Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

Metoda Scorpina - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 lipca 2025
24,23
2423 pkt
punktów Virtualo

Metoda Scorpina - ebook

„Metoda Scorpina” to opowieść o świecie po katastrofie nuklearnej, gdzie ludzie mutują i łączą się ze zwierzętami. Główny bohater, Jake Scorpin, musi walczyć o przetrwanie, odkrywając tajemnice zmian w swoim ciele i świecie. Przeżyj z nim emocjonującą przygodę!

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8414-638-5
Rozmiar pliku: 1,4 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

I
Piękne czasy

Wyobraź sobie Ziemie, planetę pełną błękitu i zieleni. Wyobraź sobie, że rano budzi cię budzik. Ty wstajesz i szykujesz się do pracy, jesz płatki z mlekiem i czytasz gazetę. Idziesz do swojego auta i jedziesz do pracy, po drodze widzisz innych ludzi jadących do pracy czy będących na spacerze z psem. Przypomnij sobie jak to jest być na takim spacerze, pies czasami ciągnie cię za smycz, bo coś poczuje. Nie potrafisz sobie tego wyobrazić, nic dziwnego. To już pół roku od wielkiego łańcucha wybuchów. Mam nadzieje, że słyszałeś o tym jakże wspaniałym dniu. Chwila jak to nie pamiętasz, no tak kiedy to czytasz to jest już pewnie dużo więcej po wybuchu niż tylko pół roku. To pozwól, że wyjaśnię. Gdy planeta była jeszcze normalna sprzed ery atomu, ludzie żyli spokojnie w większości przypadków. Chodzili do pracy, za którą im płacono. Żyli bez jakichkolwiek obaw o to, że jutro może dla nich nie nastać. Aż jednego niezbyt pięknego dnia coś wisiało w powietrzu, nie do końca wiedziałem co to było wtedy aż do wieczoru, gdy uruchomiono w kanał alarmowy. No tak możesz nie wiedzieć co to kanał alarmowy, był to kanał wysyłający sygnał do wszystkich odbiorników. Był używany do podawania najważniejszych informacji, a samo uruchomienie go oznaczało kłopoty. Podczas transmisji jedyne co usłyszeliśmy to pożegnanie i to, że wszystkie reaktory jądrowe jakie istniały te ujawnione i te tajne przegrzewają się w zawrotnym tempie i za maksymalnie kilka minut nastąpią wybuchy. Oczywiście wszyscy wpadli w panikę, jedni latali i szukali schronienia, inni takowe już mieli nawet przygotowane, a byli też tacy co olali temat. Cóż nie wiem dokładnie co się stało, ale nie było tak strasznie jak myślałem, w końcu żyje. Szkoda, że nie każdy miał takie szczęście. Wszystko zaczęło albo umierać, albo mutować w dwojaki sposób. Ludzie umierali albo co ciekawe wchłaniali zwierzęta, które dotknęli i po czasie zaczęli się częściowo w nie zmieniać. Niestety nie mam dokładnych informacji jeszcze co dokładnie się z nimi działo. Zwierzęta miały ciekawiej, jeżeli nie miały kontaktu z ludzi to miały wiele różnych opcji. Przede wszystkim zaczęły tworzyć fuzje z innymi zwierzętami jak ludzie, choć co ciekawe takowe fuzje też zaobserwowałem pomiędzy organizmami żywymi i innymi częściami przyrody. Prosty przykład, pantera, która była w połowie rośliną. Nie mam pojęcia jak do tego doszło ani na jakiej zasadzie działa jej organizm. Idąc za ciosem zauważyłem, że każda roślina zmutowała lub połączyła się z czymś innym. Niektóre zachowały swój kształt lub wielkość na rzecz zdolności innych gatunków, a niektóre zmieniały swój kształt czy wielkość. Najlepsze na sam koniec, pomiędzy tymi wszystkimi mutantami jestem ja, Jake Scorpin. Brunet o piwnych oczach, wysoki na 1,80 metra i ważący 75 kilogramów. Ubierałem się niemalże tak samo każdego dnia. Moja szafa była pełna takich samych ubrań. Koszulki w kolorach niebieskich i zielonych. Spodnie to były same dżinsy o kolorze czarnym lub jasnoniebieskim. Bluzy były zasuwane z kapturami, nie wiem czemu, ale uwielbiałem ten styl. Bluzy był w wielu kolorach od pomarańczowego aż po granitowe, mimo to nie często zakładałem je do pracy, raczej służyły mi do chodzenia po domu. Nie byłem wtedy zbyt wysportowany, ale to nie oznacza, że unikałem sportu. Z wykształcenia niby weterynarz ze specjalizacją zwierząt egzotycznych. Jednak jako jedyny z kierunku studiów nie używam mojej wiedzy za często, bo mało kto przychodzi do mnie z na przykład arą czy nietoperzem. A no i jako chyba jedyny człowiek nie zmutowałem. A było to tak.II
Jak to wszystko się zaczęło

Wtorek, 7 września 2021 roku, godzina 18:00

Jak zawsze byłem w lecznicy dla zwierząt, która prowadzę wraz z moją już świętej pamięci przyjaciółką Julią. Lecznica jest zlokalizowana w małym miasteczku Bleenton w stanie Oregon, ale raczej bym się tam nie zapuszczał. Wracając do tego dnia wieczorem byłem sam, moja wspólniczka właśnie wyszła. W lecznicy nie miałem żadnego telewizora ani radia, więc nie wiedziałem o niczym aż do samego wybuchu. Julia, wysoka, wysportowana niebieskooka blondynka w okularach, będąc w aucie usłyszała komunikat i postanowiła wrócić i mnie ostrzec. Zaczęła dzwonić, ale sygnał w telefonach znikł stosunkowo szybko przez co zobaczyłem tylko, że dzwoniła. Chciałem wyjść by dowiedzieć się o co jej chodziło, ale zrobiłem to za późno. Udałem się do głównych drzwi, które były prawie całe szklane. Przez szkło w drzwiach widziałem ją, ubraną jeszcze w fartuch z lecznicy, widać było jej błękitną bluzkę, którą miała pod białym fartuchem, oraz jej dość nietypowe oliwkowe spodnie długie aż do kostek. Na moich oczach Julia stopiła się jak lody w upalny dzień, nawet ubrania znikły. Pozostała po niej tylko kałuża w kolorze bieli i oliwki. Teraz to już się pogodziłem ze stratą, ale wtedy to było niezwykle ciężkie dla mnie. Nie miałem jednak czasu na żałobę, bo to co się stało później każdego powinno zaciekawić. Zaraz po tym jak Julia rozlała się po ziemi promieniowanie dotarło do lecznicy i trafiło mnie. Jak ja się wtedy bałem, że sam się roztopie. Jednak od razu zrozumiałem, że zaraz umrę. Postanowiłem, że chociaż wypuszczę zwierzęta z klatek. Pomyślałem wtedy, że jeżeli jakieś przeżyje to i tak będzie tkwić w klatce czekając na okrutną śmierć. Gdy po kolei otwierałem te klatki, nie widziałem, żeby chociaż jedno zwierzę wyszło. Było to dziwne, gdyż większość lubiła być poza klatką. Po otwarciu wszystkich klatek zorientowałem się, że każde zwierzę wyparowało, ale w inny sposób niż moja przyjaciółka, nie było plam czy innych oznak stopienia się. Zacząłem się też dziwić, że ciągle stoję na nogach. Postanowiłem sprawdzić czy monitoring jeszcze działa. Uruchomiłem komputer, który już był na końcówce swojego życia. Znalazłem odpowiedni moment i uruchomiłem oglądanie. Byłem zszokowany widząc jak wchłaniam każde ze zwierząt jakie chciałem wypuścić. Wyglądało to tak jakby zwierzę przechodziło proces sublimacji, a potem jonizacji, by na sam koniec wlecieć we mnie. Dla tych co nie rozumieją, zwierzęta najpierw zamieniały się w kolorowy dym a następnie ten dym w ledwo świecące cząsteczki. Nie zauważyłem żadnych objawów mutacji na tamtą chwilę, ale pomyślałem, że to długotrwały proces. Gdy przetrawiłem, że wchłonąłem blisko dziesięć różnych zwierząt postanowiłem wyjść i sprawdzić co się dzieje na zewnątrz i czy tylko ja przeżyłem. Drzwi były ciepłe dlatego nie chcąc ryzykować znalazłem kawałek szmaty i użyłem go jak rękawiczki, żeby nie dotykać metalowej klamki. Nie odchodziłem na dalej niż 2 metry od drzwi. Pierwsze co zauważyłem to to, że w miejscu, gdzie powinny być resztki mojej drogiej sercu koleżanki była plama na kostce w kolorze tego co wcześniej było cieczą przypominającą konsystencją kisiel. Zacząłem rozglądać się po okolicy. Widziałem głównie samochody ze stopionymi oponami, niektóre się dymiły a inne nie miały ani lakieru, ani szyb. Rozglądając się dalej zobaczyłem nasz lokalny supermarket choć może powinienem go nazwać minimarketem, bo jego rozmiar nie był większy od średniego domu. Zauważyłem kogoś pod jego drzwiami, z daleka nie mogłem ustalić kto to. Podjąłem ryzyko i powoli zbliżyłem się do marketu. Ludzka sylwetka zdawała się mnie ignorować albo zwyczajnie mnie nie słyszała. A dało się mnie usłyszeć, bo nigdy nie byłem dobry w skradaniu. Ucieszyłem się, gdy zobaczyłem, że ta sylwetka to Pan John, mój stały klient. Postanowiłem zaryzykować i zwrócić jego uwagę.

— Dzień dobry — powiedziałem w miarę głośno.

Pan John odwrócił się w ciągu sekundy. Był to człowiek po czterdziestce. Widać było jego wielki brzuch oraz zarośniętą twarz. Jego fryz jak zwykle wyglądał na taki, który sam się robi po wysuszeniu włosów po kąpieli. Zawsze jak go widziałem był ubrany w koszule i krótkie spodenki, zwykle w kolorze beżu lub podobnego do niego koloru. Nie wiedzieć czemu zawsze miał też sandałki z czerwonymi lub pomarańczowymi skarpetami. Dla swojego szczura potrafił zrobić wszystko i zapłacić każde pieniądze. Pamiętam sytuacje, kiedy wyrzucili go z banku, bo chciał wziąć kredyt na operacje swojej pociechy. Wiedząc jak go kocha postanowiłem mu pomóc, uzgodniłem z nim kwotę, którą wpłacał mi co miesiąc w zamian za operacje bez wcześniejszego pokrycia. Cieszyłem się, gdy go zobaczyłem, jednak zanim zdążyłem coś więcej powiedzieć, jego oczy zaczęły się zmieniać, zrobiły się całe czarne. Po kilku chwilach spojrzał na mnie i uciekł porzucając prawie otwarte drzwi do sklepu. To był mój pierwszy kontakt z tymi, w których zamieniali się ocalali. Stałem tak jak wbity w ziemie przez krótką chwilę po czym dziwny ryk pomógł mi się ruszyć. Było to coś jakby ryk, ale z domieszką pisku. Można by było przyrównać do osoby z zniszczonymi strunami głosowymi próbującej zrobić tyranozaura. Wtedy jeszcze nie wiedziałem co to było ani jakie przygody mi przyniesie. Udałem się w lekkim pośpiechu do sklepu i zabrałem wszystko co się dało. Pomógł mi w tym wózek sklepowy, w którym po drodze uszkodziłem kółko. Wózek na razie schowałem do mojego składziku. Gdy byłem już w lecznicy, postanowiłem, że muszę ją trochę przerobić by mi służyła za schronienie. Nie chciałem wracać do domu, gdyż nie wiedziałem co tam może na mnie czekać. Zacząłem od zabezpieczenia drzwi, niestety, gdy wracałem z zakupów to w mieście wysiadł cały prąd. Nie było to łatwe, nie miałem wiele czasu, a musiałem zdążyć przed zmrokiem. Na pierwszy ogień do rozbiórki miały iść klatki, ale po namyśle stwierdziłem, że nie będą mnie atakować króliki tylko coś wielkości człowieka albo i większe. Zrobiłem mały obchód po budynku, stwierdziłem, iż najlepszym wyborem będą meble, które niedawno mi wymieniali. Więc miałem meble te nowe jak i stare, których nie zdążyli zabrać. Udało mi się wygrzebać jeszcze niewielką wkrętarkę. Musiałem jednak być ostrożny, bo było to jedyne narzędzie jakie miałem. Jako że nowych śrub nie miałem to wykorzystałem te, które były w meblach. Przyznaje, było to niesamowitym wyzwaniem wszystko to poprzenosić samemu i jeszcze jakoś przymocować do drzwi i okien. Było po północy, gdy skończyłem i położyłem się do łóżka skleconego z kilku zwierzęcych legowisk.

Następnego dnia nie obudził mnie budzik a coś co brzmiało jak połączenie żaby i koguta. Już wtedy wiedziałem, że ten dzień będzie niesamowicie pokręcony. Najpierw starałem się zjeść w miarę normalne śniadanie. Szkoda tylko, że po otwarciu lodówki zastałem puste opakowania po jedzeniu. Wiedziałem jednak, że nie jest to czyjaś robota, bo były nie otwarte. Jedyne co zostało to parówki, ale je wyrzuciłem jak najszybciej przez okno. Zapytacie czemu tak zrobiłem, przecież mam ograniczone zasoby jedzenia. Chyba każdy by tak zrobił widząc parówki bez ich opakowań czy folii, które jeszcze wczoraj je miały. No i jeszcze zmieniły kolor. Jakoś nie miałem ochoty sprawdzać, jak smakują turkusowe parówki. Na szczęście, gdy byłem wczoraj w sklepie to udało mi się dorwać konserwy i puszki z jedzeniem. Po otwarciu fasola wydawała się normalna, prawdopodobnie puszka zatrzymała promieniowanie, które jeszcze czuć było w powietrzu. Po posiłku sprawdziłem czy budynek w środku jest taki jaki był wczoraj. Wszystkie barykady i ściany były w nienaruszonym stanie. Postanowiłem zobaczyć okolice lecznicy. Gdy przechadzałem się po okolicy mego niewielkiego stosunkowo budynku poczułem jakby małe wstrząsy. Pierwsze z czym skojarzyłem je to oczywiście Godzilla, przecież warunki jej powstania zostały spełnione, ale skoro wstrząsy były ledwo wyczuwalne to pomyślałem, że jest daleko. Jakie było moje zdziwienie, gdy poczułem zapach niewyobrażalnie ohydny i mocny. Przypominał trochę zmieszany zapach szamba z zapachem palonego pierza. Obróciłem się i zobaczyłem to co mnie obudziło rano, mutanta nie będącego ani wielkości koguta ani tym bardziej żaby, które wydawało mi się, że słyszałem. Okazało się, że to coś powstało nie z dwóch zwierząt, a z trzech. Najpewniej był to kogut, żaba i coś czego nie skojarzyłem z żadnym znanym mi zwierzęciem, które żyło w okolicy. Oczywiście wygląd był aż tak niewiarygodny, że nie mogłem przestać patrzeć. Wyobraź sobie brązową żabę, miejscami zielona od brodawek, wielkością zbliżoną do bizona. Cała pokryta była śluzem z wyjątkiem grzbietu, gdzie posiadała pasek piór szeroki na odstęp pomiędzy jego oczami. Koloru nie potrafiłem ustalić, gdyż zbyt się błyszczał przez ten śluz. Widać było, że w pewien sposób potrafi nimi sterować, podnosiła je i opuszczała w szybkim tempie. Wydawała dzięki temu dźwięk jakby coś leciało. Zapewne chciała pokazać, że jest gotowa walczyć lub zdekoncentrować ofiarę. Łapy miała po kogucie. Wielkie szpony będące w stanie przebić jednym ruchem trzech ludzi. Pomiędzy ostrymi szponami była błona pławna. Jak się potem jeszcze zorientowałem miała dziób, ale na końcu wielkiego i długiego języka. Prawdopodobnie ułatwiało jej to łapanie ofiar, którą w tamtym momencie byłem ja. Bestia wystrzeliła swój język z prędkością ponad stu kilometrów na godzinę. Udało mi się jakimś cudem zrobić unik, lecz oberwał niewielki dąb, który znajdował się za mną. Dąb był wysoki na około cztery metry. Wtedy zorientowałem się, że bestia o wiele szybciej zwija swój język. Drzewo bez oporu wyleciało z ziemi razem z korzeniami, które po drodze do paszczy potwora trafiły mnie i poturbowały. Kręciło mi się w głowie, ale zrozumiałem od razu, gdy zobaczyłem potwora, że to wyścig. Ja musze dostać się do środka, a lingarostrum, bo tak nazwałem jego gatunek, wiedział, że musi mnie złapać jak najszybciej. Gdy potwór zajmował się uwalnianiem od drzewa, które wleciało prosto w jego bezzębną paszcze, i zapewne trzymało jego dziób ruszyłem w stronę tylnego wejścia. Było w mniej więcej w odległości około pięciu metrów ode mnie. Ruszyłem, starając się robić jak największe kroki, można je było nazwać susami. Odległość pokonałem w jedną chwile. Tak szybko, że potwór nawet nie zdążył się uwolnić od drzewa. Jak ja byłem uradowany, że tych drzwi nie zabarykadowałem wczoraj podczas umacniania lecznicy. Nie wiem jakim cudem, ale udało mi się wejść tak, że potwór nawet się nie zorientował, w którą stronę uciekłem. Widać tropienie to nie jego mocna strona, a ataki zadaje z ukrycia starając się uderzyć raz, a dobrze. Gdy wracałem do głównej sali, zauważyłem mój stary agregat. Przez następny tydzień nie wychodziłem na wszelki wypadek, gdyby potwór tutaj jeszcze żerował. Nie było już słychać ani skrzeku ani jego skoków. Przez prawie tydzień żyłem w strachu, że zaraz coś wejdzie do budynku albo go zniszczy. Jednak nic takiego się nie stało, a ja zacząłem myśleć o tym co mam robić. Jedzenie w końcu się skończy, a śmierć głodowa to nie dla mnie. Zacząłem ćwiczyć jak to było tylko możliwe i badać to co widziałem przez skrawek okna, które odkryłem by móc obserwować okolice.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij