-
nowość
Maskarada nad Kanałem Grande - ebook
Maskarada nad Kanałem Grande - ebook
W Wenecji nic nie ginie bez śladu. Miasto masek, luster i milczenia skrywa tajemnice, o których nie mówi się głośno. Pod fasadą elegancji i światła pulsuje mrok – gęsty jak woda w wąskich kanałach. Gdy podczas jednego wieczoru, w samym sercu weneckich elit, znika coś więcej niż przedmiot, rozpoczyna się śledztwo, którego lepiej było nie podejmować. Trop wiedzie przez salony wpływowych ludzi, zapomniane archiwa i miejsca, gdzie przeszłość wciąż domaga się głosu. Każdy gest jest pozorem. Każde słowo — maską. „Maskarada nad Kanałem Grande” to mroczna powieść kryminalna noir, osadzona w Europie XX wieku. Historia o władzy, ideologiach i cenie prawdy — oraz o tym, jak łatwo granica między winą a niewinnością rozpływa się w cieniu wielkich interesów. Dla czytelników ceniących inteligentny kryminał, gęstą, filmową atmosferę i europejskie realia historyczne.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Kryminał |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| Rozmiar pliku: | 847 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
1. Bal przy Avenue Foch
2. Kiedy rzeczy mówią szeptem
3. Cisza, która prowadzi do Wenecji
4. Podróż
5. Słońce na wodzie, maski przy stole
6. Plan domu, plan ciszy
7. Bergamotka w dwóch głosach
8. INTERMEZZO
9. Maski liczą minuty
10. Policja mówi szeptem
11. Głosy lampionów
12. Głos, który pachnie bergamotką
13. Kiedy dom próbuje nas uśpić
14. Karty mówią minutami
15. Mechanizm na lodzie
16. Walet bez koloru
17. Sól, ryska, trzcina
18. Rygiel, który zamknął człowieka
19. Wiosło, pal i kropka
20. Średnik, bilet i biały cień1
BAL PRZY AVENUE FOCH
Paryż błyszczał jak świeżo wypolerowana srebrna cukiernica. Aleja Foch oddychała szeroko, wciągając do płuc zapach benzyny i perfum, a potem wypuszczała go z westchnieniem lampionów. Przed numerem, którego portierzy nie podawali nigdy na głos, lśniły błotniki czarnych Delage i kremowych Hispano-Suiza. Szoferzy stali równo jak żołnierze, trzymając w rękawiczkach drzwi do świata, w którym kryształ dzwonił ciszej niż pieniądze.
Mężczyzna w ciemnym garniturze, ze spiczastym cieniem kapelusza na lewym policzku, wysiadł z tramwaju przystanek wcześniej, niż planował. Na rogu chwycił go dym od cukierni — i głód, który przypomniał o sobie głośniej, niż by wypadało eleganckiemu żołądkowi. Miał bilet do teatru, ale teatr może poczekać; garnitur i tak ma na sobie, a w dłoni trzyma płócienny pakunek: bielutki frak kelnerski, wyprasowany z nabożeństwem i dostarczany koledze w ostatniej chwili.
Przeszedł przez bramę dla służby, bo tam łatwiej się oddycha. Wewnątrz pachniało mydłem, kawą i nerwami. — Jesteś świętym człowiekiem — syknął uradowany kolega w czarnej kamizelce, wyrywając pakunek. — Wskakuję na salę, a ty — do teatru? — Machnął dłonią w kierunku korytarza gościnnego i znikł, jakby go połknęła polerowana boazeria.
Mężczyzna został na chwilę z niczym i… z własnym głodem. Zajrzał w lustro. Garnitur — nienaganny. Krawat — grzecznie pod gardłem. Buty — uczciwie wypastowane. Szrama na lewym policzku przecinała twarz cienką linią, jak kreska pióra, które zawahało się nad papierem. „Dlaczego nie?” — pomyślał z całkowitą spokojną bezczelnością człowieka, którego sumienie miało dobry kontakt z logiką. Przez jedne drzwi wchodzi się po schodach, przez drugie po uśmiechu.
Przy drzwiach głównych stał maître d’hôtel, pół człowiek, pół metronom w liberii. Mężczyzna skinął głową z uprzejmością kogoś, kogo właśnie przedstawiono wszystkim obecnym, i podążył za cudzym spojrzeniem tak, jakby to była wskazówka do własnego imienia. Maître zawahał się tylko na ułamek sekundy, zobaczywszy garnitur i ten rodzaj pewności, który otwiera więcej niż portfele.
— Dobry wieczór, monsieur — powiedział i to słowo, lekko soute, przyprawiło rzeczywistość o nowy smak.
Sala balowa była oceanem światła. Żyrandole płonęły szlachetnie, jakby zapomniano im powiedzieć, że elektryczność nie ma prawa tak tańczyć. Orkiestra na podwyższeniu próbowała zagryźć walca foxtrotem, ale kapelmistrz pozwalał sobie na sentymenty. Z wewnętrznego dziedzińca dochodził szmer fontanny; jej plusk rysował na powierzchni rozmów delikatne kręgi.
Mężczyzna wszedł z pewnością domownika, który tylko zapomniał, w którym pokoju odłożył kapelusz. Tace z canapés płynęły jak małe łodzie — każda o banderze innego sosu. Zatrzymał jedną łódkę palcami: łosoś na grzance. Łosoś był doskonały, a chlebek nie pytał o legitymację. Głód, ten stary przyjaciel, uspokoił się w końcu i usiadł grzecznie na tylnej ławce przełyku.
— Monsieur — zagadnął go kelner, który jeszcze przed chwilą był śmiertelnie wdzięczny za świeży frak. — Jeśli ktoś spyta, mów, że jesteś z panem od muzyki. — Przemknął z tacą, nim mężczyzna zdążył odpowiedzieć. Prawdę mówiąc, nie miał zamiaru. Uśmiech, który mu się wymknął, miał w sobie ironię i odrobinę głodu, który właśnie przestał być tematem.
Z lewej ściany spoglądały w złotych ramach portrety ludzi, którzy lubili o sobie myśleć w liczbie mnogiej. Po prawej kwitł mniejszy salonik — tam, gdzie fortuna romansuje z reputacją. Towarzystwo przemieszczało się w rytmie rozmów i trzewików; słowa zderzały się ze śmiechem, wypuszczając iskry.
Mężczyzna poprawił mankiet z pedantyczną czułością i podszedł bliżej orkiestry. Kapelmistrz trzymał batutę jak strzemię, w którym stoi się zbyt pewnie. — Czy nie odrobinkę za szybko? — zapytał mężczyzna uprzejmym szeptem, który był tyleż prośbą, co medyczną diagnozą. Kapelmistrz spojrzał na niego jak na meteorologa, który przyszedł leczyć migreny.
— Pan gra? — spytał.
— Tyle, co każdy, kto potrafi liczyć do czterech. — Mężczyzna odsunął się o pół kroku, by nie przeszkadzać, i zamiast batuty wziął do ręki kieliszek. Rytm natychmiast zrobił się odrobinę bardziej… przytomny, choć trudno orzec, czy zawiniła sugestia, czy fizyka.
Wtedy ją zobaczył: na krawędzi głównego stołu, na ciemnym aksamicie — brosza. Wielka, diamentowa, w kształcie stylizowanego kwiatu. Gospodyni domu prezentowała ją gościom z uśmiechem, który był o pół tonu za jasny.
— Klejnot rodzinny — szepnęła dama z wachlarzem do drugiej damy, która udawała, że nie słucha. — Po prapraprababce. — Wachlarz zakołysał się dyskretnie, co znaczyło: prapraprababki miewają doskonały gust.
Gospodarz wzniósł toast. Był z tych mężczyzn, którzy wynajmują uśmiech na stałe. — Przyjaciele! — jego głos spadł na salę jak jedwabna zasłona. — Paryż żyje, a my żyjemy razem z nim. — Odwrócił się do żony, spojrzał na broszę. — Czasem wydaje mi się, że nawet nasze tradycje świecą się dziś trochę jaśniej. — Śmiech, jak z cukiernicy.
Mężczyzna powoli przesuwał wzrok po twarzach. Oczy miał spokojne, niemal obojętne; dostrzegały z łatwością rzeczy, które wolałyby pozostać notatkami. Przy fortepianie krzesła stały prawie równo, lecz jedno — to najbliżej pulpitu na nuty — było chore na ambicję: wysunęło się o cal przed pozostałe. Dama w srebrzystej sukni otarła się o nie przed chwilą; na jej materiale połyskiwała drobna, świeża plamka — jak pocałunek szampana. Srebrzysta dama przed chwilą twierdziła z dumą, że „nie pije”. Wokół skrzypka leżał otwarty, zamszowy futerał. Muzyk przeciągnął smyczkiem, po czym odszedł po wodę, zostawiając instrument w towarzystwie jego miękkiego domu.
— Monsieur — maître d’hôtel wyrósł obok, jakby wezwany samym spojrzeniem. — Czy mógłbym przeprosić pana na chwilę…
— Oczywiście. — Mężczyzna podążył za nim tylko na dwa kroki; okazało się, że chodzi o nic — o obrus, który uparł się falować. Dotknął materiału lekkim ruchem palców, jakby uspokajał konia. Materiał posłuchał. Maître wycofał się z wdziękiem człowieka, który wie, że świat składa się z dwóch rodzajów ludzi: z tych, którzy widzą, gdzie fałduje się obrus — i z tych, którzy nie.
Tace znowu popłynęły morzem rozmów. Mężczyzna minął lustro. Szrama na policzku, cienka jak kreska kompozytora, który raz w życiu zaryzykował ciszę, patrzyła na niego bez cienia wstydu. Jak każda ozdoba, do której nikt się nie przyznaje.
— Czy pan jest z orkiestry? — zagadnęła go młodziutka dama, w której kapeluszu piórko miało więcej pewności siebie niż właścicielka.
— Z orkiestry życia, mademoiselle. Ale proszę, nie mówić tego kapelmistrzowi, jest człowiekiem poważnym. — Dama zaśmiała się odrobinę za głośno. Jej śmiech potknął się o fotelik, w którym przysiadł chwilowo sekretarz gospodarza — zbyt młody, by być sekretarzem, zbyt pilny, by być kimś innym.
Sekretarz nie spuszczał oka z broszy. Nie była jego, więc był nią oczarowany. Zresztą, rzeczy, które do nas nie należą, mają szczególny talent do hipnozy.
— Słyszeli państwo o nowym koncercie w Salle Pleyel? — zagaił ktoś przy stole, gdy kieliszki spotkały się na wysokości brwi. — Mówią, że grali tak czysto, że można było kroić ciszę nożem.
— Cisza jest najtrudniejsza do strawienia — odparł ktoś inny, a sala przytaknęła, bo mądre zdania lubią aklamację.
Mężczyzna przesunął się nieznacznie, by mieć jednocześnie w zasięgu wzroku broszę, futerał skrzypiec i damę w srebrzystej sukni. Nie było w tym napięcia; raczej ten rodzaj uwagi, który noszą w sobie dobrzy bibliotekarze: wszystko ma swoje miejsce, trzeba tylko pamiętać, gdzie.
Z ogrodu wracał teraz starszy dżentelmen w długim fraku. Trzymał w dłoni cygaro, które płonęło skromnie, jakby zostało wychowane w klasztorze. Zatrzymał się przy gospodyni. — Madame, pozwoli pani, że powiem rzeczy okrutnie szczere: ten klejnot nie jest zwyczajny. — Słowa uniosły się pod sufit, gdzie czekały już inne komplementy.
— Owszem, nie jest — odpowiedziała gospodyni i ujęła broszę palcami z czułością — jest naszą opowieścią. — To mówiąc, przypięła ją mocniej, jakby bała się, że opowieść miewa własne nogi.
— Jeśli wolno… — mężczyzna zwrócił się do kapelmistrza, który znowu popadł w romans z walcem. — Ten fragment prosi się o krok wolniejszy. — Kapelmistrz spojrzał surowo, ale ręka lekko, niezauważalnie, posłuchała. Mężczyzna odsunął się i stanął tak, by nie zasłaniać nikomu widoku. Zbyt wiele razy w życiu zasłaniano jemu.
— Pan lubi mieć ster w ręku, co? — syknął żartobliwie kelner-kolega, mijając go z tacą kieliszków i mrugnął okiem.
— Sterowanie jest przereklamowane — odparł z powagą. — Wystarczy wiedzieć, gdzie jest brzeg. — Ale oczy, gdy to mówił, miały ten suchy błysk człowieka, który w razie potrzeby przejąłby tramwaj, pociąg i orkiestrę, byle dopłynąć bezpiecznie na kolację.
Goście zagłębili się w rozmowach o giełdzie i operze, o polityce i kapeluszach. Czas był łaskawy: bawił się dłużej, niż było mu wolno. Ktoś w rogu opowiadał anegdotę o ministrowej, która nie odróżniała Chopina od schabowego; śmiech niósł się lekko, ale nie fruwał za wysoko.
Mężczyzna zauważył, jak gospodyni mówi coś szybko do młodej damy w koralach, a tamta, jeszcze szybciej, znika w korytarzu. Zniknięcia są interesujące, gdy się je śledzi bez naiwności. Po chwili dama wróciła z małym kluczykiem, który błysnął jak diament o innych ambicjach. Gospodyni schowała go do kieszonki przy talii, tej dyskretnej kieszonki, w której panie chowają rzeczy nie do końca przeznaczone dla świata.
— Mademoiselle — mężczyzna skłonił się lekko damie z piórkiem, która znowu się pojawiła, tym razem uzbrojona w kieliszek. — Czy muzyka nie wydaje się pani odrobinę… mniej roztargniona?
— Och, to pan! — powiedziała z ulgą, jakby rozpoznała w nim kogoś, kogo wolałaby rozpoznawać częściej. — Rzeczywiście… mniej. — Zawahała się, przyglądając się jego twarzy. — Proszę mi wybaczyć, czy to bardzo nieuprzejmie zapytać…?
— Tak. — Uśmiechnął się łagodnie, oszczędzając jej wysiłku. — A odpowiedź brzmi: to nic ważnego.
Piórko skinęło, zadowolone z rozstrzygnięcia. Z boku, przy fortepianie, ktoś odłożył kieliszek tak blisko krawędzi, jakby liczył na eksperyment grawitacyjny. Krzesło ambitne wciąż wysunięte. Futerał skrzypiec zamknięty. Dama w srebrzystej sukni przechodziła, podnosząc dół kreacji, by nie drażnić dywanów.
— Czy pan jest gościem państwa? — zapytała go w przelocie elegancka starsza pani o włosach jak cukier puder.
— Tego wieczoru — odparł z powagą — jestem gościem losu. — Starsza pani odparła poważnym skinięciem, jakby przyjęła to tłumaczenie do akt.
Ktoś z personelu poprawił ustawienie kieliszków; mężczyzna zauważył, jak jedna z dam — ta od srebrzystej sukni — dotyka czubkiem palca szyi, w miejscu tuż pod uchem, gdzie skóra często zdradza nasze nerwy. Mała plamka na materiale znikła, wsiąkła w taniec.
Maître d’hôtel przesunął się w pobliże stołu z klejnotem. Nic nie robił — tylko był. Czasem obecność jest formą policji. Gospodarz uniósł dłoń; muzyka przyciszyła się jak rozmowa, w której ktoś wreszcie powiedział „słuchajcie”.
— Drodzy — zaczął — nim podamy deser, moja żona pragnie pokazać rzecz, którą lubię nazywać najpiękniejszą rodzinną bezczelnością. — Śmiech. — Brosza mojej prapraprababki. — To słowo powędrowało przez salę w górę i w dół, jak powóz po bruku.
Gospodyni ujęła klejnot obiema dłońmi i przypięła go z teatralną pieczołowitością na piersi. Światło odtańczyło na krawędziach kamieni; w niektórych odbiły się maleńkie sylwetki osób, które chciałyby być większe. Mężczyzna pomyślał z łagodną ironią, że niektóre rzeczy służą do tego, by je oglądano, a inne — by o nich mówiono. Ta należała do obu gatunków.
— A teraz — ciągnął gospodarz — deser! — A to oznaczało, że jeszcze przez dobry kwadrans będą serwowane rozmowy o deserze, zanim cokolwiek się pojawi.
Kelner-kolega przemknął obok, mrugając spoconym szczęściem. — Żyję! — wyszeptał. — A ty?
— Zadziwiająco podobnie. — Mężczyzna odstawił pusty kieliszek i uświadomił sobie, że przestał myśleć o teatrze. Nie dlatego, że przestał kochać scenę, ale dlatego, że tu miał swoje miejsce w loży: tę, która nazywa się „w niepożyczonej twarzy”.
W tej samej chwili orkiestra urwała frazę odrobinę zbyt nagle, jakby ktoś wbił jej szpilkę w nuty. Kapelmistrz odchrząknął; skrzypek wsunął instrument do futerału. Maître d’hôtel obejrzał salę wzrokiem dowódcy okrętu tuż przed sztormem. Gospodyni pochyliła się do rozmowy z damą w srebrzystej sukni; piórko w kapeluszu tej drugiej drgnęło nerwowo.
Szoferzy na zewnątrz wymieniali uwagi o pogodzie i o oponach; w środku błyszczały rzeczy, które nie były oponami, ale równie chętnie toczyły rozmowy. Mężczyzna stał teraz bliżej stołu, przy którym stał deser — jeszcze w teorii — i brosza — bardzo w praktyce. Przez chwilę przysłuchiwał się kłótni o to, czy nowa moda na krótsze rękawiczki jest przejściowa czy moralnie wątpliwa. Potem uśmiechnął się do siebie; użyteczność sporów o rękawiczki polega na tym, że zasłaniają spory o rzeczy większe.
— Monsieur — kelner-kolega znowu wyrosły spod ziemi — jeśli ktoś spyta, pan jest… pan jest… — Urwał, bo tacę trzeba było podać we właściwym kierunku. — Pan jest panem, to wystarczy. — Uśmiechnął się i znikł.
Mężczyzna miał wrażenie, że to prawda: wystarczy być. Wtedy rzeczy same układają się na półkach, a ludzie wykonują gesty, które ich zdradzają. Bez wielkich dramatów. Bez fanfar. Oczywiście, jeśli się ma cierpliwość.
Dama w srebrzystej sukni tymczasem uśmiechała się do gospodyni trzykrotnie: raz serdecznie, drugi raz pięknie, trzeci — tak, by nic nie powiedzieć. Pod uchem, w miejscu nerwów, błysnęła kropelka, której nie zauważyła. Sekretarz zajął się znów fortepianem; przestawił to ambicjonalne krzesło o cal do tyłu. Futerał skrzypiec zamknięty i już przesunięty nieco głębiej pod podwyższenie.
— Czy mogę? — Mężczyzna stał obok kapelmistrza i wskazał na nuty. — Tylko o pół uderzenia wolniej. — Kapelmistrz, który w innych okolicznościach zwołałby trybunał muzyczny, skinął, bo przyszło mu do głowy, że czasem obcy mają rację. Orkiestra westchnęła wspólnie i posłuchała.
To właśnie w tej chwili wydarzyła się rzecz drobna, ale ciekawa: gospodyni uniosła dłoń do broszy, jakby chciała sprawdzić, czy opowieść wciąż tam jest. I być może wtedy stało się coś, czego nikt nie zauważył, bo wszyscy byli zajęci słuchaniem wolniejszego foxtrota.
Rozmowy znów przyspieszyły, jakby tempo muzyki wróciło w słowach. Na srebrzystej sukni nie było już plamki — albo nauczyła się lepiej udawać. Maître d’hôtel przesunął się tak, że zasłaniał część stołu przed tymi, którzy lubią patrzeć rękami. Ktoś krzyknął żart o tym, że deser jest jak małżeństwo: im dłużej nań czekasz, tym bardziej wierzysz, że będzie świetny. Śmiech zatańczył i zgasł.
Mężczyzna poczuł nagle powiew chłodniejszego powietrza od strony korytarza — ktoś otworzył boczne drzwi. Na moment sala odetchnęła innym Paryżem: ulicą, liśćmi, benzyną. Potem powiew znikł i wszystko znów pachniało jedwabiem i pianą z białek.
— Pan nie je? — zapytała go dama z wachlarzem, choć deser wciąż był ideą.
— Z przyjemnością. Czekam na argumenty — odparł i podniósł wzrok na kapelmistrza. — Muzyka już wie, że warto zwolnić, gdy robi się ciekawie.
— Pan zna się na ciekawości? — Dama przymrużyła oczy z zainteresowaniem, które w innych okolicznościach mogłoby być obietnicą.
— Jestem jej wdzięcznym dłużnikiem. — Przełożył ciężar ciała z pięty na palce, przygotowując się do niczego. To zawsze pomaga.
Gdzieś przy drzwiach rozległo się pojedyncze stukanie szkła o srebro: sygnał służby, że za chwilę będą talerze. W tej samej chwili gospodarz, który stał dwa kroki od broszy, odwrócił się, by powiedzieć coś do skrzypka. Skrzypek pochylił się nad futerałem. Dama w srebrzystej sukni poprawiła włosy. Sekretarz poprawił krzesło o cal. Maître d’hôtel poprawił świat.
Czas zrobił gest, którego nikt nie obejrzał: przeskoczył o jedną niewidzialną kreskę. Z ogrodu doleciał nagle cienki zapach nocnych kwiatów, które nie mają ambicji bawić się w dzień. Ktoś zaśmiał się za głośno; ktoś umilkł za szybko. Mężczyzna dotknął mankietu po raz ostatni tego wieczoru.
