Max - ebook
Max skrywa wiele sekretów. Mimo że jest człowiekiem sukcesu, nadal wisi nad nim cień przeszłości, echo dramatycznych doświadczeń z dzieciństwa. Dlatego musi mieć wszystko pod kontrolą i codziennie wkłada zbroję. A gdy jeden jedyny raz odpuści planowanie i spędzi noc z fascynującą nieznajomą, konsekwencje tego zdarzenia zupełnie go zaskoczą.
Ruby zawsze próbowała żyć po swojemu, co było wyzwaniem w domu Knoxów. Dlatego postanowiła, że gdy tylko osiągnie pełnoletniość, zerwie się z rodzicielskiej smyczy i posmakuje życia. Na tę okazję przygotowała skandal-listę – i zdecydowana była zrealizować wszystkie jej punkty. Jednak nie wiedziała, że konsekwencje pewnej halloweenowej imprezy sprawią, że już zawsze towarzyszyć jej będzie strach. Pewnej nocy opuszcza w tajemnicy dom i wyrusza, by przeżyć przygody, z dala od ograniczających ją zakazów i nakazów.
„Co się zdarzyło w Vegas, zostaje w Vegas” – tak przynajmniej planują Max i Ruby. Oboje jeszcze nie mają pojęcia, że los przygotował dla nich inny scenariusz, a ich ścieżki splotą się na wielu poziomach. I wkrótce się przekonają, czy można odnaleźć szczęście w ramionach nieznajomego.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Romans |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68535-28-0 |
| Rozmiar pliku: | 1,1 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
_Mam grubą skórę i serce z gumy
Ale twoje ostrze może okazać się zbyt ostre_¹_._
Written by Wolves, Elastic Heart
SKANDAL-LISTA RUBY KNOX
1.ZROBIĆ SOBIE TATUAŻ ✓
2.I KOLCZYK W JĘZYKU ✓
3.SPRAWIĆ, BY MNIE ZAPAMIĘTANO ✓
4.UCIEC Z DOMU ✓
5.POJECHAĆ DO VEGAS: AUTOSTOPEM ✓
6.I COUCHSURFOWAĆ! ✓
7.ZAPALIĆ TRAWKĘ ✓
8.UKRAŚĆ COŚ ✓
9.ZALICZYĆ NUMEREK Z PRZYPADKOWYM FACETEM ✓
10.WYKĄPAĆ SIĘ NAGO W OCEANIE ✓
11.Zajść w CIĄŻĘ?! – TEGO, U DIABŁA, NIE BYŁO W PLANIE!!!
------------------------------------------------------------------------
¹ Wszystkie przypisy i tłumaczenia pochodzą od autorki.1
MAX
*TAM JEST MOJA SIOSTRA*
_17 lat wcześniej_
Z całych sił próbuję ratować moją sznurówkę, ale jest pozwiązywana w tylu miejscach, że ciężko przełożyć mi supełek przez dziurkę. A jeśli szarpnę za mocno, to znów ją zerwę. Z zazdrością spoglądam na buty kolegów z klasy. Moje są za ciasne, ale muszę jakoś wytrzymać jeszcze parę tygodni. W okolicach wakacji zawsze dostajemy paczki z ubraniami z Founding Grace. Teraz pieniądze są potrzebne na pieluszki i mleko dla Hope.
Na wzmiankę o jedzeniu burczy mi w brzuchu. Dzisiaj mało zjadłem na obiad, chociaż były moje ulubione hamburgery. Połowę mięsa i górę od bułki, a także banana i kartonik mleka schowałem do plecaka. Mama i tata od kilku dni zachowują się inaczej i w przyczepie śmierdzi tymi dziwnymi papierosami. To więcej niż pewne, że znów znikną na kilka dni, a Hope nie będzie miała co jeść. Nauczyłem się ich zachowań i teraz, kiedy tylko widzę pierwsze symptomy, jestem przygotowany.
W szkole dostaję darmowe śniadanie i obiad. Staram się nie słuchać docinków kolegów. Nie obchodzą mnie. Nie są ważni w moim życiu. Za kilka lat z niego znikną. Ja muszę dbać o Hope. Ona jest malutka i nie ma nikogo oprócz mnie.
Ze stołówki zawsze wychodzę ostatni. Czekam, aż wszyscy sobie pójdą, bo wtedy często kucharka wyciąga dla mnie spod lady jakieś biszkopty. Jest bardzo miła. Mówiła mi, że sama nie ma dzieci, a bardzo by chciała. I tak czasem sobie myślę, że świat jest jednak niesprawiedliwy.
W końcu udaje mi się zawiązać te przeklęte sznurówki. Zarzucam za duży plecak na ramiona i wychodzę na zewnątrz. MLK² mieści się w dość zaniedbanej dzielnicy. Pełno tu starych, odrapanych budynków – ale lubię je ze względu na znajdujące się na ich ścianach graffiti. Nie potrafię przejść obok obojętnie. Często próbuję znaleźć w nich ukryty sens, choć nie zawsze rozumiem przesłanie. Chyba jestem jeszcze za mały.
Dziś jednak nie patrzę w ich stronę. Nie mam na to czasu. Od samego rana dręczą mnie złe przeczucia. Wybieram też szybszą trasę, wzdłuż Third Street, mimo że często w tamtych rejonach kręcą się grupy starszych chłopaków, których zwyczajnie się boję. Już nie raz robiłem za worek treningowy. Mały i chudy, jestem łatwym celem. Na szczęście znam kilka skrótów, które pomagają mi przemknąć z dala od najbardziej niebezpiecznych miejsc. Żar leje się z nieba, chociaż jest dopiero połowa maja. Boję się nieuchronnie zbliżających się wakacji. To czas licznych festiwali, które rodzice uwielbiają, i ich zniknięcia wtedy zdarzają się częściej. I trwają dłużej. A bez darmowych posiłków w szkole ciężko mi będzie zorganizować jedzenie. Nie chciałbym kraść. Ale muszę pamiętać, że jest nas dwoje.
Oddycham z ulgą, kiedy mijam baraki socjalne i puste place po wyburzonych starych blokach. To znak, że już coraz bliżej domu. Kiedy przechodzę pod estakadą, naszą przyczepę mam w zasięgu wzroku. Ze środka dobiega rozpaczliwy płacz Hope. W brzuchu czuję takie dziwne kłucie, jakby miało stać się coś złego. Moje serce uderza bardzo, bardzo szybko. Jego nerwowe bicie słyszę w uszach.
– Mamo? – wołam i naciskam klamkę, ale drzwi nie ustępują.
Szarpię i nadal nic.
Zerkam na okna od frontu przyczepy. Zamknięte. Mimo że mam dopiero jedenaście lat, jestem świadomy, jak szybko nagrzewa się jej wnętrze. Obiegam kamper. Wszystkie okna pozamykane. Walę pięścią w drzwi, czując coraz większy niepokój.
– Mamo! Tato!
Rozglądam się w poszukiwaniu czegoś, czym mógłbym wybić szybę. Nieopodal estakady piętrzy się gruz. Biegnę w tamtym kierunku, licząc na to, że tam właśnie coś znajdę. Pierwsze łzy cisną mi się do oczu, kiedy dopadam sterty. Palcami rozgrzebuję styropian i kawałki płyt gipsowych w poszukiwaniu jakiejś cegły. Skóra dłoni szczypie, poraniona o ostre odłamki. Nie zwracam na to większej uwagi. Boję się, że jeśli się nie pospieszę, dojdzie do tragedii, a jeszcze mogę jej zapobiec.
– Szybciej… szybciej… – łkam, kiedy znajduję spory kawał brązowej cegły.
Biegnę, ile sił w nogach, ale wówczas pęka jedna ze sznurówek w moich trampkach. Zdaję sobie z tego sprawę dopiero w momencie, kiedy tracę równowagę, bo but zsuwa mi się ze stopy i ląduję na ziemi. Zdzieram kolana i łokcie, ale nie dbam o to. Podnoszę się i biegnę dalej. Dopadam do okna przyczepy i uderzam w nie cegłą. Raz. Drugi. Trzeci. Szyba pęka, ale na tym koniec. Ramiona pieką z wysiłku.
– MAMO! – krzyczę rozpaczliwie, licząc na to, że może jest w środku.
– Max? – Za plecami słyszę głos naszego sąsiada, mieszkającego dwie przyczepy dalej. To stary pijaczek w nieodłącznej skórzanej czapce rybackiej i starym podartym garniturze – zawsze tym samym. Brzydko pachnie, ale jest nieszkodliwy. Często opowiada mi o swojej rodzinie, która go opuściła. I o tym, że kiedyś był biznesmenem, ale stracił wszystkie pieniądze. Obracam się w jego stronę i od razu widzę, że dziś też już jest pod wpływem. Ale pozostaje moją jedyną nadzieją.
– Niech mi pan pomoże – łkam.
– Kurde franc, co się stało? – Mężczyzna upuszcza puszkę z piwem, którą trzymał w ręce, i podbiega do mnie. Jest autentycznie zatroskany. Chwyta mnie za ramiona. Jest tak blisko, że czuję jego nieprzyjemny alkoholowy oddech, ale w tym momencie tylko na tego człowieka mogę liczyć.
– N-nie mogę wejść… t-tam jest moja siostra…
Spogląda to na popękaną szybę, to na cegłę leżącą nieopodal przyczepy. Lekko się chwieje, ale podchodzi do drzwi i wyjmuje coś z kieszeni. Chwilę grzebie przy zamku i nagle drzwi uskakują. Zrywam się na równe nogi i jak burza wpadam do środka. Duchota panująca wewnątrz sprawia, że w pierwszym odruchu się cofam, ale płacz Hope szybko mnie otrzeźwia. Kiedy do niej dobiegam, jestem już cały spocony. Niewiele myśląc, biorę ją na ręce i wynoszę z przyczepy. Jest cała czerwona, a jej skórę pokrywa pot. Ślizga mi się w dłoniach, w dodatku z dnia na dzień robi się coraz cięższa. Ma na sobie tylko pieluszkę, która – nawet na moje dziecięce oko – powinna być dawno zmieniona.
– Wody. – Spoglądam błagalnie na sąsiada, który chwiejnym, ale dość żwawym krokiem podąża do swojej przyczepy.
W międzyczasie pojawia się więcej osób zamieszkujących okoliczne kampery. Słyszę szepty, ale nie patrzę w ich stronę. Ręce mi drżą, kiedy odklejam rzepy pieluszki jednorazowej. Zapach i to, co widzę, sprawiają, że wymiotuję. Ktoś obejmuje mnie za ramiona i odciąga od siostry. Protestuję, ale jest ode mnie silniejszy.
– Już, już, dziecko.
Nie rozpoznaję głosu, ale nie mam więcej sił walczyć. Pozwalam łzom bezsilności wydostać się z oczu razem z cichym szlochem:
– Chcę do mamy…
Wiem jednak, że w tej chwili to życzenie plasuje się w kategorii niespełnialne.
Czyjeś ramiona przyciągają mnie do siebie. Ta pani pachnie syropem z dzikiej róży. Głaszcze mnie po głowie i lekko kołysze. Nie wiem, kim jest, ale jej bliskość mnie uspokaja. Ostrożnie przekręcam głowę i drżąc na całym ciele, obserwuję, jak znane mi z widzenia dwie kobiety podchodzą do mojej siostry, a potem jedna z nich wyjmuje telefon. Nie wiem, gdzie dzwoni, ale mam coraz gorsze przeczucia. Tymczasem pijaczek, który pomógł mi dostać się do przyczepy, przynosi szklankę z wodą. Obserwuję, jak Hope łapie ją w rączki, przystawia do ust i łapczywie pije. Ktoś przynosi czystą pieluszkę i jakiś krem. Nawet sobie nie wyobrażam, jaki moja siostrzyczka musi odczuwać ból. Całą pupę ma ogniście czerwoną. Pampers jest tak pełen, jakby nosiła go od wieków. Kiedy kobiety w końcu zakładają jej czystą pieluchę, jedna bierze Hope na ręce i podchodzi do mnie.
– Gdzie są wasi rodzice, chłopcze? – pyta. Śmierdzi papierosami i ma żółte zęby. W pierwszej chwili nie odpowiadam. Z natury jestem nieufny, ale przecież ona jest miła. Pomogła Hope.
– Nie wiem – wyduszam z siebie cicho, wyswobadzając się z ramion pani o zapachu dzikiej róży.
Siostrzyczka zaczyna się wiercić w objęciach tej drugiej kobiety i wyciągać w moim kierunku ramionka. Nieznajoma z uśmiechem sadza mi Hope na kolanach, a ta momentalnie się do mnie przytula i ssie kciuk.
– W plecaku mam mleko – zwracam się zlękniony do nieznajomej. – Poda mi pani?
– Jasne – odpowiada z uśmiechem, który gaśnie w momencie, kiedy otwiera moją torbę. Zerka na mnie ze współczuciem. Pewnie znalazła jedzenie, które wyniosłem ze stołówki. Podaje mi mleko. Wbijam słomkę w odpowiednie miejsce i przekazuję siostrze. Pije łapczywie, krztusząc się co chwilę. A kiedy kończy, kobieta wyciąga ku mnie jeszcze suchą bułkę i połowę mięsa. Rozrywam je na mniejsze części i wsuwam Hope do rączki. Uśmiecha się i wkłada jedzenie do ust. Raz po raz jej ciałem wstrząsają pozostałości płaczu. Jestem potwornie głodny, ale wiem, że muszę wytrzymać, dopóki ona nie skończy jeść.
Słyszę coraz głośniejszy sygnał syreny i już po chwili nieopodal parkują karetka oraz radiowóz. Nie podoba mi się to. Obejmuję mocniej Hope. Z ambulansu wysiada dwóch ratowników i podchodzą do nas, podczas gdy policjanci – obaj z dużymi brzuchami – rozmawiają z jedną z kobiet, które zakładały Hope czystą pieluszkę. Nie wiem, na kim mam się skupić. Kto może okazać się dla nas większym zagrożeniem.
– Cześć, kolego. To ty jesteś tym bohaterem, który wyciągnął siostrę z nagrzanej przyczepy? – Obaj ratownicy kucają naprzeciwko mnie. Jeden jest rudy i ma śmiesznego gęstego wąsa, a drugi wygląda na Meksykanina. Ma czarne kręcone włosy, jak tata.
Nie odpowiadam. Zamiast tego ciaśniej przytulam siostrę i łypię na nich podejrzliwie.
– Chcielibyśmy tylko ją zbadać, żeby sprawdzić, czy nic jej nie grozi – wtrąca Meksykanin.
– Nie oddam wam Hope! – oświadczam surowo. – Nie znam was!
Mężczyźni spoglądają po sobie.
– Kochanie… – Pani Dzika Róża, która nadal tkwi obok, gładzi mnie po głowie i mówi: – Oni chcą tylko dla was dobrze.
– Dokładnie, kolego – wtrąca wąsaty. – Jesteś naprawdę odpowiedzialnym starszym bratem. To może zrobimy tak, że też pojedziesz z nami?
– Chcemy wam tylko pomóc – potwierdza ten drugi. – W przeciwnym razie będziecie musieli jechać z policją, dopóki nie znajdą się wasi rodzice.
Coś boleśnie ściska mi płuca. Nie mogę zapanować nad drżeniem ciała. Nie chcę jechać z policją. Chcę tu zostać i poczekać na mamę. Ale oni są dorośli i nie dają mi innego wyboru.
– D-dobrze – jąkam się. – T-tylko nie policja.
Mama bardzo boi się policji. Zawsze mi powtarzała, że nie wolno im ufać. A ja jej wierzę.
– Mogę zabrać od ciebie siostrę czy wolisz nieść ją sam? – pyta pierwszy z ratowników.
– Poniosę ją sam – mówię z pełnym przekonaniem. Boję się, że jak ją oddam, to nas rozdzielą. W szkole, do której chodzę, dzieciaki często opowiadały sobie historie o rozdzielaniu rodzeństwa, które zabierano od rodziców i umieszczano w rodzinach zastępczych.
„Rodzina zastępcza” – to brzmi okropnie. Ale jeszcze straszniejsze wydaje się słowo „rozdzielać”. Nie mogą mnie rozdzielić z Hope. Ma tylko mnie. Nikt inny o nią nie zadba. W przypływie czułości całuję ją w ciemne przepocone włoski. A potem zerkam na wąsatego ratownika. Spogląda tak, jakby było mu nas żal.
Idzie tuż obok, kiedy podążamy w stronę karetki. Z zewnątrz wydaje mi się ogromna. Jak wieloryb, który tylko czeka, żeby nas pożreć. Kiedy otwierają się przed nami drzwi na pakę, zatrzymuję się gwałtownie.
– Nie chcę… – mamroczę, z trudem panując nad płaczem.
Nie mogę się znów rozpłakać. Nie mogą zobaczyć, że się boję. Jak pokażę, że jestem słaby, zabiorą mi Hope.
– Jak masz na imię? – Wąsaty ratownik kuca i ostrożnie dotyka mojego ramienia. Odskakuję.
_Po co chce znać moje imię?! Po co mu to!?_
Nie ufam mu, ale mimo to mówię cicho:
– Max.
– A ja Artie i wiesz co, tak sobie myślę, że ja też bałbym się tam wsiąść. Ale z drugiej strony jest tam sprzęt, który pomoże nam sprawdzić, czy twojej siostrze nic się nie stało. Nie wiemy, jak długo była w rozgrzanej przyczepie…
To mnie przekonuje. Meksykanin pomaga mi wejść i dopiero kiedy karetka rusza, pozwalam im zająć się Hope. Protestuje głośno, kiedy znikam jej z oczu.
– Jestem tu, Hope – odzywam się, ale to nic nie daje. Moja siostrzyczka płacze głośno, kiedy ratownicy sprawnie zakładają jej na rączce motylka i podłączają jakiś woreczek z płynem.
– To kroplówka – tłumaczy ten, który przedstawił się jako Artie. – Dostarczy jej składników odżywczych i nawodni.
Kiwam głową, że rozumiem, a potem słyszę, jak kierowca karetki zgłasza przez radio, że wiozą dwójkę dzieciaków z Bayview-Hunters Point i żeby zawiadomiono opiekę społeczną.
------------------------------------------------------------------------
² MLK – Martin Luther King Jr. Middle School – publiczna szkoła średnia w dzielnicy Bayview-Hunters Point w San Francisco. W latach 2000–2010 uczęszczały do niej głównie dzieciaki z okolicznych rodzin o niskich dochodach, często objętych pomocą społeczną. Placówka miała opinię trudnej szkoły – z wysoką absencją i przemocą rówieśniczą, ale dla wielu dzieci była jedynym bezpiecznym miejscem w ciągu dnia.2
MAX
*BYLE JAK, ALE SIĘ ZACHOWUJ*
Pilnuje mnie jakaś baba! Obgryzam paznokcie, aż w ustach pojawia się metaliczny posmak krwi. Zabrali Hope i nie wiem, gdzie jest. Za to dostałem kubek kakao i najprawdziwszego burgera z Burger Kinga. I ogromne frytki. I chociaż żołądek skręca mi się boleśnie od tych kuszących zapachów, nie ruszam jedzenia. Pewnie próbują mnie przekupić.
– Gdzie moja siostra? – pytam opiekunkę.
– Na badaniach. Nic się nie przejmuj. Jedz. – Po raz kolejny słyszę to samo i mam ochotę kopnąć ją pod stołem prosto w piszczel. Boli. Wiem, bo to jeden z najskuteczniejszych sposobów obrony przed starszymi chłopakami. Ale wówczas dostrzegam chłopca trochę młodszego ode mnie. Stoi w drzwiach i przypatruje mi się z ciekawością w niebieskich oczach. Ma modnie ścięte blond włosy, a na sobie markowe ubrania. Wygląda jak chodząca reklama jakiegoś sklepu odzieżowego. Wydaje się pewny siebie. Jakby cały świat istniał po to, żeby go podziwiać i padać mu do stóp. Podchodzi do stolika, przy którym siedzę, i tęsknie spogląda na frytki.
– Będziesz to jadł? – pyta, celując w nie palcem.
Kręcę głową.
– Bomba! To wezmę, po co ma się zmarnować. Babcia mówi, że nie powinno się marnować jedzenia, bo na świecie są dzieci, które głodują. Nigdy żadnego nie spotkałem, a ty? – pyta i pakuje kilka frytek do buzi.
Nie ruszam się. W zasadzie chyba nie oddycham. Chłopiec, niczym niezrażony, wskazuje palcem porcję sosu pomidorowego zamkniętą w małym opakowaniu.
– O, ketchup Heinza! – Ożywia się jeszcze bardziej. – Będziesz jadł? – Nie czeka na moją odpowiedź, tylko zgarnia mi go sprzed nosa i wyciska całość na frytki.
– Kim ty właściwie jesteś? – pytam w końcu.
– Jak to, nie poznajesz? – Dziwi się, po czym wstaje i oświadcza pełnym entuzjazmu tonem: – Mamo, śniadanie z Nutellą jest najlepsze! – Na końcu posyła w moją stronę iście aktorski uśmiech. Potem siada i dopytuje podekscytowany: – Teraz mnie kojarzysz?
Co mam mu powiedzieć? Że nawet nie wiem, co to ta cała „nutella”?
– Luke! Czy ty się Boga nie boisz?! Zostaw jedzenie tego biednego chłopca! – W sali zjawia się starsza pani, ubrana w jeansy i T-shirt z nadrukiem ust, spomiędzy których wystaje język. Kojarzę ten obrazek. Rolling Stones? Chyba tak. Mama i tata ich lubią.
Ten cały Luke spogląda z niedowierzaniem to na mnie, to na starszą panią, po czym oświadcza:
– Luke von Schiller nikogo się nie boi! – Dumnie pręży pierś.
– I to mnie właśnie najbardziej martwi, wnusiu. – Zbliża się i czule głaszcze go po głowie, a następnie zwraca się do mnie: – Jestem Grace. Albo babcia Grace, jeśli chcesz.
Babcia?
– Nigdy nie miałem babci – pada z moich ust, zanim jestem w stanie się powstrzymać.
Twarz starszej pani na moment robi się smutna. Kobieta podchodzi do mnie, przysuwa sobie krzesło. A kiedy siada naprzeciwko, pyta łagodnym głosem:
– A chciałbyś mieć, Maxwellu?
– Max – poprawiam ją odruchowo. Nie przepadam za swoim pełnym imieniem. Dostałem je po sławnym francuskim malarzu, Philipie Maxwellu, w którego twórczości zakochani są moi rodzice. A ja ostatnie, o czym marzę, to by być kojarzonym z jakimkolwiek artystą. Już wystarczy, że są nimi mama i tata. A o mnie w szkole gadają, że jestem tym biednym chłopcem od Rockwoodów z Bayview. Co z tego, że świetnie malują, jak przy okazji zapominają, że mają Hope i mnie? Ja sobie poradzę, ale moja mała siostrzyczka?
– Max… – Czuję dotyk na ramieniu, który wyrywa mnie z zamyślenia. – Chciałbyś mieć babcię?
– Nie wiem – odpowiadam szczerze. – Nie wiem, co robią babcie.
– Babcie są spoko. Rozpieszczają – wtrąca Luke, po czym pochyla się w moim kierunku i dodaje konspiracyjnym szeptem: – Ja bym się nie zastanawiał.
– Luke, poczekaj, proszę, na mnie na korytarzu, dobrze?
– Jasne. Będziesz jadł burgera? – Chłopiec spogląda tęsknie w kierunku jedzenia.
– Tak, będzie jadł burgera! – Starsza pani odpowiada srogim głosem. Sięga do torebki i wyjmuje studolarowy banknot. Na jego widok moje oczy robią się wielkie jak spodki. Nigdy nie widziałem tylu pieniędzy. Grace wręcza go wnukowi, mówiąc: – Idź sobie coś kup w bufecie!
Chłopiec szczerzy się zadowolony, po czym wybiega z sali, a wówczas babcia Grace na powrót skupia się na mnie.
– Zjedz. Będzie zimnie – zachęca.
– Wolę zostawić dla Hope – mówię, nawet się nie zastanawiając.
W spojrzeniu starszej pani pojawia się smutek. Ostrożnie wyciąga w moim kierunku dłoń, a kiedy widzi, że nie cofam się przed dotykiem, głaszcze mnie po głowie. Coś ściska mnie w gardle, utrudniając oddychanie.
– Och, Max. Twoja siostra to naprawdę wielka szczęściara. Możesz być z siebie dumny.
– Wie pani, gdzie jest Hope? – Nie panuję nad drżeniem głosu. Ani nad łzami, które jakoś tak same wyślizgują się z kącików oczu.
– Hope jest na badaniach. Ciebie też lekarze będą chcieli przebadać.
– Jestem zdrowy – zapewniam, ale w jej oczach znów pojawia się smutek.
– Max… twoja siostra jest niedożywiona i bardzo zaniedbana. Wiesz, co to znaczy?
Przytakuję, a ze strachu serce zaczyna mi walić w piersi. Cały sztywnieję. Za mało o nią dbałem… Nie jestem dobrym bratem. Rozdzielą nas! Ale słowa starszej pani przeczą temu, co we mnie krzyczy.
– Gdybyś nie wydostał Hope, mogłaby się jej stać krzywda, rozumiesz? Policja i opieka społeczna nadal szukają twoich rodziców. Wiesz może, gdzie są?
Kręcę głową, czując, jak coś boleśnie ściska mi płuca. Nie jestem w stanie nic z siebie wykrztusić. Nawet nie wiem, co miałbym jej powiedzieć. Że nie mam pojęcia, gdzie się podziewają? Nie wiem nawet, czy wrócą…
– Będą mieli ograniczone prawa rodzicielskie. Rozumiesz, co to znaczy?
Teraz już nie umiem nad sobą zapanować. Chowam twarz w dłoniach, zawstydzony i zdruzgotany, po czym wyduszam z siebie płaczliwie:
– Nie chcę iść do domu dziecka!
I wtedy dzieje się coś, co sprawia, że starsza pani zdobywa moje zaufanie na zawsze. Bez słowa bierze mnie na kolana, a potem przytula. Jej koszulka bardzo ładnie pachnie. Dłoń z czułością przesuwa się po moich włosach. Płaczę, a ona mi na to pozwala, zapewniając, że nigdy nie pozwoli, żebyśmy trafili do sierocińca. To właśnie ten moment, w którym staję się częścią mojej rodziny z marzeń. Tej, którą od dłuższego czasu mam w wyobraźni. Rodziny, w której mama i tata zawsze pamiętają, by uszykować nam śniadanie i nie palą tych śmierdzących papierosów. Ubierają Hope w ładne sukienki. I nie znikają. Przede wszystkim zawsze są obok. A teraz dołącza do nich babcia. Czuję, że chciałbym to narysować. Może dostanę kredki? I kartkę. Może być nawet zapisana z jednej strony…
Słyszę żwawe kroki i szelest. Coś upada na stolik. Przekręcam głowę i widzę kilka opakowań słodyczy.
– Zatrzymam sobie resztę, babciu – oznajmia wnuk Grace pewnym głosem.
Jestem zaskoczony, że nie odczuwa żadnego lęku. On nawet nie pyta. Oświadcza, jakby mu się to należało. Zazdroszczę mu tej pewności siebie.
– Zostawię was na chwilę, chłopcy. Luke, zachowuj się. Byle jak, ale się zachowuj. – Kobieta mruga do niego porozumiewawczo, a on w odpowiedzi szczerzy się rozradowany.
Zsuwam się z jej kolan i czuję pustkę. I chłód. Ona chyba to wyczuwa, bo zatrzymuje się w pół kroku, odwraca i spogląda na mnie z czułością:
– Zaraz wrócę, Max. Tylko wykonam jeden telefon.
Nie spuszczam z niej spojrzenia przez cały czas, kiedy prowadzi z kimś żywą dyskusję. Chodzi tam i z powrotem, gestykulując. Przypomina mi lwicę walczącą o swoje lwiątka, jak z tego filmu, który oglądaliśmy w zeszłym tygodniu na zajęciach przyrodniczych.
– Chcesz żelka, zanim zjem wszystkie? – pyta Luke.
Kręcę przecząco głową. Patrzę, jak z apetytem ładuje do ust garść kolorowych misiów. Jest ładnie ubrany. Nie tak jak ja – w za duże ubrania z paczek, które dostajemy cztery razy do roku z fundacji. Ma na sobie białą koszulę, której kołnierzyk zdążył poplamić czekoladą, granatowe spodnie od garnituru i marynarkę. Myślę sobie, że kiedy będę dorosły, chciałbym właśnie tak wyglądać. Mężczyźni w garniturach budzą respekt. Ludzie się z nimi liczą. Mają pieniądze…
Babcia Grace wraca, a wraz z nią w pomieszczeniu pojawia się uśmiechnięta lekarka.
– To właśnie ten młodzieniec, o którym pani wspominałam – tłumaczy.
– Cześć, Max. – Lekarka pochyla się i wyciąga dłoń w moją stronę.
– Dzień dobry – mówię cicho.
– Chciałabym cię zabrać na badania, zgadzasz się?
Żołądek zaciska mi się boleśnie. Spoglądam z przestrachem na panią Grace, ale skinieniem głowy rozwiewa moje obawy. Cały czas mi towarzyszy, także podczas rozmowy z policjantami w takim ładnym kolorowym pokoju. Nadal szukają mamy i taty. Chyba naprawdę jestem zdrowy, bo lekarka z uśmiechem na ustach oświadcza, że nie muszę zostawać w szpitalu. Protestuję, kiedy nie chcą wypuścić Hope. Tłumaczę im, że się nią zajmę, dopóki mama i tata nie wrócą. Ale chyba mi nie wierzą, co bardzo mnie denerwuje, bo przecież umiem się nią opiekować.
– Zawsze sobie radziliśmy! – Tupię ze złością, a lekarka i pani Grace wymieniają zaniepokojone spojrzenia.
– Max. – Starsza pani kuca naprzeciwko mnie. Teraz jest ode mnie sporo niższa, przez co spoglądam na nią z góry. – Wiem, że czujesz się odpowiedzialny za Hope, ale sam jesteś jeszcze dzieckiem. I sam potrzebujesz opieki. Hope zostanie w szpitalu jeszcze przez jakiś czas, a ty zamieszkasz u mnie. Luke potrzebuje towarzystwa kogoś, kto ma dobrze poukładane w głowie. A jak już Hope wyzdrowieje, również u nas zamieszka.
– A mama i tata? – pytam z obawą. Boję się, że usłyszę, że nie wrócą. Albo że umarli. Nie mogę nic poradzić na drżącą brodę i kolejne łzy toczące się po policzkach. Babcia Grace podnosi się i znów mnie przytula, ale nie odpowiada na moje pytanie.
Dopiero po latach dowiedziałem się, że Grace poruszyła niebo i ziemię, by uzyskać prawo do opieki nade mną i Hope, a jednocześnie zapewnić nam kontakt z rodzicami. Ale ja już zawsze czułem wewnętrzną potrzebę opiekowania się tymi, których kochałem. Troszczyłem się o Hope, bo nie ogarniała życia. Dbałem o karierę Luke’a, dla którego poświęciłem swoje studia prawnicze. A teraz okazuje się, że życie przyszykowało dla mnie kolejną niespodziankę.