Mazurscy w podróży. Wyspa tajemnic. Tom 10 - ebook
Wyrusz z Mazurskimi na wakacyjną wyprawę, która szybko zmieni się w pełną zagadek i niebezpieczeństw przygodę!
Mazurscy trafiają do Świnoujścia, skąd wyruszają promem na wyspę Bornholm do Danii. Zwiedzają, aktywnie spędzają czas i odkrywają sekrety, gdy nagle wpadają na trop zagadkowego skarbu. Sytuacja szybko się komplikuje – znikający turyści, niepokojące wydarzenia i coraz trudniejsze zagadki sprawiają, że wakacyjna wyprawa zamienia się w pełną napięcia przygodę. Aby odkryć prawdę i uniknąć niebezpieczeństwa, bohaterowie będą musieli wykazać się sprytem i odwagą.
Autorką książki jest Agnieszka Stelmaszyk – jedna z najpopularniejszych polskich autorek książek dla dzieci i młodzieży, znana m.in. z bestsellerowych serii „Mazurscy w podróży” oraz „Kroniki Archeo”. Jej historie łączą humor, przygodę i zagadki, które wciągają młodych czytelników od pierwszych stron.
„Mazurscy w podróży. Wyspa tajemnic” to już 10 tom serii! To dynamiczna, pełna humoru i sekretów opowieść, w której podróżniczy klimat łączy się z wątkiem detektywistycznym. Barwne postacie, wartka akcja i zagadki do rozwiązania sprawiają, że książka wciąga i dostarcza świetnej rozrywki. Ilustracje do książki stworzyła Anna Oparkowska.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Dzieci 6-12 |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8425-920-7 |
FRAGMENT KSIĄŻKI
To ja, Jędrek. Mam nadzieję, że jeszcze nie znudziły się wam moje relacje z podróży, ponieważ chciałbym wam opowiedzieć kolejną zwariowaną historię, która przytrafiła się mnie i mojej rodzinie podczas naszych wakacji w Danii.
To miała być zwyczajna, miła wycieczka, która nieoczekiwanie zamieniła się w niemal dwa tygodnie pełne nieprawdopodobnych zdarzeń.
Wszystko zaczęło się już na promie, gdy podsłuchałem pewną dziwną rozmowę. Co prawda, mogłem już wtedy przewidzieć to i owo, ale pech chciał, że byłem zajęty innymi sprawami i umknęło mi coś istotnego, coś, co wpędziło nas potem w wielkie kłopoty, ale o tym opowiem za chwilę.
Jeśli ktoś z was cierpi na chorobę morską, to uprzedzam, że w tym tomie będzie trochę kołysało, ale na pewno dacie radę. Uważajcie tylko na podejrzanych wąsaczy i brodaczy…
Jesteście gotowi? A zatem ruszamy i obieramy kurs ku kolejnej przygodzie…
Jędrek Mazurski
To ja i moja rodzinaROZDZIAŁ 1
W KTÓRYM PADA NIEOCZEKIWANA PROPOZYCJA.
Pewnego dnia bunia wpadła do nas z zaaferowaną miną. Od razu wyczułem, że ma jakiegoś intrygującego newsa.
– Kochani! – zakrzyknęła od progu. – Co byście powiedzieli na ekscytujący rejs?
Mama podniosła głowę znad sterty papierzysk, nad którymi siedziała w kuchni przy stole, i nieco nieobecnym wzrokiem spojrzała na bunię. Ostatnio wciąż narzekała, że jest „zarobiona po pachy” i przydałby się jej chociaż krótki wypoczynek. Babcia Henrysia wzięła to sobie najwidoczniej do serca i przygotowała jakąś niespodziankę.
– Rejs? – zapytała mama, gdy wreszcie dotarł do niej sens słów buni.
– A nie możemy pojechać gdzieś samochodem? – wtrąciłem prędko, bo wciąż jeszcze nie ochłonąłem po naszym rejsie po Nilu i chyba nie byłem gotowy na podróżowanie czymś, co pływa.
– Nie martw się, Jędruś, autem też będziemy jeździć – odparła bunia. – I rowerem, i… – wyliczała.
– To płyniemy czy jedziemy? – spytałem skonsternowany.
– Najpierw popłyniemy, a potem będziemy jeździć – wyjaśniła babcia Henrysia.
– Ale gdzie? – dopytywałem.
– Na wyspie.
– Wyspie? – spytaliśmy z mamą równocześnie.
– Po Bornholmie. Co wy na to? – Bunia popatrzyła na nas z wyczekiwaniem.
– Hm… – Mama się zamyśliła. Zwykle od razu torpeduje najbardziej szalone pomysły buni, ale tym razem najwidoczniej babcia trafiła w dziesiątkę.
– Kochanie, co o tym myślisz? – spytał padre, który akurat wycierał naczynia przy zlewie. – To nawet fajny pomysł. Sam już kiedyś myślałem o Bornholmie. Moglibyśmy obchodzić tam piętnastą rocznicę naszego ślubu… – rozmarzył się, zupełnie dla siebie nietypowo.
– Mieliśmy ją obchodzić w naszej wiejskiej chacie – przypomniała mama. – Razem z rodziną.
– Ale na Bornholmie może być jeszcze romantyczniej – kusił tata. – A potem urządzimy imprezę dla całej rodziny – dodał prędko.
– Czy ja wiem? – Mama wciąż jeszcze się wahała. Po chwili namysłu propozycja chyba jednak zaczęła się jej podobać. – Właściwie… Czemu nie? – Uśmiechnęła się.
– A zatem postanowione! – wykrzyknęła bunia.
Okręciła się na pięcie jak fryga i wypadła z domu podekscytowana.
Tak oto rozpoczęły się przygotowania do naszej kolejnej, szalonej wyprawy i z niecierpliwością czekałem na długi czerwcowy weekend.
W tym czasie tata znalazł dla nas tani domek do wynajęcia, bunia znosiła nam różne przewodniki o Bornholmie, a mama kompletowała garderobę. Dzień przed wyjazdem stos walizek piętrzył się już w korytarzu i przyprawiał padre o ból głowy. Dorzuciłem do niego jeszcze piłkę plażową i rakietki do badmintona, ponieważ mieliśmy spędzać aktywnie czas na świeżym powietrzu. Marcela przyniosła jeszcze nadmuchany materac w kształcie flaminga, ale padre kazał jej spuścić z niego powietrze, żebyśmy mogli się z tym wszystkim zmieścić do samochodu.
W dniu wyjazdu wsiedliśmy w komplecie do auta. Czekała nas długa droga, aż do Świnoujścia, bo stamtąd wypływał prom. Jakoś zniosłem kilkugodzinną jazdę autem i paplanie Marceli, bo rejs na Bornholm zapowiadał się obiecująco.
No cóż, nie mogłem jeszcze wtedy przypuszczać, że na tej maleńkiej wyspie tyle może się wydarzyć…
ROZDZIAŁ 2
W KTÓRYM MAMA MA CHOROBĘ MORSKĄ, MARCELA I BUNIA SIEDZĄ Z NOSAMI W SMARTFONACH, A JA SŁYSZĘ DZIWNĄ ROZMOWĘ.
Pogoda była idealna na rejs. Gdy wypływaliśmy promem ze Świnoujścia, świeciło słońce i wiała lekka bryza. Mama cierpi na chorobę morską, więc zajęła miejsce przy oknie i wpatrywała się w horyzont. Najczęściej to wystarczało, ale tym razem czuła się gorzej niż zazwyczaj. Padre zabawiał ją więc rozmową, a bunia w fotelu obok zawzięcie klikała w telefonie. Trochę mnie to zdziwiło, bo zwykle nas za to gani, a tymczasem co jakiś czas chichrała się jeszcze do smartfonu jak nastolatka. Zaczęło mnie ciekawić, z kim tak intensywnie koresponduje.
– Babciu, czy ty masz nowego adoratora? – Marcela uprzedziła moje pytanie, bo i mnie zaczęło to chodzić po głowie.
Moja kuzynka, jak zapewne pamiętacie, jest dość bezpośrednia i nic w tej materii się nie zmieniło. Czasem nawet tej pewności siebie trochę jej zazdroszczę, bo ja nieraz zbyt długo myślę, zanim zadam jakieś pytanie. Marcela nie ma takich oporów.
Bunia tymczasem uniosła głowę znad telefonu, popatrzyła na mnie i na Marcelę nieco rozkojarzonym wzrokiem, a potem z tajemniczym uśmieszkiem błąkającym się na ustach odparła:
– Ależ skąd! Marcelko, co ci przyszło do głowy? Piszę z dziewczynami.
– Z dziewczynami? – Kuzynka w pierwszej chwili nie skojarzyła.
– Z moimi koleżankami z Klubu Buń – uściśliła babcia Henrysia.
– Aa… – Marceli zrzedła mina i straciła zainteresowanie tym, co robi babcia. Miała widocznie nadzieję na jakieś bardziej pikantne szczegóły. Po chwili sama zaczęła skrolować swój smartfon, bo oczywiście długo nie może bez tego wytrzymać, i już po chwili obie z bunią siedziały z pochylonymi głowami.
Mama patrzyła na to ze zgrozą, ale było jej zbyt niedobrze, by to komentować lub prawić im morały. Kuzynka korzystała z okazji, że bunia też „siedzi w swoim telefonie” i nie świeci przykładem, więc już przepadła w świecie social mediów. A ponieważ ja ich nie znoszę i nie lubię gapić się w smartfon bez powodu, zacząłem się trochę nudzić.
Zapytałem padre, czy mogę pospacerować po pokładzie. Zgodził się, ale tylko pod warunkiem, że pójdę w towarzystwie buni. Na szczęście nie miała nic przeciwko, schowała telefon do torebki i razem wyszliśmy na zewnątrz, a Marcela została z nosem w komórce.
Podczas rejsów bardzo lubię obserwować morze oraz inne statki, które widać w oddali. Staliśmy z babcią przy burcie już od kilku minut, gdy nagle z prawej strony zaczął się zbliżać do nas piękny jacht. Miał bardzo ładną sylwetkę, wydęte wiatrem żagle i błyszczący kadłub. Pomyślałem sobie, że chciałbym kiedyś takim popłynąć. Z zaciekawieniem obserwowałem jego załogę. Byli to dwaj mężczyźni, z których jeden stał przy sterze, a kobieta i drugi marynarz robili coś przy ożaglowaniu.
Nagle przez szum fal dotarły do mnie strzępy rozmowy toczącej się na wyższym pokładzie.
Jakiś facet, którego nie mogłem zobaczyć, oznajmił:
– Wszystko gotowe, zaczynamy jeszcze dzisiaj…
– Świetnie! – odpowiedział mu drugi nieco chropowatym głosem. – Ona musi się odnaleźć – podkreślił.
– Wyeliminujemy każdego, kto stanie nam na drodze – dodał pierwszy ze złowrogą nutą w głosie.
Odwróciłem się i próbowałem dojrzeć tych mężczyzn, ale bez skutku. Stanąłem więc w miejscu, w którym najlepiej było słychać rozmowę, i nadstawiłem ucha.
– Mam nadzieję, że nie spartaczyłeś roboty, bo jeśli się wyda, czego szukamy… – W głosie tego drugiego zabrzmiał jakby niepokój.
Ktoś przechodzący obok mnie zaśmiał się głośno i zagłuszył dalszą wypowiedź.
Po chwili jednak usłyszałem:
– Bez obaw – uspokajał pierwszy. – Mamy doskonały kamuflaż. Nikt nie domyśli się, że… – zapewnił, ale nie usłyszałem ciągu dalszego.
Akurat podeszła do mnie bunia, więc zapytałem, czy możemy pójść na wyższy pokład, bo miałem nadzieję, że zobaczę tych facetów. Ale wtedy babcia jednak stwierdziła, że powinienem coś przekąsić i że musimy iść do restauracji, gdzie czekają już na nas rodzice z Marcelą.
Skoro nie mogłem zobaczyć mężczyzn, którzy prowadzili tę osobliwą i trochę tajemniczą rozmowę, rozejrzałem się jeszcze za tym ładnym jachtem. Chciałem sprawdzić, dokąd płynie, ale gdy na tę krótką chwilę odwróciłem wzrok od morza, żaglowiec rozpłynął się jak statek widmo.
Było to niezmiernie dziwne, ale w tej chwili mój umysł i tak zaprzątały strzępy rozmowy, którą przez przypadek usłyszałem.
O czym tamci faceci rozmawiali? O co chodziło z tym kamuflażem? I kogo chcieli wyeliminować? Zabrzmiało to przecież dosyć groźnie. Wszystkie te pytania uparcie krążyły w mojej głowie jak natrętna mucha.
Miałem wielką ochotę powiedzieć zaraz o wszystkim Marceli, ale przypomniałem sobie, że ilekroć usłyszę coś dziwnego i się tym zainteresuję, natychmiast wpadam w tarapaty. Chociaż raz chciałem spędzić miłe wakacje bez wplątywania się w kryminalne awantury.
Strasznie mnie korciło, żeby wygadać się przed kuzynką, ale wiedziałem, że gdy raz wypowiem na głos wszystko, co usłyszałem, mój umysł nie przestanie tego mielić, tylko za wszelką cenę będzie próbował rozwikłać tę zagadkę.
A to by oznaczało tylko jedno – kłopoty!
Nie mogłem przecież zepsuć rodzicom ich rocznicy ślubu, tym bardziej że mama naprawdę źle znosiła tę podróż. Nie chciałem fundować jej dodatkowych niemiłych sensacji.
„Niedługo dopłyniemy na Bornholm, a wtedy i tak nie będziemy mogli z Marcelą rozwiązać tej zagadki, więc nie ma najmniejszego sensu, by w ogóle zaprzątać tym sobie głowę” – pocieszyłem się w myślach.
Bunia zapowiedziała, że gdy tylko dotrzemy do naszego wynajętego domku letniskowego, zostawimy bagaże, chwilę w nim odsapniemy, a potem od razu pozwiedzamy nieco okolicę, by nie tracić cennego czasu.
Zaczęliśmy wspólnie ustalać plan na spędzenie kilku następnych godzin i tak się w to zaangażowałem, że dziwna rozmowa i znikający jacht całkiem wyleciały mi z głowy.ROZDZIAŁ 3
W KTÓRYM POZNAJEMY WĄSACZY, DOPŁYWAMY DO RØNNE, A JA MAM POKÓJ Z WIDOKIEM NA MORZE.
– Bornholm! Już go widać! – zawołałem niesamowicie podekscytowany, gdy pierwszy zauważyłem wyspę wyłaniającą się z morza.
Staliśmy wszyscy na otwartym pokładzie i obserwowaliśmy zbliżający się ląd. Czułem to miłe łaskotanie w żołądku, które pojawia się na początku każdej naszej wyprawy.
Gdy prom wpłynął do portu w Rønne, zaczęliśmy się przygotowywać do opuszczenia statku. Jak zwykle zrobiło się małe zamieszanie wśród pasażerów, kiedy wszyscy naraz zaczęli się tłoczyć przy wyjściu. Czekaliśmy cierpliwie na swoją kolej, gdy nagle usłyszałem znajomy głos. To był mężczyzna, który wcześniej meldował swojemu towarzyszowi o tym, że wyeliminują każdego, kto stanie im na drodze. Obejrzałem się szybko, by sprawdzić, jak facet wygląda, ale w żaden sposób nie mogłem się tego dowiedzieć, ponieważ…
Czy mi się dwoi i troi w oczach? Zamrugałem powiekami, bo niemal wszyscy tłoczący się za nami mężczyźni wyglądali bardzo podobnie!
To byli sami wąsacze i brodacze, a różnili się między sobą tylko długością wąsów, stopniem ich podkręcenia lub bujnością bród.
– Marcela, spójrz! – Szturchnąłem ją łokciem.
Kuzynka odwróciła się i wytrzeszczyła oczy, a potem parsknęła śmiechem.
– Marcelko, z czego się śmiejesz? – Mama zmarszczyła brwi, bo kuzynka chichrała się jak szalona.
– Oni mają takie śmieszne wąsiska. – Pokazała niekulturalnie palcem.
Na szczęście faceci tego nie zauważyli.
– Rzeczywiście, wyglądają oryginalnie – przyznała moja mama dyplomatycznie – ale to nie powód, by się śmiać – zganiła Marcelę.
Tymczasem jeden z mężczyzn, z wąchami zakręconymi na policzkach niczym ślimaki, ukłonił się szarmancko przed bunią i przepuścił ją w przejściu.
– Panie przodem. – Wskazał ręką kurtuazyjnie.
– Och, dziękuję. – Bunia uśmiechnęła się czarująco i mógłbym przysiąc, że w tej samej chwili na koniuszkach wąsów tego pana coś zaiskrzyło.
Wreszcie dotarliśmy do auta i kilkanaście minut później sznur samochodów opuścił brzuszysko promu. Marzenka ożyła i zaczęła wskazywać nam drogę.
Pewnego dnia padre oznajmił, że czas pójść z duchem czasu i zastąpić Marzenkę nawigacją z Google’a. Ale ten okropny robot, który do nas gadał bez cienia emocji i mówił ciągle „szejset” zamiast „sześćset”, stał się nie do zniesienia nawet dla mnie.
– „Za szejset metrów zjazd w lewo” – mówił tym swoim drętwym, sztucznym głosem.
– Jak jeszcze raz odezwie się ta głupia maszyna, to mnie szlag trafi! – oznajmiła niespodziewanie mama, choć przy nas nigdy nie używa takiego języka.
Emocje widać wzięły górę i ten sztuczny głos grał jej na nerwach. Padre nie miał więc wyboru i po kolejnych protestach z naszej strony uruchomił z powrotem naszą Marzenkę. To tylko taka mała dygresja na temat pójścia z duchem czasu i już wracam do naszej historii.
Wsiedliśmy do auta i opuściliśmy prom. Wyjechaliśmy z portu i ruszyliśmy najpierw do naszego wynajętego domku, by zostawić tam bagaże i trochę się odświeżyć. Na lądzie mama od razu poczuła się lepiej i tryskała dobrym humorem.
Rønne bardzo nam się spodobało. Skierowaliśmy się w stronę wynajętego przez tatę domu letniskowego. Po drodze mijaliśmy ładne kolorowe budynki.
Z pomocą Marzenki trafiliśmy wreszcie pod właściwy adres. Okazało się jednak, że domek wcale nie leży w zacisznym miejscu na uboczu, tak jak to reklamował nam wcześniej padre, lecz przylega do rozległego pola kempingowego.
– Chyba musimy się przygotować na to, że będzie tu trochę głośno. – Mama westchnęła odrobinę rozczarowana.
– Kochanie, nie sądzę, by odbywały się tutaj jakieś dzikie imprezy – pocieszał ją padre. – Zobaczysz, spędzimy miłe wakacje!
Okolica była bardzo urokliwa, a z okien domu widać było morze, więc mama prędko się rozpogodziła.
– Masz rację, i tak nie przyjechaliśmy po to, by siedzieć tu całymi dniami – stwierdziła.
– No właśnie, nie traćmy czasu! – zakrzyknęła z werwą bunia. – Zostawmy walizki i rozejrzyjmy się po okolicy.
Domek okazał się całkiem ładny. Były w nim trzy sypialnie, salon z aneksem kuchennym, taras i łazienka z osobną toaletą.
Marcela z bunią wybrały sobie wspólny pokój, a ja miałem jeden tylko dla siebie. I na dodatek ze wspaniałym widokiem na morze. Lepiej nie mogło mi się trafić!
Te wakacje rzeczywiście zapowiadały się fantastycznie!O AUTORCE
Agnieszka
Stelmaszyk
Uwielbiana przez młodych czytelników autorka wielu popularnych książek dla dzieci i młodzieży, między innymi serii podróżniczo-przygodowej Kroniki Archeo, która natychmiast stała się bestsellerem.
Znakiem charakterystycznym twórczości autorki jest humor, tworzenie sympatycznych postaci oraz wplatanie we wciągające fabuły prawdziwych miejsc i wydarzeń, faktów związanych z przyrodą i historią. Dzięki temu jej powieści z powodzeniem łączą elementy rozrywkowe i edukacyjne, od wielu lat rozbudzając wyobraźnię i poszerzając zainteresowania czytelników.
W serii Mazurscy w podróży Agnieszka Stelmaszyk w unikalny sposób łączy w wyjątkową całość kilka ze swoich największych pasji – pisarstwo, podróże i fotografię. Wakacyjne perypetie bohaterów zostały bowiem zainspirowane przygodami autorki przeżywanymi podczas wyjazdów w gronie rodzinnym, podczas których wykonała ona zdjęcia wykorzystane do zilustrowania serii.