Od strony saloniku wyszła młoda służąca z pierwszą tacą — biała jak deser, który niosła. Zatrzymała się przy progu, bo gospodyni uniosła rękę w geście, który miał znaczyć „już”. I wtedy — to było proste i nagłe, jak przerwanie prądu — w sali wydarzyła się cisza. Nie ta elegancka, która wie, że ma trwać trzy sekundy, ale cisza z zaciśniętymi palcami.
Gospodyni dotknęła piersi. Mężczyźni przestali oddychać, kobiety przestały udawać, że oddychają. Piórko w kapeluszu przestało udawać cokolwiek. Maître d’hôtel przyspieszył wzrok.
— Proszę… — zaczęła gospodyni i urwała.
Orkiestra, nie wiedząc, co robić, zagrała jedną samotną nutę. Nuty mają odruchy stadne; pozostałe w panice uciekły.
Sekretarz zrobił krok. Skrzypek zamknął futerał. Dama w srebrzystej sukni dotknęła ucha. Kelner-kolega przytrzymał tacę, jakby trzymał dach.
Mężczyzna spojrzał na stół i zobaczył coś, czego już nie było.
Diamentowa brosza — opowieść rodu, prapra i tak dalej — zniknęła z miejsca, w którym jeszcze chwilę temu błyszczała. Nie było jej na aksamicie, nie było jej na piersi gospodyni. Nie było jej w rozmowach, które stanęły jak konie przed mostem, którego nie ma.
Najpierw popatrzyli na siebie. Potem na stół. Potem na gospodynię. A potem — każdy w głąb siebie, do miejsca, gdzie przechowuje się najgorsze pytanie: „Czy to ja jestem winien, że patrzyłem gdzie indziej?”
Maître d’hôtel wykonał ruch, który był jednocześnie ślizgiem i ukłonem. Gospodarz otworzył usta bezgłośnie, jak ryba, której właśnie wyjaśniono demokrację. Dama z wachlarzem zasłoniła nim usta, bo to jedyne, co miała pod ręką na taką okazję. Kelner-kolega zbielał tak, że deser wyglądał przy nim opalony.
Mężczyzna nie drgnął. Jego twarz, przecięta cienką szramą, zachowała absolutny spokój — nie po to, by grać bohatera, tylko dlatego, że tak była zrobiona.
— Coś się stało? — spytała półgłosem młoda dama z piórkiem, jakby jeszcze mogła uratować wieczór banalnością.
Odpowiedź przyszła z innego miejsca. Najpierw w postaci krótkiego, cienkiego krzyku. Potem w słowach, które z każdej strony sali zabrzmiały jednakowo obco.
— Brosza! Zniknęła!2
KIEDY RZECZY MÓWIĄ SZEPTEM
Najpierw oddechy. Sala przez moment oddychała cudzym płucem. Potem głosy — kilka naraz, każdy chcący być tym, który ocali wieczór. Maître d’hôtel uniósł dłoń, jakby próbował uciszyć chór ptaków, i to nawet zadziałało; dźwięki opadły, pozostał wyostrzony szept jednego zdania, tego najgorszego: „Brosza! Zniknęła!”.
Gospodarz zrobił dwa kroki w kierunku stołu, zatrzymał się i odwrócił do gości. — Bardzo proszę o spokój — powiedział tonem człowieka, który próbuje przypomnieć sobie, jak brzmi jego własny głos. — Czy ktokolwiek… cokolwiek widział?
Zerknęli po sobie niechętnie, jak uczniowie, którzy wolą milczeć niż zostać zapytani. Dama z wachlarzem wachlowała już tylko w obronie, nie dla kokieterii. Panna w srebrzystej sukni stała nieruchomo, z dłonią na szyi, jakby chciała sprawdzić, czy przypadkiem nie zniknęło i to, co niewidoczne. Sekretarz gospodarza, chłopak z ambicją na fryzurze, zrobił pół kroku naprzód, potem pół w tył; wyglądał na kogoś, kto przypomina sobie, że w takich chwilach sekretarze powinni być przydatni.
Z ogrodu przyszła krótka, rozczarowana bryza. Orkiestra zamarła; skrzypek trzymał futerał jak dziecko po kłótni, przy piersi. Maître spojrzał na gospodarza; ich porozumienie miało postać pół uniesionej brwi i pół ukłonu.
— Policja? — ktoś wyszeptał z kąta.
— Zanim zadzwonimy — odparł gospodarz, ściskając dłonie w stek uprzejmości — chciałbym wiedzieć, czy… ktoś… — urwał, bo nikt wciąż nie był „ktoś”.
Wtedy mężczyzna w ciemnym garniturze — ten, który nie denerwował się zawodem elektryczności — drgnął tylko w brwi. Odsunął się od orkiestry, podszedł bliżej stołu. Nie dotknął niczego; spojrzał na pusty aksamit, potem na klips sukni gospodyni, gdzie brosza miała prawo jeszcze chwilę temu błyszczeć, po czym na krąg ludzi, który zaciskał się i rozluźniał jak wdech. Ręce miał spokojne, tak jak głos, którego jeszcze nie użył.
— Proszę — poprosił maître, ale nie wiedział, o co — o radę? O cud? O to, by ktoś zagrał rozumem jak walcem, tylko wolniej?
— Najpierw drzwi — powiedział mężczyzna tak łagodnie, że słowa weszły do rozmów bez zameldowania. — Nie zamykajmy na klucz, ale nie wpuszczajmy i nie wypuszczajmy nikogo. I proszę, żeby nikt niczego nie dotykał. Szczególnie stołu.
Maître zrobił z tych zdań gesty. Dwóch kelnerów przesunęło się do wejść; ich liberie wyglądały jak powaga w paski. Goście cofnęli się pół kroku, jakby środek sali stał się nagle zbyt gęsty. Mężczyzna przechylił głowę. Szukał nie rzeczy, tylko ich wspomnień: śladów, które zostawiają, kiedy udają, że niczego po sobie nie zostawiają.
Srebrzysta suknia — tam się zaczynało. Plamka, którą widział wcześniej, już choćby z przyzwoitości powinna była zniknąć, ale nie miała ku temu zdolności. Nadal połyskiwała na materiale, okrągła jak sumienie. Dama, która przed godziną oświadczyła, że „nie pije”, teraz patrzyła prosto przed siebie, z tą nieco heroicznie dzielną miną, która ludziom ładnym służy za tarczę.
Fortepian. Krzesła ustawione jak żołnierze, jeden rekrut o cal za śmiały. Krzesło wysunięte — to zawsze drobiazg, ale drobiazgi bywają rozrzutne w znaczenia. Ktoś przysiadł, ktoś wstał w pośpiechu, ktoś potknął się o własne słowo. Mężczyzna dotknął wzrokiem nogi krzesła; nikt tego nie zauważył, nawet krzesło.
Futerał skrzypiec. Zamknięty, odłożony głębiej pod podwyższenie. Skrzypek, kiedy się nie gra, najczęściej dba o futerał jak o reputację: trzyma przy sobie. Ten leżał samotniej. Mężczyzna nie podszedł jednak od razu; zamiast tego spojrzał w stronę bocznych drzwi — tych, którymi wcześniej wpadł chłodny powiew. W progu wciąż stała młoda służąca, biała od deseru i zaskoczenia. Zrobiła krok w tył, kiedy kelner wskazał jej miejsce przy ścianie.
Gospodarz przełknął coś, co pewnie było słowem „nieszczęście”. — Czy ktokolwiek…? — powtórzył jeszcze raz, z cieniem prośby.
— Ja… — odezwał się chłopak o włosach, które wierzyły w niego bardziej niż on sam. — Ja widziałem, że… — zaciął się i poprawił mankiet z gorliwością człowieka, który wie, że coś trzeba poprawić. — Że pani hrabina… to znaczy pani domu… — spalił się, bo mężczyźni niezahartowani łatwo się karmelizują — przypinała broszę mocniej. A potem… potem była muzyka. — Wydawał się sobą zaledwie na próbę.
— Armandzie — gospodarz powiedział to cicho, jak mówi się „nie teraz” do ludzi od wszystkiego — dziękuję. — Czy Armand był kuzynem? Trudno było nie pomyśleć, że rodzinność to choroba dziedziczna.
Mężczyzna zmierzył go jednym spojrzeniem. Nerwowość ma swoje barwy. W oczach Armanda lśnił błękit niespłaconych rachunków. Pot spływał od skroni w stronę kołnierzyka z determinacją maratończyka; węższa niż trzeba krawatowa pętla przyduszała mu głos. Nerwowy kuzyn — tak, to rola, która zwykle ma w drugim akcie więcej tekstu, niż powinna.
— Czy ktokolwiek był przy stole, kiedy… — gospodarz przerwał, bo nie miał odpowiedniego czasownika; w takich chwilach gramatyka bywa okrutna.
— Nie — powiedziała dama z wachlarzem z tą pewnością, którą daje posiadanie wachlarza. — My rozmawiałyśmy o rękawiczkach.
— A pani? — mężczyzna spojrzał na srebrzystą suknię, pytając jak ktoś, kto przeprasza, że pyta.
— Ja? Ależ ja nie piję — odparła z gotową odpowiedzią, jakby miała ją zawsze przy sobie, zaraz obok puderniczki.
Kącik jego ust drgnął niemal niezauważalnie. Nie dlatego, że lubił łapać ludzi na słowach — raczej dlatego, że słowa lubiły łapać się same. Pochylił się jeszcze o centymetr w stronę stołu, nie dotykając jednak niczego, i skrócił dystans do futerału skrzypiec w sposób, w jaki skraca się dystans do faktów: uprzejmie.
— Vincent — gospodarz zwrócił się do skrzypka — czy pan…?
— Wyszedłem po wodę, monsieur — odparł muzyk, kładąc dłoń na futerale jak na sercu. — Grałem, a potem… przerwa. — Jego spojrzenie błądziło gdzieś na wysokości lampy, jakby tam były nuty tego wieczoru.
— Zostawił pan instrument? — Maître nie zdołał powstrzymać zawodowego ciernia w głosie.
— Zawsze zamknięty. — Vincent poklepał futerał. — Nie rozstaję się, ale… było gorąco.
Gorąco bywa wygodną przyczyną. Mężczyzna nie skomentował. Zamiast tego spojrzał na ręce muzyka: na paznokciach widniały drobiny kalafonii, na kciuku zgrubienie. Nic, co by opowiadało o klejnotach.
— Proszę nikogo nie oskarżać — gospodarz próbował zarządzić moralność, tak jak zarządza się służbą. — Dzwonię po policję.
— Dajmy jeszcze chwilę — odezwał się maître, nie wiadomo dlaczego w liczbie mnogiej. — Pan… — zerknął na mężczyznę, jakby jego spokój był rodzajem legitymacji — zdaje się wiedzieć, jak patrzeć.
Nieznajomy wzruszył niemal niedostrzegalnie ramieniem. — Zaprośmy muzykę — powiedział. — Delikatnie, cicho. Ludzie lepiej pamiętają, kiedy coś gra. — Kapelmistrz, urażony i ciekawy jednocześnie, uniósł batutę. W salonie pobrzmiał półwalc, pół modlitwa. Nerwy ludzi lubią podkład.
— Czy ktokolwiek otwierał boczne drzwi? — zapytał mężczyzna, patrząc na młodą służącą. Kiwnęła głową, że tak — przed chwilą. — Ktoś przechodził? — Nie. Tylko powiew.
— A ty, Armandzie? — gospodarz już tylko z przyzwyczajenia pytał kogoś bliskiego. — Co robiłeś, kiedy…?
— Rozmawiałem… ze skrzypkiem… przy… — Armand pomylił się na własnym alibi i zawiesił na nim jak marynarkę na zbyt krótkim wieszaku.
Mężczyzna przesunął się o pół kroku w stronę fortepianu. Krzesło ambitne, to wysunięte, miało na dolnej krawędzi maleńkie zadrapanie, świeże, jak nowy nawyk. Pod pulpitem na nuty, po stronie, gdzie siadał sekretarz, coś się zahaczyło o heban: ledwo widoczna, jasna nitka — włókno z materiału o fakturze zupełnie innej niż obicia foteli. Może z futerału? Może z sukni?
— Proszę — powiedział cicho do sekretarza — czy pan siadał tutaj?
— Ja? — Sekretarz podskoczył jak słowo przy wywoływaniu do tablicy. — Tak, ale tylko… na chwilę.
— Krzesła miewają pamięć — odpowiedział mu mężczyzna. — Ta nie jest długa, ale bywa użyteczna.
Od stołu doszedł szept: gospodyni zapinała teraz pusty klips, jakby chciała udawać, że brak jest ozdobą równie godną. Wachlarz damy zatrzepotał w rytmie muzyki, która starała się nie przeszkadzać. Panna w srebrzystej sukni uniosła dłoń do ust; przy kącie jej paznokcia błyszczał pyłek — cukier? Nie, raczej brokat z koperty listu. Przecież to przyjęcie, nie pracownia cukiernicza.
— Czy pani na pewno nie piła? — zwrócił się do niej jeszcze raz, uprzejmie jak sprzedawca parasoli w słoneczny dzień.
— Ani kropli — odparła dumnie.
Spojrzał na plamkę, która nie potrafiła kłamać, i uśmiechnął się lekko, bo lubił, kiedy rzeczy mówią prawdę za ludzi. Zamiast jednak naciskać, wrócił wzrokiem do skrzypka. Futerał leżał pod podwyższeniem, przesunięty bardziej niż wygoda by doradzała.
— Vincent — powiedział miękko — czy mógłbym prosić, żeby futerał podszedł do stołu?
— Po co? — odezwał się ktoś trzeci, kto zawsze ma pytania w zestawie.
— Żeby nie musiał iść sam. — I rzeczywiście, skrzypek wziął futerał i przyszedł. Futerał przy stole wyglądał na nieswój, ale futerały rzadko kryją emocje.
— Pozwoli pan? — zwrócił się mężczyzna do muzyka, wskazując na zapięcie. Nie dotknął bez zgody; są granice, które warto mieć, zanim poprosi się o inne.
Vincent skinął, choć jego brew miała wątpliwości. Zamek syknął krótko; mężczyzna uniósł wieko ledwie na szerokość palców — tyle, żeby nie odsłaniać świata, tylko zamiar. W środku spoczywał instrument, obok ściereczka, kieszeń na smyczek i mała, miękka zatoka na żywice. Nic, co krzyczałoby „klejnot”. Ale było coś jeszcze: futerał wydawał się cięższy, niż pamiętał muzyk.
— Maître — powiedział bez patrzenia — poproszę o świeżą serwetę.
Dostał ją. Wsuwając płótno delikatnie pod boczną wyściółkę, poczuł opór — jakby tam, gdzie zwykle mieszka samo powietrze, tym razem ktoś wynajął pokój dla małej nieprawdy. Nie wyjął niczego. Jeszcze nie pora.
— Wystarczy — oznajmił, zamykając wieko tak spokojnie, jakby odkładał książkę z zakładką. — Dziękuję, monsieur Vincent. — Skrzypek odetchnął, nie wiedząc dlaczego.
— Panie — gospodarza drapało od środka to jedno słowo — czy pan… wie…?
— Wiem, że rzeczy rzadko znikają naprawdę — odparł mężczyzna. — Częściej zmieniają tylko adres. — Uśmiechnął się przepraszająco do dam i do ich nerwów.
Armand nerwowy — jeśli tak można odmieniać — patrzył teraz na futerał z natężeniem godnym sztuki współczesnej. Palce jego lewej dłoni bębniły o mankiet jak małe serca. Młodość ma zwyczaj wydawać wszystkie emocje na raz; rzadko zostawia coś na potem.
— Czy ktoś z państwa zauważył cokolwiek nietypowego przy fortepianie? — mężczyzna zapytał tak, jak pyta się o pogodę, gdy wiadomo, że będzie padać. — Coś przesunięte, dotknięte, potrącone?
— Krzesło! — wykrzyknął sekretarz z ulgą człowieka, który wreszcie znalazł prawidłową odpowiedź. — To jedno… ja… poprawiałem, bo… — zawahał się — bo nierówno stało.
— Rozumiem. — Mężczyzna spojrzał na zadrapanie. — Dziękuję.
— A te drzwi boczne — dorzuciła dama z wachlarzem, czując, że warto być użyteczną — ktoś je otworzył. Wiało.
— Służba przygotowywała deser — odparł maître, wziąwszy na siebie winę za przeciąg.
Gospodarz westchnął. — Czy mamy wzywać…? — Zaczął zdanie, którego zakończenie nie miało ochoty współpracować.
— Jeszcze chwilę, monsieur — mężczyzna spojrzał mu w oczy, ale wziął odpowiedzialność tylko wzrokiem. — Jeśli pozwolicie państwo, zadam kilka pytań i poproszę o… — nie dokończył, bo Armand wtrącił się nerwowo:
— To na pewno ktoś z kuchni! — powiedział zbyt szybko. — Oni cały czas biegają.
— Nerwy lubią oskarżać — odparł mężczyzna niemal serdecznie. — Ale oskarżenia są jak buty: lepiej przymierzyć, zanim się wyjdzie na ulicę.
— Pan to kto właściwie jest? — spytała nagle panna w srebrzystej sukni, a jej ton sugerował, że to pytanie przyszło jej do głowy dopiero po wszystkim innym.
— W tej chwili? — uśmiechnął się nieznacznie. — Tym, który zadaje pytania. — To brzmiało bezczelnie, ale uspokajająco.
— Pani mówiła, że nie pije — zwrócił się do srebrzystej. — A jednak ma pani na sukni małą, okrągłą plamkę. To nic złego — plamy rzadko są wyrzutem sumienia, częściej uczciwym znakiem zabawy. Gdzie pani była, kiedy zgasła muzyka?
— Tu… — pokazała nieprecyzyjnie pół sali. — Rozmawiałyśmy o rękawiczkach. — Dodała to, co już było w obiegu, jak banknot, którym płaci się kilka razy.
— Dziękuję. A pan — zwrócił się do sekretarza — stał przy fortepianie. Z kim?
— Z Vincentem — odrzekł sekretarz; spojrzał na skrzypka po pomoc. — Rozmawialiśmy o… akordach.
— O akordach — powtórzył mężczyzna z cieniem zaciekawienia. — To zawsze dobre alibi.
— Proszę pana! — oburzył się Vincent.
— Spokojnie. — Mężczyzna skinął mu lekko. — Alibi, które brzmi, bywa prawdziwsze od tych, które milczą. — Przeniósł wzrok na futerał, ale nie dotknął. — Pani hrabino — zwrócił się do gospodyni — kiedy przypinała pani broszę mocniej?
— Przed chwilą — odparła. — Zwykły odruch. — Jej głos miał strukturę jedwabiu, ale jedwab też potrafi drapać.
— Zauważyłem. Dziękuję. — Patrzył na nią z sympatią, której nie sposób było się oprzeć, choć nikt nie wiedział, skąd się wzięła.
— Czy pan insynuuje… — zaczęła dama z wachlarzem, ale urwała, bo słowo „insynuować” oznacza pracę, a ona była na balu.
— Nic nie insynuuję. — Mężczyzna rozejrzał się po twarzach. — Próbuję tylko usłyszeć, co mówią przedmioty. Ludzie mówią za dużo. — To powiedziawszy, wrócił do stołu i poprosił kelnera, by postawił futerał na aksamicie.
— A teraz — powiedział, nie unosząc głosu — bardzo proszę, by każdy stanął tam, gdzie stał w chwili, kiedy ktoś zawołał. — Goście popatrzyli po sobie jak figury planszy, które nagle przypomniały sobie, że są właśnie figurami. Przesunęli się niezdarnie; panna w srebrzystej sukni wróciła na swoje miejsce, wachlarzowa dama obok gospodyni, sekretarz przy fortepianie, Vincent o krok za futerałem, Armand w pół drogi między stołem a korytarzem.
— Dobrze — mruknął mężczyzna, choć „dobrze” było słowem na kredyt. — Kto mógł dosięgnąć broszy, nie robiąc z tego przedstawienia? — Zawiesił pytanie w powietrzu, jak wiesza się obraz, zanim się wierci drugi gwóźdź.
Cisza przyniosła odpowiedzi lepsze niż języki: dystanse, kąty, wzrok nawyków. Najbliżej — gospodyni; zbyt oczywista, by była wygodna. Potem wachlarz; ręce miała zajęte udawaniem, że nic nie robią. Srebrzysta — za daleko; chyba że sięgała krzesłem. Sekretarz — za bardzo przy muzyce. Vincent — miał ręce i futerał; to wiele jak na wieczór. Armand — w pół drogi, czyli w pół alibi.
— Maître — zwrócił się cicho — czy mógłby pan poprosić orkiestrę o… ciszej jeszcze? — Kapelmistrz spojrzał na niego z grubsza z sympatią. Muzyka opadła do wysokości dywanu.
— Proszę państwa — gospodarz znów próbował być gospodarzem — ktokolwiek… cokolwiek… — milczenie było bardziej gładkie niż jego frazy.
Mężczyzna przewrócił w pamięci kilka obrazków, które podrzucił mu ten wieczór: plamka, krzesło, futerał, przeciąg. Potrzebował jeszcze jednej rzeczy — krótkiego kawałka ciszy, tego, co czasem robi za światło. Spojrzał na gospodarza — ten skinął, że niech robi, co chce, oby z sensem.