Maska - ebook
MASKA to poruszający memoir o bólu, którego nikt nie widzi — i o życiu, które toczy się mimo wszystko. Joanna Makuch przez jedenaście lat ukrywała chroniczny ból nerwu trójdzielnego za maską sprawnie funkcjonującej kobiety. Za tą samą maską skrywała rozpad małżeństwa, walkę w sądach, samobójstwo matki i dorastanie z ojcem alkoholikiem. To opowieść o tym, co dzieje się pod powierzchnią — tam, gdzie rodzą się najprawdziwsze emocje. O zmaganiu się z przeszłością, o miłości, która przyszła niespodziewanie i o tym, jak trudno jest pozwolić sobie na bycie naprawdę sobą. Pierwszy tom serii, która zostaje w czytelniku długo po ostatniej stronie. Ta książka jest dla każdego, kto kiedykolwiek ukrywał ból za uśmiechem. Dla tych, którzy wiedzą, że życie potrafi być jednocześnie bardzo ciężkie i bardzo piękne. I dla tych, którzy szukają dowodu, że można przez to wszystko przejść — i normalnie żyć.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Literatura faktu |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788398059510 |
| Rozmiar pliku: | 7,4 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Joanna Makuch
© 2026 Marcin Makuch
Wszelkie prawa zastrzeżone
Ta książka opisuje prawdziwe wydarzenia z życia autorki. Imiona i nazwiska większości bohaterów zostały zmienione w celu ochrony ich prywatności. Fakty dotyczące postępowań sądowych pochodzą z dokumentów procesowych i prawomocnych orzeczeń sądowych.
Uwaga na treści wrażliwe
Książka zawiera opisy dotyczące:
— przewlekłego bólu i choroby
— przemocy emocjonalnej
— rozpadu rodziny i konfliktu rodzicielskiego
— samobójstwa
— hospitalizacji i procedur medycznych1. Bethesda III
2 stycznia 2026
2 stycznia 2026. 23:20.
Leżałam w łóżku z telefonem w ręku i wiedziałam, że nie powinnam tego czytać teraz. Marcin był na nocnej zmianie. Dom spał. Jedyne światło — ekran telefonu.
Wyniki przyszły o 23:23. Zobaczyłam powiadomienie i przez chwilę — sekundę, może dwie — trzymałam telefon bez ruchu. Potem pomyślałam to samo co zawsze: muszę wiedzieć. Nie umiem czekać. Jeśli coś jest, chcę to wiedzieć teraz, nie jutro rano przy śniadaniu, nie wtedy gdy dzieci będą w domu. Nie dałabym rady zasnąć.
Kliknęłam.
Tętno skoczyło do 120. Czytałam i szukałam słowa, które znam — dwójki, którą miałam zawsze. Materiał dobrze pobrany, brak podejrzanych komórek. Dwójka to znaczy: wszystko w porządku, powtórzyć za rok.
Nie było dwójki.
Prawy płat: jedynka. Materiał niediagnostyczny. Brak tyreocytów. Wklejam w Google: kategoria pierwsza Bethesda tarczyca. Czytam: materiał źle pobrany. Biopsja nieudana. Powtórzyć.
Lewy płat: trójka. FLUS. Zmiana pęcherzykowa o nieokreślonym znaczeniu. Czytam: ryzyko złośliwości 10 — 30%.
Poczułam złość.
Nie strach — złość. Na panią doktor, która pięć razy wbijała mi igłę w szyję, grzebała, prosiła, żebym wytrzymała jeszcze raz, jeszcze jeden raz, proszę pani, musimy i po tym wszystkim: materiał źle pobrany. Jeden guz zbadany nieudanie, drugi niejednoznacznie. Trzeci w ogóle niezbadany.
Pięć wkuć. Dwa tygodnie bólu po. I nic konkretnego.
Tej nocy długo nie zasnęłam.
* * *
Żeby zrozumieć tamten wieczór, trzeba cofnąć się o pięć tygodni.
27 listopada 2025. Medicover, gabinet USG. Lekarz przesuwał głowicę po mojej szyi i w pewnym momencie zapytał — tak, jakby to było oczywiste, jakby już wiedział odpowiedź:
— Czy jest pani pod kontrolą endokrynologa? Wie pani, że ma tyle guzów?
— Wiem — powiedziałam. — Jestem pod kontrolą od piątej klasy podstawówki.
Piąta klasa. Mama zabrała mnie do endokrynologa, bo wszystkie kobiety w naszej rodzinie mają problemy z tarczycą. Guzy wykryli od razu. Hormony w normie — więc tylko obserwacja. USG co rok, biopsja co kilka lat. Żadnych leków. Żadnego dramatu.
Przez dwadzieścia pięć lat to był mój rytm. Przychodziłam, pokazywałam wyniki, wychodziłam. Guzy rosną powoli, hormony stabilne, do widzenia, do roku.
Lekarz skończył badanie i powiedział, żebym poczekała na korytarzu na opis. Po chwili wyszedł — zobaczyłam go, treści na pół strony, nie tak jak zawsze dwa zdania. Poczułam lęk. Wzięłam go i wyszłam.
W samochodzie zaczęłam czytać i szukać w telefonie: TI-RADS 5 tarczyca co oznacza.
Przeczytałam: wysokie podejrzenie złośliwości. Powyżej 20% ryzyka raka.
Guz miał 4,4 centymetra. Cała tarczyca — 42 mililitry. Norma dla kobiety: 18 — 20 mililitrów.
Moja tarczyca była ponad dwa razy większa niż powinna.
Przez dwadzieścia pięć lat nikt mi tego nie powiedział.
Nie płakałam. Wróciłam do domu i zaczęłam działać.
* * *
Działanie to mój język. Zawsze tak miałam — kiedy przychodzi strach, moje ciało wybiera ruch zamiast bezruchu. Lista telefonów, terminy, pytania do zadania. Akupunkturzystka w marcu 2016 — pierwszym roku mojego bólu twarzy — powiedziała mi, żebym zbadała tarczycę. Że coś tam widzi, że to może być związane z moim stanem zapalnym. Nie zrobiłam tego wtedy. Byłam skupiona na nerwie trójdzielnym — nerwie, którego uszkodzenie wywołuje jeden z najsilniejszych bólów znanych medycynie — na Tegretolu , na tym, żeby przeżyć kolejny dzień bez napadu bólu.
Nie myślę o tym teraz jako o błędzie. Myślę o tym jako o kolejnym przykładzie tego, że moje ciało wiedziało wcześniej niż ja.
Umówiłam się do prywatnej endokrynolog w Katowicach. Pokazałam jej wyniki. Zapytała, dlaczego nie operowałam wcześniej.
Powiedziałam jej, jak wyglądały moje rozmowy z poprzednim endokrynologiem. Chce pani skierowanie na operację? — pytał. Ja mówiłam, że nie, skoro hormony w normie. On mówił: to do kontroli. I tyle. Pytał, czy mnie nie uciska, czy normalnie przełykam — odpowiadałam, nie wiem, jak to jest normalnie, od zawsze mam guzy na tarczycy.
Lekarka przeczytała to zdanie i przez chwilę nic nie mówiła.
— Sama wielkość tarczycy — powiedziała w końcu — j est już bezwzględnym wskazaniem do operacji. Bez względu na guzy.
Dostałam skierowanie. Już przy drzwiach odwróciłam się i poprosiłam jeszcze o skierowanie na biopsję. Na wszelki wypadek. Żeby mieć aktualny wynik przed rozmową z chirurgiem.
Tak trafiłam na ten fotel, na te pięć wkuć, na ten wynik o 23:23 drugiego stycznia.
* * *
Rano zadzwoniłam do rejestracji UCK w Katowicach.
Zaczęłam działać.
Bo to jedyne co umiem, kiedy się boję.2. Kwalifikacja
28 stycznia 2026
28 stycznia 2026. 7:30.
Katowice, UCK — rejestrację otwierają o wpół do ósmej. Weszłam z Marcinem razem, ale od razu wiedziałam, że kolejka będzie długa. Chirurgia onkologiczna, poradnia chorób sutka. Same kobiety. Kilku mężczyzn.
Zarejestrowałam się. Usiedliśmy i czekamy.
Patrzyłam na twarze w kolejce i myślałam — każda z tych kobiet ma w oczach to samo. Nie litość, nie strach — raczej takie ciche rozpoznanie. My tu wiemy coś, czego tamci na zewnątrz nie wiedzą. Byłyśmy w innym miejscu, wszystkie razem, i nikt nie musiał tego mówić głośno.
Czekałam trzy godziny, chociaż przede mną weszły tylko cztery osoby. Lekarz ciągle wychodził, wracał, znowu wychodził.
Wreszcie moja kolej — wołają mnie po numerze karty. W pewnym momencie pod drzwiami gabinetu mówię Marcinowi, że chcę wejść sama.
