-
nowość
Metafizyczne Peregrynacje Wróbla & Nochala - ebook
Metafizyczne Peregrynacje Wróbla & Nochala - ebook
Dwóch przyjaciół, mała miejscowość i wielkie rozmowy o rzeczach codziennych.
Wróbel, podstarzały kawaler lubujący się w filozofii, wiedzie niespieszne życie na obrzeżach Obiecankowa. Towarzyszy mu w nim Nochal – właściciel nieprzeciętnego nosa i jeszcze bardziej osobliwego spojrzenia na świat.
W zaciszu domu, pośród zmieniających się pór roku, przyjaciele obserwują codzienność, rozprawiają o ludzkiej naturze i próbują odnaleźć sens w drobnych sprawach, które innym umykają bez śladu.
„Metafizyczne peregrynacje Wróbla i Nochala” to pełna humoru, nostalgii i pogodnej refleksji opowieść o zwyczajnym życiu, które kryje niezwykłe rzeczy. O ludziach, przyrodzie i chwilach, w jakich warto zatrzymać się choć na moment.
Wróbel, podstarzały kawaler lubujący się w filozofii, wiedzie niespieszne życie na obrzeżach Obiecankowa. Towarzyszy mu w nim Nochal – właściciel nieprzeciętnego nosa i jeszcze bardziej osobliwego spojrzenia na świat.
W zaciszu domu, pośród zmieniających się pór roku, przyjaciele obserwują codzienność, rozprawiają o ludzkiej naturze i próbują odnaleźć sens w drobnych sprawach, które innym umykają bez śladu.
„Metafizyczne peregrynacje Wróbla i Nochala” to pełna humoru, nostalgii i pogodnej refleksji opowieść o zwyczajnym życiu, które kryje niezwykłe rzeczy. O ludziach, przyrodzie i chwilach, w jakich warto zatrzymać się choć na moment.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Obyczajowe |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8423-680-2 |
| Rozmiar pliku: | 2,4 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
KTO JEST KIM W OBIECANKOWIE?
Wróbel – wielce niespokojny, podstarzały młodzieniec o wyższych aspiracjach
Nochal – nosaty przyjaciel Wróbla
Wąsikiewicz – sąsiad Wróbla, faszyzujący gołębiarz oraz posiadacz motoroweru
Ostropłoccy – sąsiedzi Wróbla, udane, żyjące spokojnie małżeństwo
ciotka Danka – ciotka Wróbla, emancypantka
madame Kozibrodzka – wdowa, landlady Nochala, słynie z domowych wyrobów, szczególnie wina
Stara Telepacka – osoba obdarzona medialnymi zdolnościami
Zula – miss Obiecankowa
Aramis – pies Ostropłockich, charakteropata
Max – ratlerek, rzekomy wspólnik Wąsikiewicza
Rzecz się dzieje w Obiecankowie.ZIMA
Prolog, czyli dzień jak co dzień
Zwykłe dni zaczynają się u Wróbla rozmaicie. To zależy, o której wstanie, co z kolei zależy od tego, kiedy położy się spać. Z tym bywa różnie, bo czasem długo czyta, a potem niemniej długo rozmyśla na temat tego, co przeczytał. Albo po prostu duma, albo i nie, kto wie… Bywa też i tak, że wpada Nochal i obaj oglądają do późna telewizję, a potem dyskutują. Piją wtedy dużo owocowej herbatki. Czasem się kłócą. W zasadzie kłóci się Wróbel. Ponieważ może to trochę trwać, idzie spać późno i późno wtedy wstaje.
Niekiedy Wróbel jest znużony, pogoda nieogrodowa, a Nochal nie przychodzi. Wtedy Wróbel idzie do łóżka wcześnie i bywa, że również tak wstaje, choć nie zawsze. Bo zdarza się i tak, że mimo iż zasypia wcześnie, wstaje późno. Może to zależeć od jego snów, bowiem Wróbel nie lubi ich przerywać.
Nastrój, w jakim Wróbel się obudzi, jest nieprzewidywalny. Może być on spowodowany wspomnieniami poprzedniego wieczora, pogodą, odgłosami porannej krzątaniny Wąsikiewicza bądź też innymi niezbadanymi czynnikami. Wiadomo natomiast, że rano towarzyszy Wróblowi niskie ciśnienie, a jego motoryka jest nieco spowolniona. Potrzebuje czasu oraz paru szklanek owocowej herbaty, aby wyostrzyć percepcję i sprecyzować cele na dany dzień.
Śniadanie u Wróbla może być na przykład francuskie, które ma zazwyczaj miejsce w przypadku wystąpienia braków w lodówce – pije wtedy kawę zbożową i zagryza chlebem z cukrem. A w wypadku poniedziałkowego spleenu, któremu zwykle towarzyszy brak apetytu, Wróbel nie śniada. Kiedy aura sprzyja, śniadanie odbywa się na osłonecznionym rano ganku z udziałem kotów lub ptactwa. Potem następuje długa, medytacyjna sjesta, podczas której Wróbel pokonuje kolejne szczeble duchowego rozwoju. Mina, jaką wtedy przybiera, wyraża krańcową bezmyślność, co może sugerować osiągnięcie nirwany.
Gdy pada deszcz, Wróbel spożywa śniadanie w kuchni. Zrywa wtedy kolejną kartkę z kalendarza, rozmyśla nad upływem czasu i studiuje kobiece magazyny przyniesione przez ciotkę Dankę. Dużo wtedy wygląda przez okno i nuci nieokreślone melodie pod nosem.
Co się zaś tyczy popołudni, Wróbel sam nie ma pojęcia, jak mu one przechodzą. Nawet gdy czasem postanowi coś zrobić, ani się obejrzy, a już nastaje wieczór i jest zbyt późno, by do czegokolwiek się zabierać. Czas naprawdę szybko biegnie, chyba że jest niedziela. Ale w niedzielę przecież się odpoczywa po całym tygodniu.
Dziś jak najbardziej jest powszedni dzień i zastajemy Wróbla przy przygotowywaniu śniadania. Zapowiada się na angielskie śniadanie. Woda już wrze, patelnia skwierczy, radyjko gra na lodówce. Na stole jest pełno okruszków po świeżo ukrojonym chlebie, a także kolejna wydarta kartka z kalendarza. Na rewersie znajduje się tym razem sposób na usuwanie plam po winie, sokach owocowych i krwi. Wróbel lekko się wzdryga po przeczytaniu ostatniego.
– Z tego, co tu widzę, trzeba mieć koniecznie sól w gospodarstwie domowym. A u mnie wyszła. Hm… Może Nochal będzie mógł trochę wziąć od Kozibrodzkiej. Sól w domu być musi – stwierdza z powagą.
Oparty o lodówkę, z kromką chleba w ręku, wygląda przez okno.
– La, la, la, fiu, fiu, fiu – zaczyna gwizdać i nucić na przemian melodię brzęczącą z radia. Rytm wybija łyżeczką od herbaty.
– _Don’t cry for me Argentina_ – wtóruje rzewnie kolejnej piosence. Koniec refrenu zagryza kawałkiem smażonej kiełbasy. Potem zaczyna wyśpiewywać na nutę tej samej melodii wiadomości z kraju i ze świata: – Wykoooleiłłł się poociąg na skuuutek uuupału, bęęędąą poodwyżżżki dla eeemmerrytttów i pielęęęgniaarrrek, z wwwizytttą przybbbędzie ppprezzydent Paaaragwaju – kończy frazę głośnym beknięciem.
Po sprzątnięciu i umyciu naczyń z dodatkiem szamponu pokrzywowego, który jest jedynym detergentem w skromnym, kawalerskim gospodarstwie, Wróbel wychodzi na ganek z kubkiem owocowej herbatki. Ogarnia niespiesznym spojrzeniem ogród i siada na stopniu.
– Jak to dobrze, że dziś jest normalny dzień, żadnych świąt, niedziel, obchodów, rocznic. Można odpocząć. Nic nie trzeba świętować. Można usiąść i oddać się niezakłóconej niczym kontemplacji. Żadnego szumu, huku fajerwerków, strażackich trąb, honorowych salw, pieśni religijnych, narodowych, partyjnych, hymnów, peanów, przemówień przez mikrofon. – Wróbel bierze łyk herbaty. – Po prostu zwykły dzień. – Wypuszcza z siebie powietrze. – Żaden dzień pamięci, kiedy trzeba wywieszać flagi. Można najwyżej wywiesić pranie. Albo koc, żeby się wywietrzył. – Wstaje i idzie po koc.
Chwilę później Wróbel, zadowolony ze swej gospodarskiej przedsiębiorczości, sadowi się ponownie na ganku. Koc luźno powiewa na sznurku rozciągniętym między orzechem a śliwą. Ostropłocka wraca z zakupami. Wąsikiewicz w waciaku i tyrolskim kapelusiku dokonuje inspekcji gołębi. Wróbel popija herbatkę. Skrzypi furtka i wchodzi Nochal.
– Pokój temu domowi – wita się zwyczajowo.
– Tylko bez haseł i sloganów – warczy nadwrażliwy Wróbel.
Nochal siada obok i rozpina kurtkę.
– Nawet ciepło – sapie.
Wróbel siorbie w odpowiedzi.
– Masz dziś jakieś plany? – pyta Nochal.
– Co ty, dziś jest przecież normalny dzień – zastrzega Wróbel.
Obaj obserwują przez chwilę, jak Wąsikiewicz musztruje swoje gołębie, po czym Wróbel idzie zaparzyć kolejną herbatkę.
– Można by pójść po dafnie na glinianki – proponuje Nochal, gdy Wróbel wraca z herbatą.
– Sam sobie idź. Ja nie potrzebuję dafni. Raków, kijanek i pijawek również. A poza tym zamierzasz je łowić w przeręblu? – Wróbel ziewa.
– Dlaczego nie? – dziwi się Nochal.
Ostropłocka wywiesza zamiast flagi pranie. Z radia płynie _Forever Young_. Przyjaciele wsłuchują się nostalgicznie w melodię. Wąsikiewicz ćwiczy z hantlami i głośno przy tym liczy.
– Przyniósłbyś trochę soli od Kozibrodzkiej? – mówi Wróbel.
– Śledzie będziesz solił? – interesuje się apetycznie Nochal.
– Sól w domu być musi – ucina Wróbel.
Czas szybko płynie, nadchodzi pora obiadu. Od Ostropłockich dochodzi suty aromat duszonego gulaszu. Przyjaciele zaczynają się niespokojnie wiercić. Wąsikiewicz znika w swoim domu nazywanym dachowcem, ze względu na wyjątkowo stromy dach, aby również wrzucić coś na ruszt.
– Ten to ma dobrze – zauważa Nochal. – Taki pieczony gołąbek to marzenie senne.
– Zgłupiałeś? – fuka Wróbel. – Te jego gołębie to pocztowce, ich się nie je, to nie kury. To tak jakbyś zjadł rybki z akwarium.
– Dlaczego nie? – zastanawia się głodny Nochal.
– Do jedzenia to on ma króle. Trzyma je w klatce na tyle ogrodu.
– A to krezus. – Oblizuje się z podziwem Nochal.
– Nie martw się… Nie zginie. Widzisz, jaki ma kałdun. Opływa gość w dostatki. Ale jakoś mu nie zazdroszczę – dodaje Wróbel.
– Ja też nie, z wyjątkiem tych króli. I gołębi. Na jego miejscu urozmaicałbym sobie dietę i na przemian raz gołąbek, raz króliczek – upiera się Nochal.
– Zgłupiałeś? To tak jakbyś zjadł kanarka albo kota syjamskiego – tłumaczy Wróbel.
– Tak czy owak, człowiek coś by przekąsił – marzy Nochal, patrząc łakomie na gołębie.
Wróbel wstaje i idzie do kuchni, po czym powraca z puszką sardynek po parysku i kawałkiem chleba.
– O rany, skąd u ciebie takie delikatesy? – ślini się Nochal na widok puszki.
– Przeterminowane. Ostropłocka bała się zjeść.
Przyjaciele ochoczo wyławiają sardynki palcami. Sosik wymazują do czysta chlebkiem. Spokój powraca na ich twarze.
Po obiedzie czas na sjestę. Przy owocowej herbatce czas upływa na rozmowie na temat przeróżnych sposobów przyrządzania ryb. Nochal rozwodzi się długo nad receptą Kozibrodzkiej na rybę po grecku, Wróbel natomiast podaje jedyny w swoim rodzaju przepis ciotki Danki na karpia po żydowsku.
Nadchodzi późne popołudnie. Przyjaciele ani się obejrzą, a przejdzie ono we wczesny wieczór. W powszedni dzień czas biegnie wyjątkowo szybko.
Zamieć, czyli w prawo czy w lewo
Jest styczniowy, pogodny poranek. Na błękitnym niebie świeci jaskrawo słońce. Po nocnej zamieci wszystko skrzy się w krystalicznym powietrzu. Panuje mroźny spokój.
Działki, które leżą tuż przy łąkach, śnieżna kołdra opatuliła szczególnie grubo. Posesja Wróbla tonie w zimowym puchu aż po oszronione gałęzie drzew. Komin domku przykryła biała czapa, okna zasnuła bajkowa szadź. Cała siedziba przypomina teraz chatkę krasnoludka.
W środku nie zastajemy jednak żadnego skrzata, tylko rozczochranego Wróbla, który pochrapuje jeszcze w łóżku pogrążony w porannym półśnie.
Nagle w baśniową ciszę wdziera się narastający warkot potężnej maszyny. Przerywa on smaczny sen Wróbla, który zdezorientowany siada na łóżku i czochra, i tak już zmierzwioną, czuprynę.
– Co jest! Kuchenka! – klnie obudzony.
Warkot jest już teraz całkiem donośny. Wydaje go traktor, który odśnieża uliczkę Metafory, przy której zamieszkuje nasz zaspany bohater. Przecierając oczy, śledzi z okna walkę maszyny z białym żywiołem. Ponad szczególnie wysoką zaspą, zakrywającą drogę do furtki, Wróbel widzi przesuwającą się wolno rurę wydechową traktora. Motor prycha, rzęzi, ale w końcu droga zostaje przetarta i spalinowy potwór znika za zakrętem.
Znów zapada cisza. Wróbel podciąga kalesony i idzie do kuchni zaparzyć herbatę. Wraca z gorącym kubkiem do pokoju. Siada w fotelu dziadka wyraźnie zatroskany.
– Trzeba by wyjść po chleb. Ale żeby to zrobić, trzeba się dostać do furtki. Umrę chyba z głodu, zanim się przekopię – stwierdza niewesoło.
– Aaa – ziewa. – Myślałem, że dziś sobie spokojnie pokontempluję, a tu taka klęska żywiołowa. – Wstaje z fotela.
Naciąga sweter i idzie do sieni, gdzie wkłada stare gumofilce.
– Najpierw muszę się dostać do drewutni po łopatę. – Kręci się w kółko. – Ale żeby się tam dostać, też trzeba odgarnąć śnieg. Pytanie czym?
Znajduje w końcu szufelkę do węgla, za pomocą której toruje sobie drogę do komórki. Ponieważ łopatka jest niewielka, przedarcie się do oddalonej od ganku, o około pięć metrów, drewutni zajmuje bez mała godzinę. Stamtąd Wróbel wyciąga właściwą łopatę i uzbrojony w nią zabiera się za główną część zadania.
Południe zastaje Wróbla przy wytężonej pracy. Przystaje właśnie w środku śnieżnego korytarza, by złapać oddech.
– Ciekawe właściwie, gdzie jestem – duma zasapany, wysokość zaspy przekracza bowiem jego wzrost.
– Wróbel?! – dochodzi nagle od ulicy czyjś głos.
– Halo? – pyta Wróbel, niepewny, czy się nie przesłyszał.
– Halo? – wtóruje ten sam głos.
– Kto tam? – dudni Wróbel z głębi korytarza.
– No ja.
– Nochal? – Wróbel kojarzy wreszcie głos, który poprzez zwały śniegu brzmi niezbyt znajomo.
– No przecież – woła Nochal.
– Dlaczego nie mówisz, że to ty?
– Przecież mówię, że ja. Gdzie ty jesteś? – odkrzykuje Nochal.
– Sęk w tym, że nie wiem. Czuję się jak w jaskini Mroźnej.
– No, w ogóle to jesteś w swoim ogródku. – Nochal podskakuje, aby dojrzeć przyjaciela.
– Zgubiłem azymut. Nie wiem, czy kopię w dobrym kierunku.
– A gdzie chcesz się dokopać?
– Do furtki, idioto!
Od strony ulicy zapada cisza.
– Wysunę w górę łopatę, a ty zobaczysz, gdzie jestem, i powiesz, w którą stronę kopać – grzmi Wróbel z lodowego korytarza.
Ze środka zaspy wysuwa się czubek łopaty. Błyszczy w słońcu jak diament.
– Musisz kopać zdecydowanie w prawo. – Wyciąga się do góry Nochal, aby lepiej ocenić położenie Wróbla.
Wróbel podwaja wysiłek. Mija jakiś czas, zanim kolejne wbicie łopaty odsłania płot. Zza ogrodzenia patrzą na Wróbla czyjeś oczy.
– Nochal? – pyta Wróbel zdziwiony, ponieważ oblicze po drugiej stronie nie przypomina rysów przyjaciela. Gdy rozlega się ponure warknięcie, Wróbel uświadamia sobie, że zarośnięta fizys należy do Aramisa, charakteropatycznego psa państwa Ostropłockich.
– Nochal!? – Wróbel woła stentorowo.
– Gdzie jesteś? – Podskakuje Nochal.
– Gdzie miałem kopać?!
– No, w prawo – twierdzi Nochal, którego nos, z racji mrozu, nabrał malinowego koloru.
– To dlaczego, w takim razie, jestem przy płocie Ostropłockich?! – warczy wściekle Wróbel.
Aramis równie wściekle odwarkuje.
– Tam byś się znalazł, gdybyś kopał w lewo – twierdzi donośnie Nochal.
Mija dłuższa chwila. Sytuacja, w jakiej się znajduje, nasuwa mu epitet, jakim obrzuca przyjaciela:
– Czy ty, kreci móżdżku, nie rozumiesz, że jeśli twoja strona jest prawa, to moja lewa?! – ryczy Wróbel jak wściekły kret ze śnieżnego okopu.
– Nie! – odkrzykuje zgodnie z prawdą Nochal.
– Jeśli stoimy naprzeciw siebie, to twoja lewa ręka jest po tej samej stronie, co moja prawa, rozumiesz?! – Wróbel usiłuje wyjaśnić Nochalowi ten fenomen.
– Poczekaj, daj pomyśleć – dochodzi z ulicy.
Mija jeszcze dłuższa chwila, w której słychać tylko warczenie zjeżonego Aramisa.
Nochal! – woła w końcu zniecierpliwiony Wróbel.
– Yhm?
– Ułam jakiś dłuższy patyk, nasadź na niego czapkę i stań przy furtce – ordynuje Wróbel.
– Dobra.
Po kolejnej godzinie, po której pozbawione czapki uszy Nochala przybierają ten sam kolor co jego nos, łopata Wróbla uderza metalicznie o furtkę. Chwilę później w domu skonany Wróbel oddycha ciężko w fotelu dziadka, a Nochal przyrządza herbatę w kuchni.
– Wiesz, z tymi stronami to dziwna sprawa – powraca do zagadnienia Nochal, wchodząc do pokoju z herbatą. Wróbel, wyczerpany, milczy.
– Mówiłeś, że jakbyśmy się patrzyli na siebie nawzajem, to moja lewa ręka będzie po tej samej stronie, co twoja prawa…
Wróbel nadal siedzi bez słowa, z przymkniętymi oczami.
– No i właśnie stanąłem przed lustrem w przedpokoju i spojrzałem się na swoje odbicie. I wiesz – Nochal stawia kubek dla Wróbla na secesyjnym stoliczku obok jego fotela – moja lewa ręka była po tej samej stronie, co moja lewa ręka w lustrze. Czyli nie tak, jak mówiłeś… Jak byś to wytłumaczył? – Nochal sadowi się ze swoją herbatą na kanapce pod filodendronem.
Izydora i Dąbrówki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji
Wróbel – wielce niespokojny, podstarzały młodzieniec o wyższych aspiracjach
Nochal – nosaty przyjaciel Wróbla
Wąsikiewicz – sąsiad Wróbla, faszyzujący gołębiarz oraz posiadacz motoroweru
Ostropłoccy – sąsiedzi Wróbla, udane, żyjące spokojnie małżeństwo
ciotka Danka – ciotka Wróbla, emancypantka
madame Kozibrodzka – wdowa, landlady Nochala, słynie z domowych wyrobów, szczególnie wina
Stara Telepacka – osoba obdarzona medialnymi zdolnościami
Zula – miss Obiecankowa
Aramis – pies Ostropłockich, charakteropata
Max – ratlerek, rzekomy wspólnik Wąsikiewicza
Rzecz się dzieje w Obiecankowie.ZIMA
Prolog, czyli dzień jak co dzień
Zwykłe dni zaczynają się u Wróbla rozmaicie. To zależy, o której wstanie, co z kolei zależy od tego, kiedy położy się spać. Z tym bywa różnie, bo czasem długo czyta, a potem niemniej długo rozmyśla na temat tego, co przeczytał. Albo po prostu duma, albo i nie, kto wie… Bywa też i tak, że wpada Nochal i obaj oglądają do późna telewizję, a potem dyskutują. Piją wtedy dużo owocowej herbatki. Czasem się kłócą. W zasadzie kłóci się Wróbel. Ponieważ może to trochę trwać, idzie spać późno i późno wtedy wstaje.
Niekiedy Wróbel jest znużony, pogoda nieogrodowa, a Nochal nie przychodzi. Wtedy Wróbel idzie do łóżka wcześnie i bywa, że również tak wstaje, choć nie zawsze. Bo zdarza się i tak, że mimo iż zasypia wcześnie, wstaje późno. Może to zależeć od jego snów, bowiem Wróbel nie lubi ich przerywać.
Nastrój, w jakim Wróbel się obudzi, jest nieprzewidywalny. Może być on spowodowany wspomnieniami poprzedniego wieczora, pogodą, odgłosami porannej krzątaniny Wąsikiewicza bądź też innymi niezbadanymi czynnikami. Wiadomo natomiast, że rano towarzyszy Wróblowi niskie ciśnienie, a jego motoryka jest nieco spowolniona. Potrzebuje czasu oraz paru szklanek owocowej herbaty, aby wyostrzyć percepcję i sprecyzować cele na dany dzień.
Śniadanie u Wróbla może być na przykład francuskie, które ma zazwyczaj miejsce w przypadku wystąpienia braków w lodówce – pije wtedy kawę zbożową i zagryza chlebem z cukrem. A w wypadku poniedziałkowego spleenu, któremu zwykle towarzyszy brak apetytu, Wróbel nie śniada. Kiedy aura sprzyja, śniadanie odbywa się na osłonecznionym rano ganku z udziałem kotów lub ptactwa. Potem następuje długa, medytacyjna sjesta, podczas której Wróbel pokonuje kolejne szczeble duchowego rozwoju. Mina, jaką wtedy przybiera, wyraża krańcową bezmyślność, co może sugerować osiągnięcie nirwany.
Gdy pada deszcz, Wróbel spożywa śniadanie w kuchni. Zrywa wtedy kolejną kartkę z kalendarza, rozmyśla nad upływem czasu i studiuje kobiece magazyny przyniesione przez ciotkę Dankę. Dużo wtedy wygląda przez okno i nuci nieokreślone melodie pod nosem.
Co się zaś tyczy popołudni, Wróbel sam nie ma pojęcia, jak mu one przechodzą. Nawet gdy czasem postanowi coś zrobić, ani się obejrzy, a już nastaje wieczór i jest zbyt późno, by do czegokolwiek się zabierać. Czas naprawdę szybko biegnie, chyba że jest niedziela. Ale w niedzielę przecież się odpoczywa po całym tygodniu.
Dziś jak najbardziej jest powszedni dzień i zastajemy Wróbla przy przygotowywaniu śniadania. Zapowiada się na angielskie śniadanie. Woda już wrze, patelnia skwierczy, radyjko gra na lodówce. Na stole jest pełno okruszków po świeżo ukrojonym chlebie, a także kolejna wydarta kartka z kalendarza. Na rewersie znajduje się tym razem sposób na usuwanie plam po winie, sokach owocowych i krwi. Wróbel lekko się wzdryga po przeczytaniu ostatniego.
– Z tego, co tu widzę, trzeba mieć koniecznie sól w gospodarstwie domowym. A u mnie wyszła. Hm… Może Nochal będzie mógł trochę wziąć od Kozibrodzkiej. Sól w domu być musi – stwierdza z powagą.
Oparty o lodówkę, z kromką chleba w ręku, wygląda przez okno.
– La, la, la, fiu, fiu, fiu – zaczyna gwizdać i nucić na przemian melodię brzęczącą z radia. Rytm wybija łyżeczką od herbaty.
– _Don’t cry for me Argentina_ – wtóruje rzewnie kolejnej piosence. Koniec refrenu zagryza kawałkiem smażonej kiełbasy. Potem zaczyna wyśpiewywać na nutę tej samej melodii wiadomości z kraju i ze świata: – Wykoooleiłłł się poociąg na skuuutek uuupału, bęęędąą poodwyżżżki dla eeemmerrytttów i pielęęęgniaarrrek, z wwwizytttą przybbbędzie ppprezzydent Paaaragwaju – kończy frazę głośnym beknięciem.
Po sprzątnięciu i umyciu naczyń z dodatkiem szamponu pokrzywowego, który jest jedynym detergentem w skromnym, kawalerskim gospodarstwie, Wróbel wychodzi na ganek z kubkiem owocowej herbatki. Ogarnia niespiesznym spojrzeniem ogród i siada na stopniu.
– Jak to dobrze, że dziś jest normalny dzień, żadnych świąt, niedziel, obchodów, rocznic. Można odpocząć. Nic nie trzeba świętować. Można usiąść i oddać się niezakłóconej niczym kontemplacji. Żadnego szumu, huku fajerwerków, strażackich trąb, honorowych salw, pieśni religijnych, narodowych, partyjnych, hymnów, peanów, przemówień przez mikrofon. – Wróbel bierze łyk herbaty. – Po prostu zwykły dzień. – Wypuszcza z siebie powietrze. – Żaden dzień pamięci, kiedy trzeba wywieszać flagi. Można najwyżej wywiesić pranie. Albo koc, żeby się wywietrzył. – Wstaje i idzie po koc.
Chwilę później Wróbel, zadowolony ze swej gospodarskiej przedsiębiorczości, sadowi się ponownie na ganku. Koc luźno powiewa na sznurku rozciągniętym między orzechem a śliwą. Ostropłocka wraca z zakupami. Wąsikiewicz w waciaku i tyrolskim kapelusiku dokonuje inspekcji gołębi. Wróbel popija herbatkę. Skrzypi furtka i wchodzi Nochal.
– Pokój temu domowi – wita się zwyczajowo.
– Tylko bez haseł i sloganów – warczy nadwrażliwy Wróbel.
Nochal siada obok i rozpina kurtkę.
– Nawet ciepło – sapie.
Wróbel siorbie w odpowiedzi.
– Masz dziś jakieś plany? – pyta Nochal.
– Co ty, dziś jest przecież normalny dzień – zastrzega Wróbel.
Obaj obserwują przez chwilę, jak Wąsikiewicz musztruje swoje gołębie, po czym Wróbel idzie zaparzyć kolejną herbatkę.
– Można by pójść po dafnie na glinianki – proponuje Nochal, gdy Wróbel wraca z herbatą.
– Sam sobie idź. Ja nie potrzebuję dafni. Raków, kijanek i pijawek również. A poza tym zamierzasz je łowić w przeręblu? – Wróbel ziewa.
– Dlaczego nie? – dziwi się Nochal.
Ostropłocka wywiesza zamiast flagi pranie. Z radia płynie _Forever Young_. Przyjaciele wsłuchują się nostalgicznie w melodię. Wąsikiewicz ćwiczy z hantlami i głośno przy tym liczy.
– Przyniósłbyś trochę soli od Kozibrodzkiej? – mówi Wróbel.
– Śledzie będziesz solił? – interesuje się apetycznie Nochal.
– Sól w domu być musi – ucina Wróbel.
Czas szybko płynie, nadchodzi pora obiadu. Od Ostropłockich dochodzi suty aromat duszonego gulaszu. Przyjaciele zaczynają się niespokojnie wiercić. Wąsikiewicz znika w swoim domu nazywanym dachowcem, ze względu na wyjątkowo stromy dach, aby również wrzucić coś na ruszt.
– Ten to ma dobrze – zauważa Nochal. – Taki pieczony gołąbek to marzenie senne.
– Zgłupiałeś? – fuka Wróbel. – Te jego gołębie to pocztowce, ich się nie je, to nie kury. To tak jakbyś zjadł rybki z akwarium.
– Dlaczego nie? – zastanawia się głodny Nochal.
– Do jedzenia to on ma króle. Trzyma je w klatce na tyle ogrodu.
– A to krezus. – Oblizuje się z podziwem Nochal.
– Nie martw się… Nie zginie. Widzisz, jaki ma kałdun. Opływa gość w dostatki. Ale jakoś mu nie zazdroszczę – dodaje Wróbel.
– Ja też nie, z wyjątkiem tych króli. I gołębi. Na jego miejscu urozmaicałbym sobie dietę i na przemian raz gołąbek, raz króliczek – upiera się Nochal.
– Zgłupiałeś? To tak jakbyś zjadł kanarka albo kota syjamskiego – tłumaczy Wróbel.
– Tak czy owak, człowiek coś by przekąsił – marzy Nochal, patrząc łakomie na gołębie.
Wróbel wstaje i idzie do kuchni, po czym powraca z puszką sardynek po parysku i kawałkiem chleba.
– O rany, skąd u ciebie takie delikatesy? – ślini się Nochal na widok puszki.
– Przeterminowane. Ostropłocka bała się zjeść.
Przyjaciele ochoczo wyławiają sardynki palcami. Sosik wymazują do czysta chlebkiem. Spokój powraca na ich twarze.
Po obiedzie czas na sjestę. Przy owocowej herbatce czas upływa na rozmowie na temat przeróżnych sposobów przyrządzania ryb. Nochal rozwodzi się długo nad receptą Kozibrodzkiej na rybę po grecku, Wróbel natomiast podaje jedyny w swoim rodzaju przepis ciotki Danki na karpia po żydowsku.
Nadchodzi późne popołudnie. Przyjaciele ani się obejrzą, a przejdzie ono we wczesny wieczór. W powszedni dzień czas biegnie wyjątkowo szybko.
Zamieć, czyli w prawo czy w lewo
Jest styczniowy, pogodny poranek. Na błękitnym niebie świeci jaskrawo słońce. Po nocnej zamieci wszystko skrzy się w krystalicznym powietrzu. Panuje mroźny spokój.
Działki, które leżą tuż przy łąkach, śnieżna kołdra opatuliła szczególnie grubo. Posesja Wróbla tonie w zimowym puchu aż po oszronione gałęzie drzew. Komin domku przykryła biała czapa, okna zasnuła bajkowa szadź. Cała siedziba przypomina teraz chatkę krasnoludka.
W środku nie zastajemy jednak żadnego skrzata, tylko rozczochranego Wróbla, który pochrapuje jeszcze w łóżku pogrążony w porannym półśnie.
Nagle w baśniową ciszę wdziera się narastający warkot potężnej maszyny. Przerywa on smaczny sen Wróbla, który zdezorientowany siada na łóżku i czochra, i tak już zmierzwioną, czuprynę.
– Co jest! Kuchenka! – klnie obudzony.
Warkot jest już teraz całkiem donośny. Wydaje go traktor, który odśnieża uliczkę Metafory, przy której zamieszkuje nasz zaspany bohater. Przecierając oczy, śledzi z okna walkę maszyny z białym żywiołem. Ponad szczególnie wysoką zaspą, zakrywającą drogę do furtki, Wróbel widzi przesuwającą się wolno rurę wydechową traktora. Motor prycha, rzęzi, ale w końcu droga zostaje przetarta i spalinowy potwór znika za zakrętem.
Znów zapada cisza. Wróbel podciąga kalesony i idzie do kuchni zaparzyć herbatę. Wraca z gorącym kubkiem do pokoju. Siada w fotelu dziadka wyraźnie zatroskany.
– Trzeba by wyjść po chleb. Ale żeby to zrobić, trzeba się dostać do furtki. Umrę chyba z głodu, zanim się przekopię – stwierdza niewesoło.
– Aaa – ziewa. – Myślałem, że dziś sobie spokojnie pokontempluję, a tu taka klęska żywiołowa. – Wstaje z fotela.
Naciąga sweter i idzie do sieni, gdzie wkłada stare gumofilce.
– Najpierw muszę się dostać do drewutni po łopatę. – Kręci się w kółko. – Ale żeby się tam dostać, też trzeba odgarnąć śnieg. Pytanie czym?
Znajduje w końcu szufelkę do węgla, za pomocą której toruje sobie drogę do komórki. Ponieważ łopatka jest niewielka, przedarcie się do oddalonej od ganku, o około pięć metrów, drewutni zajmuje bez mała godzinę. Stamtąd Wróbel wyciąga właściwą łopatę i uzbrojony w nią zabiera się za główną część zadania.
Południe zastaje Wróbla przy wytężonej pracy. Przystaje właśnie w środku śnieżnego korytarza, by złapać oddech.
– Ciekawe właściwie, gdzie jestem – duma zasapany, wysokość zaspy przekracza bowiem jego wzrost.
– Wróbel?! – dochodzi nagle od ulicy czyjś głos.
– Halo? – pyta Wróbel, niepewny, czy się nie przesłyszał.
– Halo? – wtóruje ten sam głos.
– Kto tam? – dudni Wróbel z głębi korytarza.
– No ja.
– Nochal? – Wróbel kojarzy wreszcie głos, który poprzez zwały śniegu brzmi niezbyt znajomo.
– No przecież – woła Nochal.
– Dlaczego nie mówisz, że to ty?
– Przecież mówię, że ja. Gdzie ty jesteś? – odkrzykuje Nochal.
– Sęk w tym, że nie wiem. Czuję się jak w jaskini Mroźnej.
– No, w ogóle to jesteś w swoim ogródku. – Nochal podskakuje, aby dojrzeć przyjaciela.
– Zgubiłem azymut. Nie wiem, czy kopię w dobrym kierunku.
– A gdzie chcesz się dokopać?
– Do furtki, idioto!
Od strony ulicy zapada cisza.
– Wysunę w górę łopatę, a ty zobaczysz, gdzie jestem, i powiesz, w którą stronę kopać – grzmi Wróbel z lodowego korytarza.
Ze środka zaspy wysuwa się czubek łopaty. Błyszczy w słońcu jak diament.
– Musisz kopać zdecydowanie w prawo. – Wyciąga się do góry Nochal, aby lepiej ocenić położenie Wróbla.
Wróbel podwaja wysiłek. Mija jakiś czas, zanim kolejne wbicie łopaty odsłania płot. Zza ogrodzenia patrzą na Wróbla czyjeś oczy.
– Nochal? – pyta Wróbel zdziwiony, ponieważ oblicze po drugiej stronie nie przypomina rysów przyjaciela. Gdy rozlega się ponure warknięcie, Wróbel uświadamia sobie, że zarośnięta fizys należy do Aramisa, charakteropatycznego psa państwa Ostropłockich.
– Nochal!? – Wróbel woła stentorowo.
– Gdzie jesteś? – Podskakuje Nochal.
– Gdzie miałem kopać?!
– No, w prawo – twierdzi Nochal, którego nos, z racji mrozu, nabrał malinowego koloru.
– To dlaczego, w takim razie, jestem przy płocie Ostropłockich?! – warczy wściekle Wróbel.
Aramis równie wściekle odwarkuje.
– Tam byś się znalazł, gdybyś kopał w lewo – twierdzi donośnie Nochal.
Mija dłuższa chwila. Sytuacja, w jakiej się znajduje, nasuwa mu epitet, jakim obrzuca przyjaciela:
– Czy ty, kreci móżdżku, nie rozumiesz, że jeśli twoja strona jest prawa, to moja lewa?! – ryczy Wróbel jak wściekły kret ze śnieżnego okopu.
– Nie! – odkrzykuje zgodnie z prawdą Nochal.
– Jeśli stoimy naprzeciw siebie, to twoja lewa ręka jest po tej samej stronie, co moja prawa, rozumiesz?! – Wróbel usiłuje wyjaśnić Nochalowi ten fenomen.
– Poczekaj, daj pomyśleć – dochodzi z ulicy.
Mija jeszcze dłuższa chwila, w której słychać tylko warczenie zjeżonego Aramisa.
Nochal! – woła w końcu zniecierpliwiony Wróbel.
– Yhm?
– Ułam jakiś dłuższy patyk, nasadź na niego czapkę i stań przy furtce – ordynuje Wróbel.
– Dobra.
Po kolejnej godzinie, po której pozbawione czapki uszy Nochala przybierają ten sam kolor co jego nos, łopata Wróbla uderza metalicznie o furtkę. Chwilę później w domu skonany Wróbel oddycha ciężko w fotelu dziadka, a Nochal przyrządza herbatę w kuchni.
– Wiesz, z tymi stronami to dziwna sprawa – powraca do zagadnienia Nochal, wchodząc do pokoju z herbatą. Wróbel, wyczerpany, milczy.
– Mówiłeś, że jakbyśmy się patrzyli na siebie nawzajem, to moja lewa ręka będzie po tej samej stronie, co twoja prawa…
Wróbel nadal siedzi bez słowa, z przymkniętymi oczami.
– No i właśnie stanąłem przed lustrem w przedpokoju i spojrzałem się na swoje odbicie. I wiesz – Nochal stawia kubek dla Wróbla na secesyjnym stoliczku obok jego fotela – moja lewa ręka była po tej samej stronie, co moja lewa ręka w lustrze. Czyli nie tak, jak mówiłeś… Jak byś to wytłumaczył? – Nochal sadowi się ze swoją herbatą na kanapce pod filodendronem.
Izydora i Dąbrówki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji
więcej..