Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Messerschmitty nad Bagdadem - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
25 marca 2026
1104 pkt
punktów Virtualo

Messerschmitty nad Bagdadem - ebook

Konflikt zbrojny pomiędzy Irakiem i Wielką Brytanią w 1941 roku jest jednym z najmniej znanych epizodów drugiej wojny światowej. A jest to temat wart poznania. Ciekawy jest zwłaszcza wątek pomocy, jakiej udzieliła III Rzesza siłom irackim walczącymi z Brytyjczykami. W jej ramach na Bliskim Wschodzie pojawiły się nawet samoloty Luftwaffe. Autor z wielkim talentem przedstawia w tej książce wydarzenia, które miały wpływ na ostateczne zwycięstwo aliantów w światowym konflikcie.

Kategoria: Historia
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-11-18679-8
Rozmiar pliku: 1,4 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

1.

Jed­nym z naj­mniej zna­nych obsza­rów dru­giej wojny świa­to­wej była dzia­łal­ność hitle­row­skich sił powietrz­nych w Iraku w 1941. Co tam robiło Luft­waffe i dla­czego Bry­tyj­czycy przed­sta­wiają fia­sko mikro­sko­pij­nej eks­pe­dy­cji lot­ni­czej jako swoje wiel­kie zwy­cię­stwo – o tym jest ta ksią­żeczka.

Na hory­zon­cie, roz­ma­za­nym przez matową kotarę z rdza­wego pyłu, wiszącą leni­wie nad zie­mią, zama­ja­czyło mia­sto z gęstą, niską zabu­dową. Bag­dad. Pilot wyko­nał łagodny skręt w lewo i potem w prawo, by lepiej oce­nić podej­ście do lądo­wa­nia. Odchrząk­nął i przez tele­fon pokła­dowy, z sza­cun­kiem należ­nym szarży, prze­mó­wił do pasa­żera, nie prze­ry­wa­jąc obser­wa­cji terenu przed sobą.

– Panie majo­rze, nie­długo będziemy lądo­wać w Bag­da­dzie, ale muszę się naj­pierw roze­znać, czy wszystko w porządku i czy nie ma zagro­że­nia.

Po pstryk­nię­ciu włącz­nika inter­komu natych­miast ode­zwał się głos z tyl­nej kabiny.

– Pan dowo­dzi samo­lo­tem, panie Kne­meyer, mam do pana pełne zaufa­nie – odpo­wie­dział major Axel von Blom­berg, spe­cjalny ofi­cer łącz­ni­kowy nie­miec­kiego dowódz­twa, wyde­le­go­wany do Iraku do kon­tak­tów z Raszi­dem Alim, wiel­kim entu­zja­stą Trze­ciej Rze­szy i przy­wódcą powsta­nia prze­ciw bry­tyj­skiemu oku­pan­towi. Był 12 maja 1941 roku.

Pilot spoj­rzał w prawo, na dru­giego pilota, który przez cały czas ner­wowo przy­glą­dał się ziemi przez prze­szklony dziób Hein­kla. Spo­tkali się wzro­kiem. Bez słów wie­dzieli, że taki ofi­cer jak von Blom­berg zda­rza się w Luft­waffe rzadko: syn feld­mar­szałka, który po pierw­szej woj­nie świa­to­wej miał ogromne wpływy w armii i kie­ro­wał tajną dzia­łal­no­ścią Reich­swehry w Rosji Sowiec­kiej, syn, który się nie wywyż­sza i nie trak­tuje niż­szych stop­niem jak śmieci. Impo­no­wała im eru­dy­cja majora, jego zna­jo­mość języ­ków obcych, a także rzadka u pru­skich ofi­cerów skrom­ność.

Lecąc w nie­znane, dobrze było mieć kogoś takiego w roli ofi­cera łącz­ni­ko­wego. Po dro­dze z Aten przez fran­cu­ską Syrię von Blom­berg dał się poznać jako przy­zwo­ity gość, roz­ma­wiał z wielką swadą z nadę­tymi Fran­cu­zami, zjed­nu­jąc ich bły­ska­wicz­nie do sie­bie. Może nie będzie tak tra­gicz­nie w tym Iraku. Oby­dwa sil­niki Daim­ler-Benz pra­co­wały czy­sto, mia­rowo. Pilot nieco roz­luź­nił dło­nie na wolan­cie.

Z tyłu za nim, w kadłu­bie Hein­kla pozba­wio­nym okien, na skła­da­nych, alu­mi­nio­wych krze­seł­kach z par­cia­nymi sie­dzi­skami, wraz z von Blom­ber­giem i jego adiu­tan­tem sie­działo dwóch mil­czą­cych, opa­lo­nych męż­czyzn w kom­bi­ne­zo­nach bez dys­tynk­cji. Mieli włosy tak dłu­gie, że nie paso­wały zupeł­nie do norm woj­sko­wych. Odru­chowo ludzie z Luft­waffe omi­jali ich z daleka, odwra­ca­jąc wzrok. Tylko nie­któ­rzy ofi­ce­ro­wie dokład­nie wie­dzieli, kim są mało­mówni, bar­czy­ści faceci, uzbro­jeni w bry­tyj­skie rewol­wery Webley i mocno sfa­ty­go­wane Schme­is­sery.

Pisto­lety maszy­nowe były czy­ściut­kie, zadbane, ale z poprze­cie­ra­nym oksy­dem. Ludzie ci w isto­cie byli tzw. Bran­den­bur­ge­rami, koman­do­sami ze spe­cjal­nych jed­no­stek pod­le­głych Abweh­rze. Pla­no­wano w Ber­li­nie ope­ra­cje dywer­syjne na dużą skalę w Iraku, Syrii oraz Pale­sty­nie skie­ro­wane prze­ciw Bry­tyj­czy­kom, gdzie jed­nost­kami zło­żo­nymi z lokal­nych ochot­ni­ków mieli dowo­dzić wła­śnie Bran­der­bur­ge­rzy, świet­nie wyszko­leni, ope­ru­jący w małych gru­pach doradcy – podo­bień­stwo do póź­niej­szych ame­ry­kań­skich Zie­lo­nych Bere­tów nie jest przy­pad­kowe. W kadłu­bie samo­lotu znaj­do­wał się zapas mate­ria­łów wybu­cho­wych do wyko­rzy­sta­nia dywer­syjnego prze­ciw insta­la­cjom naf­to­wym.

Szy­ku­jąc dwie jed­nostki, które miały dowo­dzić ruchem arab­skich sojusz­ni­ków ku Kana­łowi Sueskiemu od wschodu, pod­czas gdy Rom­mel parł doń od zachodu, nazwane wstęp­nie Son­de­rver­band 287 i 288, prze­siano całe siły zbrojne Trze­ciej Rze­szy, poszu­ku­jąc ludzi, któ­rzy wcze­śniej miesz­kali na Bli­skim Wscho­dzie. Szu­kano żoł­nie­rzy, swo­bod­nie mówią­cych po arab­sku, także w lokal­nych dia­lek­tach, zna­ją­cych per­ski, hindi, urdu i san­skryt. Po opa­no­wa­niu Suezu logicz­nym kie­run­kiem ude­rze­nia byłyby bry­tyj­skie Indie – tam przy­dać się miały nie­które z wymie­nio­nych języ­ków.

Sta­rzy ofi­ce­ro­wie, któ­rym zle­cono poszu­ki­wa­nia lin­gwi­stów i znaw­ców regionu, sami wcze­śniej robili coś podob­nego, dora­dza­jąc woj­skom turec­kim (de facto dowo­dząc nimi) pod­czas zapla­no­wa­nej przez Win­stona Chur­chilla i zakoń­czo­nej cał­ko­witą klę­ską inwa­zji na turecki pół­wy­sep Gal­li­poli w trak­cie pierw­szej wojny świa­to­wej.

Dwóch podró­żu­ją­cych Hein­klem pod­ofi­ce­rów posłu­gi­wało się arab­skim jak nie­miec­kim, czemu dali wyraz w Syrii, w mgnie­niu oka spła­wia­jąc han­dla­rzy, któ­rzy zbli­żyli się do poma­lo­wa­nych w irac­kie barwy samo­lo­tów. Zro­biło to wra­że­nie na mecha­ni­kach z Luft­waffe, spraw­dza­ją­cych fil­try powie­trza sil­ni­ków, ale byli oni zbyt doświad­czo­nymi żoł­nie­rzami, by to gło­śno komen­to­wać. Bran­den­bur­ge­rom lepiej było nie pod­pa­dać.2.

Wszystko zaczęło się tak naprawdę znacz­nie wcze­śniej, bo w 1937 roku. Adolf Hitler zda­wał sobie sprawę, że jed­nym z nie­licz­nych kra­jów, które mogą poważ­nie zagro­zić jego pla­nom eks­pan­sji jest Wielka Bry­ta­nia. Dys­po­nu­jąca potężną flotą, zdolna do sku­tecz­nego pro­wa­dze­nia blo­kad mor­skich i ata­ko­wa­nia dostar­cza­nego drogą mor­ską zaopa­trze­nia mogła utrud­nić dzia­ła­nia wojenne Trze­ciej Rze­szy. Na doda­tek miała gigan­tyczne zaple­cze w postaci kolo­nii, zdol­nych do dostar­cza­nia surow­ców, żyw­no­ści i siły żywej – wiele z nich docie­rało do Impe­rium Bry­tyj­skiego klu­czo­wym szla­kiem z Indii przez Kanał Sueski. Wyspiar­skie kró­le­stwo dys­po­no­wało także tym, czego bra­ko­wało Niem­com: wła­snymi źró­dłami ropy naf­to­wej w Iraku i Per­sji.

Ropa z irac­kiego Kir­kuku pły­nęła ruro­cią­giem do Hajfy w Pale­sty­nie, rejo­nie znaj­du­ją­cym się pod bry­tyj­ską kon­trolą i stam­tąd tan­kow­cami tra­fiała do angiel­skich por­tów, zaś ropa z Per­sji docie­rała do kró­le­stwa nowo­cze­snymi tan­kow­cami, zabie­ra­ją­cymi ją z Aba­danu oraz irac­kiej Basry i dalej trans­por­tu­ją­cymi ten suro­wiec także przez Suez. Bar­dziej dokład­nie, poje­dyn­czy ruro­ciąg zaczy­nał się w Kir­kuku i pro­wa­dził do miej­sco­wo­ści Hadi­tha nad Eufra­tem, gdzie roz­wi­dlał się na dwie nitki. Jedna była „fran­cu­ska” i wyni­kała z uzgod­nień poczy­nio­nych jesz­cze pod­czas pierw­szej wojny świa­to­wej (mają­cych korze­nie w poro­zu­mie­niu Sykesa i Picota); ta wio­dła przez nie­mal całą Syrię aż do portu Tri­poli na wybrzeżu tego kon­tro­lo­wa­nego przez Fran­cję kraju. Druga pro­wa­dziła z Hadi­tha naj­pierw na połu­dniowy zachód, a potem wprost na zachód, docie­ra­jąc przez Trans­jor­da­nię do Hajfy. Fran­cu­ska odnoga została odcięta wraz z upad­kiem Fran­cji w czerwcu 1940 roku, aby unie­moż­li­wić Niem­com sko­rzy­sta­nie z tego źró­dła paliwa. Sys­tem ruro­ciągów podzie­lony był na sek­cje, obsłu­gi­wane przez roz­miesz­czone w regu­lar­nych odstę­pach sta­cje pomp. Każda sta­cja sta­no­wiła rodzaj samo­wy­star­czal­nej oazy, z kwa­te­rami dla per­so­nelu, małym for­tem, stud­nią głę­bi­nową i gene­ra­to­rem prądu. Pod­czas wyda­rzeń, które opi­sze niniej­sza ksią­żeczka, takie sta­cje pomp na pustyni były ata­ko­wane przez bandy rabun­kowe zło­żone z Bedu­inów oraz oddziały nie­re­gu­larne pod wodzą Faw­ziego al-Qawu­qji.

Prze­rwa­nie dopływu irac­kiej oraz per­skiej ropy tudzież zablo­ko­wa­nie dostępu do Kanału Sueskiego – to byłby ogromny cios dla roz­le­ni­wio­nego dłu­go­trwa­łym poko­jem impe­rium. W sumie złoża ropy Per­sji i Iraku, znaj­du­jące się pod kon­trolą bry­tyj­ską, dostar­czały przed wojną 15 milio­nów ton surowca, pod­czas gdy Rumu­nia, zaopa­tru­jąca Trze­cią Rze­szę, była w sta­nie pozy­skać mniej niż połowę tej wiel­ko­ści. Niem­com ogrom­nie pomo­gły wiel­kie umowy han­dlowe ze Sta­li­nem z 1939 roku, dzięki któ­rym sowiecka ropa pły­nęła sze­ro­kim stru­mie­niem do Trze­ciej Rze­szy – Ber­lin wie­dział dobrze, jakie kon­se­kwen­cje nie­sie defi­cyt stra­te­gicz­nego paliwa i dla­tego chciał taki defi­cyt wywo­łać u Bry­tyj­czy­ków.

Na początku 1941 roku, zanim Stany Zjed­no­czone ofi­cjal­nie przy­stą­piły do wojny, co umoż­li­wiło dostęp do ame­ry­kań­skiej ropy naf­to­wej i pro­du­ko­wa­nych na jej bazie ben­zyn, utrata bli­skow­schod­nich źró­deł paliwa spo­wo­do­wa­łaby zała­ma­nie się oporu Wiel­kiej Bry­ta­nii wobec hitle­row­skich Nie­miec (i ich sojusz­nika Sta­lina) i zmu­si­łaby wyspiar­skie kró­le­stwo do pod­pi­sa­nia hań­bią­cego i skraj­nie nie­ko­rzyst­nego pokoju z Ber­li­nem. Tak naprawdę pod tym wzglę­dem poło­że­nie Lon­dynu było w tym okre­sie gor­sze niż u zara­nia wojny, czyli w 1939 roku.

Tam, gdzie Niem­com bra­ko­wało sił mili­tar­nych, tam poja­wiało się pole do dzia­ła­nia dla znacz­nie tań­szej pro­pa­gandy. Naj­bar­dziej wydaj­nym spo­so­bem dzia­ła­nia prze­ciwko Bry­tyj­czy­kom było wywo­ła­nie powstań tubyl­czej lud­no­ści, które osła­bi­łyby wła­dzę kolo­nialną i otwo­rzyły drzwi dla zmiany sto­sunku sił na Bli­skim Wscho­dzie, w pełni zdo­mi­no­wa­nym przez Wielką Bry­ta­nię i Fran­cję po upadku Impe­rium Osmań­skiego. Koniecz­ność pano­wa­nia nad tubyl­czą lud­no­ścią na tere­nach o klu­czo­wym zna­cze­niu dla bez­pie­czeń­stwa drogi do Indii oraz zabez­pie­cze­nia dostaw paliw cie­kłych to ten czyn­nik, za sprawą któ­rego RAF, Kró­lew­skie Siły Powietrzne, prze­trwały jako for­ma­cja zakoń­cze­nie pierw­szej wojny świa­to­wej.

Admi­ra­li­cja i inne siły poli­tyczne nad Tamizą pró­bo­wały po 1918 roku albo pod­po­rząd­ko­wać sobie nowy rodzaj sił zbroj­nych, albo dopro­wa­dzić do jego likwi­da­cji. Nie­jaki Hugo Tren­chard, póź­niej wiceh­ra­bia Tren­chard, prze­ko­nał poli­ty­ków, że naj­tań­szym spo­so­bem na pano­wa­nie nad krnąbr­nymi, tubyl­czymi ple­mio­nami będzie zbu­do­wa­nie sieci lot­nisk od Pale­styny przez Aden po Irak i roz­miesz­cze­nie tam jed­no­stek lot­ni­czych – nawet powolny, prze­sta­rzały dwu­pła­to­wiec jest w sta­nie bowiem sku­tecz­nie razić z powie­trza słabo uzbro­jone, konne lub pie­sze oddziały rebe­lian­tów.

Jedno z takich lot­nisk powstało w miej­sco­wo­ści Hab­ba­nija, na połu­dniowy wschód od Bag­dadu, na tere­nie przy­zna­nym Bry­tyj­czy­kom w dro­dze man­datu Ligi Naro­dów, tam też zor­ga­ni­zo­wano szkołę lot­ni­czą. Zapa­mię­tajmy tę nazwę, bo do niej nie­ba­wem wró­cimy. Potężna prze­waga liczebna lud­no­ści miej­sco­wej nad oku­pa­cyj­nymi siłami bry­tyj­skimi była oczy­wi­sta dla hitle­row­skiego kie­row­nic­twa – wśród nie­miec­kich ofi­ce­rów nie bra­ko­wało bowiem ludzi z doświad­cze­niem walki w pierw­szej woj­nie u boku Tur­ków, a także znaw­ców rejonu takich jak arcysz­pieg Oskar Nie­der­meyer.

Wzbu­dza­nie nie­po­ko­jów spo­łecz­nych to pro­ces. Pro­ces hodo­wa­nia ludzi, pro­ces kształ­to­wa­nia mitów, pro­ces sty­mu­lo­wa­nia agre­sji. Nie ist­niały w poło­wie lat 30. media spo­łecz­no­ściowe, Trze­cia Rze­sza zatem, dążąc do osła­bie­nia wpły­wów bry­tyj­skich w base­nie Morza Śród­ziem­nego oraz na Bli­skim Wscho­dzie, przy­go­to­wała wie­lo­wąt­kową kam­pa­nię pro­pa­gan­dową, wyko­rzy­stu­jącą tra­dy­cyjne środki prze­kazu. Do 1937 roku Ber­lin nie chciał anta­go­ni­zo­wać Lon­dynu, szu­ka­ją­cego poro­zu­mie­nia z Hitle­rem, ciężko było też zna­leźć lewar, który pomógłby w rady­ka­li­za­cji Ara­bów oraz innych naro­dów pod bry­tyj­skim pano­wa­niem (np. masowa migra­cja Ara­bów na teren Pale­styny, także pod koniec rzą­dów Impe­rium Osmań­skiego, miała swoje korze­nie w sty­mu­la­cji gospo­dar­czej rejonu przez napły­wa­ją­cych tam syjo­ni­stów, dzięki któ­rej chrze­ści­ja­nie oraz muzuł­ma­nie pocho­dze­nia arab­skiego znaj­do­wali pracę i w któ­rych inte­re­sie była poko­jowa koeg­zy­sten­cja).

Taki lewar poja­wił się wła­śnie w 1937 roku, gdy tzw. komi­sja Peela w Anglii zapro­po­no­wała powsta­nie osob­nych orga­ni­zmów pań­stwo­wych dla Ara­bów i Żydów w znaj­du­ją­cej się pod kon­trolą bry­tyj­ską Pale­sty­nie. Tu trzeba wyja­śnić rzecz klu­czową: w rozu­mie­niu lat 30. „Pale­styna” to region, koja­rzony z histo­rycz­nym pań­stwem żydow­skim, zamiesz­ki­wany przez Żydów, chrze­ści­jan oraz napły­wową lud­ność arab­ską wyzna­nia chrze­ści­jań­skiego i muzuł­mań­skiego, któ­rej przod­ko­wie pier­wot­nie przy­byli tam wraz z arab­ską inwa­zją tere­nów daw­nego Impe­rium Rzym­skiego w siód­mym wieku naszej ery. Bry­tyj­czycy, jak wszę­dzie tam, gdzie de facto zarzą­dzali kolo­niami, dbali o to, by pod­le­głe im narody pozo­sta­wały w spo­rach mię­dzy sobą, co ogra­ni­czało ich zdol­no­ści do sku­tecz­nego buntu. Tak czy owak, Pale­styna lat 30., która była istot­nym part­ne­rem han­dlo­wym pań­stwa pol­skiego, to wie­lo­na­ro­dowy orga­nizm pod bry­tyj­ską kon­trolą, w któ­rym współ­ist­niały spo­łecz­no­ści żydow­ska, chrze­ści­jań­ska, arab­ska, dru­zyj­ska i inne. Rejon roz­wi­jał się gospo­dar­czo po usu­nię­ciu kagańca turec­kiego i stale napły­wali doń ludzie z bied­niej­szych rejo­nów Bli­skiego Wschodu, zamiesz­ka­łych głów­nie przez Ara­bów.3.

Przy­wódcą muzuł­ma­nów na tere­nie Pale­styny był Al-Hadżdż Muham­mad Amin al-Husajni, były ofi­cer armii turec­kiej, usta­no­wiony w 1921 roku przez Bry­tyj­czy­ków Wiel­kim Muftim Jero­zo­limy. Pod­sy­ca­nie prze­zeń arab­skiej rebe­lii w Pale­sty­nie w latach 1936-1939 było począt­kowo na rękę Lon­dy­nowi, albo­wiem spra­wiało, że żadna grupa spo­łeczna na tere­nie bry­tyj­skiego man­datu nie sta­wała się na tyle silna, by zagro­zić inte­re­som Impe­rium w regio­nie – w tym w dzia­ła­niu ruro­ciągu z Mosulu do Hajfy. Uro­dzony w 1897 roku al-Husajni po raz pierw­szy otwar­cie wyra­ził swój podziw wobec nazi­stów pod­czas spo­tka­nia z nie­miec­kimi dyplo­ma­tami w Jero­zo­li­mie w roku 1933. Rzadko mówi się o tym, że nie tylko hitle­row­com było na rękę pro­wa­dze­nie pro­pa­gandy, zjed­nu­ją­cej im Ara­bów z Afryki Pół­noc­nej i Bli­skiego Wschodu – wzmo­żone dzia­ła­nia w tym zakre­sie, i to od 1934 (pierw­sze pro­gramy radiowe po arab­sku) pro­wa­dziły rów­nież faszy­stow­skie Wło­chy, które region uzna­wały za wła­sną strefę wpły­wów.

W 1937 inten­sywną kam­pa­nię pro­pa­gan­dową skie­ro­waną do Ara­bów uru­cho­miła spe­cjalna jed­nostka, pod­le­gła Mini­ster­stwu Spraw Zagra­nicz­nych Rze­szy i per­so­nal­nie mini­strowi Joachi­mowi von Rib­ben­tro­powi, wspie­rana przez odpo­wied­nie komórki Mini­ster­stwa Pro­pa­gandy Rze­szy Jose­pha Goeb­belsa. Naj­więk­szy nacisk poło­żono na regu­larne audy­cje radiowe, albo­wiem w latach 30. ponad połowa arab­skich miesz­kań­ców Man­datu Bry­tyj­skiego w Pale­sty­nie nie potra­fiła czy­tać (wg nie­któ­rych badań nawet ponad 70%). Znaj­do­wało się tam za to mnó­stwo odbior­ni­ków radio­wych, któ­rych czę­sto słu­chano gru­powo, na przy­kład w restau­ra­cjach. Radio, tak chęt­nie sto­so­wane już kilka lat wcze­śniej przez Hitlera, stać się miało klu­czem do pozy­ska­nia Ara­bów do walki poli­tycz­nej i zbroj­nej po stro­nie nazi­stów.

Radiową dzia­łal­ność pro­pa­gan­dową, zwią­zaną m.in. z selek­tyw­nym cyto­wa­niem i inter­pre­ta­cją Koranu (_Mein Kampf_ Adolfa Hitlera i napi­sane przez car­ską Ochranę _Pro­to­koły Mędr­ców Syjonu_ wydano po arab­sku w latach 30., ale bez bez­po­śred­niego udziału Ber­lina), pro­wa­dził Wydział Radio­fo­nii Poli­tycz­nej w MSZ u Rib­ben­tropa, z oka­zjo­nal­nym wspar­ciem ze strony Mini­ster­stwa pro­pa­gandy Goeb­belsa. Zatrud­niano orien­ta­li­stów z Wydziału Kul­tury RSHA, pod­le­głych Him­m­le­rowi, a także tych, któ­rzy dora­dzali MSZ tudzież pra­co­wali w jed­nost­kach „badaw­czych” SS. Muzuł­mań­scy sym­pa­tycy nazi­zmu, miesz­ka­jący w Niem­czech, chęt­nie przyj­mo­wali oferty współ­pracy od resortu spraw zagra­nicz­nych – ich zdol­ność do prze­ma­wia­nia do lud­no­ści Bli­skiego Wschodu oraz Afryki Pół­noc­nej w kolo­kwial­nym, auten­tycz­nym, łatwo zro­zu­mia­łym języku arab­skim czy­niła ich nie­za­stą­pio­nymi ele­men­tami pro­pa­gan­do­wej machiny.

W paź­dzier­niku 1939 roku nada­wano już 15 godzin na dobę pro­gramu w obcych języ­kach, dzie­lo­nego na 113 osob­nych audy­cji. Rok póź­niej nie­miec­kie radio na zagra­nicę zatrud­niało pięć­set osób. W 1943 roku emi­to­wało pro­gramy w 13 języ­kach – w tym po arab­sku. Sojusz­nicy Hitlera, tacy jak Sub­has Chan­dra Bose z Indii, znany nam już Mufti al-Husajni czy Raszid Ali al-Gaj­lani z Iraku w póź­niejszym okre­sie chęt­nie wystę­po­wali na ante­nie, nawo­łu­jąc do jed­no­ści z nazi­stami w walce z Bry­tyj­czy­kami i Żydami.

Inten­syw­nej pro­pa­gan­dzie towa­rzy­szyło finan­so­wa­nie dzia­łal­no­ści (Ber­lin, stale cier­piący na nie­do­bór zagra­nicz­nych walut, oka­zał się tu wyjąt­kowo szczo­dry) oraz dostawy broni, w tym mate­ria­łów wybu­cho­wych do zasto­so­wa­nia prze­ciw spo­łecz­no­ściom żydow­skim w Pale­sty­nie. Orga­ni­za­cja ter­ro­ry­styczna Brac­two Muzuł­mań­skie w bły­ska­wicz­nym tem­pie, dzięki ber­liń­skim dota­cjom i wspar­ciu ide­olo­gicz­nemu (m.in. bro­szu­rom wska­zu­ją­cym na wspól­nych wro­gów hitle­row­ców i wyznaw­ców Koranu) roz­ro­sła się od led­wie ośmiu­set do 200 tysięcy człon­ków. Nie­mieccy pro­pa­gan­dzi­ści umie­jęt­nie wyko­rzy­sty­wali anty­ży­dow­skie sen­ty­menty nie­któ­rych śro­do­wisk arab­skich, jed­no­cze­śnie tak mani­pu­lu­jąc twier­dze­niami na temat „aryj­sko­ści”, aby – wbrew logice – Ara­bo­wie, Per­so­wie czy Turcy stali się w świa­do­mo­ści odbior­ców pro­pa­gandy przed­sta­wi­cie­lami nacji „sprzy­mie­rzo­nych” z nie­miec­kimi nad­ludźmi.

Po inter­wen­cjach dyplo­ma­tycz­nych ze strony Ankary, Kairu i Tehe­ranu Ber­lin wpro­wa­dził do obo­wią­zu­ją­cego w Trze­ciej Rze­szy prawa szcze­gó­łowe wyłą­cze­nia osób pocho­dzą­cych z tych kra­jów z ustaw raso­wych – jasno poka­zu­jąc, że w prak­tyce nie­aryj­scy byli wyłącz­nie Żydzi. Egipt zagro­ził boj­ko­tem Igrzysk Olim­pij­skich w Ber­linie w 1936 roku i ten pro­test stał się począt­kiem dzia­łań dyplo­ma­tycz­nych, w wyniku któ­rych Ber­lin potwier­dził, że wymie­nione wyżej narody nie są pod­ludźmi – prag­ma­tyzm zwy­cię­żył z ide­olo­gią. Pro­gra­mowy anty­se­mi­tyzm miał doty­czyć tylko niektó­rych grup etnicz­nych o rodo­wo­dzie semic­kim.

O wadze pro­pa­gandy wobec Bli­skiego Wschodu naj­le­piej świad­czy fakt, że faszy­stow­skie Wło­chy zaprze­stały jej dopiero w 1943 roku, z dość oczy­wi­stych powo­dów, zaś ber­liń­skie jed­nostki pod­le­głe Rib­ben­tro­powi i Him­m­le­rowi dopiero w marcu (!) 1945 roku. Pro­gramy radiowe nazwane „Ber­lin po arab­sku” oraz „Głos Wol­nej Ara­bii” nada­wano sie­dem dni w tygo­dniu; zawie­rały one miks muzyki, wia­do­mo­ści oraz komen­ta­rzy poli­tycz­nych. Począt­kowo audy­cje miały cha­rak­ter łagod­nych poga­da­nek znaw­ców regionu i islamu, pod­kre­śla­ją­cych wspólne z nazi­zmem war­to­ści, takie jak posłu­szeń­stwo, jed­ność, duch spo­łecz­no­ści i poboż­ność. Scep­ty­cyzm, indy­wi­du­alizm i podziały spo­łeczne jed­no­znacz­nie uka­zy­wano jako wro­gie hitle­row­com i muzuł­mań­skim nacjo­na­li­stom cechy wyróż­nia­jące ich wspól­nych wro­gów. Spory kom­pe­ten­cyjne wśród nazi­stow­skich dostoj­ni­ków i tu się poja­wiły, ale uciął je w 1939 Hitler jedną decy­zją, jed­no­znacz­nie nada­jąc apa­ra­towi MSZ Rib­ben­tropa pry­mat nad wysił­kami Goeb­belsa. W innych spra­wach latami pozwa­lał swoim pod­wład­nym gryźć się mię­dzy sobą, a tutaj wyka­zał wyjąt­kową aser­tyw­ność.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij