciałem. Na pulpicie widniało kilka tabel. Zanim zdążyła przeczytać nagłówki, zamknął dwa okna i uruchomił plik oznaczony dzisiejszą datą.
„W nocy robiliśmy test wszystkich punktów” powiedział. „Każdy chip przeszedł pełną ścieżkę. Przynajmniej tak miało być”.
„Kto je przewoził?”
„Dwa zespoły techniczne. Wszystko zgodnie z procedurą”.
„I?”
Marcin przewinął tabelę. Zatrzymał kursor przy jednym numerze, lecz wtedy drzwi domu kultury otworzyły się gwałtownie.
„Marcin!” zawołał ktoś ze środka. „Siódemka znowu nie odpowiada!”
Brat zatrzasnął laptop.
Na jego twarzy pojawiło się coś więcej niż zdenerwowanie.
Iga zobaczyła czysty strach.
„Muszę iść” powiedział.
„Najpierw pokaż mi ten plik”.
„Spotkajmy się za dwadzieścia minut w kawiarni obok apteki. Usiądź z tyłu, z dala od okna”.
„Zaczynasz mnie przerażać”.
Marcin chwycił ją za ramię.
„Iga, cokolwiek usłyszysz, nie oddawaj nikomu swojego numeru. Nawet mnie”.
Puścił ją i ruszył do drzwi.
„Marcin”.
Zatrzymał się na progu.
„Co było w tym pliku?” zapytała.
Przez chwilę wyglądał, jakby rozważał kłamstwo. Potem spojrzał na samochody, zamknięte drzwi centrum pomiarowego i numer przypięty do jej dłoni.
„Zawodnik, który pojawił się w dwóch miejscach jednocześnie” odpowiedział.
Zniknął wewnątrz budynku, zanim zdążyła zadać następne pytanie.
Iga została sama na mokrym dziedzińcu. Z rynku dobiegała muzyka, głosy konferansjerów i śmiech ludzi robiących zdjęcia pod bramą startową. Całe miasteczko przygotowywało się do święta, które miało trwać do następnego poranka.
Spojrzała na cienki chip przyklejony do odwrotnej strony numeru.
Siedem lat wcześniej jeden nieprawidłowy odczyt wystarczył, żeby zaczęła wątpić w system.
Teraz jej brat znalazł dwa.Rozdział 4
DWA MIEJSCA NARAZ
------------------------------------------------------------------------
Adrian stał po drugiej stronie rynku i patrzył na Igę.
Nie próbował ukryć zainteresowania. Nie rozmawiał z ludźmi, którzy jeszcze przed chwilą prosili go o wspólne zdjęcie. Nie sprawdzał telefonu ani zegarka. Stał nieruchomo z rękami opuszczonymi wzdłuż ciała, jakby czekał, aż Iga zrozumie znaczenie wiadomości.
Teraz wiesz, ile warte jest alibi.
Pod palcami czuła maleńki układ ukryty pod właściwym chipem. Gdyby nie zauważyła nacięcia w rogu anteny, przebiegłaby z nim całą trasę. Każdy punkt kontrolny zarejestrowałby oba sygnały, a ona nawet nie wiedziałaby, że przez kilkadziesiąt kilometrów niesie ze sobą cudzą tożsamość.
„Iga, odezwij się” powiedział Marcin przez telefon.
„Adrian mnie obserwuje”.
„Gdzie jest?”
„Po drugiej stronie rynku”.
„Nie podchodź do niego”.
„Nie zamierzam”.
„Schowaj numer i idź do namiotu medycznego. Wejdź od strony parkingu. Za pięć minut tam będę”.
Iga nadal patrzyła na Adriana.
„Ktoś przykleił drugi chip pod moim numerem. Jeśli mnie odczytano w Dolinie Wron i na punkcie czwartym, to znaczy, że istnieją przynajmniej trzy kopie”.
„Albo ktoś wprowadza odczyty bezpośrednio do systemu”.
„Można to zrobić?”
„Nie bez dostępu administratora”.
„Ty go masz”.
„Sebastian również”.
Adrian ruszył.
Nie szedł w stronę Igi. Odwrócił się i wszedł pomiędzy namioty sponsorów. Po kilku sekundach zasłoniła go grupa zawodników ubranych w czerwone kurtki.
„Zniknął mi z oczu” powiedziała.
„Nie szukaj go. Idź do namiotu”.
Marcin zakończył połączenie.
Iga wsunęła numer pod bluzkę, uważając, żeby nie uszkodzić żadnego z układów. Przecisnęła się przez tłum w stronę parkingu. Co kilka kroków oglądała się za siebie. Nie widziała Adriana, ale miała wrażenie, że ktoś porusza się za nią dokładnie w tym samym tempie.
Przy namiocie sponsora zatrzymała się gwałtownie.
Młody mężczyzna idący kilka metrów za nią niemal na nią wpadł. Miał plecak biegowy, kijki i numer czterysta osiemdziesiąt trzy. Spojrzał na nią ze zdziwieniem, przeprosił i poszedł dalej.
Iga odczekała kilka sekund.
Nikt inny się nie zatrzymał.
Namiot medyczny ustawiono przy końcu parkingu, obok dwóch karetek i samochodu ratowników górskich. Od strony rynku prowadziło do niego główne wejście, przed którym stała kolejka zawodników proszących o plastry, środki przeciwbólowe i poprawienie źle założonych opatrunków. Iga obeszła namiot i znalazła wąską szczelinę pomiędzy materiałem a metalowym ogrodzeniem.
Marcin czekał przy bocznym wejściu.
„Pokaż numer” powiedział.
„Tutaj?”
„W środku jest wolne pomieszczenie”.
Wprowadził ją za parawan oddzielający część magazynową od stanowisk medycznych. Na składanym stole leżały kartony z rękawiczkami, opatrunkami i butelkami płynu do dezynfekcji. Marcin zasunął materiał, po czym wyjął z kieszeni niewielki czytnik.
„Nie dotykaj dodatkowego układu” powiedział.
„Już go podważyłam”.
„Jak mocno?”
„Tylko tyle, żeby go zobaczyć”.
Marcin włączył czytnik i przesunął go nad numerem. Urządzenie zapiszczało.
Na ekranie pojawił się identyfikator Igi.
Przesunął czytnik ponownie, tym razem wolniej.
Drugi sygnał nie pojawił się.
„Może go uszkodziłam”.