-
nowość
Mechaniczne zwierzęta - ebook
Mechaniczne zwierzęta - ebook
Na początku, pisząc tę książkę, sądziłem, że opisuję fikcję. Z czasem zrozumiałem, że opisuję rzeczywistość — surrealistyczny świat stworzony przez nas samych. „Mechaniczne zwierzęta” to mroczna opowieść o człowieku, który nadaje kształt swoim najgłębszym pragnieniom i stopniowo traci kontrolę nad tym, co stworzył. W świecie, gdzie praca stała się przywilejem, sztuka niemal zanikła, a ludzi zastępują humanoidy, Eliot tworzy Lilith — androida mającego zaspokajać potrzeby, których człowiek wstydzi się nawet przed sobą. Jego dzieło szybko przestaje należeć wyłącznie do niego. Granice między człowiekiem a maszyną, miłością a uzależnieniem oraz snem a rzeczywistością zaczynają się rozpadać. Każde spełnione pragnienie rodzi następne, a świat mający uwolnić człowieka od cierpienia staje się odbiciem jego lęków, obsesji i popędów. To historia o samotności, pożądaniu, sztuce i tłumieniu. O człowieku, który chciał stworzyć miłość, lecz zbudował jedynie jej mechaniczną imitację.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Science Fiction |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| Rozmiar pliku: | 1,9 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Chcesz usłyszeć najstraszniejszą — a może najpiękniejszą — historię?
Z całej ludzkości pozostaje jeden człowiek. Zupełnie samotny pośród bezkresnej pustki kosmosu widzi jedynie martwe gwiazdy, rozsiane w ciemności niczym mogiły. W miejscu, gdzie jeszcze niedawno znajdowała się Ziemia, dryfują jej szczątki.
Uwięziony w skafandrze może już tylko czekać na ostatni oddech.
Pozostaje mu własny umysł. Umysł wyjątkowy, inny niż wszystkie, które istniały przed nim, ponieważ nie zna destrukcyjnej siły tłumienia. Widzi świat idealny, pozbawiony jakichkolwiek ograniczeń. Jego świadomość nie zna granic, a myśli nie podlegają kontroli. To, co inni spychali w sny, w nim istnieje w pełni — wyraźne, natarczywe, niemożliwe do zatrzymania.
Jego umysł nie broni się przed samym sobą.
Właśnie dlatego pragnienie życia płonie w nim silniej niż w kimkolwiek wcześniej. Nawet teraz, kiedy wszystko zbliża się do końca, coś w nim wciąż chce więcej.
Nie powietrza. Nie ratunku. Czegoś innego.
Zamyka oczy. W jego świadomości zaczyna rysować się obraz najpiękniejszej istoty we wszechświecie, stworzonej z każdego jego pragnienia. Wygląda dokładnie tak, jak tego chce. Jednocześnie wydaje mu się znajoma, jakby widywał ją na jawie przez całe życie.
Przed nim pojawia się istota o platynowych włosach sięgających ramion. Ma śnieżnobiałą cerę i krwiste usta. Delikatny szaroniebieski cień pokrywa jej powieki, skrywające najpiękniejsze zielonoszare oczy.
Zna to spojrzenie — zniewalające i niewinne, a zarazem chłodne i obojętne.
Kiedy przenosi wzrok niżej, dostrzega jej drobną sylwetkę, zakrytą jedynie bielizną i futrem. Stoi pośrodku spowitej mrokiem pustki.
Tylko oni we dwoje.
Istota zbliża się do niego, zsuwając futro z ramion. Jej ruchy są delikatne, niewinne i hipnotyzujące.
Po chwili stoi już przy nim.
Zanim zdąży dokładniej jej się przyjrzeć, słyszy głos.
– Spotkaliśmy się już kiedyś, nieprawdaż? – mówi delikatnie, lecz przenikliwie. – Wiesz, że nie masz żadnych ograniczeń.
– Wiem, m… – urywa.
Dotyka jej kościstej dłoni, zimnej jak metal. Następnie prowadzi palce wzdłuż ręki, przesuwając nimi po nieskazitelnie gładkiej skórze.
Kładzie dłoń na jej policzku i zaczyna całować nienaturalnie chłodne usta. Delikatnie, lecz pewnie. Jednocześnie powoli zsuwa jej stanik.
Dotyka piersi, idealnie dopasowującej się do jego dłoni.
Istota powoli klęka przed nim.
Dopiero wtedy orientuje się, że jest zupełnie nagi.
Nie zastanawia się nad tym.
Przyjemność przejmuje jego układ nerwowy, kiedy chłodne usta istoty obejmują jego członek. Jednocześnie ma wrażenie, że wraz z każdym ruchem wnika w niego obca substancja, wywołująca rozkosz niepodobną do niczego, czego dotąd doświadczył.
Jej ruchy są doskonałe. Równe. Niemal mechaniczne.
Nagle przerywa.
Wstaje i lekko się oddala.
– Nie odchodź! – krzyczy, a jego głos wypełnia gniew.
Obraz na moment drży i zachodzi mgłą. Kiedy ponownie się wyostrza, astronauta stoi znacznie bliżej istoty.
Z jej nosa wypływa krew. Cienka strużka spływa do ust i miesza się z ich czerwienią.
– Chodź ze mną. Zabiorę cię w lepsze miejsce – mówi.
Przed nim, pośród całkowitej ciemności, pojawia się łóżko pokryte czerwoną tkaniną.
Kiedy się do niego zbliżają, astronauta dostrzega, że nie jest puste. Leży na nim druga, identyczna istota. Naga i nieruchoma, jakby od dawna na coś czekała.
Pierwsza przechodzi na drugą stronę łóżka. On zatrzymuje się u jego stóp i wpatruje w podwojony obraz tej samej doskonałości.
Istoty patrzą na siebie pustym wzrokiem, po czym powoli się zbliżają.
Zaczynają się całować, jakby próbowały wyssać z siebie nawzajem ostatni oddech.
Jedna z nich odwraca się, układając twarz między udami drugiej. Tamta odpowiada dokładnie tym samym ruchem.
Wszechobecną ciszę rozrywają ich stłumione jęki.
Dźwięki przyprawiają go o dreszcze. Brzmią niczym anielski śpiew, chociaż nie ma w nich nic ludzkiego. Wpatruje się w splecione ciała, tworzące kształt, którego nie potrafi opisać.
Biel ich skóry kontrastuje z krwistą tkaniną.
On wciąż stoi przy łóżku. Jego podniecenie nie zna granic. Pośród nicości, która jednocześnie zawiera w sobie wszystko, widzi dokładnie to, czego zawsze pragnął.
Dotyka się powoli, przeciągając chwilę, aby jak najdłużej doświadczać obrazu rozgrywającego się przed nim.
Szczytuje, a jego nasienie osiada na ciałach istot.
Zapada cisza.
Obraz powoli się rozmywa, jakby mdlał razem z nim.
On jednak nie otwiera już oczu.
Czy pod skafandrem na jego twarzy zastyga uśmiech, czy smutek — tego nikt już nie będzie w stanie sprawdzić.
W przestrzeni pozostaje martwy astronauta.ROZDZIAŁ I
Eliot budzi się w swoim gabinecie. Z systemu audio wciąż dobiega hipnotyzująca muzyka syntezatorowa. Mruży oczy, bo oślepia go chłodne światło lampy, podkreślające biel ścian pomieszczenia. Widzi świat tak, jakby patrzył przez kamerę VHS. Brak jakiegokolwiek czasomierza nie pozwala mu stwierdzić pory dnia. Ma jednak poczucie, że jest to coś pomiędzy dniem a nocą.
Doznaje kolejnej, tym razem bardzo wyraźnej wizji poruszającego się białego manekina z platynowymi włosami i ciemnoczerwoną szminką. Postać jakby wyłania się ze środka białej ściany.
Manekin kroczy wzdłuż pokoju.
Po chwili znika.
Eliot siedzi na fotelu jeszcze przez moment. Odchyla głowę i próbuje myśleć, lecz zamiast myśli pojawia się tylko pustka. Zamyka swój umysł na jakiekolwiek bodźce. Nie wie, ile czasu spędza w tym stanie.
Na biurku leży szklanka z resztką absyntu na dnie. Zielona substancja mieni się w chłodnym świetle padającym wprost na nią. Eliot sięga po szklankę i dopija resztkę trunku. Odkłada ją na miejsce. Obok leżą chaotycznie rozrzucone rysunki techniczne części, z których buduje się roboty humanoidalne mające pomagać ludziom w codziennych czynnościach. Eliot spogląda na nie obojętnie.
Wstaje i kieruje się do drzwi, po drodze wyłączając muzykę. Zamyka gabinet na klucz. W mieszkaniu panują mrok i głucha cisza. Godzina musi być jeszcze wczesna.
Eliot idzie do sypialni. Eve jeszcze śpi. Zbliża się do łóżka i widzi jedynie jej bladą twarz, lekko zasłoniętą ciemnymi włosami. Oświetla ją tylko lampka nocna. Patrzy na nią przez dłuższą chwilę. Oglądanie jej, kiedy śpi, zawsze go uspokaja.
Tym razem jednak spokój nagle pęka.
Przez ułamek sekundy twarz Eve znika.
Zamiast niej Eliot widzi nieruchomą twarz białego manekina. Platynowe włosy. Ciemnoczerwona szminka. Martwa, gładka skóra.
Mruga.
Eve znów leży przed nim, spokojna i nieruchoma. Choć wizja była krótka, dla Eliota trwała jak wieczność. Dezorientuje go i wprawia w zły stan.
Wraca do gabinetu i sięga do jednej z szuflad pod biurkiem. Jest rozdrażniony i musi jak najszybciej się uspokoić. Ze względu na weekend pozwala sobie na skręcenie jointa.
Wychodzi na balkon, a jego oczom ukazuje się spowita mgłą Łódź. Zaciąga się i spogląda na okolicę. Ponury listopadowy poranek oraz liczne stare kamienice nieco poprawiają mu humor.
Kiedy wypala już ponad połowę skręta, czuje, że obejmują go czyjeś ramiona.
– Dzień dobry, kochanie – mówi Eve swoim słodkim głosem.
– Dzień dobry, Eve – odpowiada Eliot. – Wcześnie wstałaś.
– Tak samo jak ty, Eliocie – mówi, biorąc od niego skręta.
Zaciąga się i przez chwilę patrzy przed siebie. Eliot chce już odebrać od niej jointa, ale Eve odkłada go na popielniczkę. Następnie chwyta go za rękę i pewnym krokiem prowadzi do sypialni.
Zatrzymują się przy łóżku. Ich usta łączą się w długim pocałunku. Szybko zdejmują z siebie nocne ubrania. Ich ciała zbliżają się do siebie coraz bardziej, jakby oboje chcieli na chwilę odciąć się od wszystkiego, co istnieje poza tym pokojem.
Eliot poddaje się tej bliskości. Przez chwilę liczy się tylko ciepło ciała Eve, jej oddech i rytm ich nierównych ruchów. Oboje oddychają coraz ciężej. Po chwili zmieniają pozycję. Teraz Eliot widzi odchyloną głowę Eve i jej oczy uciekające ku górze. Trzyma ją mocno za nadgarstki.
Jej jęki stają się coraz głośniejsze. Ostatni, urwany dźwięk doprowadza również Eliota do orgazmu.
Zamyka oczy.
I wtedy dzieje się coś, czego nie spodziewał się już tego dnia zobaczyć.
Znowu ta cholerna twarz manekina.
Nie obok Eve.
Nie za nią.
Na jej miejscu.
Eliot otwiera oczy i przez moment nie mówi nic. Kładzie się obok Eve, patrząc nieruchomo przed siebie. Tym razem reaguje spokojniej niż wcześniej, ale wie, że to tylko złudne działanie niedawno zażytej substancji.
Przytula się do Eve.
Leżą tak przez jakiś czas w milczeniu.
Podczas śniadania nagle dzwoni telefon Eliota. Dźwięk wydaje się głośniejszy niż zazwyczaj, co jeszcze bardziej go irytuje. Niechętnie wstaje z krzesła i podchodzi do telefonu.
Na ekranie widzi napis: „dziadek Józef”.
Odbiera.
Rozmowa trwa krótko. Eve słyszy jedynie pojedyncze odpowiedzi Eliota. „Tak”. „Nie”. „Rozumiem”. Potem zapada cisza.
Eliot wraca na miejsce i przez chwilę milczy.
– Dziadek dzwonił – oznajmia w końcu. – Chce, żebyśmy dzisiaj go odwiedzili.
– I co? Zgodziłeś się? – pyta Eve.
– Wygląda na to, że chyba tak.
– To niepodobne do ciebie. Co cię do tego skłoniło? – pyta zaciekawiona.
– Sam nie wiem. Jakoś nie pomyślałem, żeby odmówić – odpowiada Eliot. – Tak czy inaczej, nie musisz jechać, jeśli nie chcesz.
– Nie chcę zostawać sama w domu. Pojadę z tobą.
– Jak wolisz, kochanie.
– O której wyjeżdżamy, Eliot?
– Szesnasta – odpowiada.
Chwilę po 16 siedzieli już w samochodzie. Na zewnątrz nadal było pochmurnie i padał deszcz. Po 40 minutach byli już na leśnej drodze dojazdowej do domu dziadka. Eliot parkuje przy ogrodzeniu i patrzy chwilę na starą chatę, którą widywał często w dzieciństwie. Ten owiany tajemnicą dom zawsze budził w nim lekki niepokój. Ów lęk, zdominowany był on jednak fascynacją jakie sekrety skrywa zarówno to miejsce jak i sama osoba dziadka.
Wchodząc wita ich tęgi, zniszczony starością, były chirurg z obojętnym wyrazem twarzy. Ubrany w znoszony sweter i czarne szerokie spodnie. Czują zapach znacznie odbiegający od syntetycznego zapachu ich mieszkania. Józef zaprowadza ich do salonu, w którym siedzi babcia Eliota paląca papierosa i oglądająca telewizje. Siadają przy stole i odbywają rozmowę. Odpowiadają na dobrze znane im pytania, padające na każdym tego typu spotkaniu. Wkrótce dziadek zwraca się do Eliota z prośbą.
– Eliot, pamiętasz panią Maud? – pyta Józef.
– Tak, kojarzę.
Przed oczami Eliota pojawia się obraz wyrafinowanej kobiety mieszkającej w niewielkiej chatce w środku lasu, oddalonej o jakieś dziesięć minut drogi od domu dziadka. Zawsze wydawała mu się mądra i oczytana. Pamięta, że w tamtych czasach zajmowała się psychoterapią analityczną.
– Upiekłem trochę chleba – mówi Józef. – Byłbyś tak miły i zaniósł jej dwa bochenki? Przez ten deszcz nie jest w stanie sama go dzisiaj odebrać.
– Pewnie, przejdę się – odpowiada Eliot, wiedząc, że nie może odmówić.
Dziadek nienawidzi sprzeciwu.
Eliot rzuca tylko krótkie spojrzenie Eve i idzie z dziadkiem po chleb. Bierze parasol, po czym wychodzi z domu.
Kroczy wąską leśną drogą prowadzącą do starej chatki pani Maud. Deszcz uderza o materiał parasola jednostajnym, głuchym rytmem. Po obu stronach drogi stoją mokre drzewa, ciemne i nieruchome, jakby obserwowały go w milczeniu.
Po kilku minutach dociera na miejsce i puka do drzwi.
Otwiera mu elegancka kobieta w podeszłym wieku.
– Dobry wieczór. Jestem wnukiem Józefa. Przynoszę pani chleb – mówi Eliot.
– Dobry wieczór, Eliot. Dziękuję bardzo. Proszę, wejdź – odpowiada pani Maud.
Wchodzą do domu. W powietrzu czuć woń kadzidła. Pani Maud odkłada chleb w kuchni i przygotowuje herbatę dla Eliota. Po chwili bierze kubek i prowadzi go do pokoju przypominającego gabinet.
W środku stoi masywne biurko z ciemnego drewna. Po obu jego stronach znajdują się drewniane bujane krzesła. Ciemnozielone ściany, zapach kadzidła i przytłumione światło sprawiają, że pomieszczenie wydaje się odcięte od reszty domu.
Uwagę Eliota przykuwa nastoletnia dziewczynka siedząca na podłodze. Ma jasne włosy i białą sukienkę. Zachowuje się tak, jakby nikt nie wszedł do pokoju. Siedzi odwrócona w stronę ciemnozielonej ściany i rysuje coś na kartce.
– To Elizabeth – mówi pani Maud z dumą. – Opiekuję się nią. Jest bardzo wyjątkowa.
Eliot jedynie przytakuje. Starsza pani wskazuje mu krzesło przy biurku, po czym sama siada naprzeciwko. Przez jakiś czas milczą.
Jedynymi dźwiękami są monotonne tarcie ołówka o kartkę, dobiegające zza pleców Eliota, oraz deszcz uderzający o szyby.
Eliot rozgląda się po gabinecie. Na regałach za panią Maud dostrzega doskonale znane mu książki o psychoanalizie. Widzi również kilka surrealistycznych obrazów, którym przez chwilę się przygląda.
Wtedy starsza pani przerywa milczenie.
– Jak minął ci dzisiaj dzień, Eliocie? – pyta niespodziewanie.
– Dobrze – odpowiada z lekkim opóźnieniem.
Ponownie słychać tylko odgłos rysowania. Szum deszczu niemal się z nim zlewa. Eliot bierze łyk herbaty.
– Eliot – odzywa się po chwili pani Maud. – Chcę cię jeszcze raz zapytać. Czy na pewno wszystko u ciebie w porządku?
– Tak, myślę, że tak – odpowiada Eliot, jakby nie miał pełnej kontroli nad wypowiadanymi słowami.
Czuje jednak, że po tych dwóch pytaniach nie będzie to zwykła pogawędka. Odnosi wrażenie, że pani Maud wie o nim więcej, niż powinna. Przyprawia go to o niepokój połączony z fascynacją.
Jak widać, Józef i Maud mają ze sobą coś wspólnego.
Eliot nie wie, co zaraz usłyszy ani jaki kierunek obierze rozmowa. Atmosfera panująca w pomieszczeniu daje mu poczucie odrealnienia, którego tak często poszukuje. Próbuje zachować spokój i z niecierpliwością czeka na kolejny ruch pani Maud.
– Posłuchaj, Eliot – mówi spokojnie. – Oboje wiemy, że nie uwolnisz się od tego. Będzie tylko gorzej. To, co widziałeś dzisiaj rano, będzie wracało do ciebie z każdym dniem coraz częściej i coraz intensywniej, aż całkowicie tobą zawładnie. Nie pozwól na to. Musisz przejąć nad tym kontrolę. Jesteś silny, Eliot. Wiesz, że nie powinieneś się ograniczać. Twoje marzenie jest bliżej, niż ci się wydaje.
Eliot, coraz bardziej zaciekawiony tym dziwnym spotkaniem, pragnie dowiedzieć się więcej od tajemniczej kobiety. Na chwilę odpływa w chaos własnych myśli i patrzy pustym wzrokiem na panią Maud.
– Co mam zrobić w takim razie? – pyta i z niecierpliwością oczekuje odpowiedzi.
– Jutro masz spotkanie z dyrektorem Maciejem w swoim biurze, prawda? – mówi Maud, wyciągając z szuflady biurka małą ampułkę. – Dodaj jej zawartość do jego kawy, a istnieje duża szansa, że będzie to wasze ostatnie spotkanie.
Kładzie ampułkę na biurku.
Eliot bierze ją do ręki i przez chwilę się jej przygląda. Szkło jest zimne, gładkie i absurdalnie lekkie, jakby nie mogło zawierać w sobie niczego naprawdę niebezpiecznego.
– Pani Maud, więzienie to nie najlepsze miejsce do pracy nad tym – mówi.
– O to się nie martw, Eliocie – mówi pani Maud przekonującym tonem. – Dyrektor zje jutro zepsute jabłko, które mu zaszkodzi. Na pewno będzie na nie narzekał, więc nikt cię nie oskarży.
Usta Eliota lekko się poruszają, jakby miał się uśmiechnąć. Chowa ampułkę do kieszeni i ponownie odpływa myślami. Słowa pani Maud wywołują w nim podniecenie.
– Eliot, została jeszcze mniej przyjemna część naszego spotkania – mówi po chwili. – Ale bardzo ważna.
On w tym czasie układa już w głowie ambitny scenariusz jutrzejszego dnia i nie zdaje sobie sprawy z tego, co za chwilę się wydarzy.
– Połóż lewą rękę na biurku i podwiń rękaw – prosi pani Maud.
Eliot błyskawicznie odsuwa od siebie wszystkie myśli i skupia się na jej słowach. Jest zdezorientowany i zaniepokojony. Myślał, że to będzie tylko rozmowa.
– Eliocie, jak mówiłam, nie będzie to najprzyjemniejsze, ale jest konieczne. Za chwilę nie skupiaj się na swojej ręce, tylko na tym, co mówię. Dobrze? – mówi pani Maud spokojnym głosem.
Eliot powoli podwija rękaw czarnej koszuli. Odwraca trupio bladą rękę i patrzy w niebieskie oczy pani Maud.
– Posłuchaj, Eliot. To może nie być nasze ostatnie spotkanie. Czekają cię też złe chwile. Wtedy musisz jak najszybciej przyjść do mnie. Rozumiesz? Podczas tych złych chwil twoje stare blizny będą krwawić. Im silniejszy impuls, tym mocniej – mówi pani Maud, obserwując reakcję Eliota.
Eliot spogląda niepewnie na stare blizny w kształcie krzyżyków. Bierze głęboki oddech i dalej patrzy w oczy pani Maud. Mimo to przed jego oczami niekontrolowanie przesuwa się jedno wspomnienie.
Nie chciał do niego wracać.
Po takim czasie nie wywołuje już jednak w nim większych emocji.
– Jesteś naprawdę silny, Eliot – mówi pani Maud. – Bardzo dobrze sobie poradziłeś. Została nam już ostatnia rzecz.
Milknie na chwilę.
– Obróć teraz rękę, proszę.
Mówiąc to, ponownie sięga do szuflady biurka. Tym razem wyjmuje z niej mały pojemnik z czerwoną substancją. Nabiera jej odrobinę na palec i maluje na dłoni Eliota znak przypominający literę „T”.
– Co oznacza ten znak, pani Maud? – pyta Eliot.
– Nazywa się „tutto mori”. Będzie symbolem naszej współpracy – odpowiada spokojnie.
– Co oznacza „tutto mori”?
– „Tutto mori” oznacza…
Eliot odnosi wrażenie, że usłyszał odpowiedź, ale wciąż nie zna wyjaśnienia. Z jakiegoś nieznanego powodu nie chce jednak pytać ponownie.
– To już koniec naszego spotkania, Eliot. Pamiętaj, jeżeli będziesz potrzebował rady albo zajdzie taka potrzeba, spotkamy się ponownie.
– Dziękuję, pani Maud – mówi Eliot.
– Miło się z tobą rozmawiało. Dobranoc.
– Dobranoc – odpowiada Eliot.
Nastaje chwila milczenia. W tle wciąż słychać rysującą Elizabeth. Pani Maud prowadzi Eliota do wyjścia. Wymieniają jedynie krótkie spojrzenia.