-
nowość
-
promocja
Matki - ebook
Matki - ebook
Inspektor Elena Blanco rusza tropem makabrycznych morderstw w kolejnym tomie serii kryminałów dla czytelników o mocnych nerwach.
Na madryckim parkingu dla odholowanych samochodów stoi furgonetka, z której rozchodzi się obezwładniający odór padliny. Wezwana na miejsce inspektor Elena Blanco odkrywa w środku zwłoki brutalnie zamordowanego mężczyzny. Z rozpłatanego aż po kość łonową brzucha usunięto kilka organów wewnętrznych, a na ich miejsce włożono… płód. Sekcja zwłok ujawnia, że ofiara była nie tylko narkomanem, ale też ojcem tego dziecka.
Kilka dni później w strefie portowej w A Coruñi zostają odnalezione zwłoki doradcy podatkowego, którego zamordowano w ten sam sposób. Co łączy ofiary? I co stało się z matkami tych dzieci?
Specjalna Brygada Śledcza rozpoczyna nowe, niepokojące dochodzenie. Wszystkie poszlaki prowadzą do tajemniczej organizacji, a próby odkrycia jej sekretów oznaczają śmierć.
| Kategoria: | Sensacja |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68542-50-9 |
FRAGMENT KSIĄŻKI
_– Znaleźli je…_
_Nawet nie przyszło jej do głowy zapytać, czy żyją._
_– Na wzgórzu Cristo Negro. Martwe i wypatroszone…_
_Las Lomas de Poleo, w Lote Bravo, wzgórze Cristo Negro, puste tereny zmienione w cmentarze._
_Zaledwie trzy lata wcześniej Violeta przeprowadziła się do mieszkania na Osiedlu Parajes del Sur, a w walizce przywiozła ze sobą do Ciudad Juárez marzenie o przekroczeniu granicy. Zostawiała za sobą burzliwą przeszłość i narzeczonego przestępcę, który wciągnął ją w kradzieże kieszonkowe w kawiarnianych ogródkach i na targach, we włamania do rozwalających się domków w Ecatepec i podprowadzanie samochodów z pomocą byle kawałka drutu, który mógł posłużyć jako wytrych. Nie nadawała się do takiego życia. W wieku dwudziestu jeden lat, chuda, z blond włosami, o jasnej cerze i miodowych oczach, dzięki którym mężczyźni obsypywali ją komplementami, czuła, że zasługuje na coś lepszego._
_Jednak jej wygląd idealnie wpasowuje się w profil typowej ofiary. Takich jak ona są dziesiątki na manifestacji zorganizowanej przez grupę Głosy bez Echa, która domaga się, żeby policja federalna położyła kres zabójstwom, chociaż ona większe niż w policji nadzieje pokłada w szczęściu, które uchroniło ją przed pójściem do centrum handlowego z koleżankami._
_– Nie wiem, co za potwór im to zrobił – słyszy kilka kroków dalej. – Nawet serca im wyrwał._
_– Mój chłopak czytał, że jednej otworzyli głowę i wyjęli mózg._
_Violeta woli darować sobie szczegóły. Nie chce wspominać swoich przyjaciółek tak, jak opisano je w niektórych notkach prasowych. Po manifestacji usprawiedliwia się przed koleżankami z fabryki, które postanowiły się czegoś napić w Alei Vicente Guerrero. Siada na ławce w parku naprzeciw Katedry Najświętszej Panienki z Guadalupe i stara się skupić myśli na kursie informatycznym, na życiu, jakie czeka ją w Stanach Zjednoczonych w jakimś sprzyjającym momencie. On siada obok niej i się uśmiecha._
_– Masz smętną minę._
_Mężczyzna żartuje, że taka ładna buzia nigdy nie powinna być smutna, i nie wiadomo kiedy rozmowa zaczyna sprawiać Violecie przyjemność. Przed nim już się otwiera, opowiada mu o koleżankach, których zwłoki znaleziono na wzgórzu Cristo Negro, o przygnębieniu infekującym ją niczym wirus, kiedy wyobraża sobie, ile musiały wycierpieć._
_– Nie mogę zaradzić temu, co już się stało, ale obiecuję zadbać o to, żebyś przez kilka godzin o tym nie myślała._
_Ma na imię Néstor. Dobiega trzydziestki, jest przystojny, kulturalny, uśmiecha się serdecznie. Spacerują aleją, zachodzą do restauracji na szybką kolację, on stawia, potem odprowadza ją do domu i żegna się w bramie, ale później znów się spotykają i wtedy Violeta się orientuje, że Néstor jest przy kasie. Widać to po jego ubraniach, zawsze markowych, po banknotach, których nigdy mu nie brak w kieszeni, po pick-upie Ford Ranger Roush, który nie należy do tych największych, ale i tak przepełnia zazdrością wszystkie dziewczyny widzące, jak Violeta do niego wsiada._
_Niektóre koleżanki z fabryki ostrzegają, że to może być_ padrote_, jak nazywają mężczyzn, którzy rozkochują w sobie ładne dziewczyny – jej ciało i te oczy znów wydają się raczej problemem niż darem losu – żeby potem przekazać je narkotykowym bossom. Néstor nie jest taki, mówi sobie Violeta, na pewno nie jest_ padrote_; po prostu raz jeszcze poszczęściło jej się bardziej niż koleżankom i zainteresował się nią dobry i przystojny mężczyzna. Jest bardzo miły, obiecał, że jej pomoże, jeśli rzuci fabrykę i zajmie się wyłącznie kursem informatycznym, poprawiając w ten sposób swoją sytuację, nawet zaproponował, że mogliby pojechać na kilka dni do Acapulco… Violeta wyobraża sobie, że zamieszkają w hotelu nad morzem, będą jeść w dobrych restauracjach i spacerować objęci. Nie chce słuchać przestróg innych osób. Ma szczęście po swojej stronie._
_– Ładnie wyglądam?_
_– Ty zawsze ładnie wyglądasz, maleńka._
_Néstor prowadzi Forda Rangera Drogą Panamerykańską. Violeta jest zestresowana. Zjedzą kolację i przenocują na Ranchu Santa Casilda, w posiadłości Albertita Céspedesa, „ojca chrzestnego” Néstora, jak go nazywa. Jego szefa. Będą tam ważne osoby, może jakiś aktor, zespoły muzyczne, które umilą spotkanie. To będzie jedna z takich imprez, jakie Violeta widziała dotychczas jedynie na zdjęciach w czasopismach._
_– Nigdy mi nie mówiłeś, czym się zajmują._
_– Szef pomaga ludziom w spełnianiu marzeń. Nawet najpotężniejsze osoby w tym kraju potrzebują, żeby don Albertito ułatwił im zdobycie pewnych rzeczy, bo w tym życiu nie wszystko możesz mieć za pieniądze. Lubi mnie, traktuje jak syna i chce cię poznać. Ty tylko się uśmiechaj i mi zaufaj._
Rancho Santa Casilda jest ogromne. Niektórzy goście przylecieli helikopterem lub prywatnymi awionetkami. W łazience Violeta usłyszała, jak jakieś kobiety mówiły, że pewnie w imprezie weźmie udział Ismael „El Mayo” Zambada, lider kartelu w Sinaloa po zatrzymaniu Chapo Guzmána, a także, że będą członkowie rodziny Treviño z Zetas¹…
_Violeta nie wie za wiele o narkobiznesie, przeraża ją, że Néstor ma kontakty w tym środowisku, ale zarazem zdaje się jej, że rozpoznała w tłumie ministra zdrowia, więc może kobiety w łazience zanadto popuściły wodze fantazji._
_Don Albertito miesza się z przybyłymi, serdeczny i uśmiechnięty. Ma zaledwie metr sześćdziesiąt wzrostu, ale mimo niskiej postury jego postać najwyraźniej wzbudza respekt. Postawni mężczyźni zdają się nieśmiałymi uczniakami zebranymi wokół mistrza, kiedy przechadza się pośród gości. Don Albertito to Kubańczyk, który osiadł w Meksyku jakieś dziesięć lat temu, jak wyjaśnił jej Néstor. Ma na sobie biały garnitur, który podkreśla kontrast z jego śniadą cerą, a na szyi kilka naszyjników z białych i czerwonych koralików. Violeta odnosi wrażenie, że te wisiorki wywierają na zebranych wrażenie niczym diamenty._
_Kiedy ponownie spotyka Néstora, chce go zapytać o naszyjniki don Albertita, ale zespół muzyczny właśnie zaczyna grać_ rancheras²_, więc pozwala ukochanemu poprowadzić się na_ lienzo charro_ – plac przypominający arenę do walki byków – i zapomina o pytaniu. Objeżdżają arenę wokół. Néstor jest dobrym jeźdźcem i wiezie ją za sobą na zadzie pięknej czarnej klaczy. Czuje, że podziwiają ją wszystkie kobiety, niektóre pewnie nawet jej zazdroszczą, kiedy zbliża się don Albertito, by przywitać swojego chrześniaka._
_– Jaka ładna blondyneczka, Néstor… Miałem już ochotę cię poznać. Mam dla ciebie naszyjnik_ eleke_, nie myśl, że o tobie zapomniałem._
_Spojrzenie don Albertita zdaje się przenikać Violetę na wylot, dostrzegając rzeczy, których nikt inny nie widzi. Néstor odchodzi ze swoim patronem, rozmawiają. Tymczasem zapada zmrok i większość gości opuszcza zabawę. Tylko nieliczni wybrani mogą przenocować w Santa Casilda._
_– Co to jest_ eleke_? – pyta Violeta, kiedy jej ukochany powraca._
_Tłum, który wcześniej kłębił się na ranchu, stopniał do jakichś dwudziestu osób – podopiecznych, jak wyjaśnia jej Néstor. Zostali też minister zdrowia i grupa, w której jest „El Mayo” Zambada._
_– Wkrótce się dowiesz. Don Albertito powiedział, że dzisiejszej nocy cię naznaczy._
_Wyciąga rękę i pokazuje miejsce między kciukiem a palcem wskazującym; delikatne blizny układają się w kształt przypominający dwie strzały i krzyż. Violeta już wcześniej zwróciła na nie uwagę, ale nigdy nie odważyła się zapytać, co oznaczają._
_– Masz miesiączkę? – Jakaś brunetka, prawie metr osiemdziesiąt wzrostu, podchodzi do nich._
_Violeta jest zaskoczona jej pytaniem._
_– Nie możesz wejść do domku podczas okresu._
_Violeta kręci głową i trzymając Néstora pod ramię, idzie do niewielkiego budynku na uboczu, gdzie już wchodzą inni goście._
_– Néstor, co będziemy robić w środku?_
_– Don Albertito to_ babalawo³. Mówiłem ci, że on ma dostęp do rzeczy nieosiągalnych za pieniądze. Rozmawia z Orunmilą i widzi przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Nikt nie może dać ci większej ochrony niż on, dlatego wszyscy do niego przychodzą. Żeby chroniły ich orisza⁴. Tobą również będą się opiekować, kiedy cię naznaczy.
_Violeta przekracza próg domku._ Eleke_,_ babalawo_, naznaczenie, Orunmilá, orisza… To dla niej nowe słowa, nie potrafi przeniknąć ich znaczenia, ale wydaje się, że wszystkie wiążą się z santerią. Wierzenia te przyszły z Kuby, Haiti i Brazylii, wie, że religia ludu Joruba zmieszała się z chrześcijaństwem i meksykańskim kultem Świętej Śmierci. Słyszała o mocy szamanów, o rytuałach, które zapewniają przychylność bóstw tego wywodzącego się z Afryki panteonu – orisza. Teraz rozumie szacunek, jakim się cieszy u wszystkich don Albertito: los tych, którzy zamknęli się w małym domku rozjaśnionym jedynie blaskiem świec, spoczywa w jego rękach._
_Bębny wybijają szybki, pierwotny rytm. Na środku zardzewiały miedziany kocioł bulgocze niczym aktywny wulkan. Gotują się w nim zapewne aromatyczne zioła, których woń przesyca powietrze, choć pod spodem Violeta wyczuwa jakiś inny zapach, słodkawy i odstręczający, który przypomina jej dni świniobicia w rodzinnym domu, kiedy ojciec zarzynał wieprza._
_Pojawienie się don Albertita, spowitego dymem i parą z kotła, ma w sobie coś z magicznej materializacji. Teraz ubrany jest jedynie w białe spodnie od garnituru, a jego nagą pierś zdobią naszyjniki. Z rozkoszą zaciąga się cygarem, po czym wyrzuca z siebie dym. U jego boku stoi kobieta, która wcześniej zapytała Violetę o miesiączkę. To_ yubona_, wyjaśnia Néstor, matka chrzestna wybranych, którzy uzyskają opiekę oriszy._
_– _Moyugba Olodumare Logué Ikú embelece…
_Modlitwa, którą ochrypłym głosem zmawia don Albertito, miesza się z synkopą bębnów. Dym świec i para z kociołka zagęszczają atmosferę. Violeta czuje się coraz gorzej, niemal chora. Néstor chyba zauważył jej słabość, bo mocno przytrzymuje ją za ramię._
_– Zamknij oczy i oddychaj głęboko. – Jego rada nie brzmi czule, przeciwnie, po raz pierwszy Violeta wyczuwa w jego głosie cień strachu, który jest niemal groźbą. – W garnku są_ eleke _i dwadzieścia jeden ziół. To ochronne naszyjniki, gotują się od tygodnia._
Yubona _wyciąga naszyjniki kijem i ostrożnie układa na macie. Don Albertito dalej się modli w języku, którego Violeta nie rozumie, ale którego dźwięczność, połączona z odwiecznym rytmem bębnów, każe jej myśleć o czymś pierwotnym, pradawnym, czymś, co przemierzało czas od zarania świata. Teraz don Albertito przywołuje Iyami Oshorongę. Mówi o krwi, o równowadze, jaką bóstwo utrzymuje między dniem a nocą, życiem i śmiercią._
_Mężczyzna koło siedemdziesiątki klęka przed matą i wyciąga prawą rękę. Szpicem maczety don Albertito kreśli coś między jego palcami. Krew skapuje na jeden z naszyjników, który szaman natychmiast zawiesza na szyi przechodzącego inicjację. Został naznaczony. Violeta wie, że jej zrobi to samo, by przyjąć ją do grona swoich podopiecznych, żeby – jak mówi don Albertito, kontynuując rytuał – Iyami Oshoronga napełniła ją mocą._
_Dźwięk bębnów nie ustaje. Violeta ma wrażenie, że lewituje w zadymionym pomieszczeniu. Czyżby podano jej jakiś środek halucynogenny podczas imprezy? Cienie, które blask świec rysuje na ścianach, przypominają jej gigantyczne stwory. Wydaje się jej, że zobaczyła ogromną kobietę z ptasimi skrzydłami na ścianie za kotłem._
_Asystująca w rytuale_ yubona _przynosi drugi garnek. Wyławia coś z niego z pomocą kija. To galaretowata biaława masa, którą don Albertito bierze w dłonie i zbliża do klęczącego przed nim mężczyzny._
_– Ty będziesz następna – szepcze Néstor._
_Mężczyzna bierze ofiarę i bez wahania wbija w nią zęby. Odgryzienie kawałka tej dziwnej masy, którą teraz Violeta widzi lepiej, nie przychodzi mu łatwo. Kręte bruzdy, wybrzuszenia, podobieństwo do orzecha włoskiego, choć w znacznie większym rozmiarze, uświadamiają jej, że ma przed sobą mózg._
_Cofa się o krok, kręci jej się w głowie._ Yubona _wyciąga kolejne ofiary z drugiego gara: dwa serca, jakiś różowawy organ, który mógłby być wątrobą. Mężczyzna, który odgryzł kawałek mózgu, z trudem przeżuwa kęs, aż w końcu udaje mu się go przełknąć._
_– Nie ruszaj się._
_Odgłos bębnów i modlitwy don Albertita zagłuszają słowa Néstora._
– Ana ibá, ibá mi ibá eyé, ibá mi cachecho…
_Jak gdyby toczyły się pędem po zboczu góry, napływają do niej obrazy jej koleżanek spacerujących po korytarzach Galerii Las Misiones. Ich wypatroszone ciała na wzgórzu Cristo Negro. „Otworzyli jej głowę, zabrali mózg”._ Yubona _wpatruje się w Violetę. Don Albertito również. Zostanie naznaczona. Organy koleżanek zapewnią jej protekcję Iyami Oshorongi. Moc matki. Jednak czuje mdłości, a próbując je powstrzymać, potyka się i upada na ziemię. Chce wyjść na zewnątrz. Chce zniknąć, lecz bębny nie milkną._
_Dłoń Néstora wbija się w jej nadgarstek niczym szpon i jednym szarpnięciem stawia ją na nogi. Violeta zamiera, zlewa się zimnym potem._
_– To one?_
_– Są ofiarą. Nie chcesz być pod opieką Iyami Oshorongi?_
_Violeta wybucha płaczem. Wszyscy obecni zmieniają się w cienie, które otaczają ją niczym wygłodniałe bestie. Bębny bez ustanku wybijają rytm. Zanim zemdleje, ma wrażenie, że znów widzi kobietę o ptasich skrzydłach unoszącą się nad wszystkimi obecnymi._
_– Znajdę cię…_
_To musi być głos Iyami Oshorongi, myśli._
_Ford Ranger pruje całym gazem szosą, której Violeta nie rozpoznaje, gdy uchyla powieki i spogląda przez okno. Wciąż jeszcze jest noc._
_– Obudziłaś się?_
_Violeta siada. Jej sukienka jest brudna, na pewno poplamiła ją, gdy zwymiotowała. Chce wiedzieć, co się stało, jak się wydostała z Rancha Santa Casilda, poszukać pociechy w ramionach Néstora, ale szybko dociera do niej, że jej chłopak już nie jest tym człowiekiem, którego znała._
_– Pieprzona suka. Wprowadzam cię do domu don Albertita, daję ci szansę na zostanie jego podopieczną, a ty co?_
_Po policzkach płyną jej łzy, które palą._
_– To były one. Te, które znaleźli na wzgórzu Cristo Negro…_
_Néstor nie daje jej dokończyć. Wymierza dziewczynie policzek, od którego krwawi jej warga._
_– Wypuść mnie. Zatrzymaj się! Chcę wysiąść!_
_Nie wróci na Osiedle Parajes del Sur ani nie wyjedzie do Stanów, nie ukończy swojego kursu komputerowego… Néstor jedzie na lotnisko._
_– „Ta mała musi umrzeć. Widziała ofiarę dla Iyami Oshorongi i… będzie sypać. Pójdzie na policję, a na to nie możemy pozwolić”. Tak mi powiedział don Albertito, ale ja cię kocham, wiesz? I myślałem, że dobrze nam się ułoży, że staniesz na wysokości zadania, ale… Znalazłem sposób, żebyś zniknęła, powinnaś być mi za to wdzięczna do śmierci, bo inny wziąłby cię na wzgórze Cristo Negro…_
_Trzy godziny później, bez bagażu, w sukience poplamionej wymiocinami i ze stu dolarami, które Néstor włożył jej do kieszeni, Violeta leci do Madrytu. Tam, na Lotnisku Adolfa Suáreza, będą na nią czekać wspólnicy Néstora, którzy dadzą jej pracę kelnerki i fałszywy paszport, żeby mogła zostać w Hiszpanii. Nie musi się o nic martwić, oni ją rozpoznają i podejdą do niej w holu._
_– W tym momencie ratuję ci życie, mała._
_Néstor całuje ją na pożegnanie, czule, jak dawniej. Nie wspomina, że odrzucenie_ eleke _oznacza wyrok. Że mściwy cień Iyami Oshorongi będzie ją ścigał do końca jej dni. Że teraz ratuje ją przed egzekucją, lecz być może, gdyby pozwolono jej wybrać, wolałaby szybki strzał między oczy._
_„Gdzie podziało się moje szczęście?”, zastanawia się Violeta, w czasie gdy samolot leci nad Atlantykiem._Rozdział 1
Siedzi przed nią Mała. Wzięła żółtą kredkę i przytrzymuje kartkę, gniotąc róg lewą ręką. Kreśli po papierze bardzo topornymi ruchami, znacząc nerwowe przekątne, które nachodzą na siebie. Rysuje jakby w lekkim transie, niczym medium prowadzone przez ducha. Elena Blanco wie, że nie powinna jej przerywać. Od kiedy zaczęła odwiedzać dziewczynkę w domu dziecka jakieś sześć miesięcy temu, bardzo rzadko widziała ją skoncentrowaną na jakimś zajęciu. Niemal zawsze zastaje ją, gdy śpi na łóżku, leży w pozycji płodowej w świetlicy na podłodze albo siedzi na krześle z pustym wzrokiem wbitym w ścianę, niezdolna zareagować na obecność innych.
Ten widok jest niezwykły i oznacza poprawę, która choć bardzo powoli, ale jednak następuje. Ptaki siadają na drzewach w ogrodzie, a ona nie próbuje ich zwabić i zjeść jak jakiś dziki kot, którym była, gdy ją tu umieszczono. Zaczęła trawić gotowane jedzenie i nie wyrywa się, kiedy opiekunki muszą jej dotknąć. Już ich nie gryzie, ani ich, ani innych dzieci w domu dziecka. Elena chętnie nauczyłaby ją dawać buzi, by okazać czułość, ale dziewczynka wciąż źle reaguje na kontakt fizyczny, nie można jej nawet pogłaskać. Wyjątek robi tylko dla swojej kotki, wiecznie zwiniętej w kłębek na jej kolanach. Przyjazne spojrzenie, zabłąkany uśmiech to jedyne oznaki sympatii, jakie pani inspektor uzyskała do tej pory. Mimo to Mała, Mihaela – woli nazywać ją jej prawdziwym imieniem, a nie tak, jak zwracano się do niej w gospodarstwie – spędza większość czasu pogrążona we własnym świecie, co przeraża Elenę, ponieważ jej świat był piekłem.
„Dom grozy w Santa Leonor”, jak ochrzciła go prasa. Antón, tamci chorzy ludzie, którzy traktowali ją jak zwierzątko… Przemoc i okrucieństwo stanowiły jej codzienność.
Światło październikowego poranka rozjaśnia jej twarz, ukazując niedoskonałości: włosek na szczęce, jakiś pryszcz, jakieś źle zagojone skaleczenie z okresu, gdy waliła głową w łóżko na początku pobytu tutaj. Ale to piękna twarz. Elena przygląda się jej z rozczuleniem. Kartka jest cała poznaczona żółtymi kreskami. Zaraz będzie potrzebowała następnej, ale nie da jej papieru, dopóki o to nie poprosi. Elena odnosi wrażenie, że dziewczynka trzyma kredkę tak samo jak jej syn, równie niezręcznie. Chociaż ma prawie dziewięć lat, wydaje się młodsza, można by sądzić, że to pięciolatka. Tyle lat miał Lukas, gdy został porwany.
Ilekroć wspomina imię syna, u jej stóp otwiera się studnia bez dna, przepaścista czarna otchłań, która może ją wchłonąć. Skończyła pięćdziesiąt jeden lat i może to dlatego, może to z powodu wieku górę bierze znużenie ciągłą walką o utrzymanie się na powierzchni, jednak czuje, że nie ma już tylu sił co dawniej, że rośnie w niej pokusa, by przestać się opierać i wpaść do tej studni.
Mihaela podnosi wzrok na Elenę. Czy w ten sposób prosi o kolejną kartkę papieru, żeby móc dalej rysować? Elena podsuwa jej następny arkusz, tak jak jej powiedziano – łagodnym ruchem, by jej nie przestraszyć. Wtedy dziewczynka reaguje w niespodziewany sposób – opiera policzek na dłoni, która już wypuszczała kartkę, i zastyga w tej pozie, jakby chciała użyć jej ręki jako poduszki. Inspektor powstrzymuje odruch, żeby pogłaskać ją po głowie. Dzika dziewczynka śpi na jej dłoni – to coś nowego. Pustka i niemoc, które często dręczą Elenę, znikają niczym chmura rozwiana przez wiatr, ilekroć dostrzega jeden z tych malutkich postępów Mihaeli.
Gdyby mieszkały razem, postępy dziewczynki mogłyby być szybsze, powiedziała jej psycholożka z ośrodka. „Zdajesz sobie sprawę z odpowiedzialności, jaką na siebie bierzesz?” – słyszy to samo ostrzeżenie za każdym razem, gdy wypełnia któryś z dokumentów koniecznych do przejęcia opieki nad Mihaelą, a jeśli wszystko pójdzie dobrze, wszczęcia procesu adopcyjnego. Jak wyjaśnić, że ona może dać dziewczynce równie wiele jak dziewczynka jej? Są dwoma potłuczonymi naczyniami z porcelany, które mogą się wzajemnie uzupełniać. Urazy Mihaeli widać na pierwszy rzut oka, do tego stopnia, że uważają ją za przypadek beznadziejny. Koszmar, który przeżyła, uniemożliwia jej rozwój społeczny i emocjonalny. To straszliwa diagnoza, bez cienia nadziei, opinia, która mogłaby wystraszyć każdego chętnego do zaopiekowania się dziewczynką. Lecz nie Elenę. Ona lepiej niż ktokolwiek inny rozumie cierpienie Mihaeli. Może właśnie to przekonanie, to przeczucie kiełkujące w żołądku w miarę upływu miesięcy przeistoczyło się najpierw w możliwy do wykonania projekt, a potem w coś w rodzaju nakazu. Ta obietnica wspólnej przyszłości łączy je niczym srebrny most od dnia, gdy w słodki i niepojęty sposób podjęła decyzję.
Jednak proces tworzenia rodziny zastępczej trwa długo. Poza ostrzeżeniami specjalistów musi też zmagać się z biurokracją. Byłoby łatwiej, gdyby Zárate dotrzymał jej towarzystwa w tej przygodzie, ale on nie chce słyszeć o Mihaeli. Nigdy nie przyszedł jej odwiedzić. Z początku próbował niezręcznie wytłumaczyć swoją nieobecność, potem zaniechał i tego. Gdy Elena o niej mówi, Zárate kryje się w gęstym, wrogim milczeniu. Wie, że Mała przypomina mu o wszystkim, czego nie zdołał zrobić dla Cheski, rozumie, że to bolesne. Dla niej także, ale jakie mają prawo winić o cokolwiek Mihaelę? Czyż nie była kolejną ofiarą? Musi być coś jeszcze, Elena jest tego pewna. Jakaś głębsza rana w Záratem, której nie chce obnażyć, a która oddala go nie tylko od dziewczynki, ale również od niej.
Trzy lub cztery razy w tygodniu Zárate nocuje u niej przy plaza Mayor. Jedzą kolację, słuchają muzyki, śpią razem. Z każdym dniem milczenie zajmuje coraz większą przestrzeń między nimi. Zbyt wiele zakazanych tematów, zbyt wiele grząskich terenów, na które nie powinni się zapuszczać. Nie dochodzi między nimi do dramatycznych scen z latającymi przez salon przedmiotami czy słowami nie na miejscu. Ich rozmijanie się przyjmuje zwykle postać skrywaną, wyraża się w uciekaniu wzrokiem.
Nie opowiedziała mu nic o Grigorem Nicolescu, biologicznym ojcu Mihaeli. Udało im się go znaleźć i przyjechał do Madrytu kilka tygodni po umieszczeniu dziewczynki w domu dziecka. Jego początkowa gotowość do zajęcia się córką przygasła, kiedy spędził kilka godzin z istotą, która wciąż jeszcze bardziej przypominała zwierzę niż człowieka. Opinie psychologiczne ostrzegły go o tym, jak trudne będzie życie z nią i że powinna spędzić pewien czas w ośrodku, gdzie znajdzie się pod obserwacją. Grigore skorzystał z pretekstu, który mu podsunęli, i wsiadł w autobus powrotny do Rumunii, obiecując, że będzie śledził rozwój wypadków. Elena przypuszczała, że ojciec nigdy więcej nie pojawi się w życiu Mihaeli, że nigdy nie dojdą do skutku te obiecane telefony, ale kilka miesięcy później Alicia, opiekunka socjalna, powiedziała jej, że skontaktował się z domem dziecka, żeby zapytać o stan córki.
– Naprawdę myślisz, że po nią przyjedzie?
Alicia podzielała wątpliwości Eleny. Kto chciałby poświęcić życie na opiekę nad tak trudnym dzieckiem?
Teraz Elena ma przed sobą Małą, która ociera się policzkiem o grzbiet jej dłoni. Tylko ona może ją uratować.
Wychodzi z domu dziecka, jest zimno. Październik przyniósł ze sobą lodowaty wiatr i Elena musi otulić się płaszczem, zanim wsiądzie do Łady. Uruchamia klimę, żeby się trochę rozgrzać, i włącza radio. Wiadomości zawsze wydają się jej podobne do siebie, zresztą ma wrażenie, że w swoim życiu też kręci się w kółko niczym chomik w kołowrotku, odkładając to, co wydaje się nieuniknione, by w końcu pójść do przodu. Praca w BAC⁵, jej związek z Záratem, pełne duchów mieszkanie przy plaza Mayor.
Komórka dzwoni uporczywie. Na ekranie widzi nazwisko Buendíi i zdjęcie patologa BAC, uśmiechniętego, z rumianą twarzą – zrobiła mu je pewnej nocy, gdy świętowali zakończenie sprawy w barze przy ulicy Barquillo.
Kiedy Buendía wyjawia jej pierwsze szczegóły, Elena czuje, że coś wreszcie wytrąca ją z kręcenia się w kółko, coś w końcu wypycha ją z kołowrotka.Rozdział 2
Zanim biznes narkotykowy przeniósł się do Cañada Real, główny ośrodek handlu detalicznego w Madrycie znajdował się w Las Barranquillas, w Villa de Vallecas, obok miejskiego parkingu samochodów odholowanych Grua Municipal Mediodía II. W czasach niechlubnej świetności Las Barranquillas dojazd do depozytu znany był jako szosa strachu – trzysta metrów przez osiedle, podczas których kierowcy modlili się, żeby samochód im się nie zepsuł i żeby jak najszybciej zostawić za sobą ponad pięć tysięcy narkomanów kręcących się w pobliżu. Dziś to już przeszłość, dawne osiedle baraków zostało zburzone i zaczęto prace przy budowie nowej dzielnicy, która będzie się nazywała Valdecarros. Powstanie tu ponad pięćdziesiąt tysięcy mieszkań z garażami, korty do padla i baseny – szansa dla mieszkańców, którzy już się nie mieszczą w Madrycie. Kiedyś w końcu zabiorą stąd także Base de Mediodía II, gdzie stoi ponad siedem tysięcy pojazdów, niektóre od ponad dwóch dekad – podobno w jednym z samochodów wyrosło drzewo – żeby wybudować jeszcze więcej domów, basenów i kortów do padla.
Zárate widzi białego mastifa, właśnie zanurza język w pudełku z wodą, które Romero, strażnik dyżurujący w Mediodíi II, postawił mu przy wejściu do biura depozytu. Pies chlapie wokół, chłepcząc głośno, jakby właśnie przemierzył pustynię.
– Pierwszy się zorientował. Rzucił się do tyłu furgonetki i zaczął szczekać jak nawiedzony. Cásper nie należy do psów, które szczekają bez powodu. Przestraszył mnie.
– A właściciel? Co powiedział, gdy otworzył pakę Citröena?
Z miejsca, w którym się znajduje, Zárate może zobaczyć karetkę, gdzie udzielają pomocy Silveriowi Tenazasowi o twarzy szarej jak popiół. Pierwsi funkcjonariusze, którzy dotarli do parkingu, powiedzieli mu, że mężczyzna cały czas wymiotował, aż zemdlał, dlatego zawiadomili ratowników medycznych.
– Prawdę mówiąc, nawet jeżeli coś powiedział, nie usłyszałem tego. – Strażnik wciąż zerka na rozległy teren depozytu, po którym teraz jeżdżą radiowozy i furgonetki policji kryminalnej, prawdziwa inwazja obcych na jego terenie.
– Od jak dawna stała tu ta furgonetka?
– Dwanaście dni. Dałem już pańskiemu koledze rejestr. Przywieźli ją z nieużytku koło Cañada Real. Nie pierwszy raz mamy porzucone auto z tamtej okolicy. Tej przynajmniej nie spalili. Zwykle tak robią z kradzionymi autami, jeśli użyli ich do jakiegoś napadu. Ale przysięgam panu, że kiedy ją tu odstawili, nie capiła tak jak teraz. Zauważyłbym. Ja albo Cásper.
Czerwona Łada Eleny mija punkt kontrolny, który postawili przy wjeździe na teren depozytu.
– Nie wysiadaj.
Zárate zajmuje miejsce obok niej i pokazuje jej drogę, którą powinna pojechać. Po obu stronach zostawiają za sobą auta osobowe, zdezolowane przyczepy campingowe, ciężarówki i autobusy, często jeszcze z hasłami reklamowymi na bokach. MADRID BUS VISIÓN – można przeczytać na jednym z odkrytym piętrem, którego zapewne używano do obwożenia turystów.
– Silverio Tenazas, zamieszkały w Sauquillo de Cabezas w prowincji Segovia. Zgłosił kradzież furgonetki siedemnaście dni temu. Model C15 w kolorze białym, obecnie już nieprodukowany, można by wręcz uznać, że wyświadczyli mu przysługę taką kradzieżą. Dźwig zabrał ją pięć dni później z nieużytku w pobliżu Cañada Real i przywieźli ją tutaj. Dziś rano Silverio przyjechał z domu, żeby ją odzyskać, ale… cóż… Buendía już ci chyba wszystko zrelacjonował, prawda? Nie spodziewał się tego, co zastał w środku.
Furgonetka Tedaxu⁶ mija się po drodze z Ładą Eleny, która obserwuje w lusterku wstecznym, jak się oddalają.
– Na początku myśleli, że w środku mogą być ładunki wybuchowe, ale po pierwszych oględzinach odrzucili to podejrzenie. Szef zespołu zna Buendíę i… wpadł na pomysł, żeby do niego zadzwonić.
Elena zatrzymuje auto obok samochodu wydziału kryminalnego. Otaczające skład ogrodzenie zwieńczone drutem uwolniło ich od konieczności rozstawiania namiotu wokół Citroëna. Tylne drzwi furgonetki są otwarte na oścież, przywodzą na myśl ogromne usta. Technicy i fotograf kręcą się przed wejściem niczym pszczoły na plastrze miodu. Do Eleny szybko podchodzi dziewczyna, która nie ma nawet trzydziestu lat.
– Nie można tu parkować. Skąd jesteś? Z sądu? Dalej, pomogę ci wykręcić i zabierzesz stąd tę bryczkę, bo musimy mieć tu wolny przejazd. Słyszysz, co do ciebie mówię? No już, bo napytasz sobie biedy.
Nawija tak szybko, że Elena nie ma szans wtrącić choćby słowa. Wyciąga więc tylko odznakę. Rumieniec wypływa na policzki dziewczyny, która poprawiwszy sobie na nosie okrągłe metalowe okulary, przeczytała nazwisko i stanowisko Eleny. Uśmiecha się szeroko. Kręcona brązowa grzywka nadaje jej wygląd psotnej dziewczynki.
– Pani inspektor, bardzo mi miło. Nazywam się Manuela Conte. Doktor Buendía… znaczy, pracuję z nim, pewnie pani wie. Jestem tak jakby jego zastępczynią. A teraz… czy byłaby pani tak uprzejma i przeparkowała auto? Blokuje dojazd.
Kolejny szeroki uśmiech, od ucha do ucha. Zárate też wysiadł z samochodu i już minął je, idąc do furgonetki.
– Naprawdę, Buendía, jakim cudem ta dziewczyna zdołała się u ciebie zatrudnić?
– Manuela, niech ktoś inny przeparkuje auto. Potrzebuję Eleny tutaj.
Elena zostawia dziewczynie kluczyki, ale wcześniej mruczy jej do ucha z czułością, która podejrzanie przypomina groźbę:
– Mam słabość do tego auta.
– Ma przepisy wypalone w głowie gorącym żelazem. – Buendía bierze pod ramię Elenę i prowadzi ją do furgonetki, usprawiedliwiając po drodze swoją asystentkę.
– Podoba mi się, wygląda na bystrą. To ta, o której mówiłeś mi, że cię zastąpi, jak przejdziesz na emeryturę?
– Jeżeli nie wyprowadzę się szybko nad morze, będę musiał się zajmować wnukami, a przysięgam ci, że to ostatnie, czego bym chciał. Wolę Benidorm i jeść codziennie fish and chips, niż znosić tych smarkaczy.
Fala straszliwego smrodu zatrzymuje Elenę w miejscu. Buendía daje jej maseczkę, żeby ochroniła się przed fetorem, a technicy odsuwają się, zwalniając jej dostęp do furgonetki.
– Lada chwila powinna tu być sędzina, żeby wydać pozwolenie na zabranie zwłok, ale pomyślałem, że będziesz chciała je zobaczyć.
„Kim jesteś?” – to pierwsze pytanie, które ją poraża. Ta twarz, pomimo śmierci, zastygła w bolesnym wyrazie z ostatniej chwili życia. Zmierzwiona broda, brudna od krwi, która wygląda jak błoto, półotwarte usta w grymasie, który przywodzi Elenie na myśl obraz Bacona, jak gdyby jego ostatni oddech był krzykiem. Oczy przesłania szary welon śmierci, ale nadal pozostają otwarte, w coś wpatrzone. Być może w tego, który mu to zrobił. Musi mieć około trzydziestu lat, może trochę więcej, jest nagi i przywiązany do krzesła. Takiego metalowego jak z kawiarnianego ogródka, strumienie zaschniętej krwi oblepiają nóżki. Penis zwisa bezwolnie pomiędzy rozsuniętymi nogami. Akurat tuż nad nim zaczyna się nieumiejętnie zaszyte nacięcie, które ciągnie się aż do mostka. Obrzmienie pośmiertne poluzowało szwy i spod jątrzącej się tkanki wyłania się środek rany. To właśnie powód, dla którego wezwano specjalistów od materiałów wybuchowych. Co jest wewnątrz tego ciała?
Patolog odczytuje pytanie w jej spojrzeniu:
– Wygląda na to, że go wypatroszono. Być może jeszcze za życia i…
Buendía poprawia sobie rękawiczki. Wchodzi na pakę furgonetki, by dotknąć blizny przecinającej brzuch z góry na dół. Z dużą ostrożnością otwiera lekko ranę i świeci do środka latarką. Elena ledwie rozróżnia bezkształtną mięsną masę być może wciśniętych byle jak wnętrzności. Lecz wówczas snop światła pada na kształt, który jest w stanie rozpoznać, niczym pośrodku abstrakcyjnego obrazu, gdzie człowiek nagle dostrzega realistyczny element pomagający nadać sens całości.
– Widzisz to?
Elena nie ma odwagi odpowiedzieć, ale tak, widzi to. Tam w środku jest małe oko, na wpół przymknięte. Rozpoznaje spuchnięte powieki, a pod nimi biel gałki ocznej.
– Sądzę, że ma w środku płód.Rozdział 3
Żałuje wyboru, którego dokonała dziś rano – zielona sukienka z wzorem w małe czaszki, dżinsowa kurtka i martensy. Przez cały dzień źle się w tym czuła, jak gdyby miała na sobie przebranie. Chętnie poszłaby do domu i zmieniła strój, ale nie było okazji. Reyes przyjechała z Orduñem do depozytu, gdy już zabrano zwłoki. Elena poprosiła ich, żeby odwieźli Silveria Tenazasa, właściciela Citroëna, do jego wsi. Musiała wykluczyć jego związek ze sprawą.
– Gdybym o tym wiedział, nie przyjechałbym po auto. Zgłosiłem kradzież, zrobiłem wszystko, jak należy…
Reyes postanowiła zająć tylne siedzenie obok Silveria. Stopniowo odzyskiwał naturalny kolor skóry, ale nadal był niespokojny. Zwłoki w jego własnej furgonetce na pewno na długo wypełnią jego sny. Rozmawiała z nim przez dużą część drogi, chciała go sobie zjednać, sprawić, by poczuł się pewniej.
– Wiem, że to nic przyjemnego, ale proszę spojrzeć na zdjęcie. Przypomina pan sobie tego człowieka?
Silverio zerknął krótko na zdjęcie zmarłego – twarz z otwartymi oczami i ustami, zapadnięta skóra podświetlona lampą błyskową, od której rysy wydawały się surowsze. Jeszcze raz poprawił sobie pas i spróbował skupić wzrok na horyzoncie za oknem.
– Jak będzie pan chciał zwymiotować, proszę powiedzieć. Możemy się zatrzymać.
Orduño przyglądał im się w lusterku wstecznym.
– Nigdy w życiu nie widziałem tego człowieka – stanowczo oświadczył Silverio.
– Gdzie ukradziono panu furgonetkę? Musimy znać dokładny adres.
– Powiecie o tym mojej żonie?
Dwadzieścia minut później Orduño zatrzymał samochód przed wejściem do przydrożnego klubu. Nad drzwiami lokalu, który przypominał zrujnowaną willę, zwisał stary czerwony neon z napisem PARADÍS. Tamtej nocy, gdy stracił furgonetkę, Silverio poszedł na dziwki.
– Nie ma żadnego monitoringu. Zapytaliśmy prostytutek i pracowników klubu, ale jak można się było spodziewać, nikt nie widział nic dziwnego ani nikogo kręcącego się koło samochodów. Poprosiłem, żeby technicy sprawdzili to miejsce.
Elena w milczeniu słucha raportu Orduña. Szklana ściana sali zebrań pełna jest zdjęć furgonetki i fragmentarycznych portretów zamordowanego – blizna, która przecina go z góry na dół, zbliżenia jego zaciśniętych kurczowo na metalowym krześle palców, a pośrodku twarz. Tuż obok niej Elena umieściła białą karteczkę samoprzylepną. To pytanie, na które muszą znaleźć odpowiedź: kim jest ten człowiek?
– Technicy zdjęli odciski z kierownicy i ścian furgonetki. Te z drzwi były zanieczyszczone. Pobrali także próbki krwi, włosów i włókien. Badają to wszystko, ale na razie pierwsze wyszukiwania nie przyniosły rezultatu. Ani ofiara, ani jej zabójca nie byli notowani.
Zárate relacjonuje beznamiętnie wstępny raport sekcji technicznej. Zebrani w sali kierują spojrzenia na Manuelę, nową asystentkę Buendíi, która wzdryga się lekko, czując ich wzrok na sobie, i gestem, który Reyes widziała u niej już kilka razy tego wieczora w BAC, poprawia sobie okulary na grzbiecie nosa.
– Moja kolej?
Mariajo wyrywa się ciche prychnięcie. Traktuje Manuelę z pewną niechęcią, od kiedy dziewczyna zaczęła pokazywać się u nich z Buendíą. Reyes sądzi, że dobrze zna hakerkę, i wie, że zwykle się tak nie zachowuje. Być może nie tyle ma coś przeciwko nowej patolożce, co raczej nie dopuszcza do siebie myśli, że Buendía przechodzi na emeryturę. W ten sposób okazuje, że będzie za nim tęsknić.
– Twoja kolej, jeżeli masz coś do dodania, moja droga. Jeśli nie, możemy pójść do domu i wziąć prysznic, bo zanosi się na dłuższą sprawę.
– Doktor Buendía jeszcze kończy sekcję, ale udało nam się już ustalić kilka rzeczy. – Niczym uczennica, która ma wygłosić referat, Manuela wstaje i zajmuje miejsce przed zdjęciami. – Mężczyzna. Około trzydziestu pięciu lat. Wstępne badanie wykazało, że żył, gdy rozpruto mu brzuch i pobrano organy. Wiecie już, że był wypatroszony. A konkretnie wycięto mu wątrobę, woreczek żółciowy i prawie całe jelito grube, częściowo również cienkie. To dziwne, ponieważ czyste cięcie każe myśleć o chirurgicznym narzędziu. A jednak to rzeźnia: cięcie nie ma żadnego sensu, organy zapewne wyszarpano, a szwy, cóż, sami widzieliście, porażka. Otwierał się. Z pewnością nie było to dzieło chirurga.
Manuela podnosi wzrok znad papierów, które trzymała w napięciu, i uśmiecha się, dumna, że dobrze wypełniła zadanie.
– Czy Buendía potwierdził, że w środku znajdował się płód?
Dziewczyna odkłada papiery na stół speszona pytaniem Eleny. Szuka pośród kartek, które wydają się leżeć w nieładzie, i wreszcie znajduje to, o co jej chodziło. Kilka zdjęć z sali sekcyjnej, zrobionych, kiedy już Buendía wyjął to, co znajdowało się w brzuchu. Przyczepia je do szyby obok innych fotografii.
– Płód w dwudziestym ósmym tygodniu. Płci żeńskiej. Był przez jakiś czas zamrożony, zanim włożono go do ciała ofiary. Nie wiemy, jak długo, ale doktor Buendía na pewno zdoła ustalić przedział czasowy. Pępowina jest urwana, płód został wydarty z łona matki, prawdopodobnie jednym szarpnięciem.
Zmęczenie członków BAC zmienia się w przygnębienie. Zapada ciężka cisza, nikt nie musi wypowiadać na głos tego, co oznaczają ostatnie informacje podane przez Manuelę.
– Czemu nie ma tu Buendíi?
Skarga Mariajo nie tyle jest atakiem na nową, co wołaniem o ratunek. Waga tego, co odkryli w furgonetce, się zwielokrotnia. Potrzebują Buendíi, żeby pomógł im rozwikłać ten węzeł.
– Poprosił mnie, żebym przedstawiła te dane, chciał skończyć ostatnie analizy.
– Wiemy, że z pewnością była druga ofiara. – Głos Eleny rozlega się w sali, czysty i pewny. – Matka tego płodu. Po sposobie, w jaki dokonano aborcji, możemy wnioskować, że prawdopodobnie nie żyje. Mariajo, mogłabyś się tym zająć? Zadzwoń do wszystkich szpitali i zdobądź listę ostatnio przerwanych ciąż, chociaż nie podejrzewam, żeby dopuścili się tego w szpitalu.
– No i nie doszło do tego tak niedawno . – Zárate stoi naprzeciw zdjęć umieszczonych na szybie ze wzrokiem wbitym w mężczyznę o poszarzałym spojrzeniu. – Manuela powiedziała, że płód był zamrożony.
– Powiedzmy, że z ostatniego roku. Porozmawiaj także z komisariatami z dystryktu. Potrzebuję listy zmarłych, po których nikt się nie zgłosił.
– Poza sprawdzeniem szpitali mogę poszukać porad ginekologicznych, które zostały przerwane na etapie siódmego miesiąca. W tym wieku był płód, gdy wydarto go z brzucha matki.
Zárate bierze zdjęcie ofiary z szyby i kładzie je na stole.
– Co o nim wiemy, Manuelo? Oprócz tego, że to mężczyzna w wieku trzydziestu pięciu lat. Coś, co pomogłoby nam nadać mu imię i nazwisko. To podstawa. Być może, gdy tego się dowiemy, uda się również poznać nazwisko matki.
– Analiza toksykologiczna ofiary wykazuje ślady skopolaminy. Na pewno wiecie, o czym mówię. Ta substancja wywołuje dezorientację i prawdopodobnie podano ją ofierze, by łatwo nią kierować. We krwi stwierdziliśmy też znaczącą ilość chlorowodorku metadonu.
– Metadon? Był ćpunem? – Orduño odruchowo spogląda na zdjęcia chłopaka.
Zaniedbana broda, przerzedzona w niektórych miejscach, kręcone ciemne włosy, przydałoby mu się strzyżenie. Jednak mimo wszystko nie wygląda mu na narkomana.
– Albo chorował. Metadon przepisuje się też na chroniczne bóle – podsuwa Mariajo.
Manuela odchrząkuje niczym nauczycielka, która zamierza zacząć lekcję.
– To mało prawdopodobne, Mariajo. Na przewlekły ból u chorych onkologicznych lub wymagających znieczulenia stosuje się raczej morfinę lub fentanyl. Jeśli znajdujemy resztki metadonu we krwi, pierwszą opcją jest narkomania. Jednak nie ma świeżych śladów po wkłuciach na jego ciele ani rozszerzonych nozdrzy, co byłoby normalne, gdyby coś wciągał. Wszystko to skłania nas do wniosku, doktora Buendíę i mnie również, że był to narkoman podczas terapii.
Manuela zdaje sobie sprawę, że może właśnie zraziła do siebie Mariajo na resztę życia, ale nie umiała się powstrzymać: pokusa obalenia czyichś argumentów na podstawie tego, co można wyczytać ze zwłok, jest zbyt wielka, aby zrezygnować z niej na rzecz dobrej atmosfery w zespole.
– A nie pomyślałaś może, że coś palił? Zatrzymałaś się na etapie filmów z lat dziewięćdziesiątych, słonko. Dzisiaj większość narkomanów woli palić, niż dawać sobie w żyłę. Zbyt wielu umarło od igieł. – Mariajo nie czeka na odpowiedź Manueli, wyciąga komórkę i szuka w książce telefonicznej numeru. – Miałoby więcej sensu, gdybyś poszła do kostnicy sądowej i przyciągnęła tu za nieliczne włosy, jakie mu pozostały, swojego doktora Buendíę. To nie jest przypadek, który można powierzyć nowicjuszce.
Elena napotyka niezdecydowane spojrzenie Manueli: czy powinna posłuchać polecenia Mariajo? Może i była jedną z najlepszych na uczelni, ale BAC to co innego. Będzie się musiała tego nauczyć. Łagodnym gestem inspektor daje jej do zrozumienia, żeby wróciła na swoje miejsce. Na drugim końcu stołu Mariajo narzeka, bo Buendía ma wyłączony telefon.
– W tej chwili nie mamy lepszej opcji, niż uznać ofiarę za narkomana podczas terapii. Wszyscy wiemy, że ta teoria ma słabe punkty: poza tym, na co zwróciła uwagę Mariajo, w systemie nie ma jego odcisków palców. W przypadku osób uzależnionych identyfikacja zwłok zwykle nie nastręcza problemu. Zazwyczaj w którymś momencie popełniają one jakieś przestępstwo i są notowane. Jednak ten chłopak nie ma przeszłości karnej. Orduño, Reyes, idźcie do poradni leczenia uzależnień i popytajcie pracowników. Może ktoś go rozpozna.
Elena widzi, że Zárate patrzy na coś za szklaną ścianą, która oddziela salę zebrań od reszty biura BAC. Obraca się i dostrzega Buendíę, który idzie między biurkami. Nie odpowiada na pozdrowienie jednej z funkcjonariuszek, więc inspektor jest już pewna, że nie przychodzi z dobrymi nowinami. Przygnębiony i zmęczony wyraz jego twarzy powstrzymuje Mariajo przed jakimś komentarzem na temat jego nowej asystentki. Ponure spojrzenie patologa przesuwa się po jego kolegach z BAC i zatrzymuje na Elenie, której podaje krótki raport.
– Nie przyszedłem wcześniej, bo uznałem za ważne zrobienie szybkiej analizy DNA.
Inspektor czyta raport, a Buendía siada przy stole i podkrada kawę Reyes, bierze łyka, mimo że jest już całkiem zimna.
– Jaką wiarygodność ma ten test?
– Jakieś dziewięćdziesiąt dziewięć procent. Ten chłopak… – Buendía znajduje na stole zdjęcie, które wcześniej położył tam Zárate. – Ten chłopak jest biologicznym ojcem płodu.Rozdział 5
– Ależ nudzisz, Orduño.
On zarzuca jej lekkomyślność, a ona nazywa go nudziarzem. Podjechali do Reyes – do jednej z najmniejszych i najstarszych willi w El Viso, lecz i tak poza zasięgiem zwykłego policjanta – żeby się przebrała, zanim zaczną objazd poradni dla uzależnionych. Kiedy on myszkował w salonie – po jaką cholerę dziewczyna z taką forsą pakuje się do policji? – ona zrzuciła z siebie zieloną sukienkę w czaszki i schodzi po schodach, zapinając jedwabną koszulę, którą zestawiła z długą spódnicą.
– Myślałem, że założysz dżinsy i podkoszulek.
– Nudziarz, wielki nudziarz, z każdym dniem większy.
Gdy przechodziła obok, dotknęła dłonią jego twarzy i przez chwilę miał wrażenie, że go pocałuje. Roztoczyła wokół słodki aromat perfum. Orduño nauczył się go rozpoznawać. Niezależnie od przemian Reyes, czy obudziła się danego dnia bardziej jako kobieta czy mężczyzna, jej zapach zawsze pozostawał taki sam.
Z dziesięciu poradni leczenia uzależnień, jakie są w Madrycie, zaczynają od tej w Puente de Vallecas, najbliżej parkingu depozytowego, gdzie znaleziono zwłoki. Oboje zdają sobie sprawę, że kierowanie się geograficznym kryterium to niezbyt mocna strategia. Morderca mógł się oddalić od miejsca, gdzie porwał ofiarę, ale od czegoś trzeba zacząć.
W recepcji poradni Orduño wciąż nie może zapomnieć perfum Reyes. To ona pokazuje zdjęcie ofiary wykonane podczas autopsji. Niełatwo kogoś zidentyfikować po takim wizerunku. Śmierć nieuchronnie zmienia rysy i trudno rozpoznać chłopaka, który zamieszkiwał to ciało. Jego mimika, spojrzenie i uśmiech zniknęły.
Nie mają szczęścia w pierwszej poradni, w Canillejas też nie ani w Arganzueli. Przyzwyczaili się już do wzdrygnięcia u pracowników socjalnych, kiedy pokazują im zdjęcie – wykrzywioną w grymasie bólu twarz mężczyzny, oczy wytrzeszczone i zmatowiałe po przejściu niewyobrażalnego cierpienia.
Ten sam schemat podczas każdej wizyty: zapytać, kto przyjmuje uzależnionych, kto wypełnia formularz. W Villaverde prowadzą ich do gabinetu Silvii. Pracuje tu zaledwie od pięciu miesięcy. Trudno uwierzyć, że jest już pełnoletnia, wygląda na niewiele ponad piętnaście czy szesnaście lat. Pokazują jej fotografię.
– Cholera…
Znaleźli to, czego szukali. Silvia gestem prosi o wybaczenie, ma gulę w gardle i potrzebuje kilku sekund, żeby wydobyć z siebie głos.
– Jak się nazywał? – pyta Orduño.
– Gerardo… Co się stało? Przedawkował?
– Dlaczego podejrzewasz przedawkowanie? Jeśli tu bywał, to przecież wychodził z narkotyków.
Silvia przygryza wargę, jakby się wahała, czy powiedzieć, jak to wygląda.
– Rzucenie narkotyków nikomu nie przychodzi łatwo. Gerardo często spotykał się z Byramem.
– Kim jest Byram?
– Nie jesteście z policji? W Villaverde wszyscy wiedzą, kim jest Byram. Nawet ci zupełnie nowi. To wielki Senegalczyk kontrolujący handel narkotykami. Ma zakład barberski, który jest przykrywką. To jego biuro i nikt się tam nie zbliża. Co się stało Gerardowi?
Reyes wyprzedza Orduña. Nie uważa na razie za konieczne ujawniać okoliczności śmierci i jest oszczędna w szczegółach. Znaleziono jego nagie zwłoki w furgonetce, nie miał przy sobie żadnych dokumentów. Podejrzewają, że może chodzić o zabójstwo.
– Mam jego fiszkę… – Silvia szuka w szufladzie, cały czas nie mogąc uwierzyć. – Kto mógł go zabić? Gerardo zaczął porządkować swoje życie.
– Dużo z nim rozmawiałaś?
– Należał do tych nielicznych, z którymi dało się pogadać. Wyróżniał się. Zespoły jazzowe z Nowego Orleanu, dacie wiarę? Znał się na tym. Przysięgam, że to nieczęste u tych, którzy tu przychodzą… Rzucało się w oczy, że Gerardo… sama nie wiem. Miał dobre wykształcenie, widać to było po tym, jak się wypowiada, był kulturalny… O, mam.
Silvia podaje formularz Reyes. Jest w nim ksero dowodu osobistego.
– Co jeszcze możesz nam o nim powiedzieć?
– Był bardzo skryty. Niektórzy uwielbiają opowiadać o rodzinie, którą mieli, albo o tym, jak świetnie im szło, zanim wpadli w heroinę, ale Gerardo… nie był milczący, ale nigdy nie opowiadał o swoim życiu. Kiedy go spotykałam, rozmawialiśmy o jazzie i powieściach noir. Uwielbiał Patricię Highsmith. Raz przyniósł mi książkę… Nie pamiętam tytułu. Niezbyt lubię czytać.
– Nie wyglądasz na to.
Silvia uśmiecha się nieśmiało, słysząc uwagę Reyes. Orduño nie wie, czy stał się świadkiem flirtu między nimi, ale postanawia się wtrącić.
– Zawsze przychodził sam? Są jacyś inni pacjenci poradni, którzy go znają? Ktoś, kto mógłby nam o nim powiedzieć coś więcej poza tym, że był zagorzałym czytelnikiem?
Silvia poprawia się nerwowo na krześle, speszona sarkastycznym tonem policjanta. Mówi im, że Gerardo z nikim się nie zadawał. Pobierał swoją dawkę metadonu, rozmawiali chwilę i wychodził. Nie chciał uczestniczyć w sesjach z psychologiem.
– „Czuję się dobrze. W końcu czuję się dobrze, lepiej niż kiedykolwiek, Silvio”, tak mi powiedział. Być może to tylko moje fantazje, ale wydaje mi się, że miał kogoś. Jakąś dziewczynę. Na początku przychodził dużo bardziej zaniedbany, a ostatnio widać było, że nosi czystsze ubrania, że próbuje trochę o siebie zadbać, na swój sposób oczywiście…
– Ale nigdy nie opowiadał ci o żadnej dziewczynie? – Reyes próbuje odzyskać nić porozumienia, jaka nawiązała się pomiędzy nimi, zanim Orduño się wtrącił.
– Nigdy. Takie rzeczy się widzi… Mam do tego nosa.
– Wspominał ci kiedyś, że ma dziecko? Albo że wkrótce będzie miał?
– Gerardo, dziecko? – Dziewczyna marszczy brwi. – Nie, ale… Raz widziałam, jak przeglądał w bibliotece książkę. _Dziewięć miesięcy w raju_. Znacie to? To klasyczna pozycja na temat ciąży.
Policjanci wymieniają spojrzenia. Niektóre elementy układanki do siebie pasują, ale teraz najpilniejszą sprawą jest wrzucenie do systemu danych z dowodu osobistego Gerarda Valera Planasa. Orduño przygląda się zdjęciu, na którym widać lekki uśmiech, młode spojrzenie. To pierwszy wizerunek ofiary za życia, jaki widzą. Z pewnością z czasów, kiedy nie wpadła jeszcze w narkotyki.------------------------------------------------------------------------
¹ Zetas – meksykańska grupa przestępcza, uznawana za jedną z najbardziej brutalnych w kraju. (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).
² _Rancheras_ (hiszp.) – piosenki z gatunku należącego do meksykańskiego folkloru, często wykonywane przez orkiestry _mariachi_.
³ _Babalawo_ – kapłan kultu wyznawanego przez lud Joruba zamieszkujący Afrykę Zachodnią, a także Kubę i Haiti, gdzie przybrał on synkretyczną postać znaną jako santeria.
⁴ Orisza – bóstwa w tradycji afrykańskiej; pośrednicy między Bogiem a ludźmi.
⁵ BAC – Specjalna Brygada Śledcza.
⁶ TEDAX (Técnico Especialista en Desactivación de Artefactos Explosivos) – jednostka inżynieryjno-saperska policji lub sił zbrojnych.