Przez całe czekanie byłam pewna, że chcę go mieć przy sobie. Wsparcie, druga para uszu, żeby potem móc zapytać: a pamiętasz, co powiedział o tych węzłach? Ale chwilę przed — coś się przestawiło. Bałam się, że przy nim się rozczulę. Że zamiast słuchać lekarza, będę pilnować, żeby Marcin za bardzo się nie martwił. Że będę miała dwie rzeczy na głowie zamiast jednej.
Zostawiłam go z nerwami na korytarzu. Weszłam sama.
* * *
Byłam umalowana. Jak zawsze.
To nie jest kokieteria ani udawanie. Makijaż to część mojej zbroi — tak jak kiedyś zastanawiałam się przed wizytą do poradni leczenia bólu, czy mam się umalować, żeby nie usłyszeć: nie wygląda pani na chorą. Tamtej wiosny 2016 napisałam o tym na grupie. Dziewczyny zrozumiały od razu.
Teraz też wiedziałam, że chcę wejść do tego gabinetu jako ktoś, kto ma kontrolę. Nie jako pacjentka rozsypująca się ze stresu. Na kartce miałam spisane wszystkie choroby, wszystkie leki. Byłam przygotowana.
Lekarz spojrzał na moje dokumenty i powiedział krótko:
— Wycinamy całą tarczycę. Wraz z węzłami chłonnymi.
— Węzły są wolne w USG — powiedziałam.
— Takie są procedury bezpieczeństwa przy takiej tarczycy. Kiedy ma pani urodziny?
— Szesnastego marca.
— Zrobimy to przed. Czwarty marca?
— Tak.
Tak po prostu. Czwarty marca — przyjęcie, piąty — operacja. W ciągu pięciu minut mój los na najbliższe tygodnie został ustalony.
Wyszłam do Marcina. Powiedziałam mu wszystko. Objął mnie.
Poszliśmy do drugiego budynku zrobić RTG płuc. Potem do samochodu. Potem do domu.
I życie toczyło się dalej.
* * *
Ludzie pytają czasem — i słyszę to pytanie w różnych wersjach, od różnych osób — jak ty to robisz? Skąd masz tę siłę?
Nie wiem, czy to siła. Myślę, że to raczej coś, czego się nauczyłam przez jedenaście lat bólu, który nie pyta, czy mam siłę dzisiaj. Przez dwanaście lat samotnego ogarniania Krystiana, jego rehabilitacji, jego szpitali, jego dokumentów. Przez lata procesów sądowych, które wygrałam sama, bo nie miałam wyjścia.
Kiedy nie ma wyjścia — działasz. To nie jest cnota. To jest mechanizm przeżycia.
Tamtego popołudnia, wracając z Katowic, siedziałam w fotelu pasażera i patrzyłam przez okno. Marcin prowadził. Za oknem był zwykły śląski styczeń — szaro, płasko, zimno.
Myślałam: za sześć tygodni będę po operacji. Będę wiedziała.
A teraz — działam.3. Czerwona teczka
8 lutego 2026
Tego wieczoru Marcin poszedł wcześniej spać razem z Leną. Ma ranne zmiany, wstaje po czwartej. Słyszałam, jak drzwi sypialni się zamknęły, jak gadanie ucichło.
Zostaliśmy we trójkę. Krystian, Kazik, ja.
Teczka leżała na półce od miesięcy. Czerwona z białą naklejką, gdzie napisałam ołówkiem: SPRAWY. Ani Krystian, ani Kazik nigdy nie pytali, co jest w środku. Może wiedzieli. Może się bali wiedzieć.
Krystian powiedział mi chwilę wcześniej, że ojciec kiedyś zapowiedział — jak będą starsi, da im przeczytać pisma. Żeby zobaczyli, co matka wypisywała.
Słuchałam tego i czułam, jak coś we mnie się zaciska.
Wypisywała — zagotowałam się. Jakby to były moje fanaberie. Jakby prawa sądowe, wypisy szpitalne Krystiana, zeznania świadków — to były moje kaprysy. Moje wypisywanie, moje kłamanie.
Odpowiedziałam natychmiast: teczka jest, w szafce czytaj, kiedy chcesz.
Usiedliśmy na kanapie w salonie — Krystian po mojej lewej, Kazik po prawej. Lampka w rogu, za oknem cisza. Dom spał.
— Krystian — powiedziałam — chcę, żebyś wiedział, że możemy tego nie robić. Że to twój wybór, nie mój. I że cokolwiek wybierzesz — nie ma złej odpowiedzi.
Krystian siedział wyprostowany. Prawie dwadzieścia dwa lata, ta sama twarz co w dzieciństwie, tylko szersza, ten sam sposób marszczenia czoła, kiedy myśli.
— Chcę — powiedział.
Dałam mu teczkę.
Czytał długo. Kazik siedział cicho — co jakiś czas zerknął na brata, potem na mnie, potem z powrotem na brata.
Krystian czytał. Kartka za kartką. Pozwy, odpowiedzi, wnioski dowodowe, zeznania. To, co Marek pisał przez adwokata. To, co ja pisałam. Daty, fakty, tamto życie złożone w akapity sądowe.
W pewnym momencie Krystian przestał czytać. Trzymał kartkę w ręku i patrzył gdzieś przez nią, nie na nią.
— Mamo.
— Słucham.
— Ja... — Przełknął ślinę. — Wiesz co? Ja teraz tylko się upewniłem.
Czekałam.
— Że ojciec nigdy mnie nie kochał. I nigdy mu na mnie nie zależało.
Powiedział to spokojnie. Tak jak mówi się rzeczy, do których się dochodziło długo, powoli, aż stają się pewne — nie boleśnie pewne, ale pewne.
I właśnie ta spokojność mnie rozłożyła.
Nie powiedziałam nic. Objęłam go i tak siedzieliśmy przez chwilę — jego głowa przy mojej głowie i oboje wiedzieliśmy, że płaczemy i żadne nie powiedziało nic.
Nagle poczułam, że Kazik wstał.
Odwróciłam głowę.
Stał przy kanapie i patrzył na nas z tym wyrazem twarzy, który jest tylko jego — jakaś dziwna mieszanina powagi i absolutnej pewności.
— To nieprawda — powiedział. Głosem twardym, bez wahania. — Tata cię kocha. To wszystko przez nią.
Kazik miał trzy lata, kiedy się rozstaliśmy. Małgorzata Ptasińska jest dla niego czymś normalnym — częścią życia, nie zdradą, nie katastrofą. Kazik ma z ojcem kontakt, jeździ do niego. Kazik jest tym z nich, który pozostał.
A mimo to — tutaj, tej nocy, przy tej teczce — powiedział: to nieprawda.
Przytulił nas oboje. Czternastolatek z ramionami, które już nie są ramionami dziecka, z głosem, który się łamie na pewnych głoskach.
Siedziałam między moimi synami i nie wiedziałam, co powiedzieć. Więc nic nie mówiłam.
* * *
Przestał nas obejmować, wstał i przeszedł na swój koniec kanapy. Wrócił do czytania.
Patrzyłam, jak jego oczy przebiegają po kartkach. Jak się zatrzymują. Jak cofa, czyta jeszcze raz. Jak patrzy z niedowierzaniem.
— Co on wypisuje — powiedział w końcu. Cicho, bardziej do siebie. — Przecież to nieprawda. Ja to wszystko pamiętam.
Ostatnie pisma były z 2020 roku, a te z 2019 — kłamał jak z nut. Kazik nie był już malutki. Pamiętał i nie mógł uwierzyć.
Tego się nie kłamie. Tego się nie wypisuje.
* * *
Dwie godziny później Krystian wrócił do mnie do salonu. Powiedział, że zeszłej nocy miał stany lękowe. Trząsł się, chodził po pokoju, nakręcał się, że ktoś się włamuje.
Zmroziło mnie. Gdybym wiedziała — w życiu nie dałabym mu przeczytać tej przeklętej teczki.
Zapewniłam go, że wszystko jest w porządku, że ja tu jestem, i nastawiłam telefon na głośność — jak tylko coś się będzie działo, ma do mnie dzwonić.
Rano powiedziałam: jeśli chcesz, możemy pójść do psychiatry.
— Tak — powiedział. — Chcę.
I pojechałam walczyć o termin.
Bo tego nauczył mnie Krystian — walczyć. O siebie i o niego.
Dawno temu, na sali sześcioosobowej, kiedy leżałam przy zimnej ścianie i nie umiałam się upomnieć o powtórzony zastrzyk. Tamta Joanna nie umiała.
To już umie.4. Centrum Terapii „Cisza”
9 lutego 2026
Był zwykły poranek. Szykowałam śniadanie, Lena była na górze u babci — u mamy Marcina, która mieszka z nami. Weszłam na górę na chwilę — pogadać, nic nadzwyczajnego. W pewnym momencie wstałam.
— Dobra, idę, muszę dzwonić. Umawiać wizytę do psychiatry.
— Dla kogo? — zapytała.
— Dla Krystiana. I dla mnie.
— A ty w ogóle potrzebujesz psychiatry?
Jedno zdanie. Powiedziałam tylko — tak, wzięłam głęboki oddech i zeszłam na dół.
Ale coś we mnie nie odpuściło. Tętno przyspieszyło, w klatce piersiowej to znajome ściśnięcie. Stałam chwilę przy schodach. Pomyślałam — nie. Nie tym razem. Tym razem nie zamilknę jak zawsze.
Wróciłam na górę.
Mama Marcina czytała książkę. Odłożyła, gdy weszłam.
— Chciałam coś wyjaśnić — coś, co mnie zabolało.
Poczekała.
— Dlaczego uważasz, że nie należy mi się psychiatra?
Zaczęła się plątać. Że nie, nie tak, że ona tylko uważa, że ja nie mam powodów. Że jestem zadbana, zawsze tak dobrze wyglądam.
— Nie mam powodów — powtórzyłam.
— No owszem, widzę, czasem jak leżysz na kanapie bez życia, ale myślałam, że to przez pogodę. Gorsze dni.
Przez pogodę. Mój mózg eksplodował, ale powiedziałam spokojnie:
— To pozwól, że ci przypomnę.
Powiedziałam jej o ojcu alkoholiku. O mamie, która popełniła samobójstwo, gdy miałam dwadzieścia dwa lata. O tym, że od tamtej pory mam ból napięciowy w szczęce i w klatce piersiowej i że przez lata tego nie przepracowałam. O pierwszym małżeństwie, o wcześniaku, o walce o zdrowie syna, która trwa do dziś. O jedenastu latach codziennego bólu twarzy.
— Czy to wystarczy? Czy to jest powód?
Patrzyła na mnie. Potem powiedziała:
— No tak, ale... przecież dajesz radę.
Zatrzymałam się.
— To powiem ci tylko jedno.
Moja mama też dobrze wyglądała. Też byś nie powiedziała. A co się stało.
Cisza.
— Dobra. Idę dzwonić.
I wyszłam.
* * *
Do Centrum Zdrowia Psychicznego dodzwonić się nie sposób. Cztery, może pięć prób — zajęte, cisza, automatyczna sekretarka. Stałam w kuchni z telefonem przy uchu i myślałam, że to absurd — syn w końcu powiedział głośno, że potrzebuje pomocy, i teraz stoję tu i nie mogę się dodzwonić.
W końcu odpuściłam dzwonienie. Wzięłam jego orzeczenie, wsiadłam w auto i pojechałam tam sama. Bo tak jest szybciej. Bo tak nauczyłam się działać — nie czekać aż system odpowie, tylko jechać i stanąć w drzwiach.
Zajechałam pod poradnie i weszłam do rejestracji. Dwie panie za ladą, zero pacjentów. Telefony dzwoniły — nie odbierały.
Powiedziałam, że mam pilny przypadek. Syn, pierwsza grupa inwalidzka, potrzebuje wizyty jak najszybciej.
— Przykro mi, ale w tym roku już nie ma miejsc. Zapisy od czerwca, na przyszły rok.
— Ja potrzebuję lekarza teraz.
Pani wstała, wyszła na zaplecze. Po chwili na korytarz wyszła pani doktor — znam ją, korzystałam z jej usług przed rozwodem. Sympatii do niej nigdy nie czułam — i teraz gdy wysłuchała mnie i wzruszyła ramionami, nic się w tej kwestii nie zmieniło.
— Proszę pani, my w rozumieniu przepisów nie jesteśmy centrum zdrowia psychicznego. Nie mamy obowiązku przyjmować pacjentów w trybie pilnym. Taki obowiązek ma najbliższa placówka — w Lublińcu.
— Słucham? Jestem z Zawiercia i mam dojeżdżać do Lublińca?
— Niestety, nie możemy nic zrobić.
Odwróciłam się do rejestratorki.
— Czy jest tu jakiś kierownik? Ktoś, z kim mogłabym porozmawiać?
Pani zadzwoniła. Przedstawiła sytuację przez telefon. Kierownik przyszedł w miarę szybko — wyglądało na to, że wraca z zewnątrz, bo był ubrany do wyjścia. Zaproponował gabinet.
Usiadłam naprzeciwko niego i powiedziałam wszystko. Że widzę kryzys u syna. Że wczoraj sam przyznał, że potrzebuje pomocy. Mówiłam ze łzami w oczach, bo tak było.