-
nowość
-
promocja
Mąż i żona - ebook
Mąż i żona - ebook
Bestsellerowa autorka znowu w Polsce!
Czasami prawda jest równie niszczycielska, jak kłamstwo…
Żona:
Jestem w szpitalu po wypadku samochodowym, a policjanci przeszukują mój dom. Czy znajdą apaszkę, która należała do zamordowanej kobiety o miodowych włosach? Kobiety utrzymującej się z pracy na platformie erotycznej. Tej, która zniszczyła moją rodzinę…
Mąż:
Walczę o życie w szpitalu. Moja żona właśnie rozmawia z policją i oskarża mnie o zamordowanie kobiety o miodowych włosach. Jej zazdrość i podłe kłamstwa mogą zniszczyć mi życie. Jeśli jednak powiem prawdę, policja zacznie grzebać w przeszłości, a to także mnie pogrąży.
Żadne z nich nie mówi całej prawdy. Komu więc uwierzysz?
K.L. Slater - bestsellerowa autorka ponad dwudziestu thrillerów psychologicznych, które sprzedały się w ponad dwóch milionach egzemplarzy na całym świecie. Jej twórczość doceniono także w literaturze dla młodych dorosłych – cztery z jej powieści były nominowane do prestiżowej nagrody Carnegie. Posiada tytuł magistra kreatywnego pisania. Mieszka z mężem w malowniczej wiosce w hrabstwie Nottinghamshire.
| Kategoria: | Kryminał |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8444-505-1 |
| Rozmiar pliku: | 623 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
SARAH
PIĘĆ TYGODNI WCZEŚNIEJ
Ten dziwny wieczór zaczął się od internetowej randki z facetem, który się nie zjawił. A potem, kiedy Sarah już miała dać sobie spokój i wyjść, wpadła na kogoś, kogo nie spodziewała się więcej zobaczyć.
Dawne urazy chyba poszły w niepamięć i wieczór upłynął miło na wyjaśnieniach… i obietnicach, z których postanowiła go rozliczyć.
Kiedy się pożegnali, chwiejnie minęła ochroniarzy i wyszła z baru na opustoszałą ulicę. O wiele za dużo wypiła i mimo pewnego niedosytu wiedziała, że nie ma tego złego: jeszcze by się przewróciła albo zwymiotowała na parkiecie i narobiła sobie wstydu.
Znalazła się w modnej enklawie Lace Market, dzielnicy Notthingham. Podziwiała wysokie ceglane budynki z wiktoriańskimi gotyckimi fasadami. Nocą sprawiały wrażenie mrocznych i niebezpiecznych, górując nad nią w ciemności i potęgując uczucie klaustrofobii. Pospieszyła Stoney Street ku znajomej dzwonnicy kościoła St Mary’s na High Pavement, stukot jej obcasów poniósł się echem po okolicy.
Przestraszył ją odgłos szurania po prawej stronie; przystanęła na chwilę, po czym w przypływie przytomności umysłu ruszyła dalej w kierunku planowanego skrótu. Przesadza, bo jest późno i ciemno, stwierdziła. Przypływ adrenaliny otrzeźwił ją w jednej chwili, toteż przenikliwe miauczenie w uliczce, którą musiała przejść, wzbudziło jej natychmiastową czujność.
Zatrzymała się raz jeszcze i nadstawiła uszu. Dźwięk powtórzył się – tym razem wyraźniejszy, głośniejszy. Jeśli nie pójdzie tym skrótem, będzie zmuszona kuśtykać w przyciasnych szpilkach obrzeżem dzielnicy. Wydłuży trasę o piętnaście minut, a w tej okolicy niełatwo o taksówkę.
Stała rozdarta, drepcząc w miejscu na obolałych stopach. Zganiła się w duchu. To pewnie tylko kot, pomyślała. I tak wróci później, niż zapowiadała, wiedziała, że mama, która została z Millie, odetchnie dopiero na dźwięk klucza w zamku. Poza tym jutro musi wcześnie wstać. Ma lukratywne spotkania ze stałymi klientami, którzy wpłacili już zadatek, i nie chce, żeby przepadły, co oznacza, że budzik zadzwoni o szóstej.
Podeszła na palcach i zajrzała w głąb wąskiej uliczki. Dobiegł ją szmer. W tym miejscu panował mrok, było poza zasięgiem latarni.
Wtedy przypomniała sobie o latarce w telefonie. Jeśli to zwierzę, na pewno spłoszy je nagłe światło, a jeśli nie – jeżeli narkoman daje tam sobie w żyłę – no cóż, wybierze jednak dłuższą trasę. Weszła kawałek w uliczkę i wcisnęła ikonkę latarki. W chwili, gdy nastała jasność, ujrzała przed sobą twarz. Zanim zdążyła krzyknąć albo się cofnąć, silna dłoń brutalnie zasłoniła jej usta. Poczuła, że ktoś zarzuca jej coś na głowę i dusi. Otworzyła usta do krzyku, ale poleciała na ścianę pod gradem ciosów.
Osunęła się na ziemię.2
Doganiam Parkera i biorę od niego torbę. Zanim docieramy do drzwi, odwraca się w moją stronę.
– W jakim tata jest humorze?
– Bardzo dobrym! – odpowiadam z wymuszonym ożywieniem. – Jest trochę zawiedziony, że nie zostaniecie na herbatę, ale trudno.
Parker przewraca oczami.
– Myśli, że wszyscy są tacy jak on, naprawią kilka bojlerów i cieknących kranów, po czym do końca dnia gniją w fotelu. Problem w tym, że ma za dużo czasu.
– Och, nie mów tak, Parker – mówię, kiedy mijamy roboczą furgonetkę Cala na podjeździe. To jego trzeci wóz na przestrzeni osiemnastu lat i nadal upiera się, żeby malować na każdym napis „Vance & Syn hydraulika i ogrzewanie” ozdobnymi czarnymi literami, mimo że Parker nigdy nie przejawiał najmniejszej chęci, aby przejąć po ojcu pałeczkę, nawet w dzieciństwie. – Tata jest po sześćdziesiątce i wciąż ciężko pracuje. Doskwiera mu to bardziej, odkąd stracił dofinansowanie i musiał zwolnić czeladnika.
Cal przez lata miał dość stabilną pracę, lecz zgodnie z niemiłym przytykiem Parkera faktycznie na małą skalę. Nigdy nie stawiał sobie ambitnych celów w postaci rozszerzenia działalności lub zatrudnienia kogoś na stałe. Mimo to jakoś sobie radziliśmy, on w firmie, ja na część etatu w bibliotece, to znaczy do czasu mojej choroby. Za sprawą spadku po ciotecznej babce i depozytu kredyt nie był dla nas dużym obciążeniem. Nie mieliśmy zarazem oszczędności, dzięki którym moglibyśmy spędzać wakacje na Barbadosie. O kupnie tam domu nie wspominając.
W progu Parker ścisza głos.
– Musimy pogadać, mamo.
Patrzę na niego ze zdziwieniem. Nie gadaliśmy w cztery oczy od czasu mojej choroby. Półtora roku temu ubierałam się przed lustrem w sypialni i dostrzegłam pomarszczoną skórę na lewej piersi. Żadnego bólu ani dyskomfortu, lecz wyglądało to dziwnie i byłam pewna, że pojawiło się niedawno.
Poszłam do lekarza rodzinnego, który skierował mnie do specjalisty. Okazało się, że pomarszczona skóra wskazuje na guz pod spodem, który usunięto, i wysłano mnie na chemioterapię, zakończoną sukcesem. Szast-prast, wydawałoby się, lecz nic bardziej mylnego. Było to koszmarne doświadczenie, na każdym etapie. Nie tylko dla mnie, ale i dla Cala oraz Parkera.
W tamtym okresie częściej widywałam się z synem, ale sytuacja nie zbliżyła go do ojca. Przepaść między nimi wręcz się pogłębiła.
– Słuchasz mnie, mamo? Muszę z tobą porozmawiać – powtarza Parker, zniecierpliwiony moim pustym spojrzeniem.
– Okej, kochany… mów śmiało. Co się dzieje?
– Nie teraz, ale niedługo. – Zerka na podjazd. – Widzisz, sęk w tym, że chcę pogadać z tobą w cztery oczy, żeby tata i Luna się nie dowiedzieli.
– Wszystko w porządku, Parker? – Czuję rosnącą gulę w gardle. Cóż jest tak ważnego i poufnego, że nikt nie może się dowiedzieć?
– Tata pracuje jutro rano?
– Tak, musi coś pilnie skończyć w Linby – odpowiadam ściszonym tonem. Wie, że Cal czasem pracuje w soboty, ale nie co tydzień. – Wyjeżdża wcześnie, żeby zdążyć na mecz w południe.
– Świetnie. Powinniśmy wrócić najpóźniej o dziesiątej, bo Luna prowadzi pokaz w internecie, więc podrzucę ją do domu i przyjadę prosto do ciebie. Barney może pooglądać telewizję, a my pogadamy w kuchni.
Przyglądam się jego ściągniętym rysom, zmarszczonym brwiom. Chce mi powiedzieć, że ma romans? A może podejrzewa, że to ona ma romans, i chce zasięgnąć rady? Może ma problemy finansowe?
– Czy mógłbyś chociaż…
Potrząsa głową.
– Muszę ci wszystko wyjaśnić, mamo. Od początku. – Patrzy na naręcze toreb. – Dokąd mam je zanieść?
– Zostaw tutaj, zajmę się nimi, jak pojedziecie. – Stawia wszystko obok schodów, lecz uprzedzając jego następny ruch, pcham go delikatnie w stronę salonu, skąd dobiegają śmiechy Cala i Barneya, którzy właśnie rozkładają dinozaura. – Przywitaj się z tatą.
Otwiera i zamyka usta, po czym rusza z ociąganiem w stronę dużego pokoju.
– Cześć, tato.
Po krótkiej ciszy słyszę głos Cala.
– Cześć, Parker. Wszystko gra?
Patrzę od tyłu, jak syn się prostuje.
– Tak… super. Właśnie dostałem awans na regionalnego dyrektora sprzedaży. Dorzucili mi służbową furę. Mercedesa.
– Ten kawałek tu nie pasuje, chłopcze – mówi Cal do Barneya. – Spróbuj z drugiej strony. O tak.
– Piękny samochód, Cal – wtrącam, wychylając się zza Parkera. – Mógłbyś rzucić okiem.
Ojciec i syn patrzą po sobie jak nieznajomi postawieni w niezręcznej sytuacji. Zastanawiam się, kiedy doszło do tego rozdźwięku. To się nie stało z dnia na dzień, tylko tak stopniowo, że ciężko uchwycić moment. Dzień po dniu, milczenie po milczeniu. Jak warstwy cebuli… a potem zachorowałam i różnice tak się pogłębiły, że pojednanie zdawało się nie wchodzić w rachubę.
– Niemiecka technologia, co? Ja tam wolę rodzimą produkcję. – Cal pociąga nosem, wręczając wnukowi kolejny fragment dinozaura. – Miałem już kilka Fordów Transitów i nigdy mnie nie zawiodły.
– O tak, zdaje się, że Ford produkuje je w Hiszpanii – stwierdza nie bez satysfakcji Parker. Podchodzi do syna, mierzwi mu włosy i cmoka w czubek głowy. – Do jutro, młody. – A potem: – Muszę jechać, mamo. Luna nie może się doczekać wieczoru, potrzebuje dużo czasu na przygotowanie.
Biorę Barneya za rękę i idziemy do drzwi. Biegnie do samochodu, żeby uściskać mamę, a ja zwracam się do Parkera.
– Bawcie się dobrze i nie martw się o Barneya. Dopilnuję, żeby miał wszystko, co trzeba.
– Super. – Patrzy mi w oczy. – To do jutra, tak? Napiszę, jak będę jechał.
– Dobrze. – Schyla się i całuje mnie w policzek, po czym idzie do auta.
Barney przybiega do mnie i machamy im na pożegnanie. Kiedy Mercedes znika za zakrętem, wracam do salonu i staję przed fotelem Cala.
– Nie mogłeś sobie darować, prawda?
– No co? – Zdzwiony podnosi ręce i rozgląda się po pokoju, jakby obserwował go tłum równie urażonych sojuszników. – Co ja znowu zrobiłem?
– Dobrze wiesz, co zrobiłeś. Nie mogłeś być miły chociaż przez chwilę, dla syna? Nic dziwnego, że nie chcą tu przyjeżdżać.
– Kto nie chce tu przyjeżdżać? – Barney podnosi wzrok znad zabawki.
Cal się rozkręca.
– Parker też mógł się wysilić, ale oczywiście musiał mi zaleźć za skórę. A nadęta paniusia mogła wejść się przywitać, ale gdzie tam, nie będzie się do tego zniżać, więc została w samochodzie.
– Czy dziadek mówi o mojej mamie? – dopytuje ze zdziwieniem Barney.
– Nie, kochanie. – Gromię Cala wzrokiem. – Mam dosyć tych złośliwości, jasne? Cały tydzień cieszyłam się na miły wieczór, więc dajmy już temu spokój.
– Jasne. – Cal z urazą krzyżuje ręce na piersi, jak nadąsany uczeń. – Ale jedno ci powiem: patrzysz na niego przez różowe okulary. Zawsze patrzyłaś. Nie widzisz tego, ale jest samolubny i bywa okrutny. Ręczę, że brak kontaktu to nie tylko wina Luny.
– Bzdura!
– Naprawdę sądzisz, że gdyby chciał nas odwiedzać, ona by mu tego zabroniła? Gdzie tam! Woli przesiadywać u jej dzianych rodziców i brylować na przyjęciach, takie z niego panisko. Sama go tak rozpuściłaś. Hydraulika mu nie wystarczała, a teraz my mu nie wystarczamy. Lepiej się z tym pogódź, a oszczędzisz sobie przykrości.
Nie wie, że po tym, jak zachorowałam, Parker zaczął wpadać na herbatę pod jego nieobecność. Nie wspominałam o tym, żeby nie ranić uczuć Cala.
Barney odkłada zabawkę i patrzy to na niego, to na mnie.
– Lubię tu przyjeżdżać. Chcę odwiedzać ciebie i dziadka.
– Oczywiście! – Obejmuję go i patrzę ze złością na męża. – Widzisz, co narobiłeś? Zdenerwowałeś go. Nie powinien musieć tego słuchać.
– Nie chcę, żebyś z hukiem spadła na ziemię, Nicolo – mówi łagodniej Cal. – Chciałbym, żebyś przejrzała na oczy i zrozumiała, że Parker nie jest takim aniołem, za jakiego go miałaś. Kiedyś przekonasz się na własnej skórze, jaki jest naprawdę.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI