Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Mazurskie pragnienie - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
12 sierpnia 2026
14,90
1490 pkt
punktów Virtualo

Mazurskie pragnienie - ebook

1. Wyjazd Marty na mazurskie wakacje do siedliska przyjaciółki miał być jedynie ucieczką od warszawskiej rutyny, lecz szybko zamienił się w podróż w głąb mrocznych i zakazanych żądz. 2. Pojawienie się Marka – magnetycznego, bezkompromisowego mężczyzny o lodowato niebieskich oczach – od pierwszej chwili burzy jej dotychczasowy porządek moralny. 3. Ukradkowe spojrzenia szybko przeradzają się w gorączkowy romans, w którym Marta dobrowolnie zrzuca maskę niezależności, stając się całkowicie uległą kochanką. 4. W zakamarkach starej stodoły, w nagrzanym samochodzie i pod osłoną nocy Marek obnaża jej granice, spychając ją w otchłań perwersyjnego zatracenia. 5. Tuż przed końcem lata dochodzi do ostatecznego, bezwzględnego pożegnania, podczas którego Marta oddaje mu każdą cząstkę siebie. 6. Ten mazurski wyjazd na zawsze wypala w jej ciele i psychice ślad, którego nie zmyje żaden powrót do bezpiecznej, miejskiej rzeczywistości.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Erotyka
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
Rozmiar pliku: 1,1 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

1

CHAPTER 1

Pociąg zatrzymał się na małej, zapomnianej przez świat stacji, gdzie rdzewiejące zwrotnice zarastały wysokimi trawami, a powietrze pachniało wilgocią jezior i rozgrzanym w słońcu igliwiem. Kiedy dziesięć lat temu Kasia wyprowadziła się z rodzicami na Mazury, wydawało mi się, że to koniec świata – ostateczna cezura w naszym dzieciństwie spędzonym na wielkopolskim blokowisku, gdzie nasze matki piły kawę na balkonie, a my biegałyśmy po wyasfaltowanym podwórku.

W tamtym bloku z wielkiej płyty znałyśmy każdy kąt. Nasze rodziny były ze sobą tak zrośnięte, że granice między naszymi mieszkaniami na trzecim piętrze właściwie nie istniały. Pamiętam popołudnia, kiedy moja mama i matka Kasi siedziały w kuchni, plotkując przy filiżankach rozpuszczalnej kawy, podczas gdy my na dywanie układałyśmy klocki albo rysowałyśmy w zeszytach w kratkę. Ojcowie z kolei często spotykali się po pracy, majsterkując przy samochodach na parkingu albo pomagając sobie w remontach. Kasia była moją powierniczką, lustrem, w którym przeglądałam się każdego dnia. Dzieliłyśmy się sekretami, pierwszymi nastoletnimi fascynacjami i kanapkami z dżemem, które zjadałyśmy ukryte pod kocem na łóżku.

A potem nadszedł ten rok, kiedy wszystko pękło. Interesy ojca Kasi na miejscu zaczęły się sypać, a na horyzoncie pojawiła się spadkowa nieruchomość na Mazurach – stare, zaniedbane gospodarstwo po dziadkach, które postanowili przekształcić w agroturystykę. Przeprowadzka spadła na nas jak grom z jasnego nieba. Pamiętam ostatni dzień na podwórku, łzy w oczach Kasi i mocny, niemal bolesny uścisk, kiedy obiecywałyśmy sobie, że nic się nie zmieni.

Ale zmieniło się wszystko. Listy rzedły z miesiąca na miesiąc, telefony stawały się coraz krótsze, a po śmierci matki Kasi, która odeszła zaledwie cztery lata po przeprowadzek, kontakt urwałyśmy niemal zupełnie. Każda z nas poszła w swoją stronę – ja zostałam w wielkomiejskim pędzie, a ona została zamknięta pośród mazurskich jezior, wychowywana przez ojca, który po stracie żony zamknął się w sobie i w swoim gospodarstwie.

Teraz miałyśmy po dziewiętnaście lat, a niespodziewane zaproszenie od Kasi – rzekomo do pomocy w sezonie letnim przy obsłudze gości w ich agroturystyce – brzmiało jak szansa na odzyskanie dawnej siostrzanej bliskości.

Wysiadłam na peron z walizką w ręku, rozglądając się wokół. Mazurska przyroda otaczała stację gęstą ścianą lasów, a nad torami unosiła się leniwa, poranna mgła. Nie wiedziałam jeszcze, że to miejsce kryje ciszę, która potrafi ogłuszyć szybciej niż miejski zgiełk, a ojciec Kasi – wujek Marek, którego pamiętałam z dawnych lat jako ciepłego, uśmiechniętego mężczyznę – przez tę dekadę zmienił się w kogoś zupełnie innego. Kogoś, czyje spojrzenie miało w sobie dziwny, magnetyczny chłód.

Stara, wysłużona furgonetka marki Volkswagen zakotłowała na żwirowym placyku przed stacją, wzbudzając chmurę jasnego pyłu, który natychmiast opadł na moje buty i walizkę. Drzwi zaskrzypiały głucho, a z kabiny wysiadł on. Wujek Marek.

Przez dziesięć lat zdążyłam zatrzeć w pamięci jego rysy, zastępując je wyblakłym zdjęciem z rodzinnego albumu na wielkopolskim blokowisku. Pamiętałam go jako pulchnego, nieco zmęczonego życiem mężczyznę w za dużym swetrze, który pachniał smarem, kawą i tanimi papierosami, kiedy pomagał moim rodzicom wnosić meble albo naprawiał wózek akumulatorowy pod klatką. Człowieka z lekkim brzuchem, z lekko przygarbionymi plecami i łagodnym, choć nieobecnym wzrokiem.

To, co stało przed mną, nie przypominało tamtego człowieka w żadnym calu.

Marek miał na sobie dopasowaną, ciemnozieloną koszulę z podwiniętymi rękawami, które odsłaniały silne, opalone przedramiona pokryte gęstą, ciemną siatką nabrzmiałych żył i drobnych włosków. Był wysoki, barczysty, o szerokich ramionach, które napinały materiał na plecach z każdym ruchem. Szyję miał grubą, kark mocny, a twarz – ogoloną gładko, o ostrych, niemal drapieżnych rysach, z głęboko osadzonymi, lodowato niebieskimi oczami, które patrzyły na świat z absolutną, niewzruszoną pewnością siebie. Poruszał się z lekkością i siłą dzikiego zwierzęcia, zupełnie nie pasując do mojego wyobrażenia o zmęczonym ojcu samotnie prowadzącym agroturystykę na mazurskim pustkowiu.

Kiedy podeszłam bliżej, uderzył mnie zapach jego wody po goleniu – drzewnej, ostrej, połączonej z czystym potem i wonią lasu.

– Marta? O rany, aleś wyrosła – powiedział głębokim, wibrującym basem, który od razu odbił się echem w moim żołądku.

Zanim zdążyłam odpowiedział cokolwiek, chwycił moją walizkę jedną ręką, jakby ważyła tyle co piórko, i wrzucił ją na pakę furgonetki. Jego dłoń, kiedy na ułamek sekundy musnęła moją skórę, była twarda jak kamień, szorstka od roboty, a jednocześnie niesamowicie ciepła.

Wskoczyłam na przednie siedzenie, a za mną, z tylnej kanapy, dobiegł mnie ciepły, znajomy głos.

– Marta! Boże, tak się cieszę, że przyjechałaś!

Kasia rzuciła mi się na szyję, niemal zrzucając mnie z siedzenia. Pachniała wanilią, słońcem i wilgotną trawą. Przez chwilę wtuliłyśmy się w siebie, zapominając o upływających latach, o milczeniu w listach i o tym wszystkim, co nas przez dekadę dzieliło. Jej twarz zmieniła się mniej niż moja – wciąż miała te same duże, brązowe oczy i piegi rozsiane wokół nosa, choć w kącikach ust kryła się teraz jakaś nowa, dorosła rezerwa.

Silnik zaryczał, Marek wrzucił bieg z mechanicznym zgrzytem i ruszyliśmy w stronę serca mazurskich lasów.

Siedziałam z przodu, czując na sobie bliskość kierowcy. Furgonetka kołysała się na wybojach, a ja ukradkiem, kątem oka, obserwowałam jego profil. Moje myśli kręciły się wokół dziwnego, natrętnego porównania. Mój własny ojciec w tym wieku był już człowiekiem osowiałym, z brzuchem piwnym, siedzącym wieczorami przed telewizorem z puszką piwa w ręku, narzekającym na ból kręgosłupa i niską emeryturę. Mój tata poddawał się upływowi czasu z jakąś melancholijną rezygnacją, pozwalając, by domowe kapcie i dres z rozciągniętymi kolanami stały się jego drugą skórą.

Marek był jego całkowitym przeciwieństwem. W każdym jego geście, w sposobie, w jaki trzymał skórzaną kierownicę oburącz, z palcami zaciśniętymi pewnie na wieńcu, w napiętych mięśniach karku i wyprostowanej sylwetce czuło się surową, samczą witalność. Wyglądał tak, jakby mazurskie lasy nie zniszczyły go po śmierci żony, lecz zahartowały, zamieniając w skałę. Czułam dziwny, niepokojący respekt, który mieszał się z fascynacją. Ciało mężczyzny w sile wieku, zadbane, silne i emanujące tak potężną energią, działało na moją dziewiętnastoletnią wyobraźnię w sposób, do którego bałam się sama przed sobą przyznać.

– Jak tam wielkie miasto, Marta? – odezwał się nagle Marek, nie odrywając wzroku od krętej, wąskiej drogi, nad którą gałęzie drzew tworzyły gęsty, zielony tunel. Jego głos brzmiał nisko, wwiercając się w przestrzeń kabiny. – Studia, chłopaki, ta cała nowoczesność? Nie nudzi ci się na tych betonowych osiedlach?

– Jest w porządku, wujku… znaczy, panie Marku – zająknęłam się lekko, czując nagłe gorąco na policzkach.

– Jaki tam panie Marku – zaśmiał się krótko, a w kącikach jego oczu pojawiły się gęste wachlarze zmarszczek, które dodawały mu jeszcze bardziej męskiego uroku. – Stary wujek Marek dla ciebie jestem, tak jak kiedyś. Przecież zmieniałyśmy ci pampersy, jak byłaś mała, pamiętasz, Kasia?

– Tato, daj spokój, Marta ma teraz dziewiętnaście lat, a nie pięć – roześmiała się Kasia z tylnego siedzenia, pochylając się między naszymi fotelami i kładąc dłoń na moim zagłówku. – Ona teraz wielka studentka, ma swoje lata i swoje sprawy. A nie wspomnienia z piaskownicy.

– Czas szybko leci, za szybko – mruknął Marek, a jego spojrzenie na ułamek sekundy spotkało się z moim w lusterku wstecznym.

Jego lodowato niebieskie oczy lśniły w półmroku kabiny z taką intensywnością, że odwróciłam wzrok, wbijając go w mijane za szybą przydrożne słupki i pasy dzikich łąk. Serce zabiło mi nieco szybciej. Przez chwilę w samochodzie zapanowała cisza, przerywana jedynie szumem opon na asfalcie i świstem wiatru wpadającego przez uchylone okno.

– Ale cieszymy się, że przyjechałaś, naprawdę – Kasia zmieniła temat, ściskając moje ramieniu z tyłu. – Potrzebuję tu kogoś bliskiego. Tata sam nie daje rady z tym wszystkim, gospodarstwo się rozrasta, mamy coraz więcej gości z miasta, którzy chcą „wiejskiego klimatu”, a tak naprawdę oczekują luksusów w środku lasu. Ja nie staję na wysokości zadania, a tata… no cóż, tata trzyma wszystko twardą ręką.

– Ktoś musi trzymać porządek, żeby to wszystko nie rozpadło się jak domek z kart – wtrącił spokojnie Marek, wrzucając trójkę na zakręcie.

Ruch jego ramienia był płynny i potężny. Patrzyłam na jego dłoń spoczywającą na drążku zmiany biegów – szeroką, z mocnymi kostkami i ciemnymi włoskami na grzbiecie. Nagle poczułam dziwne ukłucie w podbrzuszu. Przez lata na wielkopolskim blokowisku widziałam setki mężczyzn, ale żaden z nich nie miał w sobie tego pierwotnego, surowego spokoju, który emanował z Marka. Był jak część tego mazurskiego krajobrazu – starego, pięknego, ale kryjącego w sobie nieznane głębie i niebezpieczeństwa.

– A mama… jak wspomnienia? – wymsknęło mi się nagle, zanim zdążyłam pomyśleć, że to może być bolesny temat.

W kabinie zapadła gęsta, ciężka cisza. Nawet szum wiatru wydawał się na moment ucichnąć.

Marek zacisnął palce na kierownicy tak mocno, że knykcie stały się białe. Na jego żuchwie zarysował się twardy mięsień, a profil stężał w kamiennym bezruchu. Przez sekundę bałam się, że popełniłam błąd, że dotknęłam rany, która przez pięć lat po śmierci żony nie zdążyła się zabliźnić.

– Mama jest tam, gdzie jej miejsce, Martusiu – odezwał się w końcu Marek, a jego głos stracił wcześniejszą swobodę, stając się twardy i matowy. – Las ją przyjął. Las pamięta wszystko. A my musimy żyć dalej. Od tego się nie ucieknie.

Kasia z tyłu westchnęła cicho, a ja odwróciłam głowę do szyby, czując, jak po plecach przebiega mi zimny dreszcz.

Droga zaczęła się zwężać. Asfalt ustąpił miejsca utwardzonej, jasnej żwirówce, która wiła się wśród wysokich, strzelistych sosen i ciemnych ścian świerkowego lasu. Powietrze wpadające do środka stało się chłodniejsze, przesycone zapachem żywicy, mokrej ziemi i dymu z paleniska. Z każdym przejechanym kilometrem miałam wrażenie, że oddalamy się nie tylko od miasta, ale od całego znanego mi świata, wpadając w jakąś osobną, zamkniętą rzeczywistość, gdzie prawa dyktuje natura i człowiek o oczach tak zimnych jak mazurskie jezioro jesienią.

– Dojeżdżamy – oznajmił Marek, a w jego głosie znów pojawiła się ta dawna, opiekuńcza nuta, choć wciąż czułam pod nią twardy metal.

Furgonetka zwolniła, skręciła w lewo przez szeroką, drewnianą bramę ozdobioną rzeźbionym napisem: _Siedlisko pod Sosnami_, i wjechała na rozległy dziedziniec otoczony kilkoma starymi budynkami z czerwonej cegły i ciemnego drewna.

Zaczynało się lato, a ja nie miałam pojęcia, co ta przygoda ze mną zrobi.2

CHAPTER 2

Poranek w „Siedlisku pod Sosnami” przywitał nas ciszą, która w wielkomiejskim zgiełku po prostu nie istnieje, stanowiąc luksus, do którego człowiek musi dopiero przywyknąć. Nie było tu warkotu porannych autobusów, mechanicznego zgrzytu tramwajowych szyn ani irytującego, jednostajnego buczenia klimatyzacji dochodzącego z sąsiednich mieszkań w bloku z wielkiej płyty. Zamiast tego obudziło mnie coś całkowicie pierwotnego i czystego – miękkie, złociste światło sączące się powoli przez lniane zasłony i świt zaplątany w gęste gałęzie starych drzew rosnących tuż za oknem gościnnego pokoju. Powietrze, gdy tylko uchyliłam okienko, uderzyło mnie rześkim, porannym chłodem, który był przesycony intensywnym zapachem żywicy, wilgotnej po nocnej rosie trawy oraz dalekiej, torfowej woni jeziora.

Wstałam z łóżka, czując w zmęczonych podróżą mięśniach przyjemne odprężenie, i narzuciłam na siebie cienki, satynowy szlafrok. Dom jeszcze spał, a przynajmniej tak mi się wydawało, gdy boso zeszłam po skrzypiących, szerokich deskach schodów na parter. Każdy stopień opowiadał milczącą historię tego miejsca – stuletniego mazurskiego domostwa, które Marek własnymi, zszarzałymi od ciężkiej pracy rękami podniósł z całkowitej ruin i zapomnienia. Kiedy weszłam do dużej, jasnej kuchni połączonej z jadalnią, zastałam tam już pełną gotowość do nadchodzącego dnia, a w powietrzu unosiła się gęsta, wręcz namacalna atmosfera domowego ogniska.

Marek stał tyłem do mnie przy masywnym, dębowym blacie roboczym. Miał na sobie jedynie ciemny podkoszulek na ramiączkach, który bezlitośnie odsłaniał jego szerokie, rozbudowane plecy, potężne, wyrzeźbione barki oraz lśniące od porannej świeżości ramiona. W jego dłoniach drewniana łopatka przesuwała się z pewnym, miarowym ruchem, a na żeliwnej patelni skwierczało wiejskie masło i świeże jajka prosto od gospodarza z sąsiedniej wsi. W całym pomieszczeniu unosił się bogaty, niesamowity aromat świeżo parzonej, mocnej kawy po turecku, chrupiącego chleba na naturalnym zakwasie oraz podsmażanego, pachnącego wędzonką boczku.

– O, wyspana nasza warszawianka? – odezwał się nagle niski, wibrujący bas Marka, zanim jeszcze zdążyłam wykonać jakikolwiek krok w jego stronę.

Odwrócił się gwałtownie, a na jego ogolonej, ostrej twarzy błąkał się lekki, opiekuńczy uśmiech. Te jego lodowato niebieskie oczy rano wydawały się jeszcze bardziej wyraziste, niemal świetliste w półmroku starej kuchni. Poczułam, jak na policzkach wstępuje mi nagłe, nieznośne gorąco, które zmusiło mnie do natychmiastowego odwrócenia wzroku. Starałam się opanować dziwne, niespokojne kołatanie serca, które wywoływała we mnie jego czysta, fizyczna obecność. W tym roboczym stroju wyglądał bardziej jak potężny drwal z kanadyjskich puszczy niż jak ojciec mojej dawnej przyjaciółki z bloku.

W tej samej sekundzie do kuchni wpadła Kasia, radosna, rozczochrana, ubrana w luźny dres i wyblakły t-shirt z koncertu rockowego.

– Cześć, Marta! Wyspałaś się? Boże, jak się cieszę, że tu jesteś! – zawołała, podchodząc do mnie i ściskając mnie mocno, zanim zdążyłam w ogóle usiąść przy stole.

Wspólne śniadanie miało w sobie coś z głębokiego, niemal sakralnego rytuału, którego dawno nie doświadczyłam w swoim szybkim, zatomizowanym życiu w wielkim mieście. Siedzieliśmy wspólnie przy wielkim, drewnianym stole, na którym parowały kubki z czarną kawą, a gliniane miski uginały się od wiejskiego twarogu, czerwonych pomidorów pachnących słońcem, domowych wędlin i osełkowego masła. Marek siedział naprzeciwko mnie. Jadł powoli, z tą swoją samczą, niczym niezmąconą pewnością siebie, od czasu do czasu rzucając krótkie, celne uwagi dotyczące planów na dzisiejszy dzień w gospodarstwie. Jego dłonie, kiedy kroił chleb grubym nożem, wydawały się niesamowicie silne, a każdy jego ruch emanował doświadczeniem, spokojem i totalną kontrolą nad otaczającą go przestrzenią.

– Dzisiaj masz wolny dzień na rozruch, Martuś – powiedział Marek, wznosząc kubek z kawą i patrząc na mnie prosto w oczy z intensywnością, przed którą nie było ucieczki. – Kasia ci wszystko pokaże, oprowadzi po najciekawszych kątach, żebyś wiedziała, na czym stoimy. Od jutra zaczynamy sezon pełną parą, przyjeżdża pierwsza większa grupa z Gdańska, więc rąk do pracy będzie potrzeba. Ale dzisiaj? Dzisiaj macie czas wyłącznie dla siebie.

Jego autorytarny ton nie znosił żadnego sprzeciwu, a jednocześnie brzmiał w nim niezwykle ciepły, niemal patriarchalny nurt, który sprawiał, że czułam się dziwnie bezpiecznie, a zarazem dziwnie osaczona tą potężną energią.

Gdy tylko skończyłyśmy jeść i pomogłam Kasi sprzątnąć ze stołu – przy czym Marek niemal siłą odebrał mi talerze, mruknęli, że goście mają odpoczywać, a nie zmywać – wyszłyśmy na zewnątrz. Poranne słońce zaczynało już mocno przygrzewać, rozpraszając ostatnie nitki mgły nad taflą jeziora, które lśniło w oddali niczym rozlane na zielonej trawie srebro.

Kasia złapała mnie pod rękę i ruszyłyśmy powolnym krokiem w stronę rozległego terenu agroturystyki, który otaczał siedlisko z każdej strony.

– Widzisz to wszystko? – zaczęła opowiadać Kasia, machając swobodnie ręką w stronę odrestaurowanych starych stodół, obór przekształconych w świetlice oraz rzędu drewnianych domków dla gości ukrytych dyskretnie między sosnami. – Kiedy mama żyła, to było zwykłe, zapuszczone, mazurskie gospodarstwo. Po jej tragicznej śmierci myślałam, że tato dosłownie zwariuje. Zamknął się w sobie na wiele długich miesięcy, nie rozmawiał z nikim, tylko rąbał drzewo siekierą od świtu do nocy, aż kaleczył sobie dłonie do krwi. Myślałam, że stąd ucieknę, że nie wytrzymam tej głuchej ciszy i tego lasu, który zaciskał się wokół nas jak pętla na szyi.

Słuchałam jej z najwyższą uwagą, czując, jak dawna, dziecięca bliskość wraca między nami z każdą wypowiedzianą sekundą, budując na nowo porzucone mosty.

– Ale potem – kontynuowała Kasia, a w jej głosie wyraźnie dźwięczała nuta dumy i podziwu – tato podniósł się z kolan. Zmienił się całkowicie, stając się zupełnie innym człowiekiem. Zbudował to miejsce od zera. Wziął ogromny kredyt, zapisał się na kursy zarządzania w turystyce, sam remontował te domki, układał dachówki, kładł instalacje elektryczne. Stał się twardym, samowystarczalnym gospodarzem, przed którym cała okolica czuje respekt. Czasami… czasami sama się go boję, Marta. Jest taki surowy, nie znosi dyskusji, trzyma mnie krótko, ale wiem, że robi to wszystko dla nas. Dla przetrwania tego miejsca.

Spacerowałyśmy wąskimi, piaszczystymi ścieżkami prowadzącymi wzdłuż drewnianego ogrodzenia, za którym zaczynał się już gęsty, nieprzenikniony las. Kasia pokazywała mi zadbaną stajnię, gdzie trzymali dwa spokojne konie rekreacyjne dla gości, nowoczesną ekologiczną oczyszczalnię, którą Marek zaprojektował sam, oraz urokliwy, stary pomost nad samym brzegiem jeziora, gdzie w sezonie letnim goście pili poranną kawę, patrząc na wschodzące słońce. Opowiadała o trudnościach, o kapryśnych turystach z wielkich miast, którzy potrafią narzekać na brak zasięgu w telefonie komórkowym albo na kumkanie żab w letnie noce, oraz o tym, jak bardzo jest zmęczona tą ciągłą, absorbującą obecnością obcych ludzi w ich domowej przestrzeni.

– Czasami mam wrażenie, że to gospodarstwo nas dosłownie pochłonęło – wyszeptała Kasia, zatrzymując się na chwilę nad brzegiem wody i wpatrując się w dal. – Tato żyje wyłącznie tym miejscem. Nie ma żadnych znajomych, nie ma żadnej kobiety, nie ma nikogo poza mną i tymi domkami. Czasami patrzę na niego ukradkiem i widzę w nim jakąś głęboką, zaciśniętą samotność, której nic na świecie nie jest w stanie wypełnić.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij