Metoda Krokodyla - ebook
Metoda Krokodyla - ebook
Pierwsza powieść neapolitańskiej serii o inspektorze Giuseppe Lojacono.
Współczesny Neapol, miasto zachwycające widokami, ale upadłe, rządzone przez bezwzględne gangi, nieprzyjazne dla mieszkańców, niezrozumiałe dla obcych, gdzie każdy zajmuje się własnymi sprawami. Z atmosferą niczym w filmach Vittoria De Sici. To właśnie tutaj zostaje karnie zesłany inspektor Giuseppe Lojacono, policjant z Sycylii, oskarżony o rzekomą współpracę z mafią. Odsunięty od poważnych spraw, marnuje czas na komisariacie, grając na komputerze, i rozpamiętuje swoją krzywdę. Kiedy w mieście dochodzi do zabójstwa młodego chłopaka, a wkrótce dziewczyny, Lojacono domyśla się, co może łączyć obie śmierci. Piękna prokurator Laura Piras na własną rękę angażuje inspektora do śledztwa.
Czy uda im się złapać mordercę, tajemniczego Krokodyla, który na miejscu zbrodni zostawia zużyte chusteczki?
| Kategoria: | Kryminał |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-287-0215-8 |
| Rozmiar pliku: | 2,4 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Jak wszyscy, my czytelnicy wiemy, że książka nie jest niczym innym jak biletem na podróż. Służy, by wyjechać w inne miejsce, nieważne, czy daleko, czy blisko. Wystarczy, żeby to było gdzieś indziej, gdzie możemy się ukryć. To nie ucieczka, raczej wakacje. Trwają tyle czasu, ile trzeba, by odnaleźć własne myśli oraz tę część siebie, którą trzymamy zamkniętą w piwnicy duszy, bo jest najprawdziwsza i intymna, więc najbardziej wrażliwa i najmniej przystosowana do codziennego życia.
Pisarz moim zdaniem jest przewodnikiem. Kierowcą autobusu, który bez zatrzymywania się opowiada przez mikrofon turystom, gdzie się znajdują i jakie widoki mają za oknem. Coś tam od siebie dodaje, ale jest przewodnikiem.
Kiedy postanowiłem napisać Metodę Krokodyla, dopiero co oddałem Per mano mia, czyli piąty tom z serii o komisarzu Ricciardim. Stałem się powoli doświadczonym przewodnikiem w podróży w lata trzydzieste, wiedziałem, dokąd zaprowadzić czytelników, których wciąż przybywało – to zasługa Ricciardiego i jego kompanów.
Nigdy nie myślałem o pracy powieściopisarza. Jako zapalony czytelnik myślałem, że trzeba się urodzić takim przewodnikiem, że powieść nie może być owocem improwizacji oraz zbiegu okoliczności, tak jak to się zdarzyło w moim przypadku – dobrnąłem prawie do pięćdziesiątki, nie napisawszy nawet jednej historii.
Dookoła mnie wszyscy byli zadowoleni – wydawcy, agenci, księgarze – z książek, które dotychczas pisałem. Po cóż się zapuszczać w inne rejony? Po co ryzykować, że się zgubię na nieznanym terenie? Po co dezorientować czytelników?
Wszystko stało się za sprawą nieco złośliwego pytania, jakie pewna pisarka zadała mi podczas promocji książki. „Czy to nie zbyt wygodne ciągle opowiadać o tych samych bohaterach? – spytała. – Czy to nie za łatwe, móc zawsze liczyć na tak sugestywne, atrakcyjne i szczególne okoliczności i świat przedstawiony?”
Nigdy tak o tym nie myślałem. Dla mnie opowiadanie o Ricciardim było i nadal jest jak powrót do domu. Odnajdywanie znanej, lubianej atmosfery, ponowne odczuwanie smaków i zapachów, których w rzeczywistości nigdy nie poznałem. Lekkie poczucie nostalgii, pełne czułości dla tych żywotów powstałych w mojej wyobraźni, a jednak tak prawdziwych.
Ale tamta złośliwa pisarka miała rację. Czy potrafię być przewodnikiem po ulicach w moich czasach, a nie w odległej epoce?
Metoda Krokodyla narodziła się tamtego wieczoru, kiedy wracałem z promocji w lekkim deszczu, który zamieniał moją dzielnicę Vomero w scenografię Blade Runnera. Jaką historię mam do opowiedzenia?
Przyszła mi do głowy najstraszniejsza postać, jaką spotkałem w literaturze i kinie: nie maska szaleńca Hannibala Lectera z Milczenia owiec ani rozpaczliwy chichot z Lśnienia, lecz wodnisty wzrok i wąs Alberta Sordiego z Szaleństwa małego człowieka, nakręconego na podstawie fantastycznej powieści Ceramiego. Człowiek niewidzialny, tak przeciętny, że jest nikim i niczym, jeżdżący poobijanym fiatem 500. Najstraszniejszy drapieżnik w żelbetowej dżungli.
Mój przestępca musiał go przypominać. Serce złamane na zawsze, postać naznaczona cierpieniem tak wielkim, że stawało się jedyną siłą napędową jego egzystencji. Musiał być zdeterminowany, mieć wolę zabijania i nie dbać o własną skórę, gdy wędrował wzdłuż murów, w cieniu, niczym szczur.
Naprzeciw niego musiał stanąć samotny, zdesperowany łowca, lekceważony, zepchnięty na margines, który rozpoznawałby uczucia i myśli niewidzialnego człowieka, bo, choć bał się do tego przyznać, podzielał je.
Cała więc opowieść w Metodzie Krokodyla rozwinęła się przede mną jasno i wyraźnie jak historia z jakiejś ludowej bajki. Zanim dotarłem do domu, była skończona.
Wyobraziłem sobie nawet film. Z tym samym aktorem w obydwu rolach, odmiennie ucharakteryzowanym, żeby jeszcze bardziej podkreślić fakt, że zabójcą i policjantem poruszały zgrane ze sobą uczucia – jak piosenka zagrana na ultradźwiękach, które tylko oni w całym mieście byli w stanie usłyszeć. Dwa okazy tego samego gatunku, po dwóch stronach barykady, toczące cichą wojnę pośród niczego nieświadomego tłumu.
Zacząłem pisać. Z początku chciałem zbudować powieść złożoną z naprzemiennych rozdziałów, jak upiorną partię tenisa, cios za ciosem, jeden głos po drugim. Ale pojawiły się inne postaci, które domagały się opowiedzenia swoich historii. Byłem posłuszny i poszedłem za ich opowieściami. Zawsze tak robię.
Tak się narodził inspektor Lojacono, z całą swoją samotnością, bólem, trudem istnienia. Metoda Krokodyla zostawiła mi w spadku jego, prokurator Laurę Piras oraz miasto i czas, w którym działają. Kiedy już ich spotkałem, jak to zwykle bywa, nie miałem serca porzucić ich na pastwę losu. Podążyłem za nimi dalej i pojawiła się ekipa Bękartów z Pizzofalcone, nieufnych, pełnych wad, wspaniałych do opisania.
Ale to już oczywiście inna podróż.
Grudzień 2015
Maurizio de GiovanniI
Śmierć wjeżdża na tor trzeci o ósmej czternaście. Ma siedem minut opóźnienia.
Miesza się z tłumem ludzi pędzących do pracy, popychana, trącana teczkami i plecakami, wózkami i walizkami. Nikt nie czuje jej zimnego oddechu.
Kroczy niepewnie, broniąc się przed cudzym pośpiechem. Przystaje w wielkim holu dworca, pośród krzyków dzieci i w zapachu pieczonych rogalików. Rozgląda się, szybkim ruchem wycierając łzę pod lewym szkłem, chusteczka zaraz wraca do kieszonki marynarki.
Po odgłosach i przepływie ludzkiej masy orientuje się, gdzie w tym gąszczu nowych sklepów jest wyjście. Nie poznaje tego miejsca, tyle się pozmieniało przez te długie lata. Szukanie wyjścia będzie jedyną chwilą zawahania. Wszystko ma przygotowane w najdrobniejszych szczegółach.
Nikt jej nie dostrzega. Oczy chłopaka z papierosem w ustach opartego o filar prześlizgują się po niej, jakby była przezroczysta. Nie dostrzega nic wartościowego. Znoszone buty, niemodny garnitur, fotochromatyczne szkła i ciemny krawat. Spojrzenie wędruje dalej, by zatrzymać się na otwartej torebce pani, która gwałtownie gestykulując, rozmawia przez komórkę. Nikt nie zwraca uwagi na Śmierć, kroczącą przez dworcową halę.
Jest już na zewnątrz. Wilgoć. Zapach gazu. Chodnik pokryty śliską mazią. Dopiero co przestało padać. Promień słońca przebija się przez chmury, Śmierć mruży oczy zaskoczona światłem, ociera jeszcze jedną łzę. Rozgląda się, dostrzega postój taksówek, zmierza w ich kierunku, powłócząc nogami.
Wsiada do zdezelowanego samochodu. Smród spalin. Zapadnięta kanapa. Mamrocze w stronę kierowcy adres, ten go powtarza na głos, żeby potwierdzić. Taksówka rusza gwałtownie i włącza się do ruchu, wymuszając pierwszeństwo. Nikt nie protestuje.
Śmierć przybyła do miasta.II
Starszy sierżant Luciano Giuffrè przeciągnął dłońmi po twarzy, unosząc nieco okulary, żeby przetrzeć oczy.
– Proszę pani, w ten sposób nic nie załatwimy, proszę mnie zrozumieć. Nie może nam pani tak zawracać głowy. Mamy tu kupę roboty. Niech pani po kolei wytłumaczy, co się stało.
Kobieta zacisnęła usta, rzucając spojrzenie na sąsiednie biurko.
– Panie komisarzu, proszę ciszej, bo tamten wszystko będzie o mnie wiedział.
Giuffrè rozłożył ręce.
– Pani szanowna, mówię to pani raz jeszcze, nie jestem komisarzem, tylko zwyczajnym starszym sierżantem, którego zesłali tu, żeby przyjmował zgłoszenia, a tamten nie podsłuchuje. To inspektor Lojacono, który dostał tę samą robotę co ja, ale jak pani widzi, ma większego farta, bo z jakiegoś powodu nikt do niego nie podchodzi.
Facet przy drugim biurku sprawiał wrażenie, jakby nie słyszał tej rozmowy. Gapił się w ekran komputera, z ręką na myszce, ale myślami był gdzie indziej. Kobieta, jejmość w średnim wieku zaciskająca pulchne palce na torebce, ostentacyjnie przestała zwracać na niego uwagę.
– No sam pan rozumie, klienci zawsze wybierają tego sprzedawcę w sklepie, któremu mogą zaufać.
– Jakiego znowu sprzedawcę! Bo zaraz stracę cierpliwość. Pani sobie nie pozwala, tu jest komisariat, trochę szacunku! Klienci, sprzedawcy, tu nie mięsny! Albo mi pani zaraz zezna w dwie minuty, co się stało, albo każę panią wyprowadzić. Słucham.
Kobieta zatrzepotała rzęsami.
– Pan wybaczy, komisarzu, taka nerwowa z rana jestem. Ta z drugiego piętra, wie pan, znowu zaczęła sprowadzać koty do domu. Ma już trzy, rozumie pan? Trzy!
Giuffrè patrzył na nią z tępym wyrazem twarzy.
– A co niby mamy z tym zrobić?
Pochyliła się ku niemu i wyszeptała:
– Te koty miauczą.
– Jezu, pewnie, że miauczą, jak to koty. To nie jest zakazane.
– No znów pan nie rozumie. Miauczą i śmierdzą. Wychyliłam się raz z balkonu i wołam do niej, całkiem spokojnie: ty zdziro, chyba wiesz, że musisz się wynieść z kamienicy razem z tym ścierwem?
Giuffrè aż pokręcił głową.
– No, całe szczęście, że mówiła pani spokojnie. A ona na to?
Aż się wyprostowała, żeby podkreślić swoje oburzenie.
– Kazała mi wypierdalać.
Giuffrè pokiwał głową, zgadzając się w duchu z właścicielką kotów.
– No i?
Otworzyła szeroko świńskie oczka.
– No więc składam skargę. Musicie ją wsadzić za kraty, komisarzu, ją i wszystkie te koty. Chcę ją zaskarżyć za to, że kazała mi wypierdalać.
Giuffrè nie wiedział, czy śmiać się, czy płakać.
– Proszę pani, nie mamy tutaj cel i nie jestem komisarzem. I z tego co wiem, nie ma paragrafu na to, że ktoś każe komuś wypierdalać. A poza tym to pani pierwsza nazwała ją zdzirą, dobrze pamiętam? Niech pani posłucha. Proszę wrócić do domu i żyć trochę spokojniej. Parę kotów nikomu nie szkodzi, polują na myszy. Niech już pani idzie i nie zawraca mi głowy.
Wstała sztywno, zniesmaczona.
– I na to ja płacę podatki, co? Zawsze mówię mężowi, że za dużo paragonów nabija. Żegnam.
I wyszła.
Giuffrè zdjął okulary i rzucił je na biurko.
– Komu co ja złego zrobiłem w poprzednim życiu, że taka robota mi się trafiła, no ja się pytam. W mieście, gdzie codziennie są trupy na ulicy, ona przychodzi na komisariat ze skargą, że tamta, zresztą słusznie, kazała jej wypierdalać. Wyobrażasz sobie?
Policjant przy biurku obok oderwał na moment wzrok od monitora. Wąskie czarne oczy, wystające kości policzkowe, wydatne usta o regularnym kształcie. Rysy twarzy niemal orientalne. Na czoło opadały niesforne kosmyki. Miał niewiele ponad czterdziestkę, ale przeżycia już wyżłobiły zmarszczki wokół jego ust i w kącikach oczu.
– Daj spokój, Giuffrè, głupoty. Coś musisz robić, żeby przetrwać dzień.
Starszy sierżant szybkim ruchem włożył z powrotem okulary, udając zaskoczenie. Był drobnym ekspresyjnym człowieczkiem, który podkreślał gestykulacją to, co mówi, jakby jego rozmówca był głuchy.
– O, ho, ho, cud się stał, inspektor Lojacono się obudził! Podać kawę z rogalikiem? A może ty sobie dalej odpoczywaj, a ja skoczę po gazetkę, to się dowiesz, co dzieje się w kraju.
Lojacono odpowiedział z półuśmiechem.
– To nie moja wina, że ludzie, kiedy tu wchodzą i spojrzą na mnie przelotnie, to jednak idą do ciebie. Słyszałeś tę grubą? Klienci lubią niektórych sprzedawców.
Giuffrè wyprostował się na całe swoje sto sześćdziesiąt pięć centymetrów.
– Uważaj, bo płyniesz w tej samej dziurawej łódce. Myślisz, że jesteś tu tylko na chwilę? Wiesz, jak inni nazywają nasz wydział? Cottolengo, jak ten przytułek w Piemoncie. I co, wydaje ci się, że chodzi tylko o mnie?
Lojacono wzruszył ramionami.
– Chrzanię to. Niech ten ściek nazywają, jak chcą. Mnie bardziej obrzydza niż ich.
Wrócił do gry w pokera z komputerem. Na monitorze pojawiła się godzina i data: dziesiąty kwietnia dwa tysiące dwunastego roku. Dziesięć miesięcy i kilka dni. Od dziesięciu miesięcy i paru dni tkwił w tym miejscu.
W piekle.
* * *
koniec darmowego fragmentu
zapraszamy do zakupu pełnej wersji