-
nowość
Marzyłem o Monte Carlo - ebook
Marzyłem o Monte Carlo - ebook
„Fikcja jako prawda? Czy prawda jako fikcja?” — to pytanie nie jest ozdobą. To wrota. Za nimi czeka świat, w którym niepewność i dyskomfort nie odpuszczają, a pozorny spokój okazuje się jedynie cienką warstwą nad czymś znacznie głębszym. Ambitny biznesmen wyrusza do tytułowego Monte Carlo, by świętować rocznicę ślubu. Podróż, która miała być celebracją, szybko zamienia się w marsz po cienkiej linii. Prowadzony niewidzialną nicią przeznaczenia, mimowolnie wplątuje się w coraz bardziej niepokojące sytuacje, odwiedzając miejsca, które normalnie instynkt każe omijać. To porywająca opowieść, pełna introspekcji i napięcia. Akcja jest szybka, mimo że dominuje w niej cisza i refleksja nad narastającym poczuciem, że: „coś tu nie gra”. Realizm splata się tu z bogatą symboliką i niedopowiedzeniem, a granica między tym, co możliwe, a tym, co niewytłumaczalne, stopniowo się zaciera.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Powieść |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| Rozmiar pliku: | 201 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Zapytaj losowego mężczyznę: jakie zwierzę zdoła pokonać w walce na śmierć i życie? Posłuchaj tych absurdalnych scenariuszy — jak rozkłada na czynniki pierwsze plan zwycięstwa nad niedźwiedziem lub tygrysem, z pewnością w głosie, jakby miał za sobą co najmniej dziesięć podobnych potyczek. Nie dziwiłbym się, gdyby miał nawet więcej — w swojej wyobraźni, między ratowaniem „gorących” lasek z pożaru a płomiennymi przemówieniami jako lider ruchu wyzwolenia w świecie, w którym nie jest nikim. Być może to dość jaskrawy i absurdalny przykład, lecz dobrze obrazuje, jak bardzo potrafimy przeceniać własne możliwości.
Teraz — przyjmijmy że spacerujesz późnym wieczorem, w gęstej mgle, przez labirynt obcych ulic. Nie znasz drogi, a na oczach masz klapki — mniej więcej tak wygląda ludzka percepcja w nowym, stresującym środowisku. Paradoksalnie, im większe zagrożenie, tym lepiej — wtedy przejmuje kontrolę czysty instynkt. Prowadzi nas i popycha naprzód, używając wszystkich możliwych narzędzi, by oszczędzić nam przykrości. Gdy jednak sytuacja jest tylko dziwna, pozornie zwyczajna ale nie do końca zrozumiała, umysł zaczyna się gubić. Zamiast działać, próbujemy wszystko zracjonalizować. Analizujemy, rozbieramy rzeczywistość na czynniki pierwsze, zamiast po prostu zaufać intuicji i ruszyć naprzód.
* * * * *
Sam padłem ofiarą tej pułapki. Tak jak wielu innych, sądziłem, że będę gotów. Tymczasem zderzenie z rzeczywistością było dla mnie wyjątkowo bolesne. Na dwudziestą rocznicę ślubu pojechaliśmy z żoną do Monte Carlo. Zawsze o tym marzyliśmy. Gdy stawialiśmy nasz pierwszy biznes jeszcze na studiach, wyobrażaliśmy sobie, że kiedyś będziemy tam mieszkać — otoczeni luksusem i ludźmi, którzy swoją obecnością dodają skrzydeł. Rzeczywistość okazała się jednocześnie bardziej okrutna... i bardziej łaskawa. Nie stać nas, by tam żyć na stałe, ale powodzi się nam na tyle dobrze, że możemy pozwolić sobie na dłuższe wakacje. Na tyle długie, by się pokazać, poznać nowych ludzi, zdobyć kontakty — i nie odstawać od tamtejszych standardów.
Nigdy nie miałem głowy do pieniędzy. Brakowało mi tego szóstego zmysłu, który zdają się posiadać urodzeni biznesmeni. Miałem za to coś innego — pewne pokłady charyzmy, które znacząco ułatwiły mi drogę do wygodnego życia. Moja żona, Jessie — prawdziwy architekt naszej małej fortuny — zawsze wolała trzymać się w cieniu. To ja, jako „facet z kontaktami ”, zbierałem pochwały za efekty jej ciężkiej pracy. Nigdy nie narzekała. Taki układ jej odpowiadał. Mówiła: „Dopóki pracuję na przyszłość naszej rodziny, nie potrzebuję podziwu.” Było to wygodne rozwiązanie dla kogoś, kto nie lubił błyszczeć: ani podczas spotkań z kontrahentami, ani na firmowych imprezach czy wieczorach networkingowych. Tam mogła spokojnie bawić się w rolę „żony, która pomaga”, zamiast ujawniać się jako mózg całej operacji. Był czas, gdy czułem się z tym źle — z tym, jaką rolę pełnię. Że to nie ja prowadzę. A przynajmniej nie w stu procentach. Ale pewnego wieczoru Jessie uświadomiła mi, jak ogromny jest mój wkład. To, jak potrafię odnaleźć się w każdej sytuacji, jak budzę sympatię i ufność, stanowiło nieocenioną wartość. Mówi się, że twoje przekleństwo może stać się błogosławieństwem — jeśli tylko odpowiednio je wykorzystasz. Nikt jednak nie ostrzegł mnie, że działa to również w drugą stronę. Błogosławieństwo może stać się klątwą. Zwłaszcza w takim miejscu jak Monte Carlo.
Pierwsze dni były takie jak zawsze na wakacjach — kolacje, podziwianie miasta i architektury. Czerpaliśmy ogromną radość z klimatu, jaki panował w tym miejscu. Było w tym coś nowego, spełniliśmy jedno z naszych małych marzeń z listy „do zrobienia przed śmiercią”. Wprost bajecznie — pomyślałem, patrząc w oczy Jessie, która posyłała mi uśmiech pełen zadowolenia. Wszystko spełniało nasze oczekiwania, było dokładnie tak, jak to sobie wyobrażaliśmy, ale… w powietrzu unosiła się dziwna energia. Pod drogimi zegarkami skrywały się dłonie, których uścisk — choć pozornie serdeczny — był chłodny, jak puste spojrzenia kobiet towarzyszących tym rekinom biznesu. Miałem wrażenie, że pod kasynem, w hotelu, w restauracjach — mijają mnie żywe trupy. Puste skorupy, które po powrocie do swojego penthouse’u po prostu rozsuwają zamek na plecach, a z nadmuchanego kostiumu wychodzi ktoś… a może raczej coś, co przypomina ostatni oddech. Wyjątkowa istota — na granicy niebytu — będąca w pewnego rodzaju śpiączce, a jednak poruszająca się jak ktoś świadomy. Persona śniąca cudzy sen, jakby podłączona cienkim, wąskim wężykiem do ogromnego zbiornika z cieczą, która ją żywi. Nie — która jedynie podtrzymuje ją w stanie wegetacji i zmusza do ciągłej wędrówki, dając złudzenie sensu. Jednostka wypaczona, pożeracz fantazji — o duszy jak przestrzeń kosmiczna. Z oczami jak czarne dziury, pochłaniającymi światło — i zostawiającymi po sobie tylko rozpacz. Tę samą, którą dźwigają w sercu.
Dzieliłem się tym z Jessie — może nie aż tak obrazowo i dramatycznie, ale jasno dawałem jej do zrozumienia, że coś tu nie gra. Uspokajała mnie. Twierdziła, że to pewnie zwykły „szok kulturowy”.
— Jasne, cokolwiek to znaczy… — pomyślałem, z poczuciem, że słucha mnie tak, jakby miała w uszach stopery. Ale te emocje nie mijały. Wręcz przeciwnie — stawały się silniejsze.
— Przecież znamy masę ludzi tego pokroju. I przy żadnym z nich nie czuję tego ścisku w brzuchu – mówiłem.
Nazwijmy ich „Pustymi”. Dla porządku opowieści. Ale oprócz Pustych byli też „Nożownicy”. Ludzie jak plastikowe lalki idące po rozżarzonych węglach. Ich spojrzenie nie tylko skanuje cię od stóp do głów — ono zagląda do środka. Jakby odkrywali każdy twój sekret. Nawet ten, o którym wiesz tylko ty sam. Przy nich dusza staje się naga i bezbronna jak noworodek. Nożownicy mają w sobie coś z gada — coś drapieżnego. Z zewnątrz: ponętne usta, gładka skóra, estetyczne tatuaże, modne ciuchy. Młodzi i piękni. Ale przez tę piękną fasadę przebija się coś ostrego i lodowatego. Ten kontrast działa paraliżująco — gdy trafiam na kogoś takiego, mam ochotę od razu uciec.
Pierwszy raz spotkałem jednego z nich czwartego dnia, grając w blackjacka. W Stanach to gra niemal równie popularna jak poker. Nigdy nie miałem głowy do liczenia kart czy strategii — kiedy dobrać, kiedy spasować, kiedy zrobić double down — ale zawsze miałem inny atut. Potrafiłem rozproszyć graczy przy stole. To tam, wkraczał mój — nieskromnie mówiąc — urok osobisty i poczucie humoru, sowicie doprawione whisky. Przy stole — to, co zawsze. Stary schemat. Rubaszny nowobogacki, któremu się poszczęściło. Kilku — jak zgaduję — multimilionerów drugiego pokolenia, przekonanych, że świat należy do nich. I on. Cichy mężczyzna, lekko uśmiechający się kącikiem ust na każdy, nawet kiepski żart. Siedział pewnie, oparty o stół. Nie skupiał się zbytnio na grze — sprawiał wrażenie, jakby sam nie wiedział, co tu robi. Jakby popchnięty impulsem wszedł prosto z ulicy do kasyna — po raz pierwszy w życiu — i uznał, że oskubie wszystkich przy stole. Gdy nasze spojrzenia zetknęły się po raz pierwszy, natychmiast miałem ochotę odwrócić wzrok. Jednak… mógłby to źle odebrać, a ja bardzo dbałem o atmosferę wszędzie tam, gdzie się pojawiałem, dlatego posłałem mu mój szeroki biznesowy uśmiech i skupiłem się na kartach. Przynajmniej pozornie — bo czułem, że wciąż mnie obserwuje, jak zafascynowane dziecko patrzące na reklamę swojej wymarzonej zabawki.
Głęboko w jego oczach krył się obłęd; ten rodzaj szaleństwa, który można dostrzec u ludzi stojących na krawędzi utraty człowieczeństwa, pochłoniętych przez jakąś wyższą ideę — fanatyków. Istniała też spora szansa, że to tylko kokaina. I to w sporych ilościach.
Życie nauczyło mnie wielu rzeczy, a jedną z nich było to, że najczęściej sprawdza się scenariusz najbardziej oczywisty, niekoniecznie najczarniejszy. Dlatego uznałem, że i tym razem jest podobnie.
Miał szerokie barki, które drgały, gdy zdarzyło mu się roześmiać na głos. Ciemne, piwne oczy. Spojrzenie przenikliwe — ostre, jakby rozcinało powietrze. Przypominał polującego jastrzębia. I miałem nieodparte wrażenie, że to na mnie poluje. Wtedy jednak przypomniałem sobie słowa Jessie. Poczułem się jak przewrażliwiony paranoik. Zacząłem odwzajemniać uśmiechy. Odtąd nie analizowałem już tego, co czuję, patrząc na jego delikatne zmarszczki na czole, na skroniach, wokół oczu. Ani wtedy, gdy rzucał mi serdeczne spojrzenie, zawsze w pakiecie z jakąś poufałą, zaczepną uwagą. Ignorowałem też wszystkie jego tiki, te dziwne zachowania. Poza nimi wyglądał całkiem normalnie. Zresztą pojawiały się rzadko — drobnostki, niewarte głębszego zastanowienia. A jednak były jak wskazówka, która wybrzmiała w mojej głowie jasno, niemal jak boskie natchnienie w umyśle proroka.
— Ładnie jest „zrobiony”. Nos to ma wypchany jak mój dziadek taksydermię w salonie… — pomyślałem żartobliwie.
Byłem przekonany, że jest ode mnie młodszy — na oko piętnaście lat. A jednocześnie... miał w sobie ten rodzaj pewności który przychodzi dopiero z wiekiem, wydawało się, jakby mógł mnie uczyć, jak pomnożyć to, co mam, razy pięć. Tyle że postawił się w odwrotnej roli. Był pokorny. Sprawiał wrażenie, że to on chce się uczyć ode mnie. Myślę, że niektórzy z was znają to uczucie — gdy poznajecie kogoś nowego, a on od razu pała do was przesadną sympatią. Z jakiegoś powodu stawia was na piedestale, traktuje jak cichego mentora. Właśnie tak się wtedy czułem. Wybrał mnie — i nawet nie potrafił zbyt zręcznie tego ukryć.
Gra przebiegała w takiej atmosferze, że przestałem czuć upływ czasu. Na co dzień nie piję — piję symbolicznie, praktycznie tylko od święta, bo zdrowie mi na więcej nie pozwala. Jednak tego dnia, niesiony przez nadmuchane ego, skutecznie łechtane przez mojego tajemniczego nieznajomego, doprowadziłem się do takiego stanu, że moja cudowna Jessie — która niegdyś urzekła mnie swoją cierpliwością — chyba po raz pierwszy była bliska jej wyczerpania. Obudziłem się późnym popołudniem, już w hotelu. Na pytanie, jak się tu znalazłem, odpowiedziała nadąsana:
— Twój kolega z dziwnym tatuażem cię tu wytargał. Sama w życiu bym sobie nie poradziła.
Słysząc jej odpowiedź, musiałem zrobić pauzę — zatrzymać się na moment, próbując przypomnieć sobie, czy wczoraj faktycznie poznałem kogoś z tatuażami. I wtedy mnie olśniło: ten dziwny koleś z bliznami, jakby ledwo uszedł z życiem z jakiegoś wypadku. Gdy tylko wspomnienie o nim wróciło, wypaliłem z entuzjazmem:
— A! Jules… Fakt, za nic w świecie nie dałbym sobie nabazgrać na klacie tego, co on — powiedziałem, przecierając twarz rękami. — Masz wodę? — dodałem.
— Co? Jules? Mi się nie przedstawił. Mimo wszystko miły chłopak. Sam się zaproponował. Czuł się winny. Mówił, że to on w dużej mierze przyłożył rękę do tego, jak skończyłeś, mimo że się wzbraniałeś — mówiła powoli i chłodno, niosąc mi butelkę.
— Przepraszam, dawno się tak nie bawiłem… i trochę mnie poniosło — odpowiedziałem ze szczerą skruchą.
— Masz szczęście, że wziął winę na siebie. Dawno się tak nie urządziłeś... Lepiej ci już trochę? — dodała, ocieplając nieco ton i posyłając lekki uśmiech, za którym kryła się jeszcze odrobina litości. — Czekaj… My mówimy o tej samej osobie? — zapytała nagle, marszcząc brwi.
— Oczywiście, że tak. Czemu pytasz? Przecież nie mam po co kłamać — odparłem zrezygnowany, mentalnie szykując się na sprzeczkę.
— A nic… Mówiłeś, że ma tatuaż na klatce, a ja pamiętam, że miał tylko na ręce. Widziałabym, gdyby miał na torsie — przecież miał tak rozpiętą koszulę, że ślepy by zauważył — ciągnęła skonsternowana.
— Jaki tatuaż? Skrzydlaty lew z głową człowieka? Taki z brodą i dziwną czapką jak u biskupa? — zapytałem, siadając na skraju łóżka.
— Tak, tak! Dokładnie! — odpowiedziała w ułamku sekundy. — Może ci się przywidziało? Byłeś tak zalany, że mogłeś go z kimś pomylić. — skwitowała.
— Widzę, że nie przepuścisz żadnej okazji, żeby mnie trochę podrażnić. Przegiąłem, wiem. Ale tego tatuażu bym w życiu nie pomylił. Jest taki… specyficzny — mówiłem zakłopotany.
— A zresztą, czy to ważne? Mógłby go mieć nawet na czole. Ważne, że pomógł i jesteś mu coś za to winien. Okazało się, że zatrzymał się w tym samym hotelu, piętro niżej. Zostawił ci kartkę, leży na stole. Zadzwoń do niego, podziękuj ładnie i powiedz, że zapraszasz go w ramach rekompensaty na kolację dziś wieczorem. Niech przyjdzie z narzeczoną. — rzuciła chłodno, krzątając się po pokoju i przeglądając ciuchy wyciągnięte z walizki. Mówiła tonem księżnej, która nigdy nie zaznała odmowy — wiedząc, że nie mogę się sprzeciwić. A przynajmniej nie po tym, co zrobiłem.
— Nie masz dziś dla mnie litości... Co w ciebie wstąpiło? Zresztą, mniejsza. Podziękować trzeba. Ale daruj mi już — wystarczy, że pewnie on będzie się śmiał na kolacji, że dziadek wziął się za picie, zamiast iść spać.
Jessie roześmiała się głośno, mówiąc, że „Młody ma do tego prawo, bo ma rację”. Wbiła mi tym samym werbalny sztylet w lewy bok, a z prawej obdarzyła symbolicznym pocałunkiem — jakby chciała ukarać i pocieszyć jednocześnie. Dawała jasno do zrozumienia: burza już minęła, a to była jej ostatnia drobna zemsta za moje wybryki.
Atmosfera się rozluźniła. Śmialiśmy się sporo, kiedy opowiadałem jej historię z tego wieczoru — temat tatuażu zupełnie się rozmył. Jessie zaczęła mnie uparcie poganiać, żebym w końcu zaczął doprowadzać się do porządku — i to natychmiast. Ja jednak miałem poczucie, że jeszcze mamy czas. Więc wpuszczałem to, co mówiła, jednym uchem, a drugim wypuszczałem. Zwłaszcza kiedy zapytała, ile wczoraj przegrałem. Wtedy nawet nie patrzyłem w jej stronę i po prostu zmieniałem temat — cicho dając jej do zrozumienia, żeby nie poruszała tego wątku, jeśli chce mieć udane wakacje.
Spotkaliśmy się z nimi dwie godziny później. Nie żałowałem swoich występków — bo to, pozornie nieprzyjemne doświadczenie, przyniosło mi jedno małe błogosławieństwo: moja droga Jessie... dawno tak się nie odstawiła! Jednak, Boże... miej mnie w opiece, jeśli kiedykolwiek wpadnie mi do głowy to powtórzyć. Cena była zbyt wygórowana…
Nie byłem zazdrosny. Mimo że wiedziałem, że to nie dla mnie. Na początku sądziłem, że dla Julesa, jednak gdzieś w odmętach zmęczonego zabawą umysłu odnalazłem resztki logiki, która właśnie budziła się z długiego snu — i doszedłem do wniosku, że wszystko może mieć związek z jej naciskiem, by koniecznie pojawił się z narzeczoną. Mimo to wciąż się wahałem w osądzie. Zacząłem więc bacznie obserwować, czy moje przypuszczenia mają sens — bo jeśli nie, to może zwyczajnie próbuje zrobić mi na złość. Byłem gotów to przemilczeć, jednak dziwiło mnie, że zaczęła pokazywać pazury właśnie teraz. Jakby coś nagle wyrwało jej kobiecą naturę z hibernacji, zamieniając ją na powrót w małostkową dwudziestolatkę.
Na kolacji było wszystko to, co lubię — dużo śmiechu i ciekawych rozmów, dobre jedzenie, zwłaszcza dobrze wypieczone mięsa. Trochę wina dla pań, zaś my, oszczędzając nadwątlone organizmy, symbolicznie sięgnęliśmy po orzeźwiającą, zimną butelkę dobrego szampana. Większego komizmu całemu spotkaniu dodawał fakt, że Jules i jego narzeczona mówili łamanym angielskim. Jules zna język dobrze, ma bogate słownictwo, ale kaleczy każde zdanie francuskim akcentem. Olga — bo tak miała na imię jego druga połówka — urocza, niezbyt wysoka brunetka, bardzo szczupła, choć wciąż w granicach dobrego smaku. Mówiła równie miękko, jak stąpała, mimo zawrotnie wysokich szpilek. Jej rosyjski akcent wprowadzał do każdego zdania coś surowego, słowiańskiego, przeplatanego z ciepłym, szeleszczącym tonem, jak jesienne liście. Olga rozumiała wszystko, choć czasem brakowało jej odpowiedniego słowa, by wyrazić myśl. Ale to nie przeszkadzało jej w tym, by mnie… zahipnotyzować. Mimo że nie zrobiłem nic, co można by uznać za niewłaściwe wobec Jessie, czułem lekkie poczucie winy — już przez sam fakt, że tak na mnie działa. Niestety, nie planowałem tego. To nie była sama biologia — z tym można walczyć. Budziła coś we mnie… echo dawno zagrzebanych wspomnień, samą obecnością wskrzeszając zmarłych, zakopanych w bujnym ogrodzie mojej duszy…
W pewnym momencie jej sposób mówienia pochłonął mnie tak bardzo, że Jules musiał dyskretnie złapać mnie za przedramię — właśnie wtedy, gdy przysłuchiwałem się, jak nasze wybranki wesoło szczebiotały. Wyrwał mnie tym z lekkiego transu — stanu przypominającego ni to senność, ni to czuwanie. Jakbym jedną nogą był w krainie Morfeusza, walcząc z ciężkimi powiekami, a drugą — jeszcze w świecie żywych, próbując uczestniczyć w rozmowie. Uśmiechnął się dyskretnie, rzucił spojrzenie pełne zrozumienia i szepnął:
— Miałem tak samo, kiedy ją poznałem.
Ocuciłem się nieco i byłem zdolny jedynie do cichego, przeciągłego śmiechu. Na nic więcej nie mogłem się zdobyć — sytuacja była zbyt niezręczna. Po chwili, próbując ratować atmosferę, zaproponowałem, byśmy przeszli do pomieszczenia obok — specjalnej palarni tylko dla mężczyzn. Ekskluzywnej sali z barem, w której można było nabyć cygara wszelkiego rodzaju, oczywiście wyłącznie z górnej półki. Żadnych papierosów, żadnych elektronicznych wynalazków — tylko klasyka. Jeśli kiedykolwiek czułem się w dwustu procentach mężczyzną, to właśnie wtedy — wchodząc do tego zadymionego, kipiącego testosteronem dystryktu. Podejrzewam — i jest mi z tego powodu niezmiernie wstyd — że nawet chwila oświadczyn, a potem zaślubin, razem wzięte, nie mogły się temu równać.
— Miałeś nosa do lokalu — rzucił zadowolony Jules. — Ostatnio często bywam w Monte Carlo, to prawie mój drugi dom, ale jakoś zawsze omijałem to miejsce — dodał, rozglądając się po sali pełnej „Pustych” i „Nożowników”, wyraźnie czując się jak ryba w wodzie. Badał uważnie pomieszczenie, podziwiał wszystko, co widział, prężąc się jak lew — zupełnie jakby trafił do raju. Ja czułem się odwrotnie; z każdą sekundą ulatywały ze mnie resztki pewności siebie i energii.
— Jeśli mam być szczery, to trochę przypadek — odpowiedziałem z poczciwą szczerością. — Jessie tak długo się szykowała, że musiałem wybrać coś w bezpośrednim zasięgu hotelu. Inaczej moglibyśmy się spóźnić.
— Tak czy inaczej, gdyby nie ty, to pewnie jeszcze długo bym omijał ten skarb... Który, o ironio! — był cały czas zakopany tuż pod moim nosem! — zawołał, donośnie śmiejąc się i mocno chwytając mnie za prawy bark.
Od razu rzucił się w głąb tej pieczary, pełnej drapieżników bez duszy. Ciągnął mnie za sobą z siłą, której nie potrafiłem się oprzeć. Torował nam drogę z taką pewnością, jakby znał każdy zakamarek, choć jego twarz zdradzała to samo zdumienie, co moja. Wydawało mi się, że wyczuwał moje zwątpienie. Przeczuwał najmniejszy przejaw lęku, niczym głodny rekin kroplę krwi w wodnej toni. Każdy jego gest, każde spojrzenie próbowało dodać mi otuchy — jakby mówił: „Nie bój żaby, dziadek. Ze mną nikt cię nie zje. Nie na mojej warcie.” Cała moja charyzma — którą tak wcześniej chwaliłem — bezpowrotnie wyparowała. Czułem się jak małe lwiątko, które, wbrew własnej woli, jest przenoszone w paszczy swojej matki — raz w jedną, raz w drugą stronę, w zależności od potrzeby.
Wędrowaliśmy od stolika do stolika. Choć nasze cygara dawno już się dopaliły, gromadziliśmy wokół siebie coraz liczniejsze grono rozmówców. Śmiech wtórował nam z każdej strony, a im więcej ludzi się przyłączało, tym śmielej kolejni poszerzali nasz — początkowo skromny — krąg. Paradoksalnie, im większe stawało się to towarzystwo, tym bardziej się rozluźniałem. Zaczynałem doganiać przebojowością Julesa, który sypał anegdotami na prawo i lewo. Muszę przyznać, że było to wspaniałe doświadczenie — czułem się, jakbym odmłodniał o co najmniej dziesięć lat. Choć głównym tematem rozmów była praca, biznes i wszystko to, co zwykle wywołuje u mnie zmęczenie lub niechęć, tym razem było inaczej. Nic nie było wymuszone. Szczere uśmiechy, komplementy, które nie trąciły tanimi próbami manipulacji, a do tego subtelne, podskórne poczucie przynależności — coś, czego nigdy wcześniej nie zaznałem w tym środowisku. Czułem się, jakbym przez całe życie poruszał się w zupełnie innym wymiarze — w przestrzeni będącej jedynie przedsionkiem miejsca, w którym teraz jestem. Jakbym dopiero co wyszedł z jaskini Platona, nieświadom, że relacje biznesowe mogą przypominać coś takiego jak... serdeczna przyjaźń. Oczywiście, brałem poprawkę na klimat tego miejsca. Wiedziałem, że atmosfera sprzyja takiemu zachowaniu, a codzienność dla tych ludzi zapewne ma te same odcienie szarości co dla mnie. Jednak Jules, zburzył to wszystko jednym zdaniem. Gdy zbliżaliśmy się do naszego stolika w części jadalnej, sprawiał wrażenie zamyślonego. Patrzył na mnie, jakby próbował odgadnąć moje myśli, po czym — siadając — rzucił mimochodem, z niekrytym entuzjazmem:
— Nie było chyba aż tak źle, co? W końcu swój swojego wszędzie pozna!
To jedno zdanie wzbudziło we mnie zakłopotanie niemal równie duże, co ciekawość w Jessie i Oldze, które momentalnie przerwały swoją — do tej pory bardzo żywą — dyskusję. Były tak pochłonięte rozmową, że nie zauważyły ani naszego zniknięcia, ani powrotu. Teraz jednak, w grobowej ciszy, ich sowi wzrok wędrował raz na mnie, raz na mojego towarzysza. Jessie spojrzała na mnie pytająco, nadstawiając ucho jak gazela na sawannie, po czym rzuciła — pół żartem, pół serio — przełamując pierwsze lody:
— Czyżbyś znowu w coś wpakował swojego nowego kolegę?
Spojrzałem na nią pustym wzrokiem, jak najgorszy nieuk na sprawdzianie. Ciężko wybrać dobrą odpowiedź, kiedy przez długi czas zaniedbywało się naukę. Postanowiłem więc „strzelać”, ale zanim zdążyłem otworzyć usta — Jules wypalił. Zrobił to bez wahania. Był jak emerytowany snajper, który ma to już we krwi — gdy widzi odsłonięty cel i dogodne warunki, po prostu strzela. Bez namysłu, wiedziony impulsem, nie bawiąc się w nadmierne analizy.
— Myślę, że faktycznie... trochę mógł mnie wpakować w kłopoty — powiedział z kamienną twarzą, skupiając na sobie całą uwagę.
Byłem równie skonsternowany co Jessie. Nie miałem pojęcia, do czego to zmierza. Nagle całą jego serdeczność wywiało jak dym. Została tylko pogarda — chłodna, bez cienia udawanego ciepła. I po krótkiej pauzie dodał:
— Patrick narobił niezłego bałaganu. Przez niego zyskałem co najmniej dwóch potencjalnych partnerów biznesowych. Już teraz Olga nie daje mi żyć… co będzie dalej? — Zakończył to tonem męczennika, opadając na oparcie krzesła i teatralnie odwijając mankiety koszuli.
— Dobrze, że zjedliśmy wcześniej, bo teraz mogłabym już nie mieć apetytu — podsumowała Olga z kwaśną miną, odstawiając ostentacyjnie pusty talerz i lampkę wina.
Patrzyłem w bezruchu na Jessie, a ona na mnie — byliśmy jak dwie sarny, które nocą próbują przekroczyć asfaltową drogę i zamarły w światłach nadjeżdżającego samochodu. Jestem pewien, że choć w mojej głowie ta chwila trwała całą wieczność, w rzeczywistości była to ledwie sekunda. Ale wystarczająco długa, by cisza stała się ogłuszająca. Moment krótki, lecz wystarczający, by Olgę ogarnął niekontrolowany napad śmiechu. Jules, widząc to, natychmiast wyszedł z roli.
— Nieźli z was aktorzy. Myślałem, że umiem czytać ludzi — mam już swoje lata — ale ty, młody, chyba minąłeś się z powołaniem — powiedziałem z ulgą, uśmiechając się, a jednocześnie z autentycznym podziwem dla sprawności, z jaką bez słów postanowili nas przetestować.
Pozornie błaha sytuacja. Zwykły żart. Luźna atmosfera, lekko zakrapiana winem i szampanem. A jednak — coś w ich twarzach, gdy zobaczyli naszą reakcję, szeptało mi uparcie do ucha, że nie zdaliśmy. I że ten fakt bardzo ich ucieszył. Krótka chwila. Delikatny promień światła przebijający się przez gęste chmury. Ale wystarczająco jasny, by przykuć moją uwagę. Nie miałem pojęcia, co to znaczyło, ale zostało to ze mną na długo — mimo że atmosfera szybko wróciła do poprzedniego stanu. Znów pochłonęły nas żarty, opowieści i dalsze pogłębianie znajomości, w atmosferze przypominającej późną godzinę na domówce — tę, kiedy impreza przenosi się do kuchni i zostają tylko ci, którzy powinni.
Opuszczając lokal, serdecznie podziękowali za zaproszenie — w bardzo szczery i wylewny sposób deklarując, że dawno się tak dobrze nie bawili. Wierzyłem, że to prawda. Jednak mimo wszystko w mojej głowie wciąż echem odbijała się próbka ich aktorskich umiejętności, podana nam niedawno w ramach przystawki. Jules powiedział, żebyśmy na nich nie czekali — zamierzali jeszcze przejść się na krótki spacer. Zasugerowali, byśmy wrócili do hotelu sami. Podaliśmy sobie ręce na pożegnanie. Spojrzał mi głęboko w oczy. Zrzedła mi mina, gdy zauważyłem, że są ciemnozielone — nie piwne, jak wcześniej. Pośpiesznie dokończyłem pożegnania i, nie chcąc urazić naszych gości, tłumaczyłem się zmęczeniem — wspominając przy tym, jak się „urządziłem”, gdy się poznaliśmy. Z grzeczności rzuciłem jeszcze w jego stronę skromną ojcowską radę — żeby już dzisiaj nie szalał za bardzo i teraz się wysypiał, bo potem będzie tylko gorzej. Podziękował. Posłał mi serdeczny uśmiech. Ale spojrzenie miał inne — czaiło się w nim coś z drapieżnego ptaka, coś, czego nie potrafię nazwać. Nim się odwrócił i ruszył przed siebie, kątem oka zerknąłem na jego klatkę i przedramię. Nie było tam żadnego tatuażu. Spostrzeżenie zachowałem dla siebie. Tłumaczyłem to tym, że może nosił soczewki, a tatuaż… cóż, w stanie, w jakim wtedy byłem, mógł mi się po prostu przywidzieć. Ale to były tłumaczenia, w które wierzył tylko umysł zakochany w racjonalizacji — podczas gdy serce, które na zabój kocha się w prawdzie, wątpiło.
Jessie też nie wracała do tego tematu. Myślę, że już dawno o nim zapomniała. Za to nie mogła przestać mówić o jego narzeczonej. Nie miałem pojęcia, o czym rozmawiały, gdy wyszliśmy. A gdy próbowałem się tego dowiedzieć — w sposób mniej lub bardziej bezpośredni — odpowiadała ogólnikowo, wymijająco. Mam swoje przypuszczenia co do tematu ich dyskusji. Bo odkąd tylko otworzyłem oczy następnego ranka, zacząłem dostawać więcej pasywno-agresywnych komentarzy niż przez całe dwadzieścia lat małżeństwa. Na początku nie reagowałem. Czasem próbowałem obrócić to w żart. Ale gdy zaczęło się to nasilać, czułem coraz większe zakłopotanie. „To coś nowego” — myślałem.
— Cholera, co ją ugryzło? Co, do diabła, nagadała jej ta rozpieszczona córka oligarchy? — powtarzałem sobie pod prysznicem, próbując zmyć z siebie intensywny zapach cygar.
Czułem się jak wędzona ryba. Może tu leży problem? Obiecałem przecież, że nie wrócę do palenia. Z drugiej strony — mowa była o nałogowym paleniu papierosów. Nie o cygarze, które ledwo się dopaliło, będąc dla mnie bardziej męskim odpowiednikiem kadzidełka. I którego, najprawdopodobniej, nie zapalę znów aż do kolejnego przyjazdu tutaj.
Chcąc odzyskać równowagę i zdobyć chwilę dla siebie na zebranie myśli, postanowiłem zejść na siłownię, która znajdowała się na parterze. Była to idealna wymówka, by — bez wzbudzania podejrzeń — uwolnić się od towarzystwa Jessie, które stawało się dla mnie coraz bardziej uciążliwe. Może i przestała mówić rzeczy, które mogły mnie zranić — ale sposób, w jaki się ze mną obchodziła i te spojrzenia stały się dla niej wygodnym substytutem, gdy czuła, że powiedziała już za dużo. Ruch zawsze dobrze mi robił. To już ten czas, kiedy ćwiczy się bardziej dla samopoczucia niż dla sylwetki. Nie próbowałem wyciskać z siebie siódmych potów. Chwila na bieżni, trochę pracy z ciężarem własnego ciała, kilka serii z hantlami. Nie interesowało mnie, kto i co robił. Nie rozglądałem się po sali. Nie zabrałem słuchawek, ale mimo to świat zewnętrzny rozmywał się dla mnie, jak poranna mgła. Uznałem, że tym razem będę bardziej przytomny, jeśli po prostu skupię się na każdym oddechu. Na ciele. Na ruchu. Na tym, jak od wysiłku drgają mięśnie. W tle przemykali inni — jak zjawy. Zdecydowałem, że to mi zrobi lepiej niż ulubiona playlista, która zawsze przenosi mnie w świat fantazji. Na zakończenie wskoczyłem jeszcze na drugą rundkę na bieżni — tym razem spacerowym tempem. Zyskałem czysty, niezmącony umysł. Czułem się jak tybetański lama. Ale wiedziałem, że gdy tylko przekroczę próg pokoju — góra pół godziny — błogostan pryśnie. W dodatku nie wpadłem na nic, co mogłoby rozwiać moje przeczucia. Nie uporządkowałem ich. Nie nazwałem.
Każdy człowiek lubi mieć poczucie kontroli. Nie musi być sadystyczne — wystarczy to proste: wrażenie sprawczości i przewidywalności w swoim środowisku. Uczucie, że los podąża wytyczonym torem. Świadomość, że jeśli czegoś nie chcemy doświadczyć — to tego nie będzie. Miałem pewną wizję na ten wyjazd. Chciałem oddać się kontrolowanemu dryfowaniu. Trochę jak lot na autopilocie — nie trzymasz steru, ale kontrolujesz parametry w kokpicie. Czekasz, aż przyjdzie czas na lądowanie by znów działać świadomie. Niestety, ostatnie wydarzenia wybiły mnie z tego transu. Wielce niepocieszony, pogrążony w podobnych myślach, schodziłem z bieżni, gdy usłyszałem pogodne:
— O! Hej. Widzę, że myślimy podobnie — powiedziała Olga zaczepnym, ale ciepłym tonem.
Jeśli mam być szczery — byłem zaskoczony. A jednocześnie… nie do końca. Czułem, że los może spłatać mi figla — jak to zwykle bywa, gdy bardzo nie chcesz na kogoś trafić — i że spotkam Julesa. Ale nie sądziłem, że natknę się na jego wybrankę. Z dwojga złego wolałbym już tego serdecznego żabojada, niż słowiańską czarownicę, która w dwóch zdaniach odbiera mi mobilność w nogach, biegłość używania mózgu i aparatu mowy. Przywitałem ją równie serdecznie, co ona mnie. Nie potrafiłem inaczej — mimo że planowałem ją zwyczajnie spławić. Widząc, że schodzę z bieżni, powiedziała, że świetnie się składa, że rozgrzewkę mam już za sobą:
— Poczekaj dosłownie pięć minutek, chętnie się do ciebie przyłączę — rzuciła mijając mnie zbyt blisko, bym jej nie poczuł, ale wystarczająco daleko, by nie uznać tego za niestosowne.
Oczywiście miałem zamiar natychmiast wyprowadzić ją z błędu. Zbliżyłem się do jej bieżni, ale zanim wypowiedziałem choćby jedno słowo, spojrzała na moje barki i klatkę w sposób, który sprawia, że nawet w średniowiecznej zbroi czułbym się nagi.
— Jasne… ale mam zamiar tylko symbolicznie pomachać rękami — powiedziałem bez namysłu, czując, jak moja asertywność ucieka przez stopy i wsiąka w podłogę.
Cały czas nie spuszczała ze mnie wzroku. A ja nie mogłem przestać patrzeć na jej usta. Chwilę później zaczęliśmy wspólny trening. Czas mijał. Nie była nachalna. Po jej wcześniejszym powitaniu spodziewałem się, że sięgnie po jakieś dziwne kobiece zagrywki, ale się myliłem.
Poczułem ulgę. I jednocześnie… byłem tym lekko zawiedziony. Złapałem się na tej myśli i — w przypływie rozczarowania samym sobą — nawet nie wiem kiedy, chwyciłem jedne z cięższych hantli i zacząłem wyciskanie żołnierskie na barki. Stałem przed lustrem. Miałem na sobie dość obcisły bezrękawnik, więc moje barki — dodatkowo spompowane po wcześniejszym treningu — były w pełni widoczne. Spoglądałem na ramiona, pilnując techniki, poprawnego opuszczania łokci. Od czasu do czasu zerkałem też na fryzurę — rano zauważyłem kilka nowych siwych włosów, z którymi nie mogłem się pogodzić. Obok mnie stała Olga. Robiła przysiady z kettlem w dłoniach i gumami rozciągniętymi przez kolana. Zorientowałem się, że tam jest, dopiero gdy nie mogłem pozbyć się wrażenia, że czyjeś spojrzenie się we mnie wwierca. Odłożyłem hantle. Ona właśnie kończyła serię.
— Nie przejmuj się — powiedziała dość śmiałym tonem. — One tylko sprawiają, że wyglądasz dojrzalej.
— Jakie "one"? – zapytałem zakłopotany.
— Dobre pytanie. Sama nie wiem, czy włosy, czy barki… ale chyba oba — skwitowała z uśmiechem.
Podała mi swoją butelkę z wodą. Bez słowa, bez chwili zastanowienia — odkręciłem i natychmiast jej oddałem. Cały czas się uśmiechała. Tym razem w sposób bardziej przyjacielski niż zalotny. Mimo to wciąż czułem się nieswojo. Wypomniała mi beznamiętnym tonem, że miałem „tylko trochę pomachać rękami”. Zaśmiałem się, szczerze przyznając, że ma rację, i tłumacząc się tym, że trochę odpłynąłem — i że to było silniejsze ode mnie. Z wyrazem twarzy pełnym zrozumienia powiedziała, że na wakacjach jedyne, co mogło mnie tak pochłonąć, to kobieta. Brzmiało to dość dwuznacznie — zważywszy na jej dzisiejsze zachowanie — jednak szybko dodała:
— Mamy tak samo. Gdy Jules dokazuje, też idę się odstresować — doprecyzowała, przecierając spocone czoło ręcznikiem.
Nie chciałem się jej zwierzać. Mimo braku jakichkolwiek dowodów byłem przekonany, że obecny stan rzeczy należy przypisać właśnie jej. Odpowiedziałem ogólnie, że Jessie czasem miewa humorki — ale że to nic poważnego. Bo która kobieta ich nie ma?
— Każdy tygrys ma pazury… — rzuciła, poprawiając wysoko związany kucyk, jednocześnie przyglądając się swojej sylwetce w lustrze — naprzemiennie ze spojrzeniami na moje plecy. Gdy zauważyła, że ją obserwuję, dodała:
— Tygrysica — powiedziała z lekkim, niezręcznym śmiechem. — Miałam na myśli: każda tygrysica.
Po chwili dorzuciła jeszcze:
— Chyba oboje bujamy w obłokach.
Nie kontynuowaliśmy tego wątku. W miłej atmosferze wspominaliśmy poprzedni wieczór, przerywając rozmowę ćwiczeniami. Jednogłośnie uznaliśmy, że przed końcem naszego pobytu musimy to powtórzyć. Nie widziałem przeszkód. Liczyłem, że pożegnalne spotkanie może w jakiś sposób pozbawić moją nieszczęsną małżonkę uroku, który — w moim przekonaniu — został na nią rzucony.
Gdy zbieraliśmy się do wyjścia, Olga zaproponowała, że możemy poćwiczyć razem również jutro. Skutecznie sprowadzony na ziemię przez hantle, które wcześniej wyciskałem, odmówiłem, rzucając nonszalancko: „Już nie regeneruję się jak młody wilk”. Zwłaszcza że to był dziś mój drugi trening. Czego, rzecz jasna, nie przyznałem na głos.
Trzeźwy byłem trochę odporniejszy na jej czarującą mowę — co samo w sobie nie przestawało mnie zaskakiwać. Po cichu liczyłem na zmianę, na transformację: że z kogoś mogącego ściągnąć na mnie zgubę zamieni się w życzliwą szeptuchę, a jej talent sprowadzi na mnie ulgę i pomyślność.
Dla równowagi jednak, jej wygląd — mimo braku makijażu i wyjściowego stroju — zyskał w moich oczach kilka dodatkowych punktów do siły przebicia. Przez co po dodatkowej namowie, oczywiście uległem. Zgodziłem się na wymianę kontaktów. Dotąd miałem tylko numer do Julesa — nie miałem powodu mieć do jego kobiety. Ale to, jak wyglądała, wzmocniło jej umiejętności perswazji na tyle, że przystałem na „nasz mały sekret”: wspólną „terapię” na siłowni, gdyby któreś z nas — do końca pobytu — miało gorszą chwilę. Wsiedliśmy do windy, po czym każde z nas wysiadło na swoim piętrze. Nic szczególnego nie zajmowało mi głowy. Szybko zapomniałem o tym spotkaniu, jak i o złośliwościach Jessie. Można powiedzieć: misja udana. Zresetowałem umysł i byłem gotów nawet na kontynuację naszego droczenia się przez resztę dnia. Byłem twardy i niewzruszony — jak skała. Żadna fala nie zdoła przesunąć mnie choćby o centymetr, choć tuż za moimi plecami zieje przepaść.
Była już pora obiadowa, więc oczyma wyobraźni widziałem nas bardzo wyraźnie: wspólnie zajadamy się czymś tłustym i niezdrowym. Wiedziałem, że nie powinienem. Ale przeczuwałem, że burger z frytkami poprawi mi humor szybciej niż joga, medytacja i terapia razem wzięte. Jeśli w historii ludzkości nie zdarzył się jeszcze przypadek osiągnięcia nirwany dzięki siłowni i fast foodowi — to mógł być ten pierwszy. Zbliżając się do drzwi, usłyszałem głośny, żeński śmiech i równie donośny męski głos, który coś opowiadał. Przyjąłem to bez oceny — do momentu, w którym zorientowałem się, trzymając klamkę, że te dźwięki dochodzą z mojego apartamentu. W jednej chwili szlag trafił całe moje zen. Wizja bycia buddą z przepysznym burgerem w dłoni roztrzaskała się na milion kawałków — tak drobnych, że przypominały zmielone szkło. Krew we mnie zawrzała. I zadałem sobie jedyne pytanie, jakie można sobie zadać w takiej chwili: „Co jest do jasnej cholery? Z kim ona tam siedzi?!” To pytanie obijało się po mojej głowie jak upuszczona z wysokości piłeczka pingpongowa. Postanowiłem jednak nie dać się ponieść — dopóki wszystko się nie wyjaśni. A to, wiedziałem, było nieuchronne.
W salonie czekała mnie kolejna niespodzianka. Nie kryłem zdziwienia, gdy przekroczyłem próg wypełnionego słońcem pomieszczenia — i w tym samym momencie doszły do mnie dwa wesołe okrzyki:
— O! W końcu! — krzyknęła Jessie.
— Jest i on! Już myśleliśmy, że zasnąłeś pod sztangą między seriami! — dorzucił Jules w wybornym nastroju.
Nie miałem pojęcia, co tu robi. Ale byłem pewien, że zaraz sam poruszy ten temat — jakikolwiek by nie był. Co ciekawe: moje wyrzuty sumienia związane z Olgą… Rozpłynęły się. Zamieniły się w parę nad gorącym źródłem, ulotniły się błyskawicznie, unoszone do góry przez temperaturę wody. Milczałem przez krótką chwilę, po czym z wolna podszedłem się przywitać. Usiadłem już nieco spokojniejszy i zapytałem, co go sprowadza, przyznając wprost, że zdziwiły mnie odgłosy tak ożywionej rozmowy pod moją nieobecność. Starałem się mówić z odrobiną żartobliwego tonu, by nie zdradzić lekkiego wzburzenia — które, mimo wszystko, wciąż delikatnie trzymało swoje dłonie na moich skroniach, niczym namiętna kochanka zapraszająca mnie na chwilę zapomnienia. Jules odparł, że rozumie moje zdziwienie, zapewniając, iż nie miał żadnych złych intencji. Po raz kolejny czytał mnie jak otwartą księgę, asekurując się zawczasu — tak idealnie, jakby zamontował podsłuch gdzieś w mojej głowie. Okazało się, że kilka pokoi dalej przebywa jeden z mężczyzn poznanych podczas naszej wyprawy do palarni. Dogadywali warunki zatrudnienia firmy Julesa jako podwykonawcy do jakiegoś zlecenia — typowa biznesowa paplanina, która w tym momencie najmniej mnie interesowała. Kontynuował natychmiast, że od słowa do słowa okazało się, iż ów jegomość zna kogoś z bliskiego kręgu Julesa. Nie do końca zrozumiałem, o co chodziło — mówił coś o klubie, czymś w rodzaju paczki stałych bywalców, których poza interesami łączy długoletnia, dość zażyła znajomość. A przynajmniej tak to odebrałem. Jego sposób mówienia był ogólnikowy i momentami enigmatyczny — co tylko podsyciło moją ciekawość, przyćmiewając wcześniejszy napad złości i odsuwając go na dalszy plan. W drodze powrotnej postanowił — skoro już jest w okolicy — zahaczyć o mój pokój, zapytać, jak się czuję i zaproponować, bym dołączył do jednego z ich spotkań. Miało się odbyć za dwa dni, na jachcie należącym do któregoś z jego znajomych. Zasugerował, że to dość hermetyczne grono i mają nawet zasadę: żadnych kobiet.
W tym momencie inicjatywę przejęła Jessie. Powiedziała, że kiedy Jules zastał pusty pokój, zaproponowała, by chwilę poczekał — przecież pewnie niedługo wrócę. Jako że „zaginąłem w akcji”, a oni mieli sporo czasu na rozmowę, Jules — chcąc nie chcąc — wygadał się pod presją o celu wizyty. Kiedy Jessie usłyszała o wspomnianym warunku, zareagowała natychmiast. Oburzyła się i, z całą mocą długo tłumionego temperamentu, zaczęła dociekać: co, jak, kto, gdzie, i — przede wszystkim — dlaczego? Wydało jej się to niezmiernie podejrzane. Jules, próbując się wybronić i jednocześnie kupić sobie czas do mojego powrotu, starał się ją obłaskawić. Odpowiadał na każde pytanie jak profesjonalny stand-uper, sypiąc żartami i wymijającymi odpowiedziami z rękawa — jak bezdomny mitoman, próbujący zaskarbić sobie sympatię potencjalnego darczyńcy. Skoro Jessie już raz wtrąciła się w rozmowę — zważywszy na jej kontekst — postanowiła nie odpuszczać. Wróciła do swojej słodkiej, kochającej postaci, zachowując jednak ułamek nowej, drapieżnej natury. Usilnie wplatała nutę ironii w niemal każde zdanie, zręcznie bawiła się słowem — jak na zazdrosną kobietę przystało. Była jak mistrzyni akupunktury, która porzuciła myśl o niesieniu pomocy. Kiedyś koiła moje nerwy — teraz jej igły mierzyły prosto w moją dumę.
Chcąc odegrać się za dzisiejszy poranek, planowałem od razu zgodzić się na propozycję Julesa. Wiedziałem, że skoro mnie zaintrygował, to tym bardziej trafi w czuły punkt kobiecej natury — ten ambiwalentny stan, w którym fascynacja tajemnicą idzie w parze z awersją. Przyznam, że mimo świadomości moich małych „grzeszków”, nie chciałem poprzestać na remisie. Tym razem ja zamieniłem się w to, czym chwilowo stała się Jessie — jadowitego dwudziestolatka. Zdecydowałem się jednak rozegrać to ostrożnie. Odpowiedziałem, że wszystko przemyślę i wkrótce dam znać. Nie chciałem całkowicie zrujnować sobie tego wyjazdu — i przy okazji małżeństwa. Rezygnacja nie wchodziła w grę — szczególnie pod naporem jawnej manipulacji Jessie, tej typowej dla niej gry na tzw. „ładne oczy”. Julesowi dałem między wierszami do zrozumienia, że może na mnie liczyć. Jak przystało na żmiję — tylko przebraną za francuską bagietkę — przyjął to do wiadomości i równie zręcznie odpowiedział wymyślonym na poczekaniu szyfrem, że będzie się jeszcze ze mną kontaktował w tej sprawie. W tej chwili, niemal telepatycznie, obaj zrozumieliśmy, że robi się z tego coś na kształt tajnej misji.
O ironio — moja własna złośliwość pomogła mi przy okazji pojąć przyczynę niezrozumiałego wcześniej usposobienia Jessie. Doznałem nagłego olśnienia. Zwyczajnie okazała się bardziej spostrzegawcza, niż sądziłem, i miała mi zapewne za złe to, jak działała na mnie Olga podczas wczorajszej kolacji. Przy czym Jules zdawał się tym całkowicie nie przejmować, jakby miał podejście: „co moje, to i twoje, bracie”. Oczywiście wiedziałem, że w rzeczywistości tak to nie działa, lecz z jakiegoś powodu przymykał oko. Może mu to schlebiało — że aż tak przypadła mi do gustu. Była jak żywe trofeum łowieckie, którego nie bał się eksponować. Skoro raz je zdobył, nie widział możliwości, by mogło zmienić właściciela. A ja? Nawet nie myślałem robić nic więcej, niż skrycie podziwiać z daleka. On to czuł. I między nami narodziło się ciche porozumienie — co do tego rodzaju relacji.
Miałem przed sobą wystarczająco dużo czasu, by coś wykombinować. Mimo fizycznej obecności przy Jessie — w apartamencie, na mieście przy wspólnym posiłku czy pływając w hotelowym basenie — umysłem błądziłem gdzieś w eterze. Liczyłem, że jakiś cudowny plan spłynie na mnie z góry, niczym boskie natchnienie. Ale zrozumiałem po chwili bezcelowość takich nadziei. Nie sądzę, by Bóg wspierał ludzkie wyrachowanie — nie zamierza przecież podsuwać wskazówek, jak zwodzić swoich bliskich. Pchany ciekawością — która, jak powszechnie wiadomo, jest pierwszym stopniem do piekła — najprawdopodobniej ściągnąłem na siebie uwagę i przychylność ciemnej strony mocy. Im bardziej oddalała się realna szansa na moją wizytę, tym bardziej wzrastało moje zaciekawienie. Chciałem przekonać się na własne oczy, czym właściwie jest ten ich „klub”. Dokładnie w momencie, gdy byłem o krok od rezygnacji i układałem w myślach uprzejmą odmowę dla Julesa, na ekranie telefonu pojawiła się wiadomość od Olgi:
— Hej! Jutro z samego rana, około ósmej będę na siłowni. Jeśli chcesz, wpadnij. Nie musisz się deklarować — tak lub nie. Raczej cię nie przegapię, jeśli się zjawisz.
Nie miałem ochoty na kolejny trening — przynajmniej nie tak intensywny jak ostatnio — ale w tej propozycji dostrzegłem coś więcej. Okazję. Uchylone drzwi, przez które wpadało światło rozjaśniające mi drogę. „Czemu mnie to nie dziwi” — pomyślałem, czytając powiadomienie. Przesunąłem palcem i natychmiast je usunąłem, już nie zaprzątając sobie głowy tym, jak zjawię się na jachcie. Wiedziałem, że los sam o to zadba.
Spędziliśmy miły wieczór, spacerując z Jessie ulicami Monte Carlo, które wciąż wzbudzały we mnie ten sam zachwyt co w pierwszej godzinie naszego pobytu. Jej humorki były już stabilne i znośne — podejrzewam, że niemały wpływ miały na to moje zapewnienia, że nie zamierzam uczestniczyć w żadnych szemranych spotkaniach na marinach. Jednocześnie stawałem na rzęsach, by mój lekko obojętny sposób bycia stał się bardziej zjadliwy, bardziej... ciepły. Myślę też, że zwyczajnie bała się, iż choćby najmniejsze uchybienie z jej strony mogłoby popchnąć mnie ku decyzji odwrotnej — nie po jej myśli. Chciałem, by ten wyjazd był wyjątkowy. Próbowałem na nowo wzniecić w nas choć ułamek tego palącego żaru — typowego dla młodych ludzi — który działa jak narkotyk. Tęskniłem za tym stanem. Wiem, że ona też. Ale w głowie kołatała się ta myśl — myśl, z którą zmaga się pewnie niejeden dojrzały facet: czy to jeszcze możliwe? Zgaduję, że wielu, którzy dotarli do tej samej ślepej uliczki, decyduje się na romans, uznając, że ten Łazarz już nie wstanie.