Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

Matka Świętego. Poruszające świadectwo Marianny Popiełuszko - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
24 października 2012
19,90 zł
1990 pkt
punktów Virtualo

Matka Świętego. Poruszające świadectwo Marianny Popiełuszko - ebook

Marianna Popiełuszko nigdy nie szukała rozgłosu. Nie planowała, że stanie się bohaterką telewizyjnych dzienników, a jej zdjęcia obiegną prasę na całym świecie. Nie chciała sławy, której początkiem było brutalne morderstwo jej ukochanego dziecka. Po wielu latach od tych wydarzeń opowiedziała o swoim synu, o miłości do niego, o tym, jak był wychowywany, o wartościach, które wyniósł z rodzinnego domu. Opowiedziała też o wydarzeniach, które na zawsze zmieniły jej życie. Z bólem wspominała dzień, kiedy świat się dla niej zatrzymał.

Kim była kobieta, której kłaniali się kościelni dostojnicy i politycy z całego świata? Skąd brała się siła, która pozwoliła jej udźwignąć tak wielką tragedię? Jak wyglądało jej życie, kiedy została matką świętego męczennika?

Matka Świętego to niezwykłe i poruszające świadectwo rodzicielskiej miłości, wiary w Bożą opatrzność i nadziei na to, że dobro zawsze zwycięży. Książka zawiera liczne fotografie z rodzinnego archiwum oraz niepublikowane dotąd zeznania z procesu beatyfikacyjnego księdza Jerzego Popiełuszki.

NOWE, UZUPEŁNIONE WYDANIE

dr Milena Kindziuk – doktor nauk humanistycznych, dziennikarka, publicystka. Autorka książek, . Ostatni taki Prymas, Matka Papieża, Cuda księdza Jerzego. Autorka biografii i znawczyni życia i działalności bł. ks. Jerzego Popiełuszki. W maju 2017 roku odznaczona przez Prezydenta RP Andrzeja Dudę Brązowym Krzyżem Zasługi za zasługi w działalności na rzecz rozwoju nauki.

Kategoria: Historia
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-240-2174-1
Rozmiar pliku: 4,8 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

WSTĘP

Nazywam się Marianna Popiełuszko, z domu Gniedziejko. Jestem matką Sługi Bożego Jerzego Popiełuszki...

Takimi słowami Marianna Popiełuszko rozpoczęła składanie zeznań w procesie beatyfikacyjnym swego syna.

W dwóch krótkich zdaniach zawarła wszystko. Dlatego opowieść o niej, historia kobiety i matki, musi być jednocześnie opowieścią o nim, o jej synu.

Matka i syn. Jedno życie przenika drugie. Oba współistnieją ze sobą. Oba są tak samo ważne. Chociaż, gdyby nie ksiądz Jerzy, świat prawdopodobnie o niej w ogóle by nie usłyszał. Mimo że robiłaby w życiu pewnie dokładnie to samo, żyjąc zwyczajnie na swoim Podlasiu: rodziła dzieci, pracowała w polu, podlewała kwiaty w ogrodzie, prowadziła gospodarstwo.

Za sprawą syna stała się sławna. Rozmawiała z wielkimi tego świata. Prezydenci, kardynałowie, politycy pochylają się nad drobną, skromnie ubraną kobietą w wiejskiej chustce na głowie, by słuchać, co mówi. A ona wie, co powiedzieć. Od niej Jan Paweł II, Papież Polak, usłyszy, że to nie ona, ale Bóg dał światu kapłana męczennika.

Czy chciała takiej „sławy” ?

– Wolałabym być cichą, jedną z nieznanych matek – mówiła kiedyś.

– Ale nie da się uciec – dodawała.

Kim jest ta kobieta, która urodziła i wychowała Jerzego Popiełuszkę? Czy bez jej zawierzenia i twardej postawy: „tak – tak, nie – nie”, świat otrzymałby męczennika za wiarę?ROZDZIAŁ PIERWSZY TYLE LAT, ILE ZIM

W poniedziałek 23 kwietnia 2012 roku na warszawskim Żoliborzu, w sanktuarium św. Stanisława Kostki kończyła się Msza św. z okazji imienin bł. księdza Jerzego. Marianna Popiełuszko, drobna, lekko pochylona staruszka o delikatnych rysach twarzy, w kolorowej chustce na głowie, z laseczką w ręku, stała jak zawsze w tej świątyni na „swoim” miejscu, w nawie głównej w pierwszym rzędzie. Ze łzami w oczach wpatrywała się w stojący na ołtarzu nowy relikwiarz ze szczątkami jej syna, przeznaczony jako dar specjalnie dla niej – dla matki.

Czy myślała o tym, jak te szczątki wyglądały ponad ćwierć wieku temu, gdy musiała je rozpoznawać w trumnie? Co czuła jako kobieta i matka?

Na koniec uroczystości do Marianny Popiełuszko podszedł biskup Tadeusz Pikus i wręczył jej relikwiarz. Teraz może zabrać go do domu. Jest jej – na zawsze.

„To musi być straszne, szczątki zamordowanego syna do domu zabierać!” – skomentował ktoś z boku. Usłyszała.

– Radosne, nie straszne! – odpowiedziała nieoczekiwanie. – Straszne to było, jak go porwali i zabili. A teraz to już radosne! Trzeba zrozumieć, po co relikwie są potrzebne. Jak ktoś prosi i chce się modlić, to daję mu obrazek księdza Jerzego z relikwiami.

Po Mszy św., trzymana pod rękę przez syna Stanisława, wychodzi z kościoła i powolnym krokiem zmierza do grobu syna. Tam klęka na oba kolana i trwa dobre kilkanaście minut na modlitwie.

Otacza ją tłum ludzi. Błyskają flesze aparatów fotograficznych, widać kamery telewizyjne. Ale ona zdaje się na to wszystko nie zważać. Zamyślona, spod wpółprzymkniętych powiek wpatruje się w płytę grobowca. Przesuwa paciorki różańca.

Wszyscy w ciszy czekają, aż wstanie. Gdy zaczyna się podnosić z klęcznika, ustawia się do niej długa kolejka. Ludzie podchodzą, proszą o modlitwę, o błogosławieństwo, dziękują za księdza Jerzego, za doznane za jego wstawiennictwem łaski. Niemal wszyscy zwracają się do niej w ten sam sposób: „mamo”.

Kiedy wreszcie udaje mi się „wyrwać” ją tłumowi i poprowadzić na przygotowaną już przez proboszcza herbatę, mówi:

– W pewnym momencie tak się ktoś na mnie uwiesił, że nie mogłam się utrzymać na nogach. O mało co by mnie zadusili!

Po czym znów wdaje się w życzliwą rozmowę z młodą kobietą, która do niej nieoczekiwanie podeszła.

– Mama, kolacja stygnie – niecierpliwi się zatroskana o nią synowa Alfreda.

A ona na to:

– Jedzenie nie zając, nie ucieknie. Nie dziś, to jutro zjem. Lepiej porozmawiać.

Gdy siedzimy już przy stole w Domu Pielgrzyma „Amicus”, przylegającym do żoliborskiej plebanii, pytam panią Mariannę, co przynieść jej do jedzenia z przygotowanego dla gości szwedzkiego stołu.

A ona na to:

– Jem, co jest!

Nie jest wybredna, nie stosuje żadnych wymyślnych diet.

– Tylko cukier każą mi ograniczać. A gorzkie to niesmaczne... – mówi z uśmiechem. Po czym z apetytem częstuje się... ciastem.

Kiedy zauważa, że jeden z fotoreporterów chce ją sfotografować, przypomina zasady savoir-vivre’u:

– Nie robi się zdjęć przy jedzeniu! Jak skończę, to wtedy.

Po chwili podchodzi biskup Tadeusz Pikus, by podziękować pani Mariannie za przybycie do Warszawy. A ona rzuca mu na pożegnanie:

– Najważniejsze w życiu to w Boga wierzyć i Boga mieć na pierwszym miejscu!

I całuje biskupa w pierścień. Potem, gdy biskup odszedł, zwróciła się do mnie poważnie:

– A ty nie wiedziałaś, że biskupa się w pierścień całuje?

Nie od dziś słynie z zaskakujących puent.

Wreszcie syn i synowa pani Marianny proszą ją, aby zaczęła szykować się do odjazdu. Tego samego wieczora bowiem, jak zawsze po uroczystościach w sanktuarium żoliborskim, Popiełuszkowie wracają do domu, na Białostocczyznę. Ale mama się ociąga, wciąż nie ma dosyć rozmów z ludźmi.

– Nie chcieli mnie do Warszawy brać ze sobą, bo mówią, że ja za stara. A ja im powiedziałam: jak w drodze umrę, to choć do czyśćca pójdę, a nie do piekła!

Na koniec żegna się staropolskim:

– Zostańcie z Bogiem!

Po czym wsiada do samochodu.

Pytam ją jeszcze, kiedy przyjedzie następnym razem.

– Nie wiem, co dzień następny przyniesie, niczego nie planuję – odpowiada.

Kilka tygodni później, 6 czerwca 2012 roku. Druga rocznica beatyfikacji księdza Jerzego. W kościele św. Stanisława Kostki na warszawskim Żoliborzu nuncjusz apostolski arcybiskup Celestino Migliore ma odprawić z tej okazji wieczorną Mszę św., w czasie której można zyskać odpust zupełny.

Marianna Popiełuszko przyjechała na te uroczystości już kilka godzin wcześniej, przed południem.

– Wyjechaliśmy z domu o czwartej rano. Dwa dni siły zbierałam, żeby przyjechać – mówi.

Ubrana odświętnie: w szarą spódnicę, zieloną, robioną szydełkiem kamizelkę, w pomarańczowo-kremowej chustce na głowie, pierwsze kroki, jak zwykle, kieruje do grobu księdza Jerzego, a potem idzie do dawnego mieszkania syna. Teraz znajduje się tam Ośrodek Dokumentacji Życia i Kultu Błogosławionego Jerzego Popiełuszki. Katarzyna Soborak, szefowa placówki, zaprasza „mamę” – bo tak do niej się zwraca – na poczęstunek.

– Za jednym zasiadem śniadanie z obiadem! – śmieje się pani Marianna.

Przy stole jest proboszcz ksiądz Tadeusz Bożełko, kilku gości. Kiedy dyskusja potoczyła się w kierunku roli kobiet w Kościele, Marianna Popiełuszko wtrąca nieoczekiwanie:

– A kto powiedział światu, że Pan Jezus zmartwychwstał? Nie kobiety?! Widzicie, że kobiety są potrzebne.

Pani Marianna jest duszą towarzystwa, chętnie nawet opowiada dowcipy. Ale matka księdza Jerzego rzadko się śmieje. Uśmiech przemyka czasem leciutko przez pooraną zmarszczkami twarz, na której przede wszystkim maluje się wielkie cierpienie.

Z pamięci chętnie recytuje natomiast tekst pieśni zapamiętanej w dzieciństwie:

„Skoro tylko wstaję z rana, natychmiast wołam do Pana: Niechaj będzie pochwalony Jezus Chrystus uwielbiony!

A gdy suknię biorę na się, głos od serca zdobywa się: Niechaj będzie pochwalony Jezus Chrystus uwielbiony!

A gdy ja spotkam bliźniego, to najpierw mówię do niego: Niechaj będzie pochwalony Jezus Chrystus uwielbiony!

A gdy idę do kościoła, serce od radości woła: Niechaj będzie pochwalony Jezus Chrystus uwielbiony!”

Bierze głęboki oddech, po czym mówi głośno i wyraźnie:

– Jak będzie Pan Jezus na pierwszym miejscu, to wszystko będzie na swoim miejscu. I na wszystko będzie czas. Pamiętajcie o tym!

Pytam ją, gdzie trzyma relikwie księdza Jerzego, które ostatnio zabrała z Warszawy.

– Na półce, obok obrazu Pana Jezusa, w moim pokoju – mówi. – Z szacunku zapalam przy nich świece i się modlę.

Gdy ktoś ze zgromadzonych przy stole wspomniał o cudzie eucharystycznym w Sokółce, ze swojej czarnej torebki wyjęła obrazek Maryi z relikwią z Sokółki i barwnie opowiedziała historię cudu.

W pewnym momencie wśród gości zapadła niezręczna cisza. Marianna Popiełuszko oznajmiła wówczas:

– Wszyscy mówią, nikt nie słucha! Wszyscy słuchają, nikt nie mówi!

I w ten sposób rozładowała atmosferę, a goście wybuchnęli śmiechem.

– No to się pośmieli, a teraz będzie czas na modlitwę! – energicznie zakończyła biesiadowanie.

Do Mszy św. pozostało jednak jeszcze kilka godzin. Ktoś z rodziny proponuje pani Mariannie, by poszła trochę odpocząć, może się zdrzemnąć. A ona na to:

– Śpię raz na dobę. A odpoczywam wtedy, gdy ludzi widzę przed sobą. Dlatego najlepiej siedzieć na miejscu i porozmawiać, przyjdzie kto chce, może jakie koleżanki?

W tym momencie zupełnie nieoczekiwanie do drzwi zapukała młodziutka zakonnica – klaryska. Specjalnie przyjechała tu z Łodzi, żeby poznać panią Mariannę. Szerzy kult księdza Jerzego. Ku jego czci przybrała na ślubach imię zakonne Georgina.

– Niech siostra wejdzie – mówi zachęcająco wyraźnie zadowolona matka męczennika.

Sama zaczyna z zakonnicą rozmowę. Tematów nie brakuje. Szybko okazuje się, że mają wspólne znajome siostry zakonne.

W końcu pobyt pani Marianny w Ośrodku Dokumentacji dobiega końca. Katarzyna Soborak pokazuje jej jeszcze rękopisy kazań księdza Jerzego z pietyzmem przechowywane od lat oraz inne dokumenty, które po remoncie archiwum znalazły miejsce w nowych szafach.

– A ty prosisz Boga o pomoc przy pracy? – pyta Marianna Popiełuszko. – Bo pracę trzeba łączyć z modlitwą – wyjaśnia i energicznie wychodzi do kościoła.

Po drodze rzuca do mnie:

– To Pan Bóg Kasi łaskę daje, sama by nic nie zrobiła.

Po Mszy św., jak zawsze, pani Marianna modli się przy grobie syna. Klęcząc, półgłosem recytuje z pamięci Litanię do Najświętszego Serca Pana Jezusa. Jak każdego dnia w czerwcu, gdziekolwiek przebywa.

Powoli zapada zmrok. Nad grobem księdza Jerzego unosi się łuna od zgromadzonych wokół zniczy. Robi się pusto, ludzie rozeszli się już do domów.

Siedzimy jeszcze chwilę z panią Marianną przy herbacie w Domu Pielgrzyma. Jest jej rodzina, trochę znajomych z Warszawy i kilku duchownych. W pewnym momencie nuncjusz apostolski arcybiskup Celestino Migliore zapytał ją, ile ma lat. Usłyszał taką odpowiedź:

– Tyle mam lat, ile zim!

– No tak, kobiety się o wiek nie pyta – mówi z uśmiechem hierarcha.

A pani Marianna dopowiada dowcipnie:

– Jeszcze za mąż będę chciała iść i mnie narzeczony nie zechce, jak powiem, ile mam lat!

Arcybiskup Migliore komentuje już całkiem poważnie:

– Ale silna kobieta, bardzo silna kobieta!

Jej odpowiedzi zaskakują, a życiowa mądrość i niezłomna wiara rozłożyły na łopatki niejednego teologa.Korzenie

Urodziłam się 17 lub 7 listopada 1920 roku w Grodzisku w pow. białostockim. W dokumentach jednak cywilnych posługuję się datą urodzenia 1 czerwca 1910 roku.

Tak o dwóch datach swojego urodzenia matka księdza Jerzego mówiła w zeznaniach przed trybunałem beatyfikacyjnym.

W dowodzie osobistym Marianna Popiełuszko rzeczywiście ma datę urodzenia: 1 czerwca 1910 roku. Nie jest ona prawidłowa. Sama jednak nie wie, kiedy taka wersja się pojawiła. Mogła powstać w czasie II wojny światowej, gdy specjalnie fałszowano daty przy wyrabianiu kenkart, czyli dowodów tożsamości wydawanych przez Niemców na terenach przez nich okupowanych. A mogła też powstać już po wojnie, w czasach komunistycznej władzy ludowej w Polsce, gdy nieraz także „dopasowywano” datę urodzenia, dodając lub odejmując lat z różnych względów. Częściej jednak zdarzało się to w dokumentach mężczyzn, jeśli na przykład chcieli uniknąć poboru do wojska. A może Marianna Popiełuszko wolała być z rocznika 1910, jak jej mąż? Trudno to teraz stwierdzić. Data mogła być błędnie wpisana w urzędzie stanu cywilnego, jak to się wówczas zdarzało. Dlatego popularne było wtedy ludowe powiedzenie: „urodził się w owsiane żniwo”, czyli: w czasie bliżej nieokreślonym.

– W naszej rodzinie wiele osób miało w dokumentach cywilnych błędne daty urodzenia – tłumaczy ksiądz Kazimierz Gniedziejko, cioteczny brat księdza Popiełuszki. – Chociażby mojemu ojcu dodano dziesięć lat, a mamie rok odjęto.

Prawidłowa data urodzenia matki księdza Jerzego znajduje się w księdze chrzcielnej parafii w Suchowoli: Marianna Gniedziejko, urodzona: Grodzisk, 7 listopada 1920; ochrzczona: 14 listopada 1920, rodzice: Kazimierz (Gniedziejko) i Marianna (z domu) Kalinowska.

Dane są prawdziwe, chociaż dokument nie jest oryginalny.

– Księgi, które zaginęły w czasie wojny, były później odtwarzane na podstawie zeznań członków rodziny – wyjaśnia ksiądz Tomasz Małyszko, proboszcz parafii Świętych Apostołów Piotra i Pawła w Suchowoli.

Księga chrzcielna z 1920 roku została sporządzona w marcu 1962 roku, „na podstawie odpisów metrycznych kurialnych”. Ktoś musiał więc tę datę podać, gdy został zaproszony do kurii, by uzupełnić dane rodzinne.

Marianna Popiełuszko dzieciństwo i młodość przeżyła zatem w dwudziestoleciu międzywojennym. Był to czas budowy II Rzeczypospolitej. Polska po ponad wiekowej niewoli za sprawą marszałka Piłsudskiego wybiła się na niepodległość. Polskie szkoły mogły nareszcie uczyć polskiego języka.

Matka księdza Jerzego pochodzi z Grodziska, małej wioski położonej koło Dąbrowy Białostoc­kiej, na trasie do Augustowa. Jak głosi legenda, jest to teren po starym średniowiecznym grodzie albo osadzie obronnej sprzed wieków. Świadczyć o tym mają resztki wału obronnego w kształcie koła, czyli tak zwanego grodziska, gdzie aktualnie jest usytuowany cmentarz parafialny.

Na początku istnienia parafii rozpoczęto na tym grodzisku chowanie zmarłych – dwie osoby. Teren grodziska należał do naszego dziadka Kazimierza Gniedziejki. Potem jednak znaleziono inną lokalizację i dziadek przekazał swój dotychczasowy grunt z grodziskiem Stanisławowi Gniedziejce – sąsiadowi. On zaś przekazał swoje pole na cmentarz – opowiada ksiądz Kazimierz Gniedziejko.

Natomiast widoczny nasyp obok wsi to pozostałość po miejscu, w którym w czasie II wojny światowej Niemcy rozpoczęli budowę kolejki wąskotorowej, ale natrafili na stary cmentarz – według przekazów ludowych – nieochrzczonych dzieci. Mieszkańcy wioski do dziś wspominają, że kiedy Niemcy porządkowali teren i porozrzucali wokoło ludzkie kości, coś zaczęło ich straszyć i zrezygnowali z przedsięwzięcia.

Rosjanie, którzy po zajęciu tych terenów usiłowali dokończyć budowę kolejki, również przestraszyli się i... uciekli. W pobliżu nasypu na pamiątkę tych wydarzeń do niedawna jeszcze na jednym z kamieni leżała ludzka czaszka. Dziś nic tu wprawdzie nie straszy, ale mieszkańcy Grodziska niechętnie przychodzą na miejsce owiane złowrogą legendą.

Do dziś nie wiadomo, co się kryje pod ziemią, nie prowadzono tu bowiem nigdy żadnych prac archeologicznych. Tylko dudnienie rozlegające się po rzuceniu kamienia każe przypuszczać, że w głębi mogą znajdować się jaskinie albo podziemne przejścia.

Miasto najbliższe Grodziska – Suchowola, jest uważane za geograficzny środek Europy. Miejscowość cieszy się tą godnością, odkąd w 1775 roku astrolog i kartograf królewski Szymon Antoni Sobiekrajski obliczył, że tu właśnie krzyżują się linie przecinające wzdłuż i wszerz kontynent europejski, łączące najdalsze punkty Europy. Przypomina o tym obecnie ogromny głaz narzutowy umieszczony w centralnie położonym parku miejskim. Na kamieniu wyryto herb Suchowoli z napisem: „Środek Europy”.

W Grodzisku stoi jeszcze dom rodzinny Gniedziejków, pierwszy po prawej stronie tuż za kościołem. Ale nikt w nim już nie mieszka.

– Teraz jest też we wsi parafia, a dawniej nie było – opowiada pani Marianna.

To dlatego została ochrzczona w kościele parafialnym Świętych Apostołów Piotra i Pawła w Suchowoli. Tym samym, w którym sakrament chrztu przyjęły później jej wszystkie dzieci. Natomiast kościół parafialny w jej rodzinnym Grodzisku pod wezwaniem Matki Bożej Wspomożenia Wiernych powstał dopiero w 1947 roku. Mieszkańcy zbudowali tę świątynię jako wotum dziękczynne za ocalenie po burzy gradowej, jaka przeszła nad wioską w 1935 roku i zniszczyła pola oraz domy.

– Najpierw powstała kapliczka. Ja sama ją malowałam, a później, po poświęceniu przez księdza, u nas w domu była uczta. Teraz ta kapliczka jest przedsionkiem do kościoła – wspomina pani Marianna.

I dodaje:

– Nie ma zła, żeby na dobre nie wyszło!

Pamięta, że przy tej kapliczce mieszkańcy wsi zbierali się każdej wiosny na nabożeństwa majowe. A kiedy w czasie wojny Rosjanie zabraniali publicznych modlitw po polsku, ludzie gromadzili się na ganku jednego z domów i tam śpiewali Litanię do Matki Bożej, w ten sposób manifestując przywiązanie do wiary i polskości.

Ojciec Marianny – Kazimierz Gniedziejko, jak cały ród, pochodził z Grodziska (zmarł w 1960 roku).

Matka Marianny Gniedziejko – to Marianna z domu Kalinowska (zmarła w 1978 roku). Według przekazów rodzinnych jej wujem stryjecznym był zmarły w 1907 roku Rafał Kalinowski, beatyfikowany w Krakowie przez Jana Pawła II w 1983 roku, a kanonizowany w 1991 roku w Rzymie, zesłaniec syberyjski, później karmelita bosy, patron Sybiraków.

– Pamiętam, kiedy ksiądz Jerzy przyjechał do domu po beatyfikacji Rafała Kalinowskiego w 1983 roku, to już od progu krzyczał radośnie: „Mama, wiecie, że mamy świętego w rodzinie?!” – opowiada pani Marianna.

Jej rodzice mieli siedmioro dzieci. Pierwszych troje zmarło. Jedno miało już nawet trzy latka. Zachorowało na szkarlatynę i nie przeżyło.

– Byłam pierwszym dzieckiem, które zostało przy życiu – wspomina dawne dzieje.

Po niej urodziła się siostra Jadwiga (rocznik 1929; żyje do dziś; z panią Marianną doskonale się rozumieją, łączy je taki sam stosunek do życia, godzinami mogą ze sobą rozmawiać, żartować, wspominać dawne dzieje) i dwóch braci: Antoni i Alfons. Obaj już nie żyją. To właśnie Antoni był ojcem księdza Kazimierza Gniedziejki.

Podlaski ród Gniedziejków jest typowy dla tych doświadczonych przez historię okolic: polski, tradycyjny, przywiązany do wiary katolickiej.

– Wiara była u nas twarda, w serce wbita każdemu, dziadom, pradziadom – opowiada pani Marianna.

Dzieci w domu uczyły się od rodziców pacierza, co niedziela jeździły z nimi furmanką do kościoła w Suchowoli.

– Tylko chory zostawał w domu – wspomina pani Marianna.

Wraz ze swoją matką należała do parafialnego Bractwa Straży Honorowej Najświętszego Serca Pana Jezusa. Brała udział w procesjach na Boże Ciało oraz, zgodnie z podlaską tradycją, na święto Chrystusa Króla. Jako mała dziewczynka znała na pamięć Godzinki, które matka śpiewała w domu podczas gotowania. A także inne pieśni, wśród nich ulubione do dziś: Najsłodszy Jezu albo Matko nas grzesznych. Ojciec natomiast rano śpiewał cały Różaniec.

Mariannę rodzice zabierali też na pielgrzymki do salezjańskiego sanktuarium maryjnego w Różanymstoku. To jej „ulubiona Matka Boża”. Dlaczego ulubiona? Bo najbliższa.

– W czasie odpustu na Wniebowzięcie Matki Bożej wujek kupił mi tam koguta z cukru – wspomina dziecięce wrażenia.

W jej pamięci pozostał kultywowany tradycyjnie obrzęd święcenia pól przed żniwami. Gdy mieszkańcy Grodziska śpiewali Różaniec wokoło pól, a potem szli w procesji przez całą wieś, by na koniec odmówić Litanię do Wszystkich Świętych, stanowiło to chwile wyjątkowe także dla małego dziecka. Religijność była więc dla małej Marianny czymś naturalnym, oczywistym, integralną częścią wychowania, które splatało się z biologicznym cyklem życia wiejskiej społeczności i stanowiło czynnik kształtujący osobowość dorastającej dziewczynki. Rodzice nie przypuszczali pewnie, jak bardzo ta mocna, wyniesiona z domu wiara przyda się później córce w dorosłym życiu, ale byli pewni jednego: że jest to najlepszy posag, jaki mogą jej ofiarować.

Silną osobowością w rodzinie Gniedziejków była matka pani Marianny (babcia księdza Jerzego). Drobna, niewysoka, ciemnowłosa kobieta, która wiedziała, czego chce od życia, i która trzymała w garści cały dom. Taka będzie też Marianna Popiełuszko w przyszłości.

– Babcia Marianna to była kobieta bardzo pobożna, rozmodlona, cieszyła się poważaniem całej rodziny – opowiada wnuk, ksiądz Kazimierz Gniedziejko. – Do końca życia, słaba już, dreptała codziennie do kościoła. A kiedy w Grodzisku budowano kościół i nie było jeszcze plebanii, to właśnie ona przyjmowała i gościła księdza w swoim domu. Także u niej w domu ukrywała się w czasie wojny zakonnica – kapucynka.

Mimo że Marianna Gniedziejko w młodości podczas prac polowych poważnie uszkodziła sobie kręgosłup, przez całe życie dzielnie zajmowała się domem i dziećmi. Musiała sprostać wielu wymaganiom, gdyż jej mąż Kazimierz często chorował.

Schemat silnej żony i matki oraz słabszego i cichego męża powtórzył się po latach w rodzinie jej córki Marianny Popiełuszko. Rodzina, którą założyła, była bardzo podobna do tej, z której wyszła.

Marianna uczęszczała do szkoły w Lewkach, oddalonych dwa kilometry od Grodziska. Nie był to jednak budynek szkolny, dzieci uczyły się w pokoju wynajmowanym w jednym z domów.

Jak mówią w rodzinie, Marianna uczyła się pilnie, nie poszła w pole pomagać rodzicom ani nawet nie zjadła, zanim nie odrobiła lekcji.

– Dlatego pewnie nigdy nie uderzyli mnie w szkole w rękę! – przypuszcza. – Bo w tamtych czasach bito dzieci za karę po rękach.

To w szkole nauczyła się wielu wierszy, które do dziś recytuje z pamięci.

Drogę przemierzała piechotą, niezależnie od pogody, bez względu na deszcz, śnieg, jesienną słotę czy siarczysty mróz.

– Papucie na nogach często miałam przemoczone – opowiada.

I wyjaśnia, że były to buciki ręcznie robione, zazwyczaj szydełkiem, zapinane z boku. Gdy ziemia jest wilgotna, łatwo można w nich przemoczyć nogi.

Mała dziewczynka, nie zawsze odpowiednio ciepło ubrana, już w pierwszej klasie ciężko zachorowała. Okazało się, że ma tyfus. Nie było wiadomo, czy przeżyje. Choć rodzice robili wszystko, co ­mogli, aby dziecko wyleczyć.

– Na zastrzyki dla mnie nawet krowę sprzedali – wspomina dzisiaj pani Marianna.

I dodaje silnym głosem:

– Od tamtej pory już nigdy nie chorowałam!

– Rzeczywiście, babcia nigdy do żadnych lekarzy nie chodziła, a na wszelkie przeziębienia stosowała domowe sposoby: czosnek z mlekiem i miodem z własnej pasieki – opowiada Grażyna Siemion, jedna z wnuczek pani Marianny.

Później hartowało ją życie.

W czasie II wojny światowej tereny wokół Grodziska trafiały na przemian w ręce Niemców i Rosjan. Najpierw rodzinne strony Marianny Popiełuszko zajęli Niemcy. Po 17 września 1939 roku wkroczyli Rosjanie. Pozostali tam niemal przez dwa lata. Zakazano nauki religii. Zmieniono program nauczania w szkołach. Ze Związku Radzieckiego przysłano dyrektorkę szkoły. Przedstawicieli inteligencji wywożono na „białe niedźwiedzie”, a mężczyzn wcielano do armii radzieckiej. W czerwcu 1941 roku Suchowolę zajęli ponownie Niemcy (22 czerwca Hitler zerwał pakt ze Stalinem i zaatakował ZSRR). Jeszcze tego samego roku hitlerowcy zniszczyli w Suchowoli synagogę, zbudowaną w połowie XVIII wieku na wzór bóżnicy w Grodnie. Rozpoczęli także eksterminację ludności żydowskiej, którą wymordowali niemal całkowicie. Zniknęli również mieszkający w pobliżu Tatarzy, którzy przez wieki zajmowali się wyprawianiem skór i wraz z Żydami przyczyniali się do rozwoju rzemiosła, ale też handlu, tym bardziej że miasto leżało przy ważnym szlaku handlowym z Mazowsza na Grodzieńszczyznę. Zniszczenia osady i straty ludności w czasie II wojny światowej były tak wielkie, że po wojnie Suchowola straciła prawa miejskie (odzyskała je w 1996 roku). Ocalał jedynie zabytkowy kościół katolicki Świętych Apostołów Piotra i Pawła, który pod koniec wojny cofający się Niemcy podminowali i 28 lipca 1944 roku wyburzyli jego front wraz z dwiema wieżami.

W tym okresie Marianna Popiełuszko dorastała.Panna na wydaniu

Była śliczną, młodą i zgrabną dziewczyną, kiedy poznała wysokiego, przystojnego kawalera, starszego od niej o dziesięć lat Władysława Popiełuszkę. To on był miłością jej życia. Jedyną. Przyjechał do Grodziska na popularne w tamtych czasach swaty. Miał konkurować z dwoma innymi kawalerami.

– Zanim się z nim spotkałam, poszłam do kapliczki pomodlić się, prosiłam, żeby Matka Boża tak pokierowała, żebym wyszła za tego, za którego mam wyjść – opowiada.

Swój los zawierzyła Bogu – przez kobietę, Maryję. Ona stanowiła dla niej wzór poddania swego życia woli Bożej.

Władysław Popiełuszko, rocznik 1910, zjawił się na owe swaty jako pierwszy z kandydatów na męża. A i panna była mu łaskawa.

– Czułam, że to jest ten właściwy, i za niego wyszłam.

Pobrali się jeszcze w czasie wojny, 25 lipca 1942 roku. Ślub wzięli w swoim wspólnym kościele parafialnym w Suchowoli. Wesele odbyło się w Grodzisku, tradycyjnie w domu panny młodej. Zgodnie ze zwyczajem, do białego rana hucznie bawili się goście weselni.

Zeznania w procesie beatyfikacyjnym:

Jestem mężatką. Moim mężem jest Władysław Popiełuszko. Oboje jesteśmy wyznania rzymskokatolickiego i praktykujący... Jaki był – kochałam, jaki jest – kocham i jaki będzie – będę kochać, bo tak przysięgę złożyłam. I dobrze było.

– Jak złożyłam przysięgę, to wiedziałam, że już tak musi być. Że nawet jak będzie ciężko, to będę kochać męża, jaki będzie. Bo małżeństwo to zawsze jest ciężar. To jest największy krzyż. Ale kto pójdzie swoją drogą, za swoim powołaniem, ten wytrwa. Ciężko każdemu, kto nie pójdzie swoją drogą.

Małżeństwo potraktowała poważnie, jako sprawę na całe życie.

Po ślubie i weselu Marianna sprowadziła się do domu męża, w którym mieszkali jego rodzice, brat i ciotka – tercjarka. Jest to wciąż ten sam dom w Okopach, w którym i dziś mieszka matka księdza Jerzego.

Od dnia ślubu musiała się zmierzyć z ciężką pracą. Jej teściowa chodziła o kulach i nie mogła pracować w polu, a rąk do pracy brakowało.

– Nigdy bezrobotna nie byłam. Zawsze umiałam znaleźć sobie zajęcie. Kto chce pracować, ten zawsze znajdzie pracę. Dziś to każdy chce dużo zarobić, a mało robić. A to inaczej trzeba.

Zresztą oboje młodzi Popiełuszkowie ciężko pracowali. Musieli jakoś przetrwać trudny okres powojenny i czasy stalinowskie. Tak jak wszystkim Polakom dawał im się we znaki proces „utrwalania władzy ludowej”. Nie cierpieli może biedy, ale „kontyngent”, czyli określona przez władze część płodów rolnych, którą każdy rolnik musiał przekazać po wojnie państwu, wyniszczał wieś i sprawiał, że potrzeby życiowe należało ograniczyć do minimum.

Nie narzekali. Praca na roli, gospodarstwo – to był ich los, ich wybór. Swoją wieś po prostu kochali.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij