Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

  • Empik Go W empik go

Medalion z perłą - ebook

Wydawnictwo:
Data wydania:
8 czerwca 2022
Ebook
29,99 zł
Audiobook
42,99 zł
Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Czytaj fragment
Pobierz fragment

Medalion z perłą - ebook

Medalion z perłą

Saga o kobietach, które namiętnie i hardo przyjmują to, co niesie im los.

Wiktoria jest urocza, bardzo młoda i właśnie przeżywa pierwszą miłość. Zapatrzona w ukochanego nie może jeszcze wiedzieć, że los potraktuje ją okrutnie: jej serce zostanie zranione, a ona podwójnie zdradzona. Ale na razie życie jest piękne. Podobnie jak polskie lata dwudzieste znaczone narodzinami gwiazd teatru, kabaretu i niemego kina, ekskluzywnymi kawiarniami, szykownymi toaletami pań i elegancją mężczyzn. W tle słychać pomrukiwania wojny z bolszewikami, w Warszawie można spotkać kobiety szpiegów, a dylematy wielkiego formatu mieszają się z małymi, przyziemnymi sprawami. Jak to w życiu...

Anna Bolecka Pisarka, historyk literatury (przygotowała do druku edycję dramatów zebranych Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej). Absolwentka polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego. Jej powieści: Biały kamień, Kochany Franz, Concerto d’amore, Uwiedzeni oraz Cadyk i dziewczyna cieszą się uznaniem czytelników i zostały przetłumaczone na francuski, niemiecki, duński, niderlandzki i portugalski. W roku 2000 otrzymała Nagrodę Polskiego PEN Clubu za twórczość prozatorską. Oddając w nasze ręce sagę opisującą typowe i nieproste losy polskich rodzin szlacheckich, tak dobrze nam znane z klasycznej literatury, autorka nie ukrywa, że inspirowały ją dzieje jej bliskich. Kreśląc pełne emocji obrazy, pozwala dostrzec nie tylko urok tamtej epoki, ale i jej niebezpieczeństwa.

Fragment Którejś nocy obudził je jakiś ruch, potem cichy uspokajający szept. Tuż obok dziewczyn pojawili się chłopcy. Noc była bezksiężycowa i z zewnątrz nie docierał żaden blask. W ciemności świeciły jedynie oczy Jurka. „Nie bój się”, wyszeptał. „Ja niczego się nie boję, pamiętasz?”, odpowiedziała. W tej samej chwili poczuła jego rękę na swoim nagim ramieniu. Gładził je delikatnie i pod wpływem dotknięcia skóra stawała się coraz cieplejsza, coraz bardziej gładka i aksamitna. Przysuwali się do siebie powoli, jakby popychało ich coś, nad czym nie mieli władzy. Napięte mięśnie zaczęły drżeć. Z cichym westchnieniem przywarła do ciała, które tuliło się z tym samym drżeniem. „Pragnę cię. Od pierwszej chwili. Wtedy nie miałem odwagi”, szeptał z twarzą tuż przy jej twarzy. Wspomnienie oporu, jaki czuła wobec niego, rozpłynęło się niepostrzeżenie pod wpływem pocałunków tak innych od bladych i niewinnych dotąd jej znanych. Nie broniła się, kiedy dotykał jej piersi i ud. Nie czuła wstydu, dotykając go. Fale ciepła przenikały całe jej ciało, docierając do serca.

Kategoria: Obyczajowe
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-67217-26-2
Rozmiar pliku: 2,0 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

OD AUTORKI

_Od czego wszystko się zaczęło? Od początku. Tak mniej wię­cej od połowy XIX wieku. W jakim miej­scu? W War­sza­wie. Jest czas, jest miej­sce, tylko drogi, któ­rymi doszli­śmy do dzi­siaj, pozni­kały. Posta­no­wi­łam odna­leźć rodzinne ścieżki, zatarte przez rewo­lu­cje i wojny._

_W pierw­szej czę­ści sagi pt. „Meda­lion z ame­ty­stem” jedną z głów­nych postaci jest moja pra­babka Kata­rzyna. Pozna­jemy ją w roku 1896 jako kobietę opusz­czoną przez męża. Wyje­chał do Ame­ryki, pozo­sta­wia­jąc żonę z czwórką małych dzieci. Rzecz w tam­tych cza­sach bar­dzo nie­for­tunna, wręcz dra­ma­tyczna. Z czego żyła, skoro pocho­dziła z rodziny szla­chec­kiej, bez majątku, zapewne też bez oszczęd­no­ści? Jak tłu­ma­czyła innym swój sta­tus ni to mężatki, ni roz­wódki? Naj­praw­do­po­dob­niej poda­wała się za wdowę, choć nią nie była. A mał­żo­nek żył za oce­anem. Przy­sy­łał listy i kartki pocz­towe, i swoje zdję­cia. Na jed­nym z nich jest bar­dzo przy­stoj­nym męż­czy­zną, a w całej jego postaci jest coś fan­ta­zyj­nego, swo­bod­nego, czego pozo­sta­jący w znie­wo­lo­nym kraju rodacy byli pozba­wieni. Kata­rzyna nie pod­dała się losowi. Nieco sta­ro­świec­kie zasady sto­so­wała z roz­sąd­kiem i miło­ścią, które były dla niej tak oczy­wi­ste, że nawet nie zda­wała sobie z nich sprawy. Chaos rze­czy porząd­ko­wała z wła­ściwą sobie ufno­ścią. W rów­no­wa­dze szu­kała spo­koju. Była wraż­liwa na wszel­kie prze­jawy har­mo­nii i piękna._

_Już od wcze­snego dzie­ciń­stwa cie­ka­wili mnie moi przod­ko­wie. Nie zna­łam swo­ich dziad­ków. Zgi­nęli pod­czas wojny. Jed­nak bab­cie szczę­śli­wie prze­żyły i to one snuły opo­wie­ści pełne pozor­nie nie­wiele zna­czą­cych szcze­gó­łów. Mery i Janka, córki Kata­rzyny, kolejne boha­terki tej histo­rii, prze­żyły mło­dość w domu kocha­ją­cej matki. Piękne, deli­katne dziew­częta, nie­zna­jące tru­dów życia, doświad­czyły nie­szczęść, które przy­nio­sła wielka wojna lat 1914–1918. Ale Pola­kom ta wojna dała od dawna wycze­ki­waną wol­ność. Zwy­cię­ska Bitwa War­szaw­ska roku 1920 i poko­na­nie Armii Czer­wo­nej roz­po­czy­nają pra­wie dwa­dzie­ścia szczę­śli­wych lat, kiedy to Pol­ska buduje swoją nie­pod­le­głość. Tu zaczyna się także dal­szy ciąg rodzin­nej sagi – „Meda­lion z perłą”._

_Obie sio­stry wyszły za mąż. Janka została matką dwóch córek. Star­szą, Wik­to­rię, pozna­jemy jako nie­po­korną nasto­latkę, a potem pełną wdzięku i tem­pe­ra­mentu młodą kobietę. Postać Wik­to­rii wiele zawdzię­cza opo­wie­ściom mojej matki. Kocha­łam jej histo­rie o przy­ja­ciół­kach z mło­do­ści, o zwie­rzę­tach, o kon­nych wypra­wach na łąki, nad jezioro. Słu­cha­łam tych histo­rii z sze­roko otwar­tymi oczami. Obrazy prze­su­wały się, dale­kie i tajem­ni­cze, a zara­zem bli­skie i zachwy­ca­jące. Moja mama spę­dziła mło­dość w War­sza­wie lat trzy­dzie­stych, ale w pamięci pozo­stały jej przede wszyst­kim lata oku­pa­cji nie­miec­kiej spę­dzone w pew­nym majątku, gdzie ukry­wali się par­ty­zanci, żoł­nie­rze Armii Kra­jo­wej, żydow­scy ucie­ki­nie­rzy. Opo­wia­dała mi także o swo­jej pierw­szej wiel­kiej miło­ści i zdra­dzie, jaka ją spo­tkała, a jej zwie­rze­nia nauczyły mnie wiele o natu­rze miło­snych rela­cji. Listy daw­nego uko­cha­nego, które mama zacho­wała przez całe życie, spa­liła tuż przed swoją nagłą śmier­cią. Czyżby prze­czu­wała nad­cho­dzący koniec?_

_War­szawa, dokąd po wiel­kiej woj­nie powra­cają boha­te­ro­wie powie­ści „Meda­lion z perłą”, jest mia­stem coraz nowo­cze­śniej­szym. Jak grzyby po desz­czu wyra­stają tu kawiar­nie, knajpki, dan­singi. Two­rzą się nowe grupy lite­rac­kie i teatralne. W gro­nie wybit­nych postaci tam­tych cza­sów wyróż­nia się Halszka, aktorka o nie­po­spo­li­tej uro­dzie i talen­cie. Wraz z nią prze­no­simy się do war­szaw­skich teatrów i kaba­re­tów dwu­dzie­sto­le­cia mię­dzy­wo­jen­nego. Jej histo­ria, która sięga okresu, gdy jako młoda osoba upo­mi­nała się o prawo kobiet do nie­za­leż­no­ści, koń­czy się naj­waż­niej­szą rolą życia. Boha­terka wciela się w postać wiej­skiej kobiety po to, aby ukryć swoje żydow­skie pocho­dze­nie i prze­żyć nie­miecką oku­pa­cję. Osoba Halszki jest mi bar­dzo bli­ska. Choć to postać fik­cyjna, zacho­wała coś ze wspo­mnień moich spo­tkań z wybitną aktorką, którą mia­łam zaszczyt poznać we wcze­snej mło­do­ści. W postaci Halszki sta­ra­łam się oddać nie­za­leż­ność, odwagę, inte­li­gen­cję, poczu­cie humoru i ser­decz­ność, z jaką trak­to­wała mnie ta wspa­niała artystka. W wieku czter­na­stu lat mogłam jesz­cze oglą­dać ją w ostat­niej roman­tycz­nej roli, peł­nej dra­ma­ty­zmu i powagi._

_I wresz­cie dok­tor Mie­czy­sław, postać fik­cyjna. Ni­gdy nie spo­tka­łam takiego leka­rza, ale wie­rzę, że wielu jest takich wła­śnie wraż­li­wych, mądrych medy­ków, trak­tu­ją­cych czło­wieka jako nie­po­dzielną całość, w któ­rej umysł jest rów­nie ważny jak ciało. Bar­dzo chcia­łam obda­rzyć mojego boha­tera szczę­śli­wym życiem, pozwo­lić mu kochać i być kocha­nym. Stało się ina­czej. Być może posta­cie powie­ściowe, wbrew inten­cjom pisa­rza, same wybie­rają swój los?_

_Powrócę jesz­cze do War­szawy, rodzin­nego mia­sta, w któ­rym miesz­kam od uro­dze­nia. Moje stałe trasy to Aleje Ujaz­dow­skie, Roz­droże, plac Trzech Krzyży, Nowy Świat, Kra­kow­skie Przed­mie­ście, cza­sem plac Unii Lubel­skiej, frag­menty Mar­szał­kow­skiej. Jesz­cze do nie­dawna nie wie­dzia­łam, że wędruję tymi samymi uli­cami co moi przod­ko­wie sto lat temu. Kamie­nicę przy Nowym Świe­cie, gdzie miesz­kała pra­babka, mija­łam zapewne wię­cej niż tysiąc razy, nie podej­rze­wa­jąc jej sen­ty­men­tal­nej war­to­ści. Tymi samymi tra­sami cho­dziły dwie śliczne dziew­czyny, moje przy­szłe babki. W oko­li­cach uni­wer­sy­tetu moja matka spo­ty­kała się z przy­ja­ciółmi. A zatem nic się nie zmie­niło, mimo dwóch strasz­nych wojen i pra­wie cał­ko­wi­tego znisz­cze­nia War­szawy? A może tędy bie­gnie oś mia­sta? Oś naszego świata? Poru­szamy się po tej osi z połu­dnia na pół­noc intu­icyj­nie, zgod­nie z jakimś wewnętrz­nym kom­pa­sem. Jaz­dów, leżący pośrodku, to prze­cież miej­sce, gdzie przed wie­kami sta­nęły pierw­sze chaty nad Wisłą. Być może tu wła­śnie wzięła swój począ­tek War­szawa._ROK 1923

Pośpiech, z jakim Mie­czy­sław zde­cy­do­wał się na mał­żeń­stwo z Julią, zdu­miał jego samego. Decy­zje podej­mo­wał zwy­kle ostroż­nie, z roz­wagą, którą tłu­ma­czył sobie zdro­wym roz­sąd­kiem. A jed­nak oba­wiał się cze­goś, co tkwiło w nim ukryte, nie­ja­sne, może groźne. Odro­bina sza­leń­stwa, agre­sji? Nie wobec innych, ale wobec sie­bie? Nie dopusz­czał tych cech do świa­do­mo­ści i tylko cza­sem ujaw­niały się w jakiejś decy­zji, któ­rej sam nie rozu­miał. Tak jak teraz. Tłu­ma­czył sobie, że robi to dla dobra dru­giego czło­wieka, dla kobiety, którą kocha, ale czuł, że są głęb­sze powody. Czy nie było sza­leń­stwem żenić się z osobą, któ­rej wła­ści­wie nie znał, a to, co o niej wie­dział, świad­czyło o cho­ro­bie, nie zdro­wiu, o nie­doj­rza­ło­ści raczej niż o życio­wej mądro­ści? Sta­rał się zagłu­szyć wąt­pli­wo­ści, szu­kać dobrych stron Julii. Czło­wiek, który nie jest szczę­śliwy, który cierpi, a widział, że ona cierpi, jest jak drzewo o krzy­wym pniu. Led­wie zaczęło rosnąć, inne drzewa zasło­niły mu świa­tło. Bole­sny pro­ces wspi­na­nia się ku słońcu spra­wił, że drzewo wyro­sło obo­lałe i kale­kie. Czy to jego wina?

Miał nadzieję, że miłość ją ule­czy. Wkrótce po ślu­bie zaczęła jed­nak nie­do­ma­gać. Miała migreny, omdle­nia, bóle o nie­ja­snym pocho­dze­niu. Oba­wiała się pustych prze­strzeni, a w cia­snych pomiesz­cze­niach zaczy­nała się dusić. Po dniach smutku i apa­tii nad­cho­dził czas oży­wie­nia. Kupo­wała wtedy kape­lu­sze, suk­nie, pan­to­fle, któ­rych miała już tyle, że nie mie­ściły się w sza­fie. Lubiła ory­gi­nalne stroje, jaskrawe barwy. Koniecz­nie chciała mieć to, co naj­mod­niej­sze. Speł­niał te zachcianki, żeby ją uspo­koić. Musiał jed­nak coraz wię­cej pra­co­wać. Rzadko bywał w domu, a ona narze­kała, że wciąż jest sama.

Po pew­nym cza­sie zorien­to­wał się, jak bar­dzo jest zatruta róż­nymi prosz­kami, które zapi­sy­wali jej leka­rze. Były w nich brom, opium, nawet mor­fina. Wyrzu­cił wszystko, ale nie pomo­gło. Cier­piała z braku tego, od czego przez lata się uza­leż­niła.

Chciał poznać ją ze swo­imi przy­ja­ciółmi i zna­jo­mymi. Z satys­fak­cją obser­wo­wał wra­że­nie, jakie robiła. Zgrabna, ele­gancka. Nie wahała się wyra­żać swo­ich opi­nii, a były nie­ba­nalne. Kiedy jed­nak miała gor­sze dni, musiał rezy­gno­wać z towa­rzy­skich spo­tkań. Julia potra­fiła mówić ludziom to, co o nich myśli, nie licząc się z ich wraż­li­wo­ścią. Zna­jomi śmiali się, uzna­jąc za żart jej nie­kon­wen­cjo­nalne zacho­wa­nia, ale widział, jak odsu­wają się od niej. Nikt nie lubi, kiedy mówi mu się prawdę. Dobrze o tym wie­dział, obcu­jąc na co dzień z pacjen­tami. Zawsze musiał uwa­żać, co i komu mówi. Julia nie zwa­żała na uczu­cia innych. Tłu­ma­czył sobie, że jest po pro­stu szczera i natu­ralna, ale coraz czę­ściej nazy­wał to okru­cień­stwem.

Cier­piała fizycz­nie, to musiał przy­znać, ale źró­dło bólu widział bar­dziej w jej psy­chice niż w ciele. Kiedy odwa­żył się powie­dzieć jej o tym, wybu­chła:

– Ty nie rozu­miesz mojego bólu, bo sam ni­gdy tak nie cier­pia­łeś! – krzy­czała. – Jesteś leka­rzem, takim jak inni, jak ci wszy­scy bez­duszni ludzie. Czego nie prze­żyli sami, tego pojąć nie mogą.

Mie­czek poczuł bole­sne szarp­nię­cie, jakby jego zdu­mione serce zatrzy­mało się na sekundę. _Czyżby ona miała rację?,_ pomy­ślał, ale zaraz ochło­nął. Gdyby tak było, jego praca nie mia­łaby sensu. Na to nie mógł się zgo­dzić. Nie mógł, ponie­waż to nie była prawda.

– Matka mnie nie kochała! Zosta­wiła mnie samą, na pastwę ojca! – na­dal krzy­czała, a jej głos był schryp­nięty i matowy. – Prze­cież mówi­łam ci, jaki on był. Miał wła­dzę i korzy­stał z niej. Matka mogłaby mnie ura­to­wać, ale sama była w nie­woli, na wpół mar­twa. Zresztą pra­wie jej nie pamię­tam, a kiedy umarła, zosta­łam sama z ojcem. Ja mia­łam tylko jego, a on miał tylko mnie. Wyobra­żasz sobie, jak się nade mną pastwił?

– Nie, tego nie mogę sobie wyobra­zić. Czy ni­gdy nie oka­zał ci choć odro­biny miło­ści?

– Uwa­żasz, że kła­mię?! – głos Julii stał się napa­stliwy. – Myśla­łam, że przy­naj­mniej ty jesteś po mojej stro­nie! Nikt mi ni­gdy nie wie­rzył. Nikt nie trak­to­wał mnie poważ­nie. Przy­po­mi­nasz mi tamte straszne tygo­dnie w szpi­talu dla sza­leń­ców. Ci ludzie, któ­rzy nazy­wali sie­bie leka­rzami, a byli zwy­kłymi opraw­cami. Wię­zili mnie bez­praw­nie. Znę­cali się nade mną!

– Julio, to już dawno minęło. Już nie wróci. Nikomu nie pozwolę cię skrzyw­dzić. Jesteś bez­pieczna – objął ją i mocno przy­ci­snął do sie­bie, bo odwra­cała twarz i pró­bo­wała się uwol­nić.

Jej pierś uno­siła się szybko pod wpły­wem emo­cji. Zwol­nił uścisk i gła­dził jej ramiona, uspo­ka­ja­jąc niczym prze­stra­szone zwie­rzątko. Po chwili objęła go za szyję i zawi­sła na nim całym cię­ża­rem. Uniósł się i zdjął jej ręce z szyi. Osu­nęła się na kanapę i pocią­gnęła go ku sobie. Wie­dział, co to ozna­cza. Po wybu­chach gniewu i żalu pra­gnęła, żeby się z nią kochał. Zawsze ule­gał. I tym razem pra­gnął jej, ale coś w głębi niego nie chciało się pod­dać. Czuł się zra­niony.

Kiedy godzinę póź­niej leżał obok śpią­cej Julii, myślał o jej wybu­chach gniewu. Jaka jest ich praw­dziwa przy­czyna? Co można na nie pora­dzić? I czy decy­zja, żeby żyć z Julią, była słuszna? Zda­wał sobie sprawę, że zde­cy­do­wał się na krok, który zmie­niał całe jego życie. _Naj­wyż­sza pora, żeby się ustat­ko­wać_, zaśmiał się w duchu. Ale zwią­zek z tą kobietą nie gwa­ran­to­wał spo­koju. Nie mógł także liczyć, że uro­dzi mu dziecko. Nie była już taka młoda i – co waż­niej­sze – nie chciała być matką. Zbyt zajęta sobą, zbyt pora­niona przez życie, nie była zdolna do macie­rzyń­stwa. Żal mu się zro­biło stra­co­nej szansy zosta­nia ojcem. Szybko odrzu­cił tę myśl. Może była zbyt bole­sna?

Patrzył na rękę Julii leżącą bez­wład­nie tuż obok. Była tak szczu­pła, że pra­wie wychu­dła. Blada twarz pokryta pla­mami od bromu, który wciąż zaży­wała, nie wyglą­dała dobrze. To, że jej uroda ucier­piała z powodu cho­roby, nie mar­twiło go. Może dzięki temu stała mu się bliż­sza, bar­dziej zro­zu­miała? Wzdry­gnął się. Prze­cież pra­gnął, żeby była piękna, rado­sna, po pro­stu zdrowa. A wyglą­dała na chorą.

Przy­po­mniał sobie, jak przed kil­koma dniami poszli razem na dan­cing ze zna­jo­mymi. Nie naj­le­piej czuł się jako tan­cerz, ale Julia lubiła tań­czyć i robiła to z praw­dzi­wym wdzię­kiem. Widział, że zale­żało jej na wra­że­niu, jakie zrobi na oso­bach, któ­rych jesz­cze nie znała. Długo wybie­rała sukienkę, a potem sie­działa przed lustrem i się malo­wała. Nie lubił tego, ale też nic nie mówił. Miała prawo robić to, co uwa­żała za sto­sowne. Mimo że mil­czał, Julia uchwy­ciła kilka jego nie­spo­koj­nych spoj­rzeń i zda­wała się ura­żona.

Wie­czór upły­wał cał­kiem miło i Mie­czek już pra­wie oddy­chał z ulgą, że nic się nie wyda­rzy, kiedy nagle Julia pode­szła do niego, kiedy tań­czył ze zna­jomą, i zaczęła ją prze­drzeź­niać. To dzie­cinne zacho­wa­nie wytrą­ciło go z rów­no­wagi. Szybko odpro­wa­dził part­nerkę do sto­lika i pocią­gnął Julię w stronę szatni. Opie­rała się, nawet krzyk­nęła ze zło­ścią i innym mogło się zda­wać, że wypiła za dużo. Ale to nie wino było przy­czyną jej agre­sji. Kiedy wró­cili do domu, Julia zro­biła mu scenę zazdro­ści. Patrzył na nią zdu­miony. To raczej on mógł być zazdro­sny, bo Julia każ­dego napo­tka­nego męż­czy­znę jaw­nie kokie­to­wała. Nie podo­bało mu się to, ale wolał jej nie draż­nić i dla­tego mil­czał.

Wciąż jesz­cze nie oswoił się z myślą, że jest jej mężem. Dzi­wiło go to, a jed­no­cze­śnie dawało do myśle­nia. Czyżby Julia była dla niego bar­dziej pacjentką niż żoną? Otóż jego żona wykra­dała mu mor­finę. Prze­ko­nał się o tym, kiedy z całą pew­no­ścią stwier­dził, że znik­nęła z walizki ampułka, którą przy­niósł do domu. Bał się powie­dzieć jej wprost o swoim odkry­ciu, ale odtąd chro­nił przed nią nar­ko­tyki.

Któ­re­goś dnia wró­cił wcze­śniej. Julia spała. Oddy­chała dziw­nie ciężko i gło­śno. Popo­łu­dniowa godzina nie była odpo­wied­nia na taki sen. Pochy­lił się nad nią. Od razu wyczuł zapach eteru. Chwy­cił ją za rękę, ale nie poru­szyła się. Sen był naj­wy­raź­niej efek­tem zaży­cia eteru. Pochy­lił się jesz­cze niżej. Szyja i piersi Julii musiały być pokryte tym związ­kiem, ponie­waż woń była bar­dzo silna. Pró­bo­wał ją unieść, ale osu­wała się bez­wład­nie. Obok, na sto­liku, stała szklanka nie­do­pi­tej wody z sokiem. Pową­chał. Zapach nar­ko­tyku podraż­nił go. Zaczął ją roz­bie­rać, a potem z tru­dem prze­niósł do łóżka, okrył cie­pło i otwo­rzył okno, żeby docie­rało do niej świeże powie­trze. Sie­dział przy łóżku, nasłu­chu­jąc odde­chu i pró­bu­jąc uchwy­cić cha­rak­ter halu­cy­na­cji, jakim ule­gała. Wie­dział, że skutki zaży­wa­nia eteru są gor­sze niż picia alko­holu. Na razie nic nie mógł zro­bić, musiał cze­kać. Wtedy jed­nak uświa­do­mił sobie, że jego mał­żeń­stwu daleko do nor­mal­no­ści.

Kiedy następ­nego dnia snuła się po domu, wal­cząc ze skut­kami kaca, nie chciał jej drę­czyć, ale wie­dział, że będzie musiał zmu­sić ją do lecze­nia. Tylko jak? Praw­do­po­dob­nie dawno już ule­gła nało­gowi, a w tym sta­nie czło­wiek zdolny jest do naj­bar­dziej skraj­nych zacho­wań, by zdo­być to, czego potrze­buje. Mimo lęku przed trudną roz­mową posta­no­wił, że dłu­żej nie będzie mil­czał. Ale Julia go uprze­dziła.

– Strasz­nie źle się dzi­siaj czuję. Chyba jestem chora – powie­działa cicho i łagod­nie.

– Nie dzi­wię się, że jest ci źle, nad­uży­łaś wczo­raj eteru.

– Nic podob­nego! – jej twarz wyra­żała takie zdzi­wie­nie, że gdyby nie był pewien swo­ich słów, musiałby uwie­rzyć w jej nie­win­ność.

– No dobrze, widocz­nie zapo­mnia­łaś albo zda­wało mi się – dodał szybko, widząc jej wzbu­rze­nie.

– Szkoda, że coś ze mną jest nie tak, bo dzi­siaj jeste­śmy prze­cież zapro­szeni na kola­cję do two­ich zna­jo­mych, a ja chyba muszę się poło­żyć. Pójdź sam, a potem mi opo­wiesz, jak było.

– Prze­cież nie pójdę sam. Zostanę z tobą.

– Idź koniecz­nie. Nie chcę ci psuć zabawy. Nie chcę być dla cie­bie cię­ża­rem – spu­ściła wzrok i zaci­śnięte dło­nie poło­żyła na kola­nach. Była blada, a jej twarz skur­czyła się jak w ataku bólu.

– Czy coś cię boli? – zbli­żył się do niej i wziął jej rękę, roz­plą­tu­jąc mocno zaci­śnięte palce.

– Tak, boli, ale nie fizycz­nie. Znów przy­po­mnia­łam sobie tam­tego męż­czy­znę. Był taki bru­talny. Dzięki tobie mogłam się od niego uwol­nić.

Mie­czek się skrzy­wił. Ostat­nio czę­ściej niż zwy­kle przy­po­mi­nała mu o czło­wieku, przed któ­rym, jak twier­dziła, ucie­kła do niego. Nie znał go i wie­dział o nim tylko tyle, ile powie­działa mu Julia. Cza­sem zasta­na­wiał się, jak to jest, że osoba taka jak ona od dzie­ciń­stwa tra­fiała na prze­śla­dow­ców. Nie wahał się wła­śnie tak okre­ślić jej ojca, jej pierw­szego męża, jej tajem­ni­czego kochanka, a może nawet jakichś innych, o któ­rych nic nie wie­dział. Kim był ten czło­wiek, z któ­rym pod­czas wojny wyje­chała do Rosji i słuch o niej zagi­nął? Kochała go? A może tylko tak jej się zda­wało? Kiedy patrzył na bladą twa­rzyczkę Julii, serce mu się ści­skało. Chciał, żeby była szczę­śliwa, ale nic nie wska­zy­wało na to, że tak jest. _Nie trzeba jej nie­po­koić, stro­fo­wać jak małej dziew­czynki_, pomy­ślał. Należy chro­nić ją przed nią samą i przed wszyst­kim, co odbiera jej zdol­ność odróż­nia­nia rojeń od rze­czy­wi­sto­ści.

Kilka dni póź­niej szu­kał cze­goś w szu­fla­dach biurka. Julia wła­śnie wyszła, a on nie mógł zna­leźć potrzeb­nych mu doku­men­tów. Zaj­rzał więc także do jej szu­flady. Pano­wał tam bała­gan. Wes­tchnął z rezy­gna­cją. Odsu­nął jakieś szpar­gały. Na dnie leżała koperta zaadre­so­wana ręką Julii. Naj­wy­raź­niej nie­wy­słany list. Na koper­cie wid­niało nazwi­sko nie­zna­nego Miecz­kowi męż­czy­zny. Powstrzy­mał chęć otwar­cia koperty, ale zapa­mię­tał i nazwi­sko, i adres. Przez chwilę zda­wało mu się, że to imię, raczej rzad­kie, już kie­dyś sły­szał, i poru­szył go nagły domysł. Czyżby to był czło­wiek, na któ­rego Julia tak się skar­żyła? Czy pisała do niego? Dla­czego nie wysłała listu? A może dopiero zamie­rzała to zro­bić? Poczuł gniew. Więc ukry­wała przed nim wię­cej, niż przy­pusz­czał. Nie chciał o nic pytać. Jeśli ten czło­wiek na­dal ją prze­śla­duje, trzeba go powstrzy­mać, jeśli jed­nak Julia sama szuka z nim kon­taktu…

Długo nie mógł się zde­cy­do­wać. Roz­po­cząć poszu­ki­wa­nia? Odna­leźć domnie­ma­nego kochanka swo­jej żony? Czy ma do tego prawo? Jak ukryć to przed Julią? I wresz­cie, jak wytłu­ma­czy się temu czło­wie­kowi, jeśli go odnaj­dzie? Jed­nak posta­no­wił dzia­łać.

Nie znał ulicy, która wid­niała na koper­cie listu. Była gdzieś na połu­dniu mia­sta, tam, gdzie dopiero budo­wano nowe domy. Sły­szał tylko, że coraz wię­cej pól i sadów zamie­niało się w ulice i osie­dla. _Być może trudno będzie odna­leźć ten adres_, pomy­ślał, jed­nak czuł, że nie chce dłu­żej zwle­kać. Stan Julii w pew­nym sen­sie się pogar­szał. Była coraz bar­dziej nie­spo­kojna. Ataki gniewu, nawet agre­sji sta­wały się coraz częst­sze. Któ­re­goś dnia zamiast do szpi­tala poje­chał tram­wa­jem na plac Unii Lubel­skiej. Stam­tąd musiał już iść pie­szo Rako­wiecką. Pamię­tał tę ulicę jako polną drogę, ale to było dawno. W miej­scu sta­rych drew­nia­nych domów wybu­do­wano kamie­nice. Roz­le­gły plac w oddali stał się miej­scem budowy całego kom­pleksu budyn­ków Szkoły Głów­nej. Szedł już dość długo, roz­glą­da­jąc się dokoła. Boczne uliczki były zabu­do­wane tuż przy ulicy, dalej cią­gnęły się zdzi­czałe ogrody. Skrę­cił w jedną z tych uli­czek, nie mając pew­no­ści, czy to na pewno ta, bo tabliczki z nazwą nie było.

Nie­wiel­kie domy, bar­dziej podobne do miej­skich willi, wkrótce się skoń­czyły i Mie­czek szedł wzdłuż par­ka­nów, za któ­rymi wśród drzew i krze­wów kryły się stare domo­stwa. Wyglą­dały na opusz­czone. W pew­nym momen­cie zauwa­żył na bra­mie numer, któ­rego szu­kał. Pchnął furtkę i nie­pewny zbli­żał się do par­te­ro­wego budynku. W oknie mignęła czy­jaś twarz. Zawa­hał się. Nagle pomysł, by odszu­kać kochanka Julii, wydał mu się absur­dalny. Czym wła­ści­wie ma tłu­ma­czyć swoją cie­ka­wość? Jak roz­ma­wiać z nie­zna­nym czło­wie­kiem?

Naci­snął dzwo­nek. Po dłuż­szej chwili drzwi się uchy­liły. Stała w nich kobieta w nie­okre­ślo­nym wieku. Z głębi domu dobie­gało uja­da­nie psa. _A jeśli to jego żona?_, pomy­ślał.

– Słu­cham? – ode­zwała się kobieta.

– Czy zasta­łem… – wymie­nił nazwi­sko, które zapa­mię­tał.

Patrzyła na niego przez chwilę dość zdzi­wiona i już chciał prze­pro­sić, i szybko odejść, ale otwo­rzyła sze­rzej drzwi.

– On już tu nie mieszka – powie­działa.

– Gdzie mogę go zna­leźć?

– Wypro­wa­dził się jakieś dwa mie­siące temu. Adresu nie znam. Czy to coś waż­nego?

– W pew­nym sen­sie – Mie­czek nieco się uspo­koił. Naj­wi­docz­niej ten czło­wiek nie był nikim bli­skim dla sto­ją­cej przed nim kobiety. – Wła­ści­wie szuka go pani Julia… – zaczął, dzi­wiąc się upo­rowi, z jakim posta­no­wił nie dawać za wygraną.

– Niech pan wej­dzie – powie­działa.

Wnę­trze miesz­ka­nia było mroczne. Z cia­snego kory­ta­rza weszli po scho­dach do obszer­nego pokoju, który mógłby być cał­kiem ład­nym salo­nem, gdyby nie szpe­ciła go zbyt duża liczba mocno pod­nisz­czo­nych mebli. Kobieta wska­zała Miecz­kowi fotel, któ­rego sprę­żyny jęk­nęły, kiedy na nim usiadł. Przy­glą­dała mu się przez chwilę, jakby zasta­na­wiała, kim może być i czego chce. Mil­czał, cze­ka­jąc, aż go o to zapyta.

– Pan szuka pana Seba­stiana czy pani Julii? – zasko­czyła go tym pyta­niem. – Mój loka­tor wypro­wa­dził się, nie zosta­wia­jąc adresu – patrzyła na niego uważ­nie. – Aha, chyba już to mówi­łam.

Mie­czek zasta­na­wiał się gorącz­kowo, czy wyja­wić praw­dziwy cel wizyty, czy jesz­cze nie.

– Wła­ści­wie to szu­kam ich obojga – powie­dział.

– O Julii wiem jesz­cze mniej. Zni­kła jakieś dwa lata temu. Pan Seba­stian szu­kał jej, ale niczego się nie dowie­dział. To było bar­dzo nie­ład­nie z jej strony tak po pro­stu znik­nąć. Miesz­kali tu przez kilka lat. Byli jak mał­żeń­stwo. Z Julią nawet się zaprzy­jaź­ni­łam, ale ostat­nio zacho­wy­wała się dziw­nie. O, prze­pra­szam, może nie powin­nam tego mówić.

– Wręcz prze­ciw­nie, pro­szę mówić. Może to napro­wa­dzi mnie na jakiś trop.

Jed­nak nie dowie­dział się już niczego. Tylko w ostat­niej chwili kobieta podała mu adres kogoś, z kim, jak sądziła, męż­czy­zna się przy­jaź­nił.

Opu­ścił dom z uczu­ciem ulgi. Czuł się źle, wie­dząc, że nad­użył zaufa­nia nie­zna­jo­mej. Swoje kłam­stwa uspra­wie­dli­wiał dobrem Julii. Tylko czy rze­czy­wi­ście cho­dziło o jej dobro? Prze­ko­ny­wał sam sie­bie, że tak. Słowa kobiety jesz­cze bar­dziej go zanie­po­ko­iły. W pierw­szym odru­chu chciał wyznać Julii, że szuka jej śla­dów z prze­szło­ści. Jed­nak nie zde­cy­do­wał się na to. Była ostat­nio zbyt roz­draż­niona i wia­do­mość, że wła­sny mąż jej nie ufa, mogłaby dopro­wa­dzić do wybu­chu. Ale to on coraz mniej ufał Julii. Dla­tego myśl, żeby zaprze­stać poszu­ki­wań, wydała mu się nie­roz­sądna. Teraz musiał dowie­dzieć się prawdy.

Udał się pod wska­zany przez kobietę adres. Na tabliczce wid­niało: imię, nazwi­sko, dok­tor medy­cyny… Począt­kowo chciał dalej brnąć w kłam­stwa, ale fakt, że poszu­ki­wany oka­zał się leka­rzem, uspo­koił go. Posta­no­wił wyja­wić, kim jest. Słu­żąca wpu­ściła go do obszer­nego hallu. Dok­tor praw­do­po­dob­nie skoń­czył wła­śnie przyj­mo­wa­nie pacjen­tów, bo kiedy zoba­czył nie­zna­jo­mego w pocze­kalni, wyda­wał się zdzi­wiony. Mimo to zapro­sił go do pokoju obok. Oka­zało się, że zna męż­czy­znę, z któ­rym Julia żyła przez ostat­nie lata. Musiał także znać Julię, bo oży­wił się na dźwięk jej nazwi­ska. Pochy­lił się nawet w stronę Mieczka i słu­chał z uwagą.

– Moja żona nie czuje się naj­le­piej. Mam powody sądzić, że była źle trak­to­wana. Jej pro­blemy ner­wowe… – zaczął Mie­czek.

– Ach, więc jest pań­ską żoną? – dok­tor się oży­wił. – Ale co pan ma na myśli, mówiąc, że była źle trak­to­wana? – spy­tał.

– Wyznała mi, że musiała ucie­kać przed bru­tal­no­ścią swo­jego… – Mie­czek zawa­hał się, nie wie­dząc, jak wła­ści­wie okre­ślić byłego kochanka Julii. – Jed­nym sło­wem, życie z nim mogło się przy­czy­nić do obec­nych pro­ble­mów mojej żony.

– Nie chciał­bym wtrą­cać się do spraw rodzin­nych. Nie jestem upo­waż­niony. Spró­buję namó­wić mojego zna­jo­mego, by się z panem spo­tkał. Nie obie­cuję jed­nak, że mi się to uda.

Dość długo Mie­czy­sław cze­kał na tele­fon. Wresz­cie któ­re­goś dnia męż­czy­zna zadzwo­nił do szpi­tala i umó­wili się na spo­tka­nie. Nie miesz­kał w War­sza­wie. Mie­czek oba­wiał się, że w ostat­niej chwili spo­tka­nie nie doj­dzie do skutku. Także fakt, że będzie musiał wyje­chać, utrud­niał sprawę. Jed­nak raz roz­po­częta sprawa powinna zostać dokoń­czona. Nawet wolał, że spo­tka­nie odbę­dzie się z dala od domu.

Głos tego czło­wieka brzmiał przy­jaź­nie i Mie­czek zasta­na­wiał się, co o tym myśleć. Prze­ko­na­nie, że to kolejny prze­śla­dowca, na jakiego tra­fiła Julia, nastra­jało go nie­chęt­nie. Jeśli jed­nak w jaki­kol­wiek spo­sób okaże swoją nie­uf­ność, męż­czy­zna wyczuje to z pew­no­ścią i nie będzie skłonny do roz­mowy. A Mie­czek coraz bar­dziej chciał poznać prze­szłość Julii. Posta­no­wił zapo­mnieć o tym, co mu opo­wia­dała, i po pro­stu słu­chać tego, co ma do powie­dze­nia nie­zna­jomy. Już samo to, że zgo­dził się spo­tkać, mogło świad­czyć o jego dobrej woli.

Julia, ostat­nio tak mil­cząca i obo­jętna, nagle zanie­po­ko­iła się wyjaz­dem męża. Musiał jej tłu­ma­czyć, dokąd i po co jedzie. Zda­wała się nie­zbyt prze­ko­nana. Zasta­no­wiła go jej intu­icja, i to wła­śnie w spra­wie, która miała pozo­stać dla niej tajem­nicą. Wie­dział jed­nak, że osoby ner­wowe potra­fią wyczu­wać praw­dziwe inten­cje innych, jeśli tylko jest im to do cze­goś potrzebne.

Podróż, zresztą nie bar­dzo długa, minęła na pró­bach uło­że­nia pierw­szych słów. Nie­wiele wymy­ślił. Uko­ły­sany mono­ton­nym stu­ko­tem kół, przy­snął. Ock­nął się w ostat­niej chwili i tro­chę nie­przy­tomny wysiadł z pociągu. Stał na nie­wiel­kiej sta­cji i roz­glą­dał się jak czło­wiek, który odnaj­duje się w nie­zna­nej mu rze­czy­wi­sto­ści. Po co tu przy­je­chał? Dla­czego grze­bie w prze­szło­ści kobiety, którą, jak mu się zda­wało, kocha? Teraz jed­nak nie było już odwrotu. Zbli­żał się do niego męż­czy­zna z gazetą ster­czącą z kie­szeni ciem­nego płasz­cza. Stali naprze­ciw sie­bie, przez krótką chwilę mie­rząc się wzro­kiem. Żaden z nich nie był pewien, czego chce od niego ten drugi.

– Tu nie­da­leko jest restau­ra­cja – ode­zwał się męż­czy­zna, kiedy już podali sobie ręce, wymie­nia­jąc nazwi­ska. – Może jest pan głodny?

– Dzię­kuję. Już jadłem – odpo­wie­dział Mie­czek, zdzi­wiony tro­chę tym z pozoru obo­jęt­nym tonem roz­mowy.

– Wła­ści­wie nie wiem, czemu zawdzię­czam pań­ski przy­jazd. Podobno szuka pan Julii? – spy­tał męż­czy­zna, kiedy usie­dli przy sto­liku. – Ale powiem od razu, nie wiem, gdzie ona jest. Stra­ci­łem z nią kon­takt już pra­wie dwa lata temu.

– Nie, nie szu­kam jej. Ona jest moją żoną.

Męż­czy­zna patrzył na Mieczka nie­ru­chomo.

– Prze­pra­szam, że pana zasko­czy­łem. Nie wyja­wi­łem prawdy od razu, bo bałem się, że nie zechce się pan ze mną spo­tkać.

– Rze­czy­wi­ście, chy­ba­bym nie chciał. Ale o co wła­ści­wie cho­dzi?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: