-
nowość
-
promocja
Melancholia. O tych, co nigdy nie odnajdą straty - ebook
Melancholia. O tych, co nigdy nie odnajdą straty - ebook
„Melancholia. O tych, co nigdy nie odnajdą straty” to portret wielokrotny jednego z najbardziej tajemniczych stanów ludzkiej psychiki, a zarazem wyjątkowa próba językowego oswojenia pustki. Autor wytycza własną ścieżkę przez historię myśli i sztuki, po drodze przywołując postaci, obrazy, teksty i idee, dzięki którym melancholia odsłania swe różnorodne oblicza. „Nic, które boli” nie wiąże się tu jedynie ze smutkiem i niemocą – bywa także subtelną odmianą świadomości, postawą wobec świata, czułością skierowaną ku temu, co utracone lub nieosiągalne. W tym klasycznym już eseju Marka Bieńczyka erudycja splata się z osobistym tonem, a rozważania o historii splinu i artystycznych świadectwach życia syconego „czarną żółcią” umożliwiają refleksję nad wrażliwością w czasach ostatniego, współcześniejszego nam fin de siecle’u, sto lat po Baudelairze.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
Spis treści
Słowo wstępne do poprzedniego wydania
I. Na Placu Carrousel
II. Flaner i inni jeszcze
III. Czarna żółć, czyli nic, które boli
IV. Freud i twarz melancholijna
V. Pseudoteksty, pseudonimy
VI. Magiczne wyliczanie
VII. Spis powszechny i opłata
VIII. O wyższości dolin nad górami
IX. Labirynt wiecznego tułacza
X. Freud, odblask i regres
XI. Ironia i śmiech
XII. Przyszłość jak na dłoni
XIII. Błękitne spojrzenie i anamorfoza
XIV. Alegoria na drodze melancholika
XV. Melancholia czarna i czerwona
XVI. Acedia
XVII. Freud, pożądanie i nierealność
XVIII. Zwierciadło i możliwość
XIX. Terapie, terapie
XX. Nie i tak metamorfozy
XXI. Pomerol 1989
XXII. W studni melancholii
Postscriptum
Książki i teksty, z których korzystałem, przepisywałem, od których zapożyczałem, za którymi cytowałem
| Kategoria: | Literatura faktu |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8325-254-4 |
| Rozmiar pliku: | 1,1 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Korekta: Anna Słomińska
Współpraca: Julia Kalkowska
Projekt graficzny i typograficzny: Stanisław Salij
Opieka redakcyjna: Helena Hejman
© Marek Bieńczyk
© wydawnictwo słowo/obraz terytoria
wydawnictwo słowo/obraz terytoria sp. z o.o.
ul. Władysława Pniewskiego 4/1
80-246 Gdańsk
tel.: 58 345 47 07
e-mail: [email protected]
www.terytoria.com.pl
Wydanie piąte poprawione
Gdańsk 2026
978-83-8325-254-4
SŁOWO WSTĘPNE DO POPRZEDNIEGO WYDANIA
Emil Cioran, jeden z kilkudziesięciu imiennych (i milionów bezimiennych, lecz któż ich zliczy) bohaterów tej książki, swój pierwszy tekst o melancholii napisał w wieku lat dwudziestu. Poświęcił go od razu – bo jak się jest młodym, to się chce „od razu” – dziełu w długiej historii melancholii najważniejszemu: miedziorytowi Albrechta Dürera Melencolia I. Pisał w nim o różnicy w rozumieniu melancholii między renesansem Północy, najlepiej reprezentowanym właśnie przez Dürera, a renesansem włoskim. Melancholia w tym pierwszym, twierdził Cioran, jest bliżej rozpaczy; melancholia włoska, południowa, łagodzi swe otchłanie doznaniem łaski, „lekkim, tajemniczym uśmiechem” rzucanym w nieskończoność; więzi łączące człowieka ze światem nie zostały jeszcze zerwane.
Zapewne większość książek, a przynajmniej książek melancholijnych, powstaje tam, gdzie rozpacz spotyka się z łaską. Do tematu melancholii Cioran będzie wracał przez całe swe długie życie, uporczywie, namiętnie, wiedząc, że wciąż nie wypowiedział jej istoty, lub też to, że jej istotę wyrażać trzeba wciąż inaczej, kręcąc wokół niej słowa nieznużenie jak buddyjski młynek. Kiedy piętnaście lat temu pisałem O tych, co nigdy nie odnajdą straty, zdawało mi się przez chwilę, że swoje już powiedziałem i że saturnowy palec przestanie mnie dźgać. Dzisiaj, spoglądając na strony później zapisane, dziwię się swej naiwności. Ale też śladem Ciorana widzę wyraźniej, że topos melancholii, jeden z najstarszych i najbardziej w naszej kulturze trwałych (bo przecież „już starożytni Grecy…”), jest niesłychanie żywotny i wywołuje wciąż dalsze echa. To jego paradoks: choć mówi o życiu na próbę zamierającym, choć wypowiada się już od trzydziestu albo i trzystu stuleci, przenika go tajemnicza energia, która popycha do pióra kolejne pokolenia. W ciągu tych piętnastu lat powstało w Polsce bardzo dużo książek melancholijnych i melanchologicznych, wydano wiele przekładów poświęconych melancholii i odnieść można wrażenie, że porywa nas świeża śledziennicza lawina. Nie wiem, czy dobrze to, czy źle, lecz dorzucam do niej raz jeszcze tę starą śpiewkę, zanim między rozpaczą a łaską przyjdzie mi kiedyś w nowej postaci przemierzyć Plac Carrousel.
Warszawa 2011I. NA PLACU CARROUSEL
Wiktorowi Hugo
1
Andromacho, o tobie myślę. Strumień mały,
To biedne, smutne lustro, gdzie zalśnił przed laty
Twych wielkich cierpień wdowich majestat wspaniały,
Ten Simois, kłamca, łzami twoimi bogaty,
Użyźnił nagle pamięć mą, płodną w widzenia,
Gdym przez nowy Carrousel przechodząc, nie zwlekał.
Starego nie ma już Paryża (tak się zmienia
Kształt miasta, prędzej jeszcze niż serce człowieka);
Dziś to pole baraków już tylko pamiętam,
Ten stos głowic w obróbce, kolumny i trawy,
Od kałuż zzieleniałe bloki, fundamenty
I skład wszelkich rupieci szybkami jaskrawy.
Tu niegdyś menażeria miała swe obozy,
Tu raz ujrzałem, kiedy chłodnym, czystym ranem
Budzi się Praca, gdy asenizacji wozy
W cichym powietrzu dudnią mrocznym huraganem,
Łabędzia, który wygramoliwszy się z klatki,
O bruk wyschnięty stopy płetwiste wycierał,
Włócząc po szorstkiej ziemi piór swych jedwab gładki.
Przed rynsztokiem bez wody ten ptak dziób otwierał
I kąpiąc niespokojnie białe pióra w kurzu,
Z sercem pełnym rodzinnych jeziora błękitów
Rzekł: „Wodo, kiedyż spłyniesz? Kiedy zagrzmisz, burzo?”
Widzę tego biedaka, najzgubniejszy z mitów,
Jak mąż u Owidiusza w niebo lazurowe,
W niebo, które przenika ironia złowroga,
Na konwulsyjnie drżącej szyi wznosił głowę
Chciwą, jakby z wyrzutem zwracał się do Boga.
2
Paryż się zmienia! Lecz trwa w smutku mego glorii!
Pałace, rusztowania, marmuru kawały,
Stare przedmieścia, wszystko godne alegorii,
I drogie me wspomnienia są cięższe niż skały.
Także sprzed Luwru obraz ten jeden wyniosłem:
Myślę o moim wielkim łabędziu z podlotem
Szaleńca, jak wygnańcy śmiesznym i wyniosłym,
I bez przerwy trawionym tęsknotą! A potem
O tobie, Andromacho, ty, któraś wypadła
Z rąk męża, dzika łania pod władzą Pirrusa,
Przed pustym grobem zgięta w ekstazie, pobladła,
Ty, wdowo po Hektorze, żono Hellenusa!
Myślę o tej Murzynce chorej na gruźlicę,
Drepcącej w błocie, szukającej dumnym okiem
Kokosów, co zostały w przepysznej Afryce
Za niezmierzonym murem mgły i dymów mrokiem.
O tych wszystkich, co łzami własnymi się poją,
O tych, co nigdy, nigdy nie odnajdą straty,
I jak dobrą wilczycę ssają boleść swoją,
I o wątłych sierotach uschniętych jak kwiaty.
Także w lesie, gdzie duch mój błąka się wygnany,
Stare Wspomnienie z mocą dmie w róg, budząc dreszcze!
Myślę o marynarzach śród wysp zapomnianych,
O jeńcach, zwyciężonych!… i o innych jeszcze.
Charles Baudelaire, Łabędź, przekład Mieczysłwa Jastruna
Przechodniu, zatrzymaj się (skoro już przeczytałeś ten wiersz, a to dla mnie ważne) przed nowym Carrousel.
Dzisiaj (kończy się właśnie rok 1996 i dojrzewają już wina dla uczczenia nowego stulecia) jego kolejna przebudowa dobiegła niemal końca i został otwarty dla publiczności – choć ostatnie prace jeszcze trwają i nie wszystkie rusztowania zniknęły; lecz przez ostatnie lata był Plac Carrousel, jak w Paryżu Baudelaire’a, wielkim „polem baraków”, „stosem w obróbce”, „składem rupieci”. Blisko półtora wieku od chwili baudelaire’owskiej miejskiej włóczęgi, jakiej wiersz Łabędź jest jednym z piękniejszych opisów, Paryż przez kilkanaście lat żmudnych robót odtwarzał dokładnie na tym samym dziedzińcu Luwru przestrzeń melancholijnego doświadczenia, w której spotykały się jak wówczas, i spotykają nadal, odchodzące z gruzami miasto stare i budowane na nim, jeszcze tu niewyraziste, jeszcze fragmentaryczne, miasto nowe.
Wolf Lepenies w wygłoszonym paręset metrów dalej wykładzie inauguracyjnym w Collège de France, poświęconym „końcowi utopii i powrotowi melancholii”, mówił niedawno o kolejnej chwili historycznej, gdy w myśli europejskiej może przeważyć skłonność melancholijna. Nastaje raz jeszcze czas melancholii, opowiadał i zarazem przestrzegał przed ponownym w dziejach Europy odwróceniem monety, której Melancholia i Utopia są – jak pisał Günter Grass – orłem i reszką. Co prawda ostatnie utopie się rozsypały: wraz z upadkiem muru berlińskiego dobiegła kresu socjalistyczna utopia „celu” i, zaraz za nią, kapitalistyczna utopia „środków” ustanowiona na przekonaniu, że postęp wiedzy i techniki stanowi najlepszy sposób przeobrażenia Europy, całego świata, w powszechne społeczeństwo obywatelskie; lecz homo europaeus nie ma prawa teraz, w kolejnej chwili historycznej deziluzji, szukać schronienia w melancholii. I konkludował zdaniem Paula Valéry’ego: „Najbardziej pesymistyczna ocena człowieka, rzeczy, życia i jego wartości, wchodzi w cudowną zgodę z działaniem i optymizmem, których ocena ta się domaga. – I to jest europejskie”.
W tym samym mniej więcej czasie, choć kilometr dalej, Jean Baudrillard mówił, odwrotnie, o utopii urzeczywistnionej, jaką w ostatnim dziesięcioleciu przyniosły zjawiska powszechnej „orgii wyzwolenia” oraz „nieśmiertelności funkcjonalnej”. Żyjemy, twierdzi Baudrillard, w świecie „po orgii”, w którym wyzwoliliśmy wszystkie możliwości, przebiegliśmy wszystkie drogi, wykorzystaliśmy wszystkie środki produkcji, a nawet wirtualnej nadprodukcji rzeczy, ideologii, przekazów… W tym szaleństwie nasycenia, w tym obłędzie wyczerpywania produkcyjnych możliwości, jak również w rozwoju psychologicznych i sportowych technik „spełniania” siebie samego, „wyśrubowywania” naszej tożsamości i skuteczności, osiągnęliśmy – na podobieństwo niezużywalnej płyty kompaktowej – przerażający, niebezpieczny stan nasycenia, w którym nie ma miejsca na brak, stratę, na być może zbawienne w tej nowej sytuacji cywilizacyjnej stany melancholijne: wyobcowanie, różnicę, tęsknotę. Między czerwonym i zielonym światłem, między tym „już nie wolno i nie trzeba, byś była” a „dobrze byś była, choć może już nie sposób”, mówionym melancholii pod koniec tego stulecia, wybierz sobie, przechodniu, co chcesz; lecz wcześniej przyjrzyj się ze mną jej różnym obliczom na Placu Carrousel.II. FLANER I INNI JESZCZE
Wielki wiersz Baudelaire’a odczytywany bywa często jako poetyckie rozpoznanie nowoczesnego „podmiotu melancholijnego”. Po pierwsze zatem, z cywilizacyjnego punktu widzenia jest to opis wygnania i samotności w coraz bardziej anonimowym mieście, w którym, jak napisze poeta w innym miejscu, przechodzień spotyka na ulicy nie tyle nawet nieznajomych, co nieznajomych, o których wie, że nie ujrzy ich nigdy więcej. W Paryżu lat pięćdziesiątych XIX stulecia rozgrywa się dramatycznie spiętrzone doświadczenie nagłego przeobrażenia miasta, zagrażające formom jego dotychczasowego życia: jest to, rozpoczęta jeszcze za monarchii lipcowej, destrukcja pełnych życia i barw dzielnic centralnych, gdzie w jednej niepodzielnej przestrzeni współistnieli cyganeria, rzemieślnicy i robotnicy. Przestrzeń tę naruszy, wraz z nastaniem Drugiego Cesarstwa, wraz z narastającymi procesami alienacji i reifikacji, nowa strategia piękna, która zastąpi opiewane w baudelaire’owskiej poezji „kręte fałdy starych stolic” uporządkowanym systemem szerokich i prostych avenues, wielkich, lecz bezludnych placów, patetycznych, lecz pustych budowli, i obszernych, lecz zimnych monumentów. Flaner, paryski włóczęga, porównując nową dzielnicę Luwru z tym, co jeszcze niedawno istniało tu w sposób naturalnie żywiołowy i nieuporządkowany, łączy te rozrośnięte, wyludnione konstrukcje z uczuciem nieautentyczności, jakie wzbudza w nim ceremonialny reżym Drugiego Cesarstwa, a w wymiarze egzystencjalnym analogicznie doznaje chwilę teraźniejszą, chwilę przeobrażenia miasta, jako czas już mu obcy, i wobec bogactwa i barw życia przeszłego – pozbawiony sensów. Andromacha „przed pustym grobem zgięta”, a z nią wszyscy wymienieni w opowieści flanera stają się więc figurami negatywnego odczucia historii jako procesu degradacji, odczucia, które z każdego wspomnienia czyni pamiątkę utraty, to zaś, co przychodzi teraz i co stanie się w przyszłości, każe doznawać jako nieautentyczne już zawczasu i już na zawsze. Melancholia – mechanizm tego wspomnienia mnożący kolejne obrazy braku i straty, jest bezkresnym rozpamiętywaniem w świecie, który nie przestaje się przeobrażać, lecz przemienia się szybciej niż „serce człowieka”. Paryż się zmienia! – Tym bardziej więc pogłębia się moja melancholia, mówi flaner. Albowiem nie nadąża on z odpowiedzią: na zawrotne tempo zewnętrznego czasu dziejów i wydarzeń reaguje ociężałością, spowolnieniem rytmu życia. Jego melancholia jest rozproszeniem powodowanym przez uporczywe roztrząsanie straty, jest dryfowaniem wśród kalekich, naruszonych sensów, i zarazem, paradoksalnie, jest ciężkim bezruchem wobec nadchodzącej ponaddźwiękowej szybkości nowoczesnego miasta.
Ale nie tylko przemiany społeczno-polityczne, które wpływają na architekturę ujawniającą bezpośrednio represywność przekształcanej przestrzeni urbanistycznej, a pośrednio represyjność nastałych dopiero co rządów, tworzą kontekst dla melancholii ulicznego łazika. Z psychologicznego punktu widzenia wiersz Baudelaire’a świetnie ilustruje nowy (już wkrótce, za niewiele dziesiątków lat, opisany i analizowany po dziś dzień) podmiot freudowski, fatalnie naznaczony nie tyle rozpaczą przeżywanej chwili, co pierwotnym brakiem i nigdy niewyczerpanym – otwarty dziób łabędzia nad wyschłą wodą – pragnieniem. I w pełni przepowiada poetyckim słowem teorię melancholii Freuda, której podwaliną jest doświadczenie straty. W przeciwieństwie do żałobnika, u którego praca żałoby jest w przypadku pomyślnym procesem krótkotrwałym, mniej lub bardziej szybko przyswajającym stratę, melancholik „nigdy, nigdy nie odnajduje straty” i z tego ubytku, z tego nieodnalezienia, czyni swój modus vivendi, tymczasowy, lecz wciąż ten sam tryb swej smutnej na zawsze wieczności: wieczności bez początków, wieczności straty już niepamiętnej. Wieczności otwartej dla nas w wierszu Baudelaire’a przywołaniem z głębi dziejów greckiej Andromachy, śmiertelnie zranionej śmiercią Hektora, dotkniętej żałobą, która – uogólniona do prawa rządzącego istnieniem – toczy się przez wieki aż po teraźniejszość. Nowoczesne kształty przebudowywanego Paryża, konkretyzujące melancholijne odczucie chwili, rozpalają u flanera to poczucie odwiecznej straty, i „stare przedmieścia”, których już nie ma, stają się w jego słowach obrazem żałoby z natury swej nieokreślonej, nieuchwytnej, zawczasu wpisanej w świat.
„Melancholio, Nimfo, skądżeś ty rodem?” – dociekał w Beniowskim Słowacki i jego pytanie postawić można na nowo każdemu, kogo dotknęła, wszystkim dramatis personae poniższych stron. Cesarzowej austriackiej Sisi, tej, która swemu ulubionemu rumakowi dała imię Nihilisty, uwielbiała szekspirowskich melancholijnych błaznów, w każdym mieście odwiedzała zakład dla obłąkanych i nad brzegami jeziora Starnberg, gdzie śmierć znalazł jej kuzyn Ludwik II Bawarski (a skąd Twoja melancholia rodem?), rymowała słabe wiersze o wodach samobójców; „dała światu rzadki przykład dezercji”, pisał o niej z podziwem Emil Cioran (dlaczego Ty i melancholia?). Zygmuntowi Krasińskiemu, który codziennie doznawał „wstrętu do życia wszechmocnego”, autorowi najlepszych ze znanych mi opisów choroby na melancholię; nikt nie potrafił tak żarliwie o niej mówić, tak pięknie narzekać i smęcić jak on. Albrechtowi Dürerowi, posępnemu aniołowi o oczach jak świeżo wykopane studnie, artyście norymberskiemu, który przedstawił Melancholię ostatecznie, raz na naszą wieczność. Charles’owi d’Orléans, piętnastowiecznemu poecie francuskiemu, przez ćwierć wieku wygnańcowi i więźniowi w angielskiej niewoli, autorowi najdelikatniejszych, świeżych jak powietrze po deszczu rond i ballad pisanych w „lesie znudzonego smutku”. Gérardowi de Nerval, twórcy najsłynniejszego sonetu o melancholii, pisarzowi najlepiej wyjaśniającemu, czym jest w melancholii temat powtórzenia, lunatykowi, którego utrzymał powróz zawieszony nocą na paryskiej latarni. Walterowi Benjaminowi, osaczonemu geniuszowi, zmarłemu samobójczą śmiercią w Pirenejach, gdzie miał przekroczyć granicę, by ratować życie, jednemu z najświetniejszych komentatorów Baudelaire’a (a skąd Twoja melancholia?), autorowi fundamentalnych prac o baroku niemieckim i jego estetyce; „niepodobna zrozumieć jego głównych osiągnięć – tłumaczyła Susan Sontag – jeżeli nie pojmie się, jak dalece opierają się na teorii melancholii”. Sørenowi Kierkegaardowi, który wyznawał: „Moje życie zaczęło się natychmiast, od najgłębszego dzieciństwa, straszliwą melancholią… melancholią niemal obłędną”; i przez całe życie nosił „drzazgę w ciele”; najbardziej pomysłowi interpretatorzy z rozpaczliwej woli zrozumienia jego losów wyjaśniali niepojęty smutek filozofa garbem na jego grzbiecie i oddajmy należną im cześć za ten materialny obraz melancholii. Antoniemu Malczewskiemu, jednemu z pierwszych zdobywców Mont Blanc, magnetyzerowi kobiet i twórcy najsmutniejszej i najpiękniejszej powieści poetyckiej w polskiej literaturze, i najlepszego życiorysu, gdy ktoś chce mówić o klęsce. Robertowi Burtonowi, wesołemu, więc i smętnemu autorowi najgrubszej książki o melancholii: The Anatomy of Melancholy („najpiękniejszy tytuł świata” – twierdzi Cioran) i Jorge Borgesowi, jej ślepemu wielbicielowi. Janowi Jo Rabendzie, kiperowi słowa w alegorycznym teatrze świata, moczymordzie czarnej żółci, o którym krytyk pisał: „Był kimś, kogo Francuzi nazywają un triste”. I Tobie, przechodniu, który schylasz teraz głowę, idziesz ulicą, nie patrząc na ludzi, w kałużach po porannym deszczu widzisz swe zmącone odbicie i za chwilę usiądziesz na tej ławce w tym cichym parku, i znowu smutnym myślom zwiesisz głowę. I wielu innym jeszcze.