-
nowość
-
promocja
Messerschmitty nad Bagdadem - ebook
Messerschmitty nad Bagdadem - ebook
Konflikt zbrojny pomiędzy Irakiem i Wielką Brytanią w 1941 roku jest jednym z najmniej znanych epizodów drugiej wojny światowej. A jest to temat wart poznania. Ciekawy jest zwłaszcza wątek pomocy, jakiej udzieliła III Rzesza siłom irackim walczącymi z Brytyjczykami. W jej ramach na Bliskim Wschodzie pojawiły się nawet samoloty Luftwaffe. Autor z wielkim talentem przedstawia w tej książce wydarzenia, które miały wpływ na ostateczne zwycięstwo aliantów w światowym konflikcie.
| Kategoria: | Historia |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-11-18679-8 |
| Rozmiar pliku: | 1,4 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Jednym z najmniej znanych obszarów drugiej wojny światowej była działalność hitlerowskich sił powietrznych w Iraku w 1941. Co tam robiło Luftwaffe i dlaczego Brytyjczycy przedstawiają fiasko mikroskopijnej ekspedycji lotniczej jako swoje wielkie zwycięstwo – o tym jest ta książeczka.
Na horyzoncie, rozmazanym przez matową kotarę z rdzawego pyłu, wiszącą leniwie nad ziemią, zamajaczyło miasto z gęstą, niską zabudową. Bagdad. Pilot wykonał łagodny skręt w lewo i potem w prawo, by lepiej ocenić podejście do lądowania. Odchrząknął i przez telefon pokładowy, z szacunkiem należnym szarży, przemówił do pasażera, nie przerywając obserwacji terenu przed sobą.
– Panie majorze, niedługo będziemy lądować w Bagdadzie, ale muszę się najpierw rozeznać, czy wszystko w porządku i czy nie ma zagrożenia.
Po pstryknięciu włącznika interkomu natychmiast odezwał się głos z tylnej kabiny.
– Pan dowodzi samolotem, panie Knemeyer, mam do pana pełne zaufanie – odpowiedział major Axel von Blomberg, specjalny oficer łącznikowy niemieckiego dowództwa, wydelegowany do Iraku do kontaktów z Raszidem Alim, wielkim entuzjastą Trzeciej Rzeszy i przywódcą powstania przeciw brytyjskiemu okupantowi. Był 12 maja 1941 roku.
Pilot spojrzał w prawo, na drugiego pilota, który przez cały czas nerwowo przyglądał się ziemi przez przeszklony dziób Heinkla. Spotkali się wzrokiem. Bez słów wiedzieli, że taki oficer jak von Blomberg zdarza się w Luftwaffe rzadko: syn feldmarszałka, który po pierwszej wojnie światowej miał ogromne wpływy w armii i kierował tajną działalnością Reichswehry w Rosji Sowieckiej, syn, który się nie wywyższa i nie traktuje niższych stopniem jak śmieci. Imponowała im erudycja majora, jego znajomość języków obcych, a także rzadka u pruskich oficerów skromność.
Lecąc w nieznane, dobrze było mieć kogoś takiego w roli oficera łącznikowego. Po drodze z Aten przez francuską Syrię von Blomberg dał się poznać jako przyzwoity gość, rozmawiał z wielką swadą z nadętymi Francuzami, zjednując ich błyskawicznie do siebie. Może nie będzie tak tragicznie w tym Iraku. Obydwa silniki Daimler-Benz pracowały czysto, miarowo. Pilot nieco rozluźnił dłonie na wolancie.
Z tyłu za nim, w kadłubie Heinkla pozbawionym okien, na składanych, aluminiowych krzesełkach z parcianymi siedziskami, wraz z von Blombergiem i jego adiutantem siedziało dwóch milczących, opalonych mężczyzn w kombinezonach bez dystynkcji. Mieli włosy tak długie, że nie pasowały zupełnie do norm wojskowych. Odruchowo ludzie z Luftwaffe omijali ich z daleka, odwracając wzrok. Tylko niektórzy oficerowie dokładnie wiedzieli, kim są małomówni, barczyści faceci, uzbrojeni w brytyjskie rewolwery Webley i mocno sfatygowane Schmeissery.
Pistolety maszynowe były czyściutkie, zadbane, ale z poprzecieranym oksydem. Ludzie ci w istocie byli tzw. Brandenburgerami, komandosami ze specjalnych jednostek podległych Abwehrze. Planowano w Berlinie operacje dywersyjne na dużą skalę w Iraku, Syrii oraz Palestynie skierowane przeciw Brytyjczykom, gdzie jednostkami złożonymi z lokalnych ochotników mieli dowodzić właśnie Branderburgerzy, świetnie wyszkoleni, operujący w małych grupach doradcy – podobieństwo do późniejszych amerykańskich Zielonych Beretów nie jest przypadkowe. W kadłubie samolotu znajdował się zapas materiałów wybuchowych do wykorzystania dywersyjnego przeciw instalacjom naftowym.
Szykując dwie jednostki, które miały dowodzić ruchem arabskich sojuszników ku Kanałowi Sueskiemu od wschodu, podczas gdy Rommel parł doń od zachodu, nazwane wstępnie Sonderverband 287 i 288, przesiano całe siły zbrojne Trzeciej Rzeszy, poszukując ludzi, którzy wcześniej mieszkali na Bliskim Wschodzie. Szukano żołnierzy, swobodnie mówiących po arabsku, także w lokalnych dialektach, znających perski, hindi, urdu i sanskryt. Po opanowaniu Suezu logicznym kierunkiem uderzenia byłyby brytyjskie Indie – tam przydać się miały niektóre z wymienionych języków.
Starzy oficerowie, którym zlecono poszukiwania lingwistów i znawców regionu, sami wcześniej robili coś podobnego, doradzając wojskom tureckim (de facto dowodząc nimi) podczas zaplanowanej przez Winstona Churchilla i zakończonej całkowitą klęską inwazji na turecki półwysep Gallipoli w trakcie pierwszej wojny światowej.
Dwóch podróżujących Heinklem podoficerów posługiwało się arabskim jak niemieckim, czemu dali wyraz w Syrii, w mgnieniu oka spławiając handlarzy, którzy zbliżyli się do pomalowanych w irackie barwy samolotów. Zrobiło to wrażenie na mechanikach z Luftwaffe, sprawdzających filtry powietrza silników, ale byli oni zbyt doświadczonymi żołnierzami, by to głośno komentować. Brandenburgerom lepiej było nie podpadać.2.
Wszystko zaczęło się tak naprawdę znacznie wcześniej, bo w 1937 roku. Adolf Hitler zdawał sobie sprawę, że jednym z nielicznych krajów, które mogą poważnie zagrozić jego planom ekspansji jest Wielka Brytania. Dysponująca potężną flotą, zdolna do skutecznego prowadzenia blokad morskich i atakowania dostarczanego drogą morską zaopatrzenia mogła utrudnić działania wojenne Trzeciej Rzeszy. Na dodatek miała gigantyczne zaplecze w postaci kolonii, zdolnych do dostarczania surowców, żywności i siły żywej – wiele z nich docierało do Imperium Brytyjskiego kluczowym szlakiem z Indii przez Kanał Sueski. Wyspiarskie królestwo dysponowało także tym, czego brakowało Niemcom: własnymi źródłami ropy naftowej w Iraku i Persji.
Ropa z irackiego Kirkuku płynęła rurociągiem do Hajfy w Palestynie, rejonie znajdującym się pod brytyjską kontrolą i stamtąd tankowcami trafiała do angielskich portów, zaś ropa z Persji docierała do królestwa nowoczesnymi tankowcami, zabierającymi ją z Abadanu oraz irackiej Basry i dalej transportującymi ten surowiec także przez Suez. Bardziej dokładnie, pojedynczy rurociąg zaczynał się w Kirkuku i prowadził do miejscowości Haditha nad Eufratem, gdzie rozwidlał się na dwie nitki. Jedna była „francuska” i wynikała z uzgodnień poczynionych jeszcze podczas pierwszej wojny światowej (mających korzenie w porozumieniu Sykesa i Picota); ta wiodła przez niemal całą Syrię aż do portu Tripoli na wybrzeżu tego kontrolowanego przez Francję kraju. Druga prowadziła z Haditha najpierw na południowy zachód, a potem wprost na zachód, docierając przez Transjordanię do Hajfy. Francuska odnoga została odcięta wraz z upadkiem Francji w czerwcu 1940 roku, aby uniemożliwić Niemcom skorzystanie z tego źródła paliwa. System rurociągów podzielony był na sekcje, obsługiwane przez rozmieszczone w regularnych odstępach stacje pomp. Każda stacja stanowiła rodzaj samowystarczalnej oazy, z kwaterami dla personelu, małym fortem, studnią głębinową i generatorem prądu. Podczas wydarzeń, które opisze niniejsza książeczka, takie stacje pomp na pustyni były atakowane przez bandy rabunkowe złożone z Beduinów oraz oddziały nieregularne pod wodzą Fawziego al-Qawuqji.
Przerwanie dopływu irackiej oraz perskiej ropy tudzież zablokowanie dostępu do Kanału Sueskiego – to byłby ogromny cios dla rozleniwionego długotrwałym pokojem imperium. W sumie złoża ropy Persji i Iraku, znajdujące się pod kontrolą brytyjską, dostarczały przed wojną 15 milionów ton surowca, podczas gdy Rumunia, zaopatrująca Trzecią Rzeszę, była w stanie pozyskać mniej niż połowę tej wielkości. Niemcom ogromnie pomogły wielkie umowy handlowe ze Stalinem z 1939 roku, dzięki którym sowiecka ropa płynęła szerokim strumieniem do Trzeciej Rzeszy – Berlin wiedział dobrze, jakie konsekwencje niesie deficyt strategicznego paliwa i dlatego chciał taki deficyt wywołać u Brytyjczyków.
Na początku 1941 roku, zanim Stany Zjednoczone oficjalnie przystąpiły do wojny, co umożliwiło dostęp do amerykańskiej ropy naftowej i produkowanych na jej bazie benzyn, utrata bliskowschodnich źródeł paliwa spowodowałaby załamanie się oporu Wielkiej Brytanii wobec hitlerowskich Niemiec (i ich sojusznika Stalina) i zmusiłaby wyspiarskie królestwo do podpisania hańbiącego i skrajnie niekorzystnego pokoju z Berlinem. Tak naprawdę pod tym względem położenie Londynu było w tym okresie gorsze niż u zarania wojny, czyli w 1939 roku.
Tam, gdzie Niemcom brakowało sił militarnych, tam pojawiało się pole do działania dla znacznie tańszej propagandy. Najbardziej wydajnym sposobem działania przeciwko Brytyjczykom było wywołanie powstań tubylczej ludności, które osłabiłyby władzę kolonialną i otworzyły drzwi dla zmiany stosunku sił na Bliskim Wschodzie, w pełni zdominowanym przez Wielką Brytanię i Francję po upadku Imperium Osmańskiego. Konieczność panowania nad tubylczą ludnością na terenach o kluczowym znaczeniu dla bezpieczeństwa drogi do Indii oraz zabezpieczenia dostaw paliw ciekłych to ten czynnik, za sprawą którego RAF, Królewskie Siły Powietrzne, przetrwały jako formacja zakończenie pierwszej wojny światowej.
Admiralicja i inne siły polityczne nad Tamizą próbowały po 1918 roku albo podporządkować sobie nowy rodzaj sił zbrojnych, albo doprowadzić do jego likwidacji. Niejaki Hugo Trenchard, później wicehrabia Trenchard, przekonał polityków, że najtańszym sposobem na panowanie nad krnąbrnymi, tubylczymi plemionami będzie zbudowanie sieci lotnisk od Palestyny przez Aden po Irak i rozmieszczenie tam jednostek lotniczych – nawet powolny, przestarzały dwupłatowiec jest w stanie bowiem skutecznie razić z powietrza słabo uzbrojone, konne lub piesze oddziały rebeliantów.
Jedno z takich lotnisk powstało w miejscowości Habbanija, na południowy wschód od Bagdadu, na terenie przyznanym Brytyjczykom w drodze mandatu Ligi Narodów, tam też zorganizowano szkołę lotniczą. Zapamiętajmy tę nazwę, bo do niej niebawem wrócimy. Potężna przewaga liczebna ludności miejscowej nad okupacyjnymi siłami brytyjskimi była oczywista dla hitlerowskiego kierownictwa – wśród niemieckich oficerów nie brakowało bowiem ludzi z doświadczeniem walki w pierwszej wojnie u boku Turków, a także znawców rejonu takich jak arcyszpieg Oskar Niedermeyer.
Wzbudzanie niepokojów społecznych to proces. Proces hodowania ludzi, proces kształtowania mitów, proces stymulowania agresji. Nie istniały w połowie lat 30. media społecznościowe, Trzecia Rzesza zatem, dążąc do osłabienia wpływów brytyjskich w basenie Morza Śródziemnego oraz na Bliskim Wschodzie, przygotowała wielowątkową kampanię propagandową, wykorzystującą tradycyjne środki przekazu. Do 1937 roku Berlin nie chciał antagonizować Londynu, szukającego porozumienia z Hitlerem, ciężko było też znaleźć lewar, który pomógłby w radykalizacji Arabów oraz innych narodów pod brytyjskim panowaniem (np. masowa migracja Arabów na teren Palestyny, także pod koniec rządów Imperium Osmańskiego, miała swoje korzenie w stymulacji gospodarczej rejonu przez napływających tam syjonistów, dzięki której chrześcijanie oraz muzułmanie pochodzenia arabskiego znajdowali pracę i w których interesie była pokojowa koegzystencja).
Taki lewar pojawił się właśnie w 1937 roku, gdy tzw. komisja Peela w Anglii zaproponowała powstanie osobnych organizmów państwowych dla Arabów i Żydów w znajdującej się pod kontrolą brytyjską Palestynie. Tu trzeba wyjaśnić rzecz kluczową: w rozumieniu lat 30. „Palestyna” to region, kojarzony z historycznym państwem żydowskim, zamieszkiwany przez Żydów, chrześcijan oraz napływową ludność arabską wyznania chrześcijańskiego i muzułmańskiego, której przodkowie pierwotnie przybyli tam wraz z arabską inwazją terenów dawnego Imperium Rzymskiego w siódmym wieku naszej ery. Brytyjczycy, jak wszędzie tam, gdzie de facto zarządzali koloniami, dbali o to, by podległe im narody pozostawały w sporach między sobą, co ograniczało ich zdolności do skutecznego buntu. Tak czy owak, Palestyna lat 30., która była istotnym partnerem handlowym państwa polskiego, to wielonarodowy organizm pod brytyjską kontrolą, w którym współistniały społeczności żydowska, chrześcijańska, arabska, druzyjska i inne. Rejon rozwijał się gospodarczo po usunięciu kagańca tureckiego i stale napływali doń ludzie z biedniejszych rejonów Bliskiego Wschodu, zamieszkałych głównie przez Arabów.3.
Przywódcą muzułmanów na terenie Palestyny był Al-Hadżdż Muhammad Amin al-Husajni, były oficer armii tureckiej, ustanowiony w 1921 roku przez Brytyjczyków Wielkim Muftim Jerozolimy. Podsycanie przezeń arabskiej rebelii w Palestynie w latach 1936-1939 było początkowo na rękę Londynowi, albowiem sprawiało, że żadna grupa społeczna na terenie brytyjskiego mandatu nie stawała się na tyle silna, by zagrozić interesom Imperium w regionie – w tym w działaniu rurociągu z Mosulu do Hajfy. Urodzony w 1897 roku al-Husajni po raz pierwszy otwarcie wyraził swój podziw wobec nazistów podczas spotkania z niemieckimi dyplomatami w Jerozolimie w roku 1933. Rzadko mówi się o tym, że nie tylko hitlerowcom było na rękę prowadzenie propagandy, zjednującej im Arabów z Afryki Północnej i Bliskiego Wschodu – wzmożone działania w tym zakresie, i to od 1934 (pierwsze programy radiowe po arabsku) prowadziły również faszystowskie Włochy, które region uznawały za własną strefę wpływów.
W 1937 intensywną kampanię propagandową skierowaną do Arabów uruchomiła specjalna jednostka, podległa Ministerstwu Spraw Zagranicznych Rzeszy i personalnie ministrowi Joachimowi von Ribbentropowi, wspierana przez odpowiednie komórki Ministerstwa Propagandy Rzeszy Josepha Goebbelsa. Największy nacisk położono na regularne audycje radiowe, albowiem w latach 30. ponad połowa arabskich mieszkańców Mandatu Brytyjskiego w Palestynie nie potrafiła czytać (wg niektórych badań nawet ponad 70%). Znajdowało się tam za to mnóstwo odbiorników radiowych, których często słuchano grupowo, na przykład w restauracjach. Radio, tak chętnie stosowane już kilka lat wcześniej przez Hitlera, stać się miało kluczem do pozyskania Arabów do walki politycznej i zbrojnej po stronie nazistów.
Radiową działalność propagandową, związaną m.in. z selektywnym cytowaniem i interpretacją Koranu (_Mein Kampf_ Adolfa Hitlera i napisane przez carską Ochranę _Protokoły Mędrców Syjonu_ wydano po arabsku w latach 30., ale bez bezpośredniego udziału Berlina), prowadził Wydział Radiofonii Politycznej w MSZ u Ribbentropa, z okazjonalnym wsparciem ze strony Ministerstwa propagandy Goebbelsa. Zatrudniano orientalistów z Wydziału Kultury RSHA, podległych Himmlerowi, a także tych, którzy doradzali MSZ tudzież pracowali w jednostkach „badawczych” SS. Muzułmańscy sympatycy nazizmu, mieszkający w Niemczech, chętnie przyjmowali oferty współpracy od resortu spraw zagranicznych – ich zdolność do przemawiania do ludności Bliskiego Wschodu oraz Afryki Północnej w kolokwialnym, autentycznym, łatwo zrozumiałym języku arabskim czyniła ich niezastąpionymi elementami propagandowej machiny.
W październiku 1939 roku nadawano już 15 godzin na dobę programu w obcych językach, dzielonego na 113 osobnych audycji. Rok później niemieckie radio na zagranicę zatrudniało pięćset osób. W 1943 roku emitowało programy w 13 językach – w tym po arabsku. Sojusznicy Hitlera, tacy jak Subhas Chandra Bose z Indii, znany nam już Mufti al-Husajni czy Raszid Ali al-Gajlani z Iraku w późniejszym okresie chętnie występowali na antenie, nawołując do jedności z nazistami w walce z Brytyjczykami i Żydami.
Intensywnej propagandzie towarzyszyło finansowanie działalności (Berlin, stale cierpiący na niedobór zagranicznych walut, okazał się tu wyjątkowo szczodry) oraz dostawy broni, w tym materiałów wybuchowych do zastosowania przeciw społecznościom żydowskim w Palestynie. Organizacja terrorystyczna Bractwo Muzułmańskie w błyskawicznym tempie, dzięki berlińskim dotacjom i wsparciu ideologicznemu (m.in. broszurom wskazującym na wspólnych wrogów hitlerowców i wyznawców Koranu) rozrosła się od ledwie ośmiuset do 200 tysięcy członków. Niemieccy propagandziści umiejętnie wykorzystywali antyżydowskie sentymenty niektórych środowisk arabskich, jednocześnie tak manipulując twierdzeniami na temat „aryjskości”, aby – wbrew logice – Arabowie, Persowie czy Turcy stali się w świadomości odbiorców propagandy przedstawicielami nacji „sprzymierzonych” z niemieckimi nadludźmi.
Po interwencjach dyplomatycznych ze strony Ankary, Kairu i Teheranu Berlin wprowadził do obowiązującego w Trzeciej Rzeszy prawa szczegółowe wyłączenia osób pochodzących z tych krajów z ustaw rasowych – jasno pokazując, że w praktyce niearyjscy byli wyłącznie Żydzi. Egipt zagroził bojkotem Igrzysk Olimpijskich w Berlinie w 1936 roku i ten protest stał się początkiem działań dyplomatycznych, w wyniku których Berlin potwierdził, że wymienione wyżej narody nie są podludźmi – pragmatyzm zwyciężył z ideologią. Programowy antysemityzm miał dotyczyć tylko niektórych grup etnicznych o rodowodzie semickim.
O wadze propagandy wobec Bliskiego Wschodu najlepiej świadczy fakt, że faszystowskie Włochy zaprzestały jej dopiero w 1943 roku, z dość oczywistych powodów, zaś berlińskie jednostki podległe Ribbentropowi i Himmlerowi dopiero w marcu (!) 1945 roku. Programy radiowe nazwane „Berlin po arabsku” oraz „Głos Wolnej Arabii” nadawano siedem dni w tygodniu; zawierały one miks muzyki, wiadomości oraz komentarzy politycznych. Początkowo audycje miały charakter łagodnych pogadanek znawców regionu i islamu, podkreślających wspólne z nazizmem wartości, takie jak posłuszeństwo, jedność, duch społeczności i pobożność. Sceptycyzm, indywidualizm i podziały społeczne jednoznacznie ukazywano jako wrogie hitlerowcom i muzułmańskim nacjonalistom cechy wyróżniające ich wspólnych wrogów. Spory kompetencyjne wśród nazistowskich dostojników i tu się pojawiły, ale uciął je w 1939 Hitler jedną decyzją, jednoznacznie nadając aparatowi MSZ Ribbentropa prymat nad wysiłkami Goebbelsa. W innych sprawach latami pozwalał swoim podwładnym gryźć się między sobą, a tutaj wykazał wyjątkową asertywność.